Agora Dyplomacji

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

grafika

Tragiczna śmierć Prezydenta RP, jego małżonki i licznych oficjeli, przedstawicieli rodzin katyńskich, duchownych oraz załogi w wyniku katastrofy lotniczej na smoleńskim lotnisku wywołała głęboki szok w polskim społeczeństwie. Mało kto był w stanie skupić uwagę na czymkolwiek innym. W związku z tym przygotowana wcześniej Agora Dyplomacji, gotowa do publikacji w sobotni wieczór, została opóźniona aż do poniedziałkowego poranka. Pozostając w żałobie i oddając hołd zmarłym, nie możemy zapominać o otaczającym nas świecie. Życie toczy się dalej i trzeba pisać o wydarzeniach i trendach międzynarodowych.

Czy Chiny kolonizują Afrykę? Jak można ocenić zaangażowanie Chin na Czarnym Lądzie? Z takimi pytaniami zmierzą się Michał Gąsior, redaktor portalu Polityka Globalna, Konrad Godlewski, dziennikarz i tłumacz, autor poświęconego Chinom blogu Papierowy Tygrys oraz Maciej Konarski, redaktor Portalu Spraw Zagranicznych i autor bloga Trzeci Świat i wszystkie pozostałe, specjalizujący się w problemach Afryki. Zapraszam do zapoznania się z opiniami gości dzisiejszej Agory i zachęcam do wyrażenia własnego zdania.


Chiński premier Wen Jiabao zobowiązał się w listopadzie 2009 roku udzielić afrykańskim państwom pożyczki w wysokości 10 bilionów dolarów. Państwa Zachodu oskarżają przy tej okazji Państwo Środka o grabieżcze plądrowanie źródeł minerałów Czarnego Lądu w celu zaspokojenia potrzeb chińskiej gospodarki przy jednoczesnym przymykaniu oczu na precedens łamania praw człowieka przez państwa – kontrahentów. Podobnie jak Stany Zjednoczone wspierają ustrój demokratyczny na całym globie, tak samo Chiny sprzyjają wszelkim formom rządów, jeśli tylko rysuje się w tle ekonomiczna korzyść. Abstrahując od czysto materialnych aspektów, trudno liczyć, aby jakakolwiek dyktatura miała potępiać podobne sobie władze w innych częściach świata.

Zachód jest zazdrosny o zacieśniające się więzi pomiędzy Chinami i Afryką. Obfitujący w złoża minerałów Czarny Ląd jest nie lada gratką dla posiadających mocarstwowe aspiracje państw. Chińska ideologia wygrywa na tym tle wojnę z demokracjami, które w imię wyższych zasad nie prowadzą często interesów z dyktaturami afrykańskimi, tracąc przy tym możliwości inwestycji. W tą wolną przestrzeń bez większych oporów wchodzą firmy z Chin, które wydobywają miedź, kobalt, ropę, czy cynk, a następnie eksportują je do ojczyzny. Rosnąca w bezprecedensowym tempie gospodarka Chin czuje niepohamowany głód na surowce mineralne, a Chińska Partia Komunistyczna musi stale zabiegać, aby nie spadło zadowolenie społeczne w kraju, które mogłoby spowodować trudne do przewidzenia konsekwencje z rewolucją w tle.

Chiny w pewnym sensie kolonizują Afrykę, ale w znacznej mierze odbywa się to w wymiarze ekonomicznym. Stanowi to część geoekonomicznej strategii Państwa Środka, które w ten sposób buduje swoją mocarstwowość. Inaczej niż Stany Zjednoczone, Imperium Brytyjskie, czy carska Rosja, Chiny stawiają na kolonizację gospodarczą z wyłączeniem podboju militarnego. Pragną stać się imperium finansowym. Poniekąd staje się to faktem już teraz, centra finansowe świata znacznie przesunęły się na wschód, a wśród miast o największym potencjale gospodarczym globu, znajduje się kilka miast chińskich.

W skali makro taki proceder eksploatowanego handlu umacnia blok państw autokratycznych, zaś w skali mikro potęguje wzrost ekonomiczny Chin i ucisza niezadowolenie społeczne tak w Państwie Środka jak i na Czarnym Lądzie. Można przewidzieć, że obecny trend wymiany na linii Afryka – Chiny utrzyma się jeszcze długo, a kolejne państwa Afryki dołączą niebawem do grona gospodarczych partnerów Chińskiej Republiki Ludowej, wskutek czego na znaczeniu utraci Ameryka, a kto wie, czy w postaci skutku ubocznego nie ucierpi prezentowany przez nią system wartości z wolnością i demokracją na czele. Doktrynalnie Chiny są z pewnością o wiele bardziej elastyczne od Stanów Zjednoczonych, co na dłuższą metę może przysporzyć im zwolenników po obydwu stronach konfliktu ideologicznego i przesądzić w najbliższych latach o ich przewadze geopolitycznej – choć opartej na ekonomii – nad Ameryką.

Afryka czerpie na tym jedynie korzyści. Któż bowiem gardziłby pieniądzem, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że państwa na Czarnym Lądzie nie należą do potentatów finansowych świata, którzy mogliby kręcić nosem i wybrzydzać, co do tego, kto ich sponsoruje. Dla Afryki zmieniają się realia. Juan zastępuje dolara, gospodarki kwitną, dyktatury nie są piętnowane. Afryka staje się powoli czerwona – w metaforycznym ujęciu powiązań handlowych. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo ukryte w tym dobrobycie. Jeśli Chinom poza juanem uda się ponadto wyeksportować na kontynent afrykański swoją ideologię, a zastraszane przez Zachód autokratyczne reżimy uznają Państwo Środka za gwarant bezpieczeństwa, to niebawem nad Kilimandżaro może powiewać chińska flaga, a sama Afryka stać się czymś na wzór kolonialnego protektoratu zamorskiego Chin.

Michał Gąsior

Zachodnie media od kilku lat alarmują, że Chiny "kolonizują" albo "kupują" Afrykę, ale warto pamiętać, że te sformułowania to tylko sensacyjne, infotainmentowe klisze, a nie pełny obraz rzeczywistości. Na podobnej zasadzie funkcjonują w Polsce środowiska, które twierdzą, że duże kraje UE - w szczególności Niemcy - "kolonizują" Polskę. Analogia wszakże sięga:
- pomocy finansowej (u nas fundusze unijne, w Afryce - chińskie pożyczki);
- rozwoju infrastruktury (różnica jest taka, że Chińczycy budują autostrady czy zapory wodne w Afryce szybciej, niż my to robimy sami u siebie);
- niekorzystnego wpływu na handel i produkcję (tanie chińskie towary niszczą afrykańską wytwórczość, a u nas zachodnie sieci supermarketów wykańczają drobny handel).


Z tego ironicznego porównania można wyciągnąć - już całkiem serio - optymistyczny wniosek: mimo nierównowagi kapitałów i wpływów, duży i bardziej rozwinięty partner może dostarczać modernizacyjnego impulsu mniejszym krajom. I tak jak wielu Polaków uważa, że korzyści ze współpracy z krajami Europy przeważają nad bolączkami, tak wielu Afrykańczyków docenia szansę jaką stwarza im chińska obecność. 
To prawda, że generuje ona pewne problemy: w Kamerunie czy Gabonie chińskie firmy wycinają drzewa w parkach narodowych; zdarza się, że chińscy pracodawcy pomiatają Afrykańczykami; 
Afrykańczycy się czasem przeciw temu buntują, a w muzułmańskiej Algierii do Chińczyków przylgnęło określenie Ali Baba - "złodziej"; chińska "czarująca dyplomacja" - jak ją określa Joshua Kurlantzick - czasem najzwyczajniej korumpuje afrykańskie elity; maczety, którymi dokonano ludobójstwa w Rwandzie były made in China itd. itp. O tych problemach należy oczywiście pamiętać, ale nie wolno się wyłącznie na nich koncentrować. Dzięki Państwu Środka kontynent - na dobre i na złe - włącza się wreszcie w procesy globalizacji.


Najważniejsze jest chyba jednak to, że Chiny traktują Afrykę jak partnera, co państwom Zachodu przychodziło z trudem, bo najpierw Czarny Ląd kolonizowały, a potem wpadły w pułapkę ekspiacji. Najprościej i najdosadniej problem ujął ten problem cytowany w książce "China Safari" Mauro di Lorenzo z American Enterprise Institute: "My ludzie Zachodu, jesteśmy więźniami wizji humanitarnej (...) Humanitaryzm jest jednak także środkiem kontroli; podtrzymuję relację władzy. Jedyne afrykańskie historie, jak wolno nam opowiadać, są żywcem wzięte z Conradowskiego "Jądra Ciemności": ludobójstwo, odrażające choroby, masowe gwałty dziewczynek w Kongo, najgorsze zbrodnie (...). Chińczycy nie mają takich ograniczeń psychicznych. Jadą do Afryki robić biznes, dochodowy biznes. Miejmy nadzieję, że i nam otworzą oczy, byśmy brali z nich przykład. Nasza pomoc humanitarna wyrządziła swoją część szkód."

Konrad Godlewski

Hasło „Chiny kolonizują Afrykę” brzmi bez wątpienia bardzo efektownie ale na ten moment nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Pokazuje też swoją drogą jak bardzo pojęcie „kolonializm” zdewaluowało się przez ostatnie lata. Abstrahując bowiem od faktu, iż na kontynencie afrykańskim nie znajdziemy żadnego chińskiego terytorium zależnego, musimy pamiętać, iż Chiny są aktywne w Afryce przede wszystkim na polu ekonomicznym. Wpływy gospodarcze Pekin dość wstrzemięźliwie wykorzystuje natomiast w sferze politycznej - w mocarstwowej „grze”. Chiny nie posiadają też żadnej bazy wojskowej w Afryce, a ich obecność militarna na kontynencie pozostaje dość skromna.

Przy wszystkich tych zastrzeżeniach trzeba jednak przyznać, że chińska obecność bardzo silnie oddziałuje i będzie oddziaływać na afrykańską rzeczywistość – i niekoniecznie będzie to wpływ pozytywny. Z jednej strony chińskie inwestycje pomagają rozwijać gospodarki państw afrykańskich - zwłaszcza ich infrastrukturę. Wypełniają też swoistą próżnię pozostawioną przez Zachód i pomagają na powrót włączyć Afrykę w światowy obieg gospodarczy. Ceną za to jest jednak chociażby dławienie miejscowej przedsiębiorczości przez zalew tanich chińskich towarów, napięcia wywołane rosnącą chińską imigracją, a przede wszystkim – obserwowane od pewnego czasu zahamowanie procesu demokratyzacji Afryki. Do bólu pragmatyczni Chińczycy szanują „system socjalny i strategie rozwoju obrane przez państwa afrykańskie”, co oznacza brak niewygodnych pytań o prawa człowieka, czy sposób wykorzystania płynących z Pekinu dolarów. Ten pragmatyzm może jednak Pekin drogo kosztować, gdyż antychińskie nastroje afrykańskiej ulicy są coraz silniejsze. Kluczowym pytaniem jest wiec, jaką drogę obiorą Chiny. Czy będą nadal traktować Afrykę głównie jako źródło surowców i rynek zbytu, czy też ich polityka stanie się bardziej dalekowzroczna? Jeżeli Chiny wybiorą drugą opcję, to działając z odpowiednim wyczuciem będą miały szansę całkowicie wyprzeć zachodnie wpływy z Afryki.

Maciej Konarski

 

Zachęcam do dyskusji o skutkach coraz większego zaangażowania Chin w Afryce. Przypominam także, iż na bieżąco można śledzić najciekawsze publikacje o tematyce międzynarodowej za pośrednictwem Dyplomacji na Facebooku. Można tam również podyskutować na tematy, które na blogu poruszane są rzadko. Już ponad 250 osób śledzi Dyplomację na Facebooku.

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

sobota, 03 kwietnia 2010

grafika

Zbliża się połowa kadencji prezydenta Federacji Rosyjskiej Dmitrija Miedwiediewa. Niedawne zamachy w Moskwie i Dagestanie ponownie przypomniały o problemach Rosji na Kaukazie. Swoje robi także kryzys gospodarczy. Czy dwa lata współpracy tandemu Miedwiediew-Putin nie ukazały istotnych rozbieżności pomiędzy tymi, różnymi przecież, politykami? Jak można ocenić prezydenturę Miedwiediewa na jej półmetku?

Na powyższe pytania, w ramach Agory Dyplomacji, odpowiedzą trzej komentatorzy: publicysta internetowy Azrael Kubacki, autor bloga Zwykłe pisanie; dr Dominik Smyrgała, adiunkt Collegium Civitas, ekspert Fundacji Republikańskiej i Instytutu Jagiellońskiego, autor bloga Realna Analiza; Emil Zacharczuk, autor bloga Alterpunkt i współpracownik portalu Polityka Globalna.


Przywódca Miedwiediew

Kiedy w trzy dni po zamachach w moskiewskim metrze, w których z rąk czeczeńskich szachidek zginęło 39 osób, prezydent Federacji Rosyjskiej, Dmitrij Miedwiediew pojawił się w Dagestanie, był to przejaw nie tylko osobistej odwagi, ale również zaznaczenie swojej pozycji szefa państwa, pana na Kremlu.

Za miesiąc, 7. maja, mijają dwa lata od kiedy Dmitrij Miedwiediew objął władzę na Kremlu. Został wybrany w wolnych, demokratycznych, tajnych wyborach, ale jak wszyscy doskonale wiedzieli, z namaszczenia swojego poprzednika, Władimira Putina. Po raz pierwszy jednak został wybrany prezydent po pełnej, dwukrotnej kadencji swojego poprzednika. Wielu zauważyło, że Miedwiediew po złożeniu przysięgi z dłonią na rosyjskiej konstytucji, sam podjął insygnia władzy, a nie z rąk Putina. I to już był sygnał, że nowy przywódca nie będzie żadną marionetką. Potwierdził to w wywiadzie dla polskiej prasy kilka miesięcy później adwokat Michaiła Chodorkowskiego, Robert Amsterdam, który stwierdził, że Miedwiediew jest samodzielnym, autonomicznym politykiem.

Natychmiast pojawiły się pytania - kto będzie rządził w Rosji, czy będzie to nowy prezydent, czy jednak siła władzy zostanie przy Putinie, który został premierem? Rosyjski oligarcha, polityczny emigrant, Borys Bieriezowski twierdził, że choć argumenty i siła polityczna są po stronie Putina, to jednak Miedwiediew będzie tym, który z każdym rokiem swojego panowania będzie zdobywał przewagę. Nie stało się to w pełni, ale widać wyraźnie, że pomiędzy Miedwiediewem i Putinem panuje równowaga i współpraca. Nie doszło do  otwartej walki, nastąpił podział władzy i kohabitacja, która pozwala na sprawne zarządzanie państwem, w jego trudnym okresie.

Obaj szefowie państwa tworzą duumwirat polityczny. Putin panuje nad sprawami wewnętrznymi Rosji, głównie nad administracją, oraz nad gospodarką. Nie wynika to tylko z zapisów samej Konstytucji Rosji, ale również z tego, że Putin przystąpił do wzmocnienia roli premiera w strukturach władzy. Sprawy nadzoru nad aparatem bezpieczeństwa pozostały w gestii urzędu prezydenckiego, podobnie jak sprawy zagraniczne –  jednak decyzje w kluczowych sprawach zapadają w konsultacji pomiędzy Putinem i Miedwiediewem.  Politycy nie pokłócili się o władzę, to ludzie z jednego koszyka, pragmatycy polityczni.

Jaka jest ta prezydentura? Można śmiało napisać, w perspektywie minionych dwóch lat, gdzie Rosja musiała się zmierzyć z trudnymi wyzwaniami (konflikt kaukaski i recesja), że jest ona inna, ale jednak udana. Miedwiediew widzi problemy państwa i jego zagrożenia. Skupia się na sprawach społecznych i gospodarczych, jak np. walka z alkoholizmem, czy z korupcją. Doskonale zdaje sobie sprawę, że Rosji nie da się dalej rozwijać na bazie ekstensywnej gospodarki surowcowej, dlatego wzywa do  „budowy zupełnie nowej, mądrej ekonomiki”. Wie doskonale, że kraju nie da się zmodernizować za pomocą łapówek i gospodarki centralnie sterowanej. Tu czasami wchodzi w konflikt z Putinem, który częściej mówi jedynie o korektach w gospodarce, a nie o modernizacji.

Miedwiediew w trudnych sytuacjach radzi sobie doskonale, nie zapominając o konieczności prezentowania Rosji na arenie międzynarodowej jako państwa mocnego. Szczególnie wyraźnie widać to było w trakcie konfliktu kaukaskiego, kiedy to właśnie prezydent sformułował nowy projekt doktryny politycznej swojego kraju. Przypomnijmy, jakie priorytety Dmitrij Miedwiediew uważa za najważniejsze;

1. Prymat prawa międzynarodowego

2. Rosja uważa, że świat powinien być wielobiegunowy. “Rosja nie zaakceptuje ładu światowego, w którym decyzje podejmuje jedno państwo, USA”.

3. Ustanowienie przyjaznych stosunków z Europą, Ameryką i innymi państwami.

4. Aktywna obrona rosyjskich obywateli i rosyjskiego biznesu za granicą.

5. Rosja będzie współpracować z zaprzyjaźnionymi regionami, w których ma uprzywilejowane interesy.

Również w relacjach z nową administracją amerykańską Miedwiediew wychodzi na plus. Negocjacje w sprawie redukcji broni atomowej i nowy układ rozbrojeniowy to będzie wielki sukces administracji Kremla.

Rosja jest krajem swoistej demokracji – demokracji autorytarnej. Dziwne to połączenie – ale jak pokazuje ostatnie kilkanaście lat – możliwie i wręcz konieczne w takim olbrzymi kraju jak Rosja i z taką historią. I ta demokracja została zachowana i nawet wzmocniona. Jej zakres został określony jeszcze przez Władimira Putina, Miedwiediew ją potwierdza.

Czy będzie ją kontynuował także w drugiej kadencji - tego nie wiemy, jak sądzę nie zapadła również taka decyzja na linii Miedwiediew-Putin. Na dzisiaj, po dwóch latach współpracy widać, że obaj politycy dobrze się czują w swoich rolach.

Azrael


Połowinki Miedwiedwiewa, do przerwy 0:0

Prezydentura Dymitra Miedwiediewa przebiega chyba inaczej, niż planowano. Wydaje się, że jego nominacja wpisywała się w schematy sowieckiego i post-sowieckiego rozgrywania Zachodu metodami dezinformacji. Miedwiediew miał stwarzać wrażenie liberalizacji systemu. Byłaby to wariacja na temat znanych już z prezydentury Putina schematów, kiedy to prezydent reprezentował „siłowików”, a premier „liberałów gospodarczych”.

System raczej się nie sprawdza. Podczas forum w Davos styczniu 2009 roku, kiedy Putin usiłował przyjąć postawę liberała gospodarczego, Miedwiediew mówił na spotkaniu z kierownictwem FSB o potrzebie utrzymania gospodarki w granicach wyznaczanych przez potrzeby państwa. Nieskuteczna była polityka antykryzysowa tandemu, wobec nacisków różnych grup interesów związanych z każdym z nich. Ponadto okazało się, że partnerzy Rosji wolą załatwiać swoje sprawy właśnie z Miedwiediewem, a nie z Putinem, czego przykładem mogły być negocjacje w sprawie Naddniestrza w marcu ubiegłego roku. Nie znaczy to jednak, że rosyjski prezydent jest „większym liberałem” – przeczą temu słowa skierowane przeciw „fałszerzom historii”, czy też zmiany w prawie umożliwiające wykorzystywanie sił zbrojnych FR za granicą. Nierealizowane reformy gospodarcze, które miałyby zmniejszyć uzależnienie Rosji od eksportu surowców pokazują, że w wielu najważniejszych kwestiach wodze dzierży premier Putin.

Sytuacja w Rosji daje jednak Miedwiediewowi szansę na reelekcję. Rosnące niezadowolenie obywateli FR skupia się na Putinie – czy chodzi o demonstracje we Władywostoku czy Kaliningradzie, czeczeńskich terrorystów, czy protesty moskwian po ostatnich zamachach. Putinowi zdarzają się coraz częściej prestiżowe porażki dyplomatyczne, tak jak w ubiegłym miesiącu podczas wizyty na Białorusi, gdy prezydent Aleksander Łukaszenka wybrał pobyt w Wenezueli niż podejmowanie premiera FR. Jeśli zaplecze jego uzna, że Putin traci skuteczność, wszystko się może zmienić.

Dominik Smyrgała


Dobry i zły policjant

Ocena polityki Miedwiediewa jest zadaniem na tyle karkołomnym, iż często przypomina pracę zachodnich kremlinologów z okresu zimnej wojny, którzy notorycznie gubili się w politycznych niuansach totalitarnego państwa. Obecna prezydentura od początku naznaczona jest tym samym sowieckim dziedzictwem, które wciąż silnie zakorzenione jest w państwowości rosyjskiej i systematycznie konserwowane przez elity post-komunistycznej Rosji. Prezydent Miedwiediew jest także jej przedstawicielem i tylko niepoprawni optymiści mogli oczekiwać od niego, iż odważy się na reformę obecnego systemu. Nawet tych kilka kosmetycznych zmian zaproponowanych w przeciągu dwóch lat jego prezydentury okazały się mieć charakter czysto propagandowy, a w ich szczerość wątpią także sami Rosjanie. Według badań opinii publicznej wiarę w ich powodzenie wyraża zaledwie od 10 do 15 procent badanych.

Istnieje jednak sfera, w której obecny prezydent stara się zachować pozory niezależności od swojego poprzednika. Miedwiediew w sprytny sposób kreuje siebie jako głównego rozgrywającego w polityce zagranicznej. Nie oznacza to, że Rosja całkowicie zmieniła swoje priorytety i raz na zawsze pozbyła się swoich 'pseudo imperialnych' zachowań. Wydaje się jednak, iż Kreml przyjął bardziej koncyliacyjny kurs w swoich kontaktach z Zachodem, a prezydent Miedwiediew skutecznie utrwala swój wizerunek w Brukseli i Waszyngtonie jako bardziej ugodowego niż były agent KGB – Władimir Putin.

Istniejąca sytuacja jest klasycznym układem, w którym dwóch najważniejszych polityków wcieliło się rolę dobrego i złego policjanta. W zależności od okoliczności przyjmują oni różne pozy, dzięki którym upewniają rosyjskie społeczeństwo, że wszystko jest pod całkowitą kontrolą ('car batiuszka' Putin), bądź starają się kreować wizerunek Rosji jako państwa przewidywalnego i skorego do współpracy w imię wspólnych zasad na arenie międzynarodowej (dyplomata Miedwiediew). Pytanie tylko czy uda się utrzymać ten układ przez kolejnych kilka lat?

Emil Zacharczuk

 

Zachęcam do dyskusji o dotychczasowym bilansie prezydentury Miedwiediewa oraz relacjach prezydenta z premierem. Przypominam także, że na bieżąco można śledzić najciekawsze publikacje o tematyce międzynarodowej za pośrednictwem Dyplomacji na Facebooku. Z okazji Wielkiej Nocy życzę Czytelnikom dużo zdrowia, radości i pogody ducha. Wesołego Alleluja!

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

sobota, 27 marca 2010

grafika

Barack Obama i jego Partia Demokratyczna przeprowadzili w ubiegłym tygodniu przez Kongres reformę systemu opieki zdrowotnej. Prace nad reformą trwały wiele miesięcy, a styczniowe zwycięstwo umiarkowanego Republikanina Scotta Browna w wyborach uzupełniających w liberalnym Massachusetts sprawiło, że Demokraci poczuli powiew niezadowolenia społeczeństwa wywołanego m.in. wspomnianymi zmianami dot. ochrony zdrowia. Dla Obamy pomyślne przeprowadzenie reformy jest dużym sukcesem.

Czy uda się przekuć sukces w domu na zwycięstwa poza granicami kraju? To pytanie postawiłem trzem zaprzyjaźnionym blogerom w ramach Agory Dyplomacji, nowego projektu na łamach Dyplomacji. Od dziś będę systematycznie zapraszał zewnętrznych komentatorów, aby odpowiedzieli na jedno pytanie. Przekrój opinii może być bardzo szeroki, co zresztą doskonale widać już w trzech poniższych komentarzach. Dzisiaj gośćmi Dyplomacji są: Jan Barańczak, autor bloga Bookistan i współpracownik portalu Polityka Globalna; Maciej Józefowicz, redaktor serwisu Newsweek.pl oraz współtwórca bloga USA 2008 poświęconego wyborom prezydenckim w USA; Michał Kolanko, autor bloga Spin Room oraz współtwórca wspomnianego bloga USA 2008.

Pytanie: Demokraci przepchnęli przez Kongres reformę systemu opieki zdrowotnej. Pojawiły się głosy, że Obamie udało się nie tylko osiągnąć sukces, ale także pokazać swą siłę. Ponownie jest graczem, z którym należy się liczyć. W związku z tym, czy uda się Obamie wykorzystać wzmocnioną pozycję wewnątrz kraju na załatwienie po myśli Ameryki konkretnych inicjatyw i problemów zewnętrznych?

1. Jeśli wykładnią priorytetów administracji Obamy na najbliższy rok ma być styczniowe przemówienie prezydenta na temat stanu państwa (ang. State of the Union) odpowiedź może być tylko jedna: Obama nie rzuci się z pasją w wir polityki zagranicznej bardziej niż robił to dotychczas. Najważniejszym wyzwaniem pozostają sprawy wewnętrzne: gospodarka, finanse, rynek pracy. Jeśli uda mu się cokolwiek załatwić na arenie międzynarodowej, to bardziej z rozpędu.

Nie czarujmy się (make no mistake, jak to w wolnym tłumaczeniu brzmi ulubione sformułowanie Obamy), za granicą nikt nie padnie porażony skutecznością prezydenta na własnym podwórku. Nikogo to nie dotyczy, światową politykę robi się trochę inaczej niż tę w domu. Po sukcesie przyjęcia w Kongresie reformy systemu opieki zdrowotnej Obama będzie mieć trochę lepszy humor, jeden kłopot mniej na głowie i energię do spożytkowania. Ale sytuacja w zakresie polityki zagranicznej się nie zmieni. Hillary, Biden i Gates będą ciężko pracować, opozycyjni Republikanie zaciekle krytykować, sprawy świata będą płynąć swoim rytmem. Układ z Rosją o redukcji arsenału nuklearnego właśnie dopracowano, zapasy z Izraelem w toku, z Iranem też. Po jesiennej decyzji o wysłaniu dodatkowych sił do Afganistanu Obama wykupił sobie cały rok na sprawdzenie „jak to działa”. Teraz jest czas na coś innego.

Chyba żaden polityk w amerykańskiej administracji nie ma wątpliwości, że w najbliższych wyborach najważniejszą miarą, wedle której będą oceniani jest kondycja ekonomiczna kraju. Gospodarka, głupcze!, brzmi odkurzone hasło z czasów Clintona. Sprawy zagraniczne muszą poczekać. Zadowolić się codzienną rutyną i błyskotliwymi przemówieniami utalentowanego oratora.

Jan Barańczak

2. Jeśli chodzi o ułatwienie Obamie rozwiązywania problemów międzynarodowych, jestem sceptyczny w tej materii. Kluczowe tutaj jest bowiem pytanie, czy prezydent USA w ogóle wzmocnił swoją pozycję w polityce krajowej po przepchnięciu reformy. Moim zdaniem, nie.

Zmiany zainicjowane przez nowe prawo mają bowiem bardzo szeroki horyzont czasowy. Jej najbardziej radykalne postulaty, takie jak przymusowe ubezpieczenie zdrowotne, wejdą w życie dopiero od 2014 r., gdy w Białym Domu może już zasiadać inny prezydent. Jeśli więc reforma przyniesie jakąkolwiek poprawę w życiu Amerykanów, będzie to widoczne dopiero w dalekiej przyszłości.

Na razie natomiast przeciwników samej reformy zdrowia jest o kilkanaście procent więcej niż zwolenników, a sam Obama w ciągu pierwszego roku rządów roztrwonił gigantyczny entuzjazm, jakim został obdarzony przez naród. Na fali znowu się znalazła Partia Republikańska, której politycy zapowiadają obalenie nowego prawa w Sądzie Najwyższym, zanegowanie jego obowiązywania przez ustawodawstwo stanowe czy pogrzebanie go w Kongresie. Zaciekła dyskusja między zwolennikami a przeciwnikami prezydenckiego projektu przeciekła przez wszelkie granice cywilizowanego sporu i zamieniła się w groźby śmierci i nagonki na rodziny kongresmenów, którzy poparli ustawę. Wśród zwolenników republikanów aż 67 proc. uznaje Obamę za socjalistę, ponad połowa – za muzułmanina, a jedna czwarta nie wyklucza, że może być Antychrystem.

Wątpię, czy po jesiennych wyborach reforma zostanie całkowicie cofnięta, jak to utrzymują Republikanie. W nowym Kongresie Demokraci raczej utrzymają minimalną przewagę, co powinno utemperować zapędy prawicowej opozycji. Batalia o powszechne ubezpieczenie zdrowotne zostawiła jednak głęboko poranione społeczeństwo, podzielone na dwa nienawidzące się obozy. Na tej glebie trudno zbudować cokolwiek konstruktywnego.

Maciej Józefowicz

3. Obama bez wątpienia odniósł największy sukces polityczny w czasie swojej kadencji. Jest to też jedno z największych politycznych zwycięstw jaki osiągnęła Partia Demokratyczna od lat 60. Jednak nie ma gwarancji, że ten tryumf przełoży się automatycznie na konkretne rezultaty w polityce zewnętrznej, chociaż na pewno nie pogorszy sytuacji – w wymiarze czysto psychologicznym, dużo trudniej negocjuje się ze zwycięzcą tak ogromnego politycznego starcia, niż z osobą która taką walkę przegrała. A porażka reformy była do samego końca cały czas możliwa.

Wrogowie i sojusznicy Obamy mogli więc liczyć, że stanie się on drugim Carterem. Teraz takie porównanie jest już niemożliwe, a spełnienie najważniejszej obietnicy wyborczej ułatwi Obamie walkę o re-elekcję. Oznacza to, że np. Izrael ma w perspektywie kolejne sześć a nie dwa lata kontaktów z tą administracją. To może zaważyć na taktyce i strategii tego kraju, jak również Iranu i wielu innych państw.

Ale ten „zdrowotny” sukces polityczny ma przede wszystkim wymiar wewnętrzny. Republikanie mają teraz dwie drogi do wyboru: albo kontynuacja totalnej opozycji np. w sprawie Guantanamo albo próba nawiązania współpracy z administracją, zarówno w kwestiach zagranicznych jak i wewnętrznych.

Pierwszym realnym testem nowej pozycji Obamy będzie na pewno proces ratyfikacyjny nowego porozumienia START. Republikanie, mając 41 senatorów mogą ten proces zablokować – do ratyfikacji potrzebne jest bowiem 67 głosów. Pierwsze sygnały o kierunku w którym pójdzie proces ratyfikacyjny będą widoczne już w ciągu najbliższych tygodni.

Prawdziwym testem dla Obamy będą dopiero listopadowe wybory do Kongresu. Ich wynik uwarunkuje poczynania administracji do czasu kolejnych wyborów prezydenckich.

Michał Kolanko


Zachęcam Czytelników do podjęcia próby odpowiedzi na pytanie, z którym zmagali się goście pierwszej Agory Dyplomacji. Wyraźcie własne zdanie, spierajcie się z komentatorami i między sobą. Zawsze jestem otwarty na Wasze propozycje pytań do Agory oraz sugestie gości, których mógłbym zaprosić do udziału w dyskusji. To samo dotyczy tematów, które podejmuję na blogu - nie mogę obiecać, że każdy temat zostanie opisany, ale nie pozostawię Waszych propozycji bez odpowiedzi. Zapraszam także do dołączenia do społeczności Dyplomacji na Facebooku. Znajdziecie tam wybór wartych przeczytania artykułów, analiz i raportów oraz pytania do dyskusji. Aktualne dotyczy bilansu dwóch lat prezydenta Miedwiediewa.

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook