czwartek, 17 maja 2012
Grupa G8 nie jest najważniejszą instytucją na świecie. De facto jest to coroczna formuła spotkań przywódców najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw świata, wywodząca się z połowy lat 70. W skład grupy wchodzą Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Japonia oraz Kanada. Oprócz wysokiego poziomu rozwoju państwa te łączy ustrój demokratyczny i przywiązanie do praw człowieka oraz wolności obywatelskich. Rosja, dokooptowana do G7 w 1994 roku, a formalnie przyjęta do niej trzy lata później (zmiana nazwy na G8) od początku pasowała do niej jak pięść do nosa. Z biegiem lat coraz bardziej. Teraz pojawił się świetny pretekst, by - jak się okazuje - bolesną dla Moskwy obecność w G8 zakończyć. Nowy-stary prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin uznał, że ma ważniejsze rzeczy do roboty, niż pokonywać ocean i spotykać się w Camp David z przywódcami Zachodu. Oficjalne uzasadnienie takiej decyzji Putina to konieczność dokończenia formowania rządu. Zabawne w takim razie, że premier tego rządu, Dmitrij Miedwiediew (do niedawna prezydent), został przez Putina oddelegowany do udziału w szczycie G8, który odbędzie się w dniach 18-19 maja. Dla Rosji G8 traci na znaczeniu Jakkolwiek wymówka dotycząca tworzenia rządu może być częściowo prawdziwa, ponieważ Putin musi stworzyć gabinet zdolny odpowiedzieć na coraz większe niezadowolenie społeczne i falę demonstracji, te kilka dni nie robi istotnej różnicy. Problemy wewnętrzne będą zmorą Putina przez cały czas trwania kadencji (6 lat, o ile dotrwa do końca), a rząd i jego członkowie mogą pełnić rolę zderzaków. Jest jednak mało prawdopodobne, że Putin kierował się taką drobnostką jak formowanie gabinetu. Bardziej przemawia do mnie (i nie tylko) argument, iż prezydent Rosji wymierza policzek prezydentowi Obamie i Zachodowi. Nie od dziś wiadomo, że Putin jest negatywnie nastawiony do wspólnoty państw demokratycznych, żywi przed nią obawę (kolorowe rewolucje, obalanie przyjaznych Rosji reżimów) i zrobi wszystko, aby powstrzymać działania Zachodu. Jak przewidywałem w grudniu ub.r., reset pomiędzy Ameryką a Rosją dobiegł końca. Teraz znajdujemy ostateczne potwierdzenie tych przewidywań. W Rosji już od ponad pół roku dominują zdecydowane antyzachodnie nastroje. Sam Putin, zamiast do Camp David, planuje udać się do Mińska - chyba jasne, jakie wnioski można wyciągnąć z takiego kierunku pierwszej wizyty.
Zdjęcie ze szczytu G8 w Kanadzie w 2010 r. (źródło: Wikimedia Commons) Putina nie interesuje G8, umiarkowanie interesuje go G20 (szczyt w Meksyku w czerwcu, planuje wziąć w nim udział), bardzo interesuje go natomiast Szanghajska Organizacja Współpracy, OUBZ oraz integracja środkowoazjatyckich republik postsowieckich (oraz Ukrainy) pod przewodnictwem Kremla. Przed wyborami Putin zapowiadał stworzenie alternatywnej wobec Unii Europejskiej organizacji na obszarze WNP - eurazjatyckiej unii gospodarczej. Tak, jak Obama koncentruje uwagę Waszyngtonu na Pacyfiku, tak Putin skupia uwagę Moskwy na Azji Środkowej. Słusznie rozumuje, że to kluczowy dla Rosji obszar świata. Rosja powinna umocnić tam swoje wpływy, ograniczyć chińską ekspansję i wyrugować Stany Zjednoczone. Swoiste desinteressement Putina dla G8 i Zachodu ma więc uzasadnienie geopolityczne. Rosja woli rozmawiać z przyjaznymi Niemcami i Francją (być może Putin spotka się z ich przywódcami pomiędzy wizytą u Łukaszenki a wylotem do Pekinu) niż Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami. Obecność Ameryki jest Rosji zbędna, co od dawna jest oficjalnym stanowiskiem Moskwy w sprawie bezpieczeństwa Europy. Usunięcie Rosji to niewielka strata Skoro Putin nie widzi w udziale w G8 istotnych korzyści, nie ma powodu, by Rosję zmuszać do udziału w jej spotkaniach. Przywódcy najbardziej rozwiniętych demokracji spotykali się bez udziału przedstawiciela Rosji przez blisko dwie dekady, mogą spotykać się bez niego także teraz. Natomiast nie ma żadnego powodu, by przyjmować policzek od Putina (Obama specjalnie przeniósł szczyt G8 z Chicago do Camp David, ponieważ w tym pierwszym odbywa się szczyt NATO) i zapewniać, że obecność Miedwiediewa jest wysoce pożądana. Nasza chata z kraja? Dziękujecie nam? Przyjmujemy to bez żalu. Rosja w żadnej mierze nie przystaje do G8, ani pod względem gospodarczym, ani pod względem ustrojowym. Ba, zachodnia siódemka i Rosja to niebo a ziemia pod względem demokracji i praw człowieka. Państw dawnego G7 nie łączy z Rosją wspólnota wartości, a wspólnota interesów jest, głównie przez działania Putina, coraz bardziej ograniczona. O ile Miedwiedwiew zgodził się jeszcze na zachodnią interwencję w Libii, o tyle Putin kategorycznie wzbrania się przed jakąkolwiek formą silniejszego nacisku na Syrię. Wiadomo, że z Putinem nie będzie ustępstw, a negocjacje będą bardzo trudne (jakby do tej pory były łatwe...). Pożegnanie Rosji z G8 powinno odbyć się bez dyplomatycznych fajerwerków. Po prostu na kolejny szczyt nie należy wystosowywać zaproszenia dla przywódcy Federacji Rosyjskiej. Kraje Zachodu zyskają okazję do szczerej rozmowy w godnym zaufania gronie, a prezydent Putin nie będzie zmuszony szukać kolejnej wymówki. Należy pamiętać, że G8 to tylko klub dyskusyjny, a z racji wyzwań ekonomicznych ważne decyzje zapadają na szczytach G20. Tam udział Rosji jest wskazany, a przez nią samą ceniony. Są więc warunki do dialogu i współpracy. W przypadku G8 jest oczywiste, że formuła kooperacji z Rosją się wyczerpała. Piotr Wołejko PS. Pomysł, aby wyrzucić Rosję z G8 nie jest nowy. Dyskusja na ten temat odbyła się ostatnio cztery lata temu, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Zachęcam do przeczytania artykułu Richarda Haassa, szefa Rady Stosunków Międzynarodowych z Waszyngtonu (wpływowego think-tanku), który bronił wówczas obecności Federacji Rosyjskiej w G8.
wtorek, 15 maja 2012
Rok temu, 2 maja 2011 roku, amerykańscy komandosi z elitarnego oddziału Navy Seals Team Six, przeprowadzili akcję na terytorium Pakistanu, w wyniku której zginął lider Al-Kaidy Osama bin Laden (OBL). Akcja komandosów wstrząsnęła Al-Kaidą. W rok po zabiciu OBL warto postawić pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi? Odpowiedzi postaram się udzielić wspólnie z Michałem Holą, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu.
Według szacunków amerykańskiej armii i wywiadu w Afganistanie, w którym od dekady przebywają zachodnie wojska, znajduje się 100-200 bojowników Al-Kaidy. Ośrodki treningowe terrorystów zostały w znacznej mierze zniszczone, a oni sami przenieśli się raczej na górzyste afgańsko-pakistańskie pogranicze. To nie Al-Kaida prowadzi z Amerykanami wojnę partyzancką w Afganistanie. Jej rola jest niewielka. Michał Hola jest przeciwnego zdania, co powinienem w tym miejscu zaznaczyć. Nowe teatry walk Jednocześnie następuje rozprzestrzenianie się ideologii Al-Kaidy w regionie Afryki Północnej i Sahelu, Rogu Afryki, a nawet w Nigerii. Polem walki z terrorystami spod znaku wojowniczego islamu jest dziś głównie Jemen, gdzie prowadzona jest intensywna kampania ataków z powietrza (samoloty bezzałogowe) połączona z działaniami szkolonych przez Amerykanów oddziałów jemeńskich sił bezpieczeństwa. To w Jemenie działał posiadający amerykańskie obywatelstwo Anwar al-Awlaki, który został pierwszym obywatelem USA zabitym bez wyroku sądu na rozkaz Waszyngtonu (co wzbudziło wiele kontrowersji, podobnie jak rosnące wykorzystanie dronów w walce z terroryzmem rodzi coraz większe wątpliwości etyczne). Problemy z terrorystami inspirowanymi Al-Kaidą ma także Somalia, gdzie lokalne ugrupowanie islamistyczne al-Shabab postanowiło przeprowadzić fuzję z Bazą i działać z nią ramie w ramię podczas walki z „niewiernymi”. Od listopada trwa skoordynowana ofensywa wymierzona w al-Shabab, w której biorą udział Kenia, Etiopia, lokalne siły stabilizacyjne pod flagą Unii Afrykańskiej (głównie Ugandyjczycy), miejscowe milicje klanowe oraz siły rządu tymczasowego. Pół roku po starcie kampanii trudno powiedzieć, że al-Shabab zostało stłamszone. Organizacja nadal kontroluje sporą część terytorium Somalii. Warto zwrócić szczególną uwagę na Jemen i Somalię w kontekście Al-Kaidy, gdyż miejscowe uwarunkowania (słabe bądź nieistniejące państwo, skłócone klany/grupy etniczne, ubóstwo i brak perspektyw ludności, brak większego zainteresowania i wsparcia wspólnoty międzynarodowej) bardzo przypominają Afganistan. Kraje te są wręcz kopią bezpiecznej przystani, jaką dla terrorystów stał się Afganistan. W Afryce zyskali oni to, czego brakowało trochę w Afganistanie – przestrzeń. Bardzo łatwo jest „zgubić się” na rozległych pustkowiach i płaskowyżach albo w górzystym terenie. Obszary te są trudno dostępne i zapewniają terrorystom swobodę i bezpieczeństwo. Z tego powodu należy uważnie przyglądać się działaniom AQIM (Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu), szczególnie aktywnej w Algierii oraz sytuacji w Mali, którego struktury państwowe przestają powoli istnieć (zamach stanu, próba kontr zamachu, secesja Tuaregów), a elementy radykalne rosną w siłę mimo stosunkowo niewielkiej liczebności (nadrabiają to świetną organizacją, lojalnością i zdolnościami bojowymi). Nie można pomijać też zagrożenia, jakie stanowi nigeryjska grupa Boko Haram, tak samo jak różnorakie organizacje w Azji Środkowej (Uzbekistan, Xinjang). Cały czas bardzo poważne zagrożenie stanowią liczne ugrupowania w Pakistanie, spośród których największe możliwości posiada Lashkar-e-Taiba (LeT) i jej przykrywka, „charytatywna organizacja” Jamaat-ud-Da’wah. Zdaniem Michała Holi LeT posiada zdolność oraz możliwość do przeprowadzania spektakularnych zamachów poza tradycyjnym obszarem jej działania. Czy będzie to coś na kształt zamachów w Bombaju w 2008 roku? Beczką prochu jest Kaszmir, gdzie działa być może więcej organizacji terrorystycznych niż na afgańsko-pakistańskim pograniczu. Nowe zagrożenia ze strony terrorystów Spada znaczenie Al-Kaidy jako organizacji zdolnej do samodzielnego dokonania wielkich zamachów, natomiast nie maleje rola jej ideologii. Liczba ugrupowań terrorystycznych już teraz jest duża, a nieustannie powstają nowe. Michał Hola twierdzi, że postępuje decentralizacja działań Al-Kaidy i ich regionalizacja. Nadal atrakcyjne jest podpinanie własnej organizacji pod Al-Kaidę (AQIM, AQAP – Al-Kaida Półwyspu Arabskiego, fuzja al-Shabab w Somalii z Al-Kaidą), jednak coraz częściej terroryści walczą o wąsko rozumiane cele o znaczeniu regionalnym, np. Al-Shabab chce odtworzyć islamski emirat Somalii, który trwał przez krótki czas rządów Unii Trybunałów Islamskich w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia. Najpierw chodzi w tym przypadku o władzę, później o szariat. Obok decentralizacji i regionalizacji mamy do czynienia ze wzrostem znaczenia działań typu „individual jihad”. Michał Hola powołuje się tutaj na wydawany przez AQAP internetowy magazyn INSPIRE, w którym zamieszcza się m.in. instrukcje wybierania celów i przygotowania ataków, posługiwania się bronią, produkcji i stosowania materiałów wybuchowych z łatwo dostępnych materiałów, czy produkcji zdalnie sterowanych, improwizowanych ładunków wybuchowych (śmiertelnych IEDs, znanych dobrze z Afganistanu i Iraku). Terroryści liczą tu przede wszystkim na żyjących na Zachodzie muzułmanów, najczęściej młodych potomków imigrantów z Pakistanu czy MENA (Bliski Wschód i Afryka Północna) lub Nigeryjczyków, którzy radykalizują się i coraz częściej podejmują decyzję o podążeniu szlakiem dżihadu. Jeśli taka forma terroryzmu zyska na popularności, kraje Zachodu staną przed poważnym problemem. Można bowiem zwiększyć kontrolę nad meczetami czy miejscami, w których zbierają się radykalne elementy islamistyczne, jednak nie sposób kontrolować wielomilionowych populacji wyznawców islamu (tym bardziej, że organizują się oni nierzadko w sieci, korzystając z portali, forów dyskusyjnych czy mediów społecznościowych). A co z konwertytami, którzy bywają jeszcze bardziej radykalni, a nierzadko nie ujawniają swoich poglądów, a czasem nawet faktu zmiany wyznania? Jak skutecznie minimalizować zagrożenie? Zabicie OBL było poważnym ciosem, który niewątpliwie osłabił Al-Kaidę i pozbawił globalny terroryzm jej najbardziej rozpoznawalnej twarzy i charyzmatycznego lidera. Równie ważna jak zabicie OBL jest jednak nieustająca i bardzo skuteczna kampania eliminacji przywództwa Al-Kaidy na każdym szczeblu. Ataki dronów oraz operacje sił specjalnych fizycznie wyeliminowały setki ważnych dla Bazy postaci. Wyzwaniem na dziś jest niedopuszczenie do transformacji Jemenu, Somalii i innych zagrożonych państw/obszarów w bezpieczne przystanie dla terrorystów. Zachód musi wywierać na nich ciągłą presję, wymuszać przemieszczanie się i eliminować liderów. Drony i siły specjalne to jedna część odpowiedzi na pytanie, jak należy tego dokonać. Kluczowa jest współpraca z lokalnymi władzami/strukturami, wspieranie milicji klanowych czy elitarnych oddziałów bezpieczeństwa. Dodatkowo potrzebny jest jeszcze większy wysiłek w kierunku wczesnego wykrycia przypadków indywidualnego dżihadu, chociażby przez penetrację radykalnych środowisk i organizacji, w szczególności charytatywnych, które stanowią dla terrorystów doskonałą przykrywkę. Odpowiadając na postawione we wstępie pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi, czy nie, należy stwierdzić, że chwilowo udało nam się ograniczyć zagrożenie terrorystyczne. Jednak stan ten nie potrwa wiecznie. Terroryści ewoluują i są kreatywni. Walka z nimi trwa na większej ilości frontów. Tylko aktywne zaangażowanie pozwoli Zachodowi (choć terroryzmem zagrożone są również Rosja, Indie czy Chiny) wygrywać w tej trudnej batalii. Piotr Wołejko *Wpis powstał przy współpracy z Michałem Holą, ekspertem ds. bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu, któremu bardzo dziękuję za pomoc i poświęcony czas, i zachęcam do śledzenia go na Twitterze.
poniedziałek, 07 maja 2012
Miniony weekend w Europie upłynął pod znakiem wyborów. Francuzi wybrali socjalistę Francoisa Hollande'a na prezydenta, Grecy pokarali dwie największe partie odbierając im ponad połowę poparcia, natomiast Serbowie decydowali pomiędzy proeuropejskim Borisem Tadiciem a antyeuropejskim Tomislavem Nikoliciem. Francja wybiera Hollande'a Najważniejsza bez wątpienia była porażka Nicolasa Sarkozy'ego, który jest pierwszym od trzech dekad prezydentem, który nie sięgnął po drugą kadencję. Hollande zdobył niespełna 52% oddanych głosów i przywraca tym samym Pałac Elizejski socjalistom - po raz pierwszy od odejścia Francoisa Mitteranda w 1995 roku.
Przed Hollandem bardzo trudne zadanie. Podobnie jak Sarkozy przed pięcioma laty, Hollande sporo obiecywał. Czy czekają nas renegocjacje pakietu fiskalnego, narzuconego Europie przez Angelę Merkel, a francuscy bogacze zapłacą 75-procentowy podatek dochodowy? Socjalista zamierza złagodzić cierpienia wywołane przez kryzys i odejść od jednowymiarowej polityki cięć wydatków. Jego problemem będzie to, że odpowiedzią na wstrzymanie wydatków budżetowych jest reforma sektora państwowego i polityki socjalnej. Baza Hollande'a, czyli związki zawodowe z pewnością nie wykażą w tym zakresie elastyczności. Hollande powinien też skupić się na problemie tzw. banlieus, imigranckich przedmieść, które są tykającą bombą z opóźnionym zapłonem. Grecy odrzucają tradycyjne partie Przechodząc do Grecji należy zwrócić uwagę na to, iż dwie główne partie: socjaliści z PASOK i konserwatyści z Nowej Demokracji utracili ponad połowę poparcia. Poprzednio zdobyli ponad 70% głosów, dziś ledwo ponad 30%. Co więcej, między zwycięską Nową Demokrację a PASOK wcisnęła się lewicowa Syriza i monopol PASOKu na lewej stronie przynajmniej chwilowo został przełamany. Do parlamentu weszli także neonaziści oraz komuniści. Grecy ukarali duże partie, a zyskały na tym radykalne ugrupowania z obu stron sceny politycznej. Lider konserwatystów Antonis Samaras ma 3 dni na stworzenie większości parlamentarnej. Nie będzie mu łatwo, a powtórka wyborów to bardzo prawdopodobne rozwiązanie. W Atenach króluje chaos, co negatywnie wpływa na zagrożone kryzysem kraje południa Europy. Czy wyjście Grecji ze strefy euro jest jedynym rozwiązaniem problemów zarówno Grecji, jak i eurogrupy? Serbowie podzieleni w sprawie Europy Trzecie istotne wybory odbyły się w Serbii. Ostateczne wyniki poznamy w czwartek, natomiast wstępnie wiadomo, że Boris Tadic i Tomislav Nikolic, czyli pro i antyeuropejscy kandydaci, spotkają się w drugiej turze po tym, jak Tadic zdobył minimalnie więcej głosów od swego rywala. W przypadku wyborów parlamentarnych to Nikolic okazał się zwycięzcą, pokonując o włos ugrupowanie Tadicia. Jeśli Tadic przegra, załamie się delikatna konstrukcja polityczna, która w ostatnich latach znacząco zbliżyła Serbię do UE i europejska ścieżka Belgradu stanie pod wielkim znakiem zapytania. Patriotyczne zadęcie i demonstracje ws. Kosowa na pewno nie sprawią, że Serbom będzie się żyło lepiej i dostatniej. A w Meksyku rusza poważna kampania prezydencka Na koniec rzut oka za ocean, do Meksyku, gdzie rozpędu nabiera kampania prezydencka. Po dwunastu latach rządów Partii Akcji Narodowej (PAN) i jej dwóch prezydentów - Vicente Foxa i Felipe Calderona - wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na zmianę. Na czele wyścigu od początku znajduje się reprezentant Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej Enrique Pena Neto (ok. 36-40% poparcia), a za jego plecami plasuje się lider lewicowej koalicji Andres Manuel Lopez Obrador (23-25% poparcia). Koleżanka Foxa i Calderona, pierwsza kobieta z szansami na prezydenturę Meksyku, Josefina Vazquez Mota jest na razie trzecia z poparciem ok. 20-23%. Vazquez Mota i PAN cierpią za wojnę z kartelami narkotykowymi ogłoszoną przez prezydenta Calderona sześć lat temu, a która do dziś nie przyniosła rozstrzygnięcia. Trup ściele się gęsto, co kilkanaście dni otrzymujemy informacje o kolejnych szokujących mordach, np. znalezieniu kilkunastu bezgłowych ciał czy powieszeniu kilku osób na moście. Po pierwszej debacie telewizyjnej sondaże wykazały, iż zwyciężył ją Pena Neto (ok. 30%), a Vazquez Mota wypadła najsłabiej, dając się wyprzedzić czwartemu z kandydatów, który w sondażach zbiera ok. 10% głosów. Wybory odbędą się w lipcu, natomiast porażka reprezentanta PRI będzie dużą niespodzianką. Piotr Wołejko
grafika: peter-ould.net
czwartek, 03 maja 2012
Zadziwiającego rozmachu nabiera kampania wzywająca do bojkotu meczów Euro 2012 rozgrywanych na Ukrainie. Bojkotującymi zamierzają być Holendrzy i Niemcy, a przyczyną bojkotu jest traktowanie byłej premier Julii Tymoszenko, wsadzonej za kratki przez prezydenta Wiktora Janukowycza z powodów czysto politycznych. Bojkot nie stanowi jednak dobrego rozwiązania, a wzywający do niego Holendrzy nie tak dawno stracili wiarygodność w dziedzinie obrony praw człowieka. Dziś zachowują się jak diabeł w starym przysłowiu o przebieraniu się w ornat i dzwonieniu na mszę. Nie ulega wątpliwości, że zamknięcie w więzieniu liderki opozycji to zwyczaje krańcowo odległe od europejskich standardów i Janukowycz wyrządza sobie i Ukrainie poważną krzywdę. Sobą ukraiński prezydent mało się przejmuje i apelowanie do jego godności nie ma większego sensu. Mało go po prostu obchodzi opinia Zachodu. Krzywdzi jednak Ukrainę, która z państwa aspirującego do członkostwa w UE przeistacza się w quasi-autorytarny kraj, któremu bliżej do satrapii Kazachstanu czy Azerbejdżanu niż do Polski czy Belgii. Wizerunek Kijowa na Zachodzie tylko przez krótką chwilę po Pomarańczowej Rewolucji był pozytywny, a od dłuższego już czasu systematycznie się pogarsza. Spory udział miała w tym bohaterka obecnego sporu, która będąc u władzy robiła niewiele, by zbliżyć swój kraj do Europy. Bojkot to niewłaściwa droga
Od koszulek czy transparentów po treściwą wypowiedź dla mediów - to tylko niektóre propozycje zachowań po stokroć skuteczniejszych od bojkotu. Potrzeba tylko konsekwencji, czyli powtarzania "demonstracji" na każdym meczu na Ukrainie, od pierwszego starcia grupowego po spotkanie finałowe. Czy można wyobrazić sobie lepszą kampanię na rzecz praw człowieka i demokracji niż trzytygodniowe święto futbolu na Starym Kontynencie? Nieobecność, bojkot, to rozwiązanie dobre tylko wtedy, gdy decydujemy się wycofać także reprezentacje z udziału w turnieju. Inaczej narażamy się na śmieszność. Jednak proste porównanie zaprezentowanych wyżej rozwiązań pokazuje wprost, która opcja powinna zwyciężyć. Prawa człowieka na stałe Druga sprawa to wiarygodność tych, którzy za bojkotem najgłośniej gardłują. W czołówce krzykaczy i piewców pustego gestu, jakim byłby bojkot, znajdują się Holendrzy. Tak Moi Drodzy, Holendrzy! Dziś prawa człowieka na Ukrainie są im najdroższe na świecie. Wczoraj nie czuli większego dyskomfortu, gdy nacjonalistyczna partia Geerta Wildersa urządzała antypolską kampanię nienawiści. Uri Rosenthal, minister spraw zagranicznych w rządzie premiera Marka Rutte (mniejszościowy gabinet, wspierany przez partię Wildersa), stał się teraz obrońcą praw człowieka na Ukrainie. Teraz jest bardzo szlachetny i głośno to podkreśla. Niestety, gdy potrzebna była odwaga i bezwzględne potępienie ksenofobii quasi-partnera koalicyjnego Pan Rosenthal wybrał milczenie. Jak widać, Holendrom drogie są prawa człowieka za granicą, na dalekiej Ukrainie, natomiast na własnym podwórku prawa człowieka to zbędny frazes. Nie jest moim zamiarem atakować personalnie Pana Uriego Rosenthala. Wskazuję tylko, że selektywne podejście do ochrony i promocji praw człowieka naraża na śmieszność i powoduje utratę wiarygodności. Tymczasem Holandia, tak samo jak UE, Zachód czy globalna wspólnota demokracji powinny popierać prawa człowieka zawsze i wszędzie. Jasny i koherentny przekaz w tej dziedzinie może zdziałać więcej niż miliardy dolarów, ponieważ buduje pozytywny wizerunek oparty na fundamentalnych wartościach. Buduje soft power pozwalające burzyć mury (jak ten berliński) i wspierać lokalne społeczności w ich drodze do lepszego życia. Dlatego nie możemy kompromitować się tak, jak uczynił to holenderski rząd. Czasem pryncypia muszą wziąć górę nad realpolitik. Rząd Ruttego i tak upadł kilka tygodni po tym, gdy premier nie uznał za stosowne potępić Wildersa. Upadek gabinetu spowodował ten sam Wilders, któremu kalkulowało się nie popierać cięć budżetowych. Rozpisano nowe wybory, a Wilders cięcia poparł. Dał pokaz daleko idącego cynizmu i nihilizmu politycznego. Jeśli inni będą szli drogą Marka Rutte, soft power Zachodu szybko zmaleje. Realpolitik nie zawsze skuteczna Siłą Zachodu jest to, że obywatele są na pierwszym miejscu. Jeśli nie będziemy rozmawiać o prawach człowieka z Chinami, Arabią Saudyjską czy Rosją, kraje te będą nas rozgrywać i ogrywać, a Zachód przestanie być wzorem do naśladowania. Nie można prowadzić polityki w oderwaniu od wartości. Dostrzegał to Jimmy Carter i jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński. Stąd ich wsparcie dla Radia Wolna Europa, ruchów obywatelskich i niezależnych organizacji w krajach bloku wschodniego, a także twarde egzekwowanie postanowień tzw. trzeciego koszyka aktu końcowego KBWE z Helsinek. Zamiast bojkotu mówmy głośno o problematyce praw człowieka na Ukrainie. Wykorzystajmy Euro do promocji praw człowieka. Prowadźmy poważną politykę zamiast uciekać się do pustych gestów. Piotr Wołejko
grafika: http://euro2012.kalkulator24.net
wtorek, 01 maja 2012
Erytrea zrodziła się w wyniku trwającej trzy dekady wojny wyzwoleńczej z Etiopią, która zakończyła się w 1991 roku. Dwa lata później nowe państwo zyskało uznanie międzynarodowe, a na jego czele już oficjalnie stanął lider rebelii Isaias Afewerki. Stworzył on jednopartyjną dyktaturę, która brutalnie rozprawia się z jakąkolwiek opozycją, ogranicza wolność słowa, a także wspiera większość regionalnych ugrupowań terrorystycznych oraz organizacji rebelianckich. Erytrea ma status międzynarodowego pariasa, jest obłożona sankcjami ONZ za wspieranie islamskich radykałów z Al-Shabab. Islamiści połączyli ostatnio siły z Al-Kaidą, a więc prezydent Afewerki pomaga terrorystom. Al-Shabab to organizacja, która do listopada ub.r. kontrolowała znaczną część terytorium Somalii. W listopadzie Kenia, Etiopia oraz siły pokojowe Unii Afrykańskiej dokręciły islamistom śrubę i do dziś prowadzą wymierzoną w nich ofensywę. W grudniu ub.r. Rada Bezpieczeństwa, bez głosu sprzeciwu, przedłużyła nałożone wcześniej sankcje. Zdają się one nie robić jednak wielkiego wrażenia na Erytrei, która nie zmienia swojego postępowania ani o jotę. Wrogie otoczenie
Głównym celem Erytrei jest Etiopia, były okupant. W wojnie sprzed dwunastu lat zginęło od kilkudziesięciu do nawet 300 tys. osób, z czego tylko jedną piątą stanowią żołnierze obu stron. Po wojnie Asmara i Addis Abeba starają się unikać bezpośrednich starć, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że Erytrea robi wiele, by utrudniać Etiopii życie poprzez wsparcie dla Narodowego Frontu Wyzwolenia Ogadenu, separatystycznego ugrupowania rebelianckiego, którego celem jest oderwanie Ogadenu od Etiopii i przyłączenie go do Somalii oraz poparcie dla somalijskich islamistów (dziś występujących pod banderą Al-Shabab), z którymi Etiopia walczy od chwili inwazji na Somalię w 2006 roku. Stara nienawiść nie rdzewieje W połowie marca znowu zaiskrzyło na niespokojnej erytrejsko-etiopskiej granicy. Oddziały wojskowe z Etiopii wdarły się na 18 kilometrów w głąb terytorium Erytrei w pościgu za „grupą terrorystyczną” stosującą taktykę „uderz i ucieknij”, jak opisuje zdarzenie rząd w Addis Abebie. Rzecznik gabinetu Shimeles Kemal określił misję jako udaną, tzn. zakończoną wyeliminowaniem zbrojnego przeciwnika. Tymczasem Erytrea zapewnia, że Etiopczycy zaatakowali posterunek armii Erytrei. Jednocześnie Asmara zapewnia, że nie odpowie na „prowokacyjne akty” ze strony Etiopii. Jak zwykle nie obyło się bez uszczypliwości wobec Waszyngtonu. Minister Informacji Erytrei Abu Ali bez ogródek wskazał na Amerykę jako inicjatora etiopskiego rajdu: „Nie tylko ten atak, ale też destabilizacja naszego regionu to dzieło Stanów Zjednoczonych”. Skąd powrót do wojennej retoryki i przejście od słów do czynów? Na decyzji Etiopii z pewnością zaważyły wydarzenia ze stycznia br., gdy pięcioro zagranicznych turystów zginęło zastrzelonych przez uzbrojoną bandę, która rzekomo nadjechała z terytorium Erytrei, a dwóch zostało porwanych (później ich wypuszczono). Rząd Etiopii określił ten atak mianem „standardowej aktywności terrorystycznej reżimu [w Asmarze – przyp. P. W.]”. Po marcowym rajdzie Etiopia zapowiada, że „dopóki Erytrea pozostanie miejscem, z którego wyprowadza się ataki przeciwko Etiopii, dopóty będziemy podejmować podobne kroki”. Stanowisko Etiopczyków nie pozostawia wątpliwości, że ich cierpliwość, w stosunku do wybryków Asmary lub działań przez nią wspieranych, wyczerpała się. Nowej wojny nie należy się jeszcze spodziewać, natomiast ograniczone starcia graniczne lub w bezpośrednim sąsiedztwie granic mogą się nasilać. Konflikt zbrojny na pełną skalę nie opłaca się przede wszystkim Etiopii, która nie jest zamożnym państwem, a doskonale pamięta, jak ciężka, kosztowna i w zasadzie bezproduktywna była ostatnia wojna z lat 1998-2000. Uboga autokracja Sama Erytrea to państwo bardzo biedne, o dochodzie na głowę mieszkańca w wysokości zaledwie 700 dolarów. Cała gospodarka warta jest niespełna 4 miliardy dolarów. Dla porównania, amerykański gigant technologiczny Apple, producent popularnych iPhone’ów i iPadów zanotował tylko w ostatnim kwartale ubiegłego roku zysk ponad trzykrotnie wyższy – na poziomie 13 mld dolarów. Mimo niewielkiej gospodarki, Erytrea znajduje się w globalnej czołówce państw wydających na obronę istotny odsetek swojego PKB – sięga on 6,3%, czyli ok. 240 milionów dolarów. Powszechny obowiązek obronny dotyczy mężczyzn w wieku od 18 do 40 lat, a obowiązkowa służba wojskowa trwa 16 miesięcy. Mimo to, wielu mężczyzn jest zmuszanych do pozostania w wojsku, niektórzy nawet do osiągnięcia czterdziestego roku życia. Jest to jeden z powodów, obok biedy, braku perspektyw oraz zamordyzmu politycznego, dla którego setki tysięcy mieszkańców Erytrei emigrują z kraju. Teoretycznie Erytrea może powołać pod broń nawet około jednego miliona mężczyzn w wieku 16-49 lat. Wystarczy o wiele mniejsza liczba, aby jakakolwiek zewnętrzna interwencja ugrzęzła w bagnie wojny partyzanckiej na trudnym i nieprzyjaznym terenie. Dlatego prezydent Afewerki nie musi obawiać się o swoje rządy, a sprawuje je naprawdę twardą ręką. Ówczesny amerykański ambasador w Asmarze Ronald McMullen donosił w 2009 roku w depeszy do Waszyngtonu, ujawnionej później przez WikiLeaks, iż „reżim Afewerkiego jest bardzo dobry w kontrolowaniu niemal wszystkich aspektów życia swych obywateli”, a prezydent „jest okrutny i bardzo pewny siebie”. Nieuchronna destabilizacja Dwójka profesorów z amerykańskiego Georgetown University, Daniel Byman i Charles King, na łamach New York Timesa określili Erytreę mianem „państwa widmo”, porównując ją do takich bytów quasi-państwowych jak Abchazja, Naddniestrze, Cypr Północny, Górski Karabach oraz Somaliland. Ich zdaniem, społeczność międzynarodowa powinna unikać mnożenia bytów państwowych, ulegając prawu do samostanowienia narodów. Powstałe organizmy są bowiem słabe, nie zabezpieczają potrzeb ludności, a najczęściej są czynnikiem destabilizującym swoje bezpośrednie sąsiedztwo. Jeśli już jednak powstaną, „należy skłaniać je do przeprowadzania reform i nie dopuścić do koncentrowania się wyłącznie na zagadnieniu suwerenności” – piszą Byman i King. Wspomniani profesorowie nie znaleźliby z pewnością uznania w oczach erytrejskiego przywódcy Isaiasa Afewerkiego. W wywiadzie dla telewizji Al Jazeera w 2010 roku zapewniał, że jego kraj jest stabilny i prowadzi pokojową politykę. Afewerki twierdził, iż oskarżenia o wspieranie terrorystów są „sfabrykowane i nie ma na nie dowodów”, a wszelkie konflikty z sąsiadami tłumaczył machinacjami „wszczynanymi z inspiracji Stanów Zjednoczonych”. Słysząc takie słowa można odnieść wrażenie deja vu. Padały one z innych ust w podobnych okolicznościach na wielu szerokościach geograficznych. Przypadki takie jak Erytrea Afewerkiego powtarzają się, przez co wiele regionów świata ulega destabilizacji. Piotr Wołejko grafika: Wikimedia Commons |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||