Wpisy z tagiem: energetyka
niedziela, 18 grudnia 2011
Artykuł specjalnie dedykowany p. Piotrowi Wołejko na rocznicę jego bloga. Polska podjęła się bardzo trudnej roli w międzynarodowej rozgrywce energetycznej. Przyjęła poprzez oficjalne rządowe dokumenty oraz przez działania polityczne i gospodarcze, które tę politykę konstytuują (już realną, nie na papierze). Przykładem efektu tej polityki jest najnowsza poważna rysa na energetycznej mapie Europy, czyli Nord Stream. Otwarcie Nord Streamu to nie „klęska”, ale poważna przegrana Polski. Widać już jej efekty: gaz, jaki kupujemy od Gazpromu jest drogi. Bo przegranej nie widać na polu bitewnym czy w gazetach. Widać ją w rachunkach.
W przedstawianych publiczności zestawieniach cen rosyjskiego gazu dla różnych krajów Polska wypada słabo. Płaciliśmy rok temu drożej od Niemiec o 24% (my 336 dolarów – oni 271). Tylko nikt nie przypomina, że cztery lata wcześniej płaciliśmy mniej - o 11% (my 240 dolarów – Niemcy - 266). Na Polską blokadę i ostre ataki na forum europejskim (zablokowanie negocjacji nowego porozumienia Unia – Rosja), Rosjanie odpowiedzieli twardą grą ekonomiczną. Gdy myśmy czytali o „zakręceniu kurka”, Gazprom po prostu podniósł rachunki. Wtedy o tym milczano. Dzisiaj, gdy już „najstarsi górale nie pamiętają...” jak do tego doszło - można śmiało udawać pokrzywdzonego. I domagać się niższych cen, udając zapominalskiego Greka, który nie wie, skąd się takie ceny wzięły. I zamiast usiąść do interesów, jak Niemcy czy Czesi – znowu się z Gazpromem będziemy ciągać po sądach. W słusznej sprawie – chcemy tańszego gazu. Jednak jak to dawniej mówiono: Cyryl jak Cyryl, ale te Metody... Dlaczego trudną rolę? Bo w każdej grze trzeba ważyć siły. Swoje, przeciwnika, sojuszników. W branży gazowej naszym głównym atutem nie jest rynek, bo ten jest mały, Porównajmy: Rosja produkuje 600 mld m3 gazu, eksportuje 200 mld. Niemcy zżywają 80 miliardów, importują 70 mld, z tego 34 z Rosji). Polska – zużycie 14 mld m3 (2,5% produkcji Rosji, 7% jej eksportu, 17% zużycia Niemiec). Jak widać proporcje sił dość dla nas niekorzystne – nie mamy tu szans prężyć muskułów. Mamy jednak pozycję tranzytową. Leżymy na Nizinie Europejskiej, gdzie jest najbardziej korzystny dostęp do bezmiaru euroazjatyckich przestrzeni. Rosjanie to też wiedzą, bo przez kilkaset ostatnich lat przez te tereny przeszły wszystkie ataki na nich. Co robimy z naszą pozycją i siłą? Po części wykorzystujemy, budując najpierw rurociąg naftowy („Przyjaźń”), ale to jeszcze za PRL-u. Potem, na początku niepodległości - pierwszą nitkę gazowego Jamału. Budowa nie szła najlepiej, bo w miarę oddalania się od czasów radzieckiej dominacji, robiliśmy się coraz bardziej anty-rosyjscy. Paradoks z rodzaju tych, które serwował Stalin - „walka klasowa narasta w miarę zbliżania się do komunizmu”. Mamy następną okazję być przy stoliku, gdzie toczy się gra (bardzo dziś popularne proeuropejskie powiedzenie). Przychodzą do nas w 2000 roku Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Włosi i mówią, że chcą drugą nitkę Jamału wybudować. My mówimy: jesteśmy bardzo otwarci, ale „wicie, rozumicie” – przyroda u nas wrażliwa na rurociągi... a poza tym, Ukrainy to wy nie obejdziecie przez polską ziemię. Po naszym trupie! Zabrali się, poszli. Poknuli, poknuli i wymyślili, że i Ukrainę i nas i Białoruś obejdą przez morze – na początek sami Rosjanie z Niemcami zdecydowali o budowie Nord Streamu. Za chwilę inni do nich dołączyli i projekt zrobił się „europejski”. No i zbudowali. A my o co graliśmy w tej grze? Graliśmy przeciw potędze energetycznej Rosji, największego na świecie producenta i eksportera węglowodorów. Graliśmy przeciw Niemcom, których dzisiaj nasz minister wychwala i błaga o europejskie przewodnictwo. Nawet pożyczymy im trochę pieniędzy, żeby to przewodnictwo raczyli sprawować. Ale ten sam minister 6 lat temu coś jęknął w kuluarach o tej bałtyckiej rurze, że to nowy „pakt Ribbentrop – Mołotow”. Więc graliśmy też przeciwko europejskiemu liderowi, tylko może wtedy jeszcze ten minister tego nie widział... Widzimy więc, że na dwóch frontach, na obu znacznie silniejszy od nas przeciwnik... Tak na marginesie, czy zdajesz sobie sprawę Czytelniku, że oba te państwa budżety wojskowe (uuu, niepoprawnie, mówi się: obronne) – mają sześciokrotnie większe od naszego? Powtórzę: 6-krotnie i to każde - i Rosja i Niemcy? Miałeś Czytelniku świadomość? Warto o takich rzeczach pamiętać. No dobrze, słabi jesteśmy. Ale może mamy silnych sojuszników? Mieliśmy. Amerykę, o której marzymy, ale łobuzy wiz nam nie chcą znieść. I ta Ameryka, światowa potęga, hegemon globalny, rzeczywiście nie chciała tego rurociągu. I zachęcała nas jak mogła, byśmy my też nie chcieli. Nie trzeba było nas aż tak zachęcać, sami chcieliśmy, nawet niczego za ten opór nie żądaliśmy. Podobnie zresztą jak za nasze wojska w Iraku, gdy Turcja za samo lotnisko zażyczyła sobie 10 miliardów dolarów. I dostał. My tak dla idei i przyjaźni transatlantyckiej to robiliśmy. Ale Amerykanie nie bardzo się chcieli zaangażować tak na poważniej. Woleli z tylnej ławki. I żeby choć tak jak w Libii, dostarczali te rakiety, choćby na kredyt. Nic, tylko zachęcali. Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki. A jedyne co potrafili zastosować, to metoda „wrzeszczącego dziecka”. Ot siedzi się i na cały głos wrzeszczy. Ryczy się, aż wszyscy mają tego dość. Zwolennikiem takiej taktyki w sprawie Gazociągu Północnego był poseł Paweł Kowal. Ostatnio w mowie dla transatlantyckiego think-tanku Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego przyznał, że choć taka prosta, to nie dała jednak efektu. Można powiedzieć, że jacy politycy, taka metoda, takie i efekty. No cóż, czasy mamy spokojniejsze niż w 30-tych latach XX wieku. Wtedy beznadziejny poziom naszych elit politycznych i ich pogubienie w wydarzeniach doprowadziły na największego nieszczęścia naszego narodu w historii. Dzisiejsze elity, które w polityce międzynarodowej błądzą jak dzieci we mgle, tyle szkód raczej nie narobią. Ale rachunki już płacimy słone. Andrzej Szczęśniak Ekspert rynku paliw i gazu, od 2005 roku prowadzi blog o sprawach energetycznych pod adresem: www.szczesniak.pl
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Dyplomacja energetyczna Rosji robi wiele, aby powstrzymać budowę elektrowni jądrowej w litewskim Visaginas, która ma zastąpić zamknięty z końcem 2009 roku obiekt w Ignalinie. Zabezpieczał on ok. 70% potrzeb na energię elektryczną na Litwie. Podczas gdy rząd w Wilnie próbuje doprowadzić do podpisania kontraktu na nowe reaktory, Rosja proponuje budowę elektrowni w Obwodzie Kaliningradzkim, a także – choć to raczej blef – sugeruje powstanie siłowni na Białorusi. Pomagamy Rosjanom Dla Rosjan wykorzystanie energetyki w polityce zagranicznej to nie pierwszyzna. Od lat grają z wspomnianą wcześniej Białorusią czy Ukrainą w gazowe szachy w sezonie zimowym. Budowa gazociągu Nord Stream to nic innego jak projekt polityczny, w którym racjonalny rachunek zysków i strat zawsze stał na drugim miejscu. Moskwa robi co w jej mocy, aby utrzymać kraje tzw. bliskiej zagranicy, swoich dawnych satelitów i byłe republiki, w orbicie swoich wpływów. Chce też jak najbardziej uzależnić państwa zachodnie od własnych surowców energetycznych. Będąca efektem katastrofy w Fukushimie decyzja niemieckiego rządu o definitywnym zamknięciu wszystkich elektrowni atomowych do końca 2022 roku okazała się gigantycznym prezentem dla Gazpromu. Ogłoszone w ostatnich dniach wyniki niemieckiego koncernu E.ON – ponad miliard euro strat – i podobne problemy jego głównego konkurenta RWE zmuszają te firmy do nagłej zmiany strategii biznesowej. Alternatywą dla atomu, wobec piętnowania przez Unię Europejską korzystania z łatwo dostępnego i najtańszego w użyciu węgla, jest gaz ziemny. Gazprom zaciera ręce i szykuje się na intensywną penetrację niemieckiego rynku energetycznego. A docelowo również i innych. Test skuteczności i determinacji Wracając do litewskiej elektrowni w Visaginas, Wilno ogłosiło chęć podpisania do końcu bieżącego roku umowy z konsorcjum GE i Hitachi na budowę dwóch reaktorów o mocy 1300 MW każdy. Projekt ma być finansowany przez Litwę, pozostałe kraje bałtyckie i Polskę, która zamierza w nim uczestniczyć niezależnie od budowy własnych siłowni. Krajom trudno się jednak porozumieć, a projekt jest odkładany w czasie. Na tym grają Rosjanie, którzy doskonale wiedzą, że nieopłacalne będzie budowanie drugiej elektrowni w regionie. Liczą też na zapotrzebowanie na tanią energię z Niemiec i Polski. Wydaje się, że wyścig atomowy wykazuje pewne podobieństwa do rywalizacji gazowej pomiędzy rurociągami South Stream i Nabucco. Pierwszy lansują Rosjanie, drugi ma poparcie USA i UE. W obu przypadkach wygra ten, kto wyprzedzi konkurentów i przejdzie z fazy planowania do realizacji. Możliwe są trzy scenariusze: każda ze stron może wygrać wszystko i zrealizować oba projekty albo będą musiały zadowolić się jednym z nich. Patrząc na trudności w Visaginas oraz przy rurociągu Nabucco, a także na determinację Moskwy w realizacji Nord Streamu, w tej energetycznej rywalizacji obstawiałbym raczej zwycięstwo Rosji z podpórką. Dla bezpieczeństwa energetycznego Europy taki rezultat nie byłby najlepszy. Piotr Wołejko
poniedziałek, 04 lipca 2011
Tymczasem żadne badania nie wskazują dziś na szkodliwość metod stosowanych podczas wydobycia gazu z łupków. Nie wiadomo, czy - co jest jednym z głównych zarzutów lobby antyłupkowego - podczas wydobycia następuje zatrucie wód gruntowych używanymi przez firmy wydobywcze chemikaliami. Kompleksowe analizy zleciła amerykańska administracja i mają one zostać ogłoszone w przyszłym roku. Teraz w Ameryce trwa łupkowa bonanza, a kraj ten - dzięki łupkom - stał się największym producentem gazu na świecie, odbudowując swoją energetyczną potęgę. Trzęsienie ziemi na globalnym gazowym rynku, wywołane przez łupki w USA, przyczyniło się do spadku cen surowca. Silny front przeciw łupkom Polska, która według szacunków amerykańskiej Energy Information Administration posiada drugie największe złoża gazu łupkowego w Europie - ponad 5 bilionów metrów sześciennych - z nadzieją spogląda na boom gazowy w Ameryce. Przy konsumpcji rzędu 14 miliardów metrów sześciennych jest jasne, iż nie tylko moglibyśmy zaspokoić nasze potrzeby na wiele dekad, lecz również stać się ważnym eksporterem błękitnego paliwa. Efekty rozpoczynających się aktualnie próbnych wierceń mogą, ale nie muszą, potwierdzić przewidywania ekspertów z EIA. Gazowe eldorado może rozkręcić się w Polsce w perspektywie 10-15 lat. Zdarzenie przyszłe niepewne, jakim jest wydobycie gazu łupkowego w Polsce (i szerzej, w Europie) ma jednak wielu wpływowych przeciwników. Nic dziwnego, że rozpoczęli oni profesjonalną akcję lobbingową, która ma na celu zablokowanie rozwoju wydobycia gazu z łupków. Gra idzie o miliardy euro, więc nie należy spodziewać się sentymentów. Poleje się krew, a racjonalne argumenty mogą znaleźć się w cieniu emocji. Lista niektórych lobbystów antyłupkowych Dla kogo gaz z łupków w Europie stanowi zagrożenie żywotnych interesów? Dla producentów i eksporterów tradycyjnych paliw - gazu i ropy. Wielu komentatorów wskazuje na Gazprom, którego pozycja z pewnością zostałaby zachwiana przez rozpoczęcie wydobycia gazu łupkowego w Europie na dużą skalę. Jednak nie tylko Gazprom (Rosja) eksportuje swój gaz do Europy. Czynią to także Algierczycy czy Katarczycy. Wysokie ceny gazu w istotny sposób wpływają nie tylko na ich polityczne kalkulacje, lecz także na wpływy budżetowe. Kolejną grupą alergicznie reagującą na łupki jest na pewno przemysł energetyki odnawialnej. Dziś rozwija się on bardzo prężnie, a w sukurs przychodzą mu coraz bardziej restrykcyjne dla emisji gazów cieplarnianych regulacje Unii Europejskiej. Gaz jest najbardziej ekonomicznym paliwem kopalnym (dwa razy mniej emisji w porównaniu do spalania węgla), a elektrownie gazowe są relatywnie tanie i szybko się je buduje. Gdyby więc ceny błękitnego paliwa istotnie spadły, a jego dostawy pochodziły z własnych bądź europejskich złóż, w imię racjonalności ekonomicznej oraz bezpieczeństwa energetycznego, niektóre państwa zdecydowałyby się postawić na gaz, zamiast na drogie zielone technologie. Oprócz przemysłowych grup interesu (powyższa charakterystyka nie wyczerpuje tematu), do gry włączyli się - żadne zaskoczenie - ekolodzy i obrońcy środowiska. Mobilizują oni lokalne społeczności oraz szeroką opinię publiczną krzykliwymi hasłami i efektownymi demonstracjami. Broniąc słusznej sprawy, gdyż nikomu nie powinno zależeć na wydobyciu surowców kosztem degradacji środowiska bądź stwarzania zagrożenia dla zdrowia lub życia ludzkiego, mogą być łatwo wykorzystani przez lobby przemysłowe. Mogą stać się rzecznikami potężnych grup interesu, uczestnicząc w gigantycznej manipulacji. Nie łudźmy się, że te grupy interesu nie posuną się do wykorzystania ekologów. Najpierw zbadać, potem decydować W interesie Polski i całej Europy jest rzetelne zbadanie potencjału wydobycia gazu łupkowego oraz sprawdzenie wpływu eksploatacji łupków na środowisko i życie człowieka. Dopiero po przeprowadzeniu analiz i wierceń będzie wiadomo, na czym stoimy. Tymczasem nie możemy zasypiać gruszek w popiele pozwalając antyłupkowemu lobby na forsowanie swoich tez. W innym wypadku ryzykujemy tym, że inni zdecydują za nas i stworzą atmosferę, a być może również otoczenie prawno-regulacyjne, które nie będą sprzyjać eksploatacji potencjalnego bogactwa naturalnego. Piotr Wołejko
grafika: polski.tv
sobota, 16 stycznia 2010
Sierpień ubiegłego roku był miesiącem o tyle wyjątkowym, że na pierwszy plan naszych rozważań wysunęła się historia. Zbliżała się bowiem siedemdziesiąta rocznica wybuchu drugiej wojny światowej z paktem Ribbentrop-Mołotow oraz sowiecką agresją na Polskę a dnia 17 września na czele. Atmosfera w naszym kraju się zagęściła, w czym wydatnie pomogła propagandowa ofensywa z Moskwy. Obok przeszłości zajęliśmy się także przyszłością, i to dość daleką, dzięki projektowi Desertec. Przyjrzeliśmy się także bliżej stosunkom turecko-rosyjskim. Przypomnę, że tworząc zestawienie najważniejszych wydarzeń korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna. 1. Lekcja historii Na Westerplatte zorganizowano rocznicową uroczystość, upamiętniającą agresję Rzeszy Niemieckiej na Polskę. Obecni byli m.in. kanclerz Niemiec Angela Merkel oraz premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin. Brytyjczycy i Francuzi, nasi ówcześni sojusznicy, nie byli reprezentowani na tak wysokim szczeblu. Prawdziwy afront uczynili nam jednak Amerykanie, choć później się trochę poprawili, gdyż pierwotnie planowali wysłanie delegacji niskiej rangą (wpis z dn. 28 sierpnia 2009 r.). Fakt ten "świadczy (...) o aktualnej randze kraju (i szerzej, regionu), do którego delegacja została wysłana. Warto zacząć myśleć o tym, jak powinna wyglądać nasza polityka zagraniczna. Chyba, że potrzeba nam więcej sygnałów zza oceanu", komentowałem na swoim blogu. Stosunek Stanów Zjednoczonych do Polski przedstawił na łamach Polityki Globalnej Jan Barańczak. W artykule Czym jest Polska dla Ameryki? napisał m.in.: "Polska została zdobyta, wyrwana ze współpracy z rywalem. Po przyjęciu do zachodnich struktur bezpieczeństwa, współpracy gospodarczej i politycznej jej pozycja jest dobrze zakotwiczona po naszej [amerykańskiej - przyp. PW] stronie (...) Polska nie ma potencjału, aby w znaczący sposób pomóc Ameryce w rozwiązywaniu problemów, przed którymi stoi nasz kraj w XXI wieku". Wracając jednak do historii, w jednym z wpisów starałem się przedstawić pakt Ribbentrop-Mołotow z innej perspektywy (wpis z dn. 23 sierpnia 2009 r.). Innej, czyli nie z polskiej. Z jakiej więc? Realistycznej. Stosując teorię stosunków międzynarodowych, realizm właśnie, dość obszernie opisałem ówczesne uwarunkowania. Pozwolę sobie poniżej przytoczyć jeden fragment wspomnianego artykułu: "Francji nie udało się zawrzeć wymierzonego w Niemcy sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Sowieci nie byli do końca zdeterminowani, nie czując takiej presji ze strony Niemiec jak Francuzi. Nie musieli za wszelką cenę paktować z Francją i Wielką Brytanią. Zarówno Brytyjczycy, jak i Sowieci wybrali strategię przerzucania gorącego kartofla do Francuzów, którzy musieli go złapać. Brak zaufania i wzajemne podejrzenia o skryte paktowanie z Hitlerem sprawiło, że wszystkie mocarstwa dawnej ententy w pierwszych miesiącach 1939 roku musiały radzić sobie z Niemcami samodzielnie. Samodzielnie, choć oznaczało to, że każde z nich jest od Niemiec słabsze". 2. Desertec - elektrownie na pustyni "Do 2050 roku kosztem minimum 400 miliardów euro może powstać największy system elektrowni słonecznych, zlokalizowanych głównie na afrykańskiej Saharze", pisałem 26 sierpnia 2009 r. we wpisie zatytułowanym Pustynne marzenia. "Projekt zakłada współpracę kilkudziesięciu państw regionu Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej oraz Unii Europejskiej oraz partnerów prywatnych, od koncernów energetycznych, przez instytucje finansowe, po producentów poszczególnych elementów infrastruktury". Trudno nie być sceptycznym w odniesieniu do tak ogromnego i ambitnego projektu. Jego koszt nie jest głównym problemem. Kłopoty zaczynają się bowiem już na etapie współpracy państw arabskich, na terenie których miałyby być zlokalizowane elektrownie słoneczne. Desertec, bo tak nazwano projekt, zakłada powstanie kosztownej infrastruktury oraz cywilizacyjny skok państw regionu MENA (Bliski Wschód i Afryka Północna), chociażby poprzez konieczność reformy i unowocześnienia systemu prawnego oraz stworzenie sprawnej administracji. Pojawia się także pytanie o wpływ Desertecu na środowisko naturalne. W świetle powyżej streszczonych trudności nie powinna dziwić konkluzja: "Zamiast liczyć na pustynię, należałoby raczej skupić się na inwestycjach o mniejszej skali, łatwiejszych do zrealizowania i mniej kosztownych". 3. Turcja i Rosja: partnerzy i rywale Polityka zagraniczna Turcji w ostatnich latach uległa dość istotnym modyfikacjom. Rządy Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) odcisnęły swoje piętno na priorytetach dyplomacji tureckiej. Efekty zmian widzimy coraz wyraźniej: dystansowanie się od Europy i szukanie zbliżenia z krajami muzułmańskimi, w tym Iranem, rozluźnienie więzów z Izraelem, próba ugrania jak największych korzyści na strategicznym położeniu Turcji. Właśnie w ostatnim kontekście należy rozpatrywać stosunki turecko-rosyjskie. Przyjrzałem się im bliżej w artykule z dn. 20 sierpnia 2009 r. zatytułowanym Polityka Turcji wobec Rosji. Między ścianą a bramą. "Politycznie Turcja stara się zbliżyć do wszystkich partnerów, którzy mogą jej pomóc powstrzymać pewną siebie Rosję. Jednak Turcy są bardzo sprytni i zapobiegawczy, gdyż starają się zrobić wszystko, aby nie zniechęcić do siebie Moskwy. Wiedzą bowiem, że ich sytuacja jest trudna i działają na grząskim gruncie", pisałem, wskazując na konsekwencje sierpniowej (w 2008 roku) wojny rosyjsko-gruzińskiej. Korzyści z położenia między dwiema walczącymi o swe interesy stronami (Zachodem a Rosją) są przeceniane przez wielu analityków. "Siedzący w środku obrywa z dwóch stron, tym bardziej, jeśli między przeciwnymi obozami trwa bezpardonowa walka prowadzona w imię ich żywotnych interesów. Wbrew powszechnemu odbiorowi, Turcja niekoniecznie jest tutaj rozgrywającym". Jakkolwiek sprytna by nie była, turecka dyplomacja częstokroć nie ma decydującego zdania. Wiele zachowań Ankary to tylko odpowiedź na działania innych, a nie kreatywna polityka nastawiona na realizowanie interesu narodowego. Obecna polityka Turcji to "skomplikowana gra, w której należy pogodzić potrzeby energetyczne, tradycyjną politykę wobec państw Azji Centralnej oraz strategiczne więzy ze Stanami Zjednoczonymi oraz, choć w coraz mniejszym stopniu, europejskie ambicje". Materiał bonusowy Na deser polecam obszerny artykuł Mariusza Webera z Polityki Globalnej pt. Beneficjenci globalizacji dziś i jutro. Autor stawia fundamentalne pytania o to, kto korzysta z przemian globalizacyjnych, a kto na nich traci? Jakie napięcia społeczne wywołuje ten proces? Nawiązując zaś do podsumowania maja i polecanego artykułu o trudnych relacjach europejsko-rosyjskich w zakresie energetyki, zachęcam do lektury wpisu o oficjalnym odrzuceniu przez Rosję partycypacji w Traktacie Karty Energetycznej. Zachęcam do podzielenia się w komentarzach refleksjami dotyczącymi powyższych tematów i artykułów, a także wskazania własnych propozycji lipcowych wydarzeń, o których powinniśmy pamiętać.Wcześniejsze podsumowania: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec. Piotr Wołejko
sobota, 02 stycznia 2010
Powracamy do podsumowania 2009 roku. Niektórym z pewnością powracanie do wydarzeń ubiegłych dwunastu miesięcy już się przejadło. Jest to zrozumiałe - wszyscy wszędzie podsumowują. Mimo wszystko warto poświęcić kilka minut, gdyż już w maju pisaliśmy o Jemenie jako źródle potencjalnych problemów dla świata. Przypomnę, że tworząc zestawienie najważniejszych wydarzeń korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna. W maju ub.r. nasza uwaga skupiła się na ofensywie armii pakistańskiej w Dolinie Swat oraz szerzej na sytuacji wewnętrznej Pakistanu, powołaniu przez prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa komisji historycznej ds. zwalczania kłamstw historycznych działających na szkodę Federacji Rosyjskiej, a także na wspomnianym wcześniej Jemenie. Na końcu bonus, czyli wartościowy materiał, na który warto zwrócić uwagę. 1. Pakistan na wojnie z radykałami islamskimi Naciskany przez Amerykanów rząd w Islamabadzie wysłał w maju kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy do Doliny Swat, położonej w Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej (NWFP). Pisałem o tym we wpisie Pakistańskie terytoria plemienne z dn. 17 maja 2009 r.: "Ofensywa armii pakistańskiej w Dolinie Swat to próba odzyskania inicjatywy strategicznej w walce z radykałami i odzyskania przez cywilny rząd Pakistanu kontroli nad własnym terytorium". Kilka dni wcześniej BBC "przedstawiło mapkę, z której wynika, że Islamabad kontroluje zaledwie 38 procent terenów graniczących z Afganistanem. Talibowie przejęli kontrolę nad 24 procentami terytorium prowincji NWFP oraz FATA (Federalnie Administrowane Terytoria Plemienne - przyp. PW), a na pozostałych 38 procentach ziem odnotowano silną obecność talibów". Bezpośrednim efektem operacji pakistańskiej armii była, jak to określił prezydent Asif Ali Zardari, katatrofa humanitarna. Patry Gorgol we wpisie Pakistański Jarmark Europa podał, za UNHCR, szokujące dane: "od 2 maja liczba zarejestrowanych uchodźców z terenów objętych walkami, wynosi prawie 1,5 miliona ludzi (!)". Znany pakistański dziennikarz Ahmed Rashid stwierdził w sierpniu 2008 r., że "Praktycznie całość terytoriów plemiennych znajduje się pod kontrolą pakistańskich talibów, dzięki czemu zapewniają oni ochronę afgańskim kolegom i Al-Kaidzie". Jak siódma pod względem wielkości armia świata przegrywa walkę z talibami? Jak napisałem 17 maja ub.r.: "(...) wytłumaczenie jest bardzo proste: ani elitom politycznym traktowanym jako całość, bez podziału na barwy partyjne, ani armii, ani wywiadowi nie zależy tak naprawdę na rozprawieniu się z talibami. Konieczność odwrócenia sojuszy i stanięcia do walki z własnymi protegowanymi wbiła, po raz pierwszy w historii wzajemnych relacji, klin w stosunki na linii Islamabad-Waszyngton. Pakistańczycy niechętnie zabierają się do zwalczania talibów, na co naciskają Amerykanie i nie popierają nowego układu władzy w Afganistanie". Patryk Gorgol celnie podsumował walkę z radykałami: "Przepędzenie talibów z doliny Swat, byłoby doraźnym i propagandowym sukcesem. Nie bardzo zmieniłoby taktyczne położenie Pakistanu i Stanów Zjednoczonych. Talibowie mogą bardzo szybko powrócić na tamte terytoria, jak to miało miejsce dotychczas". Kolejna ofensywa rządowa, tym razem w Waziristanie, doprowadziła właśnie do relokacji radykałów w inne miejsce. W żaden sposób nie udało się osłabić ani tym bardziej pokonać radykałów. Prezydent Obama wysyła do Afganistanu dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy, ale istnieją poważne obawy, czy krok ten przyniesie zamierzone skutki. 2. Rosyjska walka z kłamstwami historycznymi Pomysł rodem z Orwella czy uzasadnione działanie obliczone na odkłamywanie historii - spektrum opinii o specjalnej komisji historycznej powołanej przez prezydenta Miedwiediewa było szerokie. Robert Amsterdam, adwokat Michaiła Chodorkowskiego, napisał w Polityce Globalnej: "Bez żadnych konkretów Miedwiediew mówił o rosnącym “fałszowaniu historii”, które zaczyna być coraz bardziej “uparte, złe i agresywne”. Choć Rosja z czasem oddala się z biegiem lat od tragicznej przeszłości, zdaniem Miedwiediewa powtarzają się próby – tak celowe jak i wynikające z niewiedzy, by przeforsować nowe interpretacje Wielkiej Wojny Ojczyźnianej". Amsterdam zwraca jednak uwagę, że "propozycja nosi znamiona interwencji siłowików, przypominając raz jeszcze, że prezydent Miedwiediew musi być oceniany dokładnie według swoich decyzji, a nie słów. Nacjonalistyczne gierki zdecydowanie nie są w jego stylu. Prezydent jest wystarczająco bystry, by zdawać sobie sprawę, że w świetle długiej historii kontroli myśli w Rosji, tego typu decyzje są niebezpiecznym precedensem". Również ja zająłem się tematem wykorzystania historii w polityce, jednak rosyjska komisja była tylko punktem wyjścia do dalszych rozważań. We wpisie Niekompatybilna historia z dn. 20 maja 2009 r. pisałem m.in.: "Czy zaskakuje nas jednak próba kontrolowania historii przez państwo? Absolutnie nie. "Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość". Cytat z "Roku 1984" Georga Orwella jest jak najbardziej aktualny. Nie tylko Rosja podejmuje się majstrowania przy historii i nie tylko ona protestuje, gdy państwa trzecie wyrażą swoje, odmienne zdanie w sprawie przeszłych wydarzeń". Moim zdaniem w ocenie historii należy kierować się zdrowym rozsądkiem i nie opierać się na jednostronnym przekazie. "Historia to materia podatna na manipulacje, elastyczna niczym plastelina. Każdy, kto ma nad nią władzę, może ulepić cokolwiek zechce. Niektórzy przywódcy, elity rządzące korzystają z tego przywileju, inni starają się trzymać z daleka od mieszania w historycznym kotle. Historia ex definitione nie może być kompatybilna, tzn. niemożliwa jest wspólna interpretacja historii przez więcej niż jedno państwo. Wbrew pozorom, choć bez wątpienia powszechna, historia jest zamknięta w granicach państwowych". 3. Jemen - arabska Somalia? Powyższe pytanie to tytuł wpisu Sebastiano Pado opublikowanego w Polityce Globalnej. Gdy Jemen znowu jest na ustach wszystkich, tam prowadzą tropy po nieudanym zamachu terrorystycznym w samolocie linii Northwest sprzed kilku dni. Nie dalej jak kilkanaście dni temu Arabia Saudyjska oficjalnie przyłączyła zaś, po stronie rządu, do trawiącej Jemen od dawna wojny z szyickimi rebeliantami. Dlaczego Jemen może być rozsadnikiem problemów nie tylko w swoim bezpośrednim sąsiedztwie? "Wysoki przyrost naturalny, wyczerpywanie się zasobów wody i ropy naftowej, będący ich efektem kryzys rolnictwa i finansów państwowych, brak perspektyw na przyciągnięcie inwestycji zagranicznych – wszystko to grozi pogorszeniem sytuacji gospodarczej w już i tak najuboższym kraju Bliskiego Wschodu. Konsekwencje takiego kryzysu są ogromne - będący ich efektem wzrost konfliktów wewnętrznych może doprowadzić do całkowitego rozpadu państwa i uczynienia z Jemenu kolejnej Somalii, tym groźniejszej, że leżącej bezpośrednio u wrót najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajów Bliskiego Wschodu" - tak opisywał jemeńskie realia Sebastian Pado. Na koniec, zgodnie z tradycją, bonus - dzisiaj podwójny. Pierwszym artykułem, który polecam, jest tekst Artura Makolągwy z Polityki Globalnej zatytułowany BRIC i scheda po USA. Jest to pogłębiona analiza, w której autor krytycznie ocenia możliwość zdominowania świata przez grupę BRIC: "Zachód ma oczywiście swoje problemy, ale twierdzenie, że państwa BRIC ich nie mają jest tworzeniem iluzji". Drugi polecany artykuł to tekst mojego autorstwa, w którym wyjaśniam, dlaczego Rosja ostatecznie odrzuciła Kartę Energetyczną i czy są szanse na ułożenie rosyjsko-europejskich relacji energetycznych w kompleksowy sposób w nowym traktacie. Piotr Wołejko |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||