Wpisy z tagiem: europa

środa, 04 kwietnia 2012

Czwartego kwietnia 1949 roku powołano do życia najpotężniejszy w historii świata sojusz wojskowy - NATO. Wówczas był on odpowiedzią na sowiecką dominację w Europie Środkowo-Wschodniej i strach przed potencjałem wojskowym ZSRR. Stany Zjednoczone obawiały się, że potężna machina militarna na rozkazach Stalina przetoczy się niczym walec po podnoszącej się z ruin Europie. Należało więc wziąć Stary Kontynent w obronę, zgodnie z geopolitycznym paradygmatem, iż trzeba powstrzymać potencjalnego rywala przed zbytnim wzmocnieniem swoich sił.

Dzisiejsze realia są zupełnie inne. Związek Radziecki rozpadł się ponad dwie dekady temu, a NATO poszerzyło się do 28 członków. Dawna zimnowojenna granica stref wpływów przesunęła się o setki kilometrów na wschód, a osłabiona Rosja do dziś nie odbudowała dawnej potęgi. Co więcej, mimo częstych groźnych pomruków i nieprzyjaznych gestów (vide manewry Zapad z ubiegłego roku, plotki o rozmieszczeniu rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim, zawieszenie udziału w traktacie CFE) Rosja nie stanowi dla NATO zagrożenia. Jej siły zbrojne są w dużej mierze przestarzałe, a poszczególne jednostki mają istotne braki kadrowe, nierzadko sięgające kilkudziesięciu procent stanu osobowego. Rosja zdaje sobie z tego sprawę i zamiast poetyki wojskowej sięga w dyplomacji po surowce naturalne.

Odpowiedzieć na nowe wyzwania

grafikaPo upadku ZSRR Sojusz Północnoatlantycki stracił swojego oponenta, a przez to główny powód istnienia. Mimo upływu dwóch dekad nadal nie do końca wiadomo, jaka jest tożsamość organizacji i jej główne cele. Czy są to misje zagraniczne (vide Afganistan, Libia) czy obrona terytorialna, czyli dbanie o bezpieczeństwo swoich członków? Niemniej NATO  nie pozostaje głuche na wyzwania XXI w., chociażby w sferze cyberbezpieczeństwa. Sojusz przechodzi transformację na naszych oczach, a istotną rolę w jego przyszłym statusie odegrają czynniki ekonomiczne (cięcia wydatków w Europie spowodowane kryzysem, ale też polityczną decyzją o redukcji sił zbrojnych) oraz geopolityczne (reorientacja Stanów Zjednoczonych z Atlantyku na Pacyfik).

Dla Polski silne NATO, zdolne do obrony granic swoich członków, to podstawa i główny instrument naszej polityki bezpieczeństwa. Znajduje to odzwierciedlenie w niedawnym wystąpieniu szefa MSZ w Sejmie oraz dokumencie strategicznym wyznaczającym priorytety polityki zagranicznej na lata 2012-2016. Bez Sojuszu bylibyśmy dużo bardziej narażeni na rosyjską presję i musielibyśmy szukać wsparcia w Berlinie, Paryżu czy Londynie. Jednocześnie pamiętamy, że takie gwarancje bezpieczeństwa w ubiegłym wieku niekoniecznie się sprawdziły.

Ponieważ zbliżamy się do 65. urodzin NATO należy dostrzec, i docenić, jak żywotna to organizacja. Przetrwała rywalizację z Sowietami i trwa w najlepsze już ponad dwie dekady od końca Zimnej Wojny. Mimo krytyki widać, że potrafi adaptować się do zmieniającej się rzeczywistości i odpowiadać na potrzeby swych członków. Wbrew lansowanym z lubością tezom, misja afgańska nie doprowadziła do złożenia Sojuszu do grobu, podobnie jak krótki epizod w Libii (operacja powietrzna). Sojusz jako organizacja oraz poszczególni jego członkowie odebrali lekcje i starają się czerpać z tego doświadczenia.

Więcej sojuszu w Sojuszu

Jaki będzie Sojusz w przyszłości? Ile jeszcze przetrwa? Na pewno będzie krytykowany, zarówno przez Rosję, jak i część elit w Europie i USA. Główne tematy tej krytyki łatwo przewidzieć: nieruchawy moloch, niespójne interesy członków, brak zdolności do zaangażowania poważnych sił poza granicami Sojuszu, archaiczna struktura czy brak celu istnienia (zdefiniowanego przeciwnika). Do tego dojdą inne elementy, natomiast powyższe z pewnością odegrają główną rolę.

Tymczasem NATO w dalszym ciągu będzie adaptować się do zmiennych realiów i dostosowywać możliwości do ograniczającego się potencjału. Zarówno wewnętrznego (cięcia wydatków wojskowych), jak i zewnętrznego (rosnąca potęga państw BRICS), które nie pozwolą działać z dotychczasową swobodą. Istotne jest, aby rozbudowywać i koordynować potencjał w zakresie cyberbezpieczeństwa oraz doprowadzić do szerszego uwspólniania potencjałów wojskowych (pooling & sharing).

Czy należy wprowadzać do Sojuszu nowych członków? Oczywiście, że tak. Sprzyja to stabilizacji oraz szerzeniu demokratycznych standardów, wygasza konflikty i wymusza współpracę oraz dialog. A zawsze lepiej jest rozmawiać, niż prowadzić konflikt. Opcja "najpierw strzelaj, potem zadawaj pytania" sprawdza się w kinie akcji, natomiast jest mało efektywna w stosunkach międzynarodowych.

Piotr Wołejko

 

grafika: panstwa.com

niedziela, 27 listopada 2011

Kryzys to ulubione słowo polityków i publicystów. Pierwsi zmagają się z trudnymi decyzjami i odpowiedzialnością. Ostatni specjalizują się w tworzeniu czarnych scenariuszy, a także licytują na bon moty, które zostaną uznane za cytat dnia. Bezosobowe rynki finansowe, główny bohater obecnych wydarzeń, kontynuują tymczasem swoje praktyki, wzorowane na największych kasynach w Las Vegas. Jakby tego było mało, dramatycznie wzrastają nierówności społeczne, a klasa średnia ubożeje w błyskawicznym tempie. Niestety, rozwiązaniem problemów nie jest telefon pod 999.

USA: absolutny brak porozumienia

grafikaW ubiegłym tygodniu w Stanach Zjednoczonych fiaskiem zakończyła się misja specjalnej dwupartyjnej komisji złożonej z członków Izby Reprezentantów i Senatu, która miała wypracować porozumienie w sprawie redukcji ogromnego deficytu budżetowego rządu federalnego. Nie udało znaleźć się satysfakcjonującej dwie największe partie, Republikanów i Demokratów, formuły znalezienia 1,2 biliona dolarów. Porażka komisji była pewna od jej powołania, ponieważ Republikanie zafiksowali się na kwestii podwyżek podatków.

Kilka miesięcy wcześniej o ich pryncypialność niemal rozbiła się wiarygodność finansowa Stanów Zjednoczonych, gdy kraj stanął na krawędzi bankructwa (ustawowy limit zadłużenia został osiągnięty i rząd nie mógł pożyczyć już ani centa). Wówczas prezydent Obama i jego Partia Demokratyczna musiały się ugiąć. Teraz nie przystali już na ultimatum republikańskich kolegów, którzy odrzucali nawet tak rozsądne propozycje jak 1 dolar z dodatkowych podatków w zamian za 10 dolarów cięć wydatków. Republikańska mantra spowoduje najpewniej, że od 2013 roku spadnie tzw. automatyczna gilotyna, obcinając wydatki federalne o 10% w każdej dziedzinie.

Teoretycznie jest jeszcze ponad 12 miesięcy na znalezienie porozumienia, jednak jego osiągnięcie byłoby czymś na kształt cudu. W przyszłym roku odbędą się bowiem wybory prezydenckie oraz do Izby Reprezentantów (plus do 1/3 Senatu), więc nastrój nie będzie sprzyjał kompromisom. Wręcz przeciwnie, obie strony politycznego sporu okopią się na swoich pozycjach. Jak pokazuje doświadczenie ostatnich miesięcy, prędzej dojdzie do finansowej katastrofy niż do porozumienia.

Europa: tworzy się dyrektoriat

W Europie też nie jest różowo. Kryzys zmiótł już rządy krajów PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania) i wzmocnił pozycję Niemiec w Unii Europejskiej. Niektórzy twierdzą, że Berlin podejmuje decyzje w zasadzie samodzielnie, ponieważ Francja ma coraz poważniejsze problemy z utrzymaniem w ryzach finansów publicznych, a pomysły Paryża na walkę z kryzysem przepadły z powodu sprzeciwu Niemiec. Inni twierdzą, że w Europie rządzi teraz grupa frankfurcka, w skład której wchodzą Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean Claude Juncker z Luksemburga (szef eurogrupy), Jose Manuel Barroso, Herman van Rompuy i Mario Draghi (szef EBC). To podobno grupa frankfurcka wymogła dymisje Jeorjosa Papandreu oraz Silvio Berlusconiego.

Jakkolwiek by nie było, nie ma co płakać nad dwoma nieudacznikami, którzy nie umieli podejmować niezbędnych decyzji. W dzisiejszych realiach zwłoka jest karana odejściem w niebyt. Kto tego nie zrozumie, kładzie swoją głowę pod finansową gilotynę. Stąd też buchalteryjne expose premiera Donalda Tuska. Zrozumiał on, że polityka ciepłej wody w kranie może dać mu reelekcję, jednak nie zapewni utrzymania władzy. Europejski dyrektoriat (którego powstanie wcale mnie nie martwi; dziwne, że jego powstanie bardzo ostro krytykują ci, którzy wcześniej narzekali na nieruchawość unijnych instytucji i niedecyzyjność przywódców Europy) lub rynki finansowe szybko policzyłyby się z polskim premierem.

Rozwiązania potrzebne od zaraz

Jednocześnie należy pamiętać, że wspomniane wyżej rynki to współwinowajca obecnego kryzysu. Wraz z sanacją finansów publicznych USA i Europy powinno nastąpić powściągnięcie globalnych instytucji finansowych. Prywatyzacja zysków i upublicznienie strat, czyli zmuszenie podatników do finansowania chociażby wielkich banków, są nie do przyjęcia i nie mogą się powtórzyć. Potrzebne jest przywrócenie głównej roli rynków finansowych, jaką bez wątpienia jest zapewnienie finansowania dla rozwoju przedsiębiorstw i państw.

Potrzebny jest również podatek od transakcji finansowych, ściślejszy nadzór nad rynkami rozmaitych instrumentów finansowych, a być może też zakazanie używania niektórych spośród nich. Jak można pozwolić na tzw. granie na spadek waluty bądź wartości przedsiębiorstwa albo na wzrost oprocentowania państwowych obligacji? Jak można pozwalać na spekulacyjne podbijanie cen paliw bądź żywności, towarów o podstawowym znaczeniu dla życia miliardów ludzi? Podczas gdy niewielka grupa obrzydliwie bogatych macherów od finansów się wzbogaca, życie setek milionów ludzi wisi na włosku.

Kolejna kwestia to wynagrodzenie menedżerów, członków zarządu i rad nadzorczych, które oderwało się obecnie od jakichkolwiek realiów, a powiązanie go z krótkoterminowym zyskiem sprzyjało nieodpowiedzialnym decyzjom. Na dalszym planie mamy też agencje ratingowe, które najpierw nie przewidziały kryzysu, do końca oceniając bezwartościowe papiery i instrumenty finansowe najwyższymi ratingami, a teraz pogrążają walczące o utrzymanie na powierzchni finansowej państwa, podważając ich wiarygodność. Rola agencji w obecnym kryzysie jest, na moje oko, następująca: jako bramkarze w globalnym kasynie dopuszczały wszystkich do gry, a miały przecież filtrować graczy i dbać o to, by karty nie były znaczone. Nie wywiązały się z tej roli najlepiej. Agencje są potrzebne, jednak i one muszą podlegać nadzorowi, a także brać częściową odpowiedzialność za swoje decyzje. Dziś umywają od wszystkiego ręce.

Błędem byłoby jednak obwinianie tzw. rynków finansowych o wszelkie zło dzisiejszego świata. Politycy oraz społeczeństwa mają swój udział w dzisiejszych problemach. Pierwszym brakowało odwagi cywilnej, aby podejmować odważne i bolesne decyzje. Społeczeństwa tymczasem nagradzały ten brak odwagi poparciem w wyborach. Nie można zatem bić się wyłącznie w cudze piersi. Trzeba zacząć od własnych.

Rozwarstwienie społeczne tykającą bombą

Co, oprócz sanacji finansów publicznych oraz regulacji rynków finansowych jest w tej chwili najważniejsze? Zajęcie się problemem wzrostu nierówności społecznych i zubożenia klasy średniej. Problemy w tym zakresie mają zarówno Amerykanie, jak i większość państw UE, w tym Polska. Stąd protesty oburzonych, m.in. grupy Okupuj Wall Street, są jak najbardziej uzasadnione. Jak widać, wyzwań stojących przed rządzącymi oraz społeczeństwami jest sporo, a wszystkie są palące. Bezczynność nie jest żadnym rozwiązaniem, trzeba działać.

Piotr Wołejko

 

grafika: prophecynewsheadlines.com

niedziela, 16 października 2011

Prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Drastyczny wzrost nierówności społecznych. Niezgoda na bezkarność winnych kryzysu finansowego. Sprzeciw wobec systemu politycznego, który służy interesom wielkich korporacji, sektora finansowego i garstki najbogatszych obywateli. Tak w skrócie można opisać przyczyny powstania, a zarazem główne postulaty, ruchu Okupuj Wall Street (OWS – Occupy Wall Street), który od kilku tygodni zdobywa coraz większy rozgłos. I zyskuje wsparcie ze strony uznanych nazwisk.

Dlaczego protestują?

Chociaż ruch, jak sama nazwa wskazuje, wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych, de facto jest ponadpaństwowy i ponadnarodowy. OWS można uznać za kontynuację lub twórcze rozwinięcie hiszpańskich protestów z Madrytu z wiosny bieżącego roku. Pojawiają się też analogie z demonstrantami z egipskiego placu Tahrir, jednak są one, moim zdaniem, nieuzasadnione. Inne realia polityczne, inne realia społeczne, w większości inne cele. Chociaż łatwo dostrzec, iż wielu demonstrantów w Egipcie, ale także w Tunezji, protestowało przeciwko biedzie i brakowi szans rozwoju młodego pokolenia.

grafika

grafika: occupywallst.org

Jednak OWS to coś o wiele bardziej znaczącego. To już nie tylko sprzeciw wobec braku szans młodego pokolenia. To sprzeciw wobec systemu politycznego, w którym interesy zwykłych obywateli są lekceważone przez decydentów, a załatwia się głównie sprawy ważne dla wielkiego biznesu, „przemysłu” finansowego i bogaczy. Jak pokazują dane statystyczne, w ostatnich trzech/czterech dekadach, zarobki w branży finansowej i sektorze prywatnym zupełnie się rozjechały. Czy można to w racjonalny sposób uzasadnić? Bardzo wątpliwe.

Jeden procent najbogatszych obywateli zgarnia dziś 23% dochodu narodowego, podczas gdy trzydzieści lat temu było to zaledwie 6%. Jednocześnie około 50 milionów Amerykanów żyje w biedzie, a co czwarty Afroamerykanin i Latynos żyją poniżej granicy ubóstwa, natomiast 1 na 9 Afroamerykanów w wieku 20-34 lata jest osadzony w więzieniu. W ciągu dekady zarobki przeciętnej amerykańskiej rodziny z klasy średniej zmniejszyły się o 7%, a najuboższe rodziny zarabiają mniej aż o 12% (więcej ciekawych danych – tutaj). Kryzys finansowy znacznie pogorszył, trudną już wcześniej, sytuację większości społeczeństwa. Nie można się dziwić, że następuje kontrreakcja.

Globalne kasyno zagrożeniem ładu międzynarodowego

W Europie nie mamy do czynienia z tak wielką rozpiętością pomiędzy najbogatszymi a najuboższymi, jednak różnica w wielu krajach coraz bardziej kole w oczy. Akcja OWS, czyli organizowanie demonstracji pod siedzibami giełd, banków i instytucji finansowych, rozlewa się też po Europie. Protestujący domagają się, co jest całkowicie zasadne, poważnych zmian. Nie chodzi im głównie o sprawiedliwość społeczną, a o przyzwoitość w życiu publicznym i zwykłą uczciwość. Chcą osądzenia winnych kryzysu i zajęcia się prawdziwymi problemami, czyli tymi, które dotykają dziesiątki milionów ludzi. Tymczasem w USA i Europie politycy ciągle dyskutują o bilansach banków, wirtualnych pieniądzach i drukowaniu pustego pieniądza.

Uwaga decydentów skupia się w niewłaściwym miejscu. Brakuje im też odwagi do poskromienia finansowego szaleństwa, które doprowadziło do dzisiejszego kryzysu. Obroty derywatami (jeden z instrumentów finansowych) przewyższają wielokrotnie globalne PKB, które wynosi ok. 60 bilionów dolarów. A to tylko jeden z wielu instrumentów, które wytworzył „przemysł finansowy”. Państwa, za pieniądze podatników (długi, które oni będą spłacać ze swoich podatków) ratowały zadłużone banki i inne instytucje finansowe, a ratowani nie wykazują jakiejkolwiek wdzięczności z tego powodu. Pompowane w sektor finansowy pieniądze idą na kontynuację wcześniejszej, szkodliwej działalności i wysokie premie oraz bonusy dla kadry zarządzającej.

Zapłacą podatnicy. I pracownicy

Obecny model gospodarczo-polityczny, podporządkowany interesom wielkiego biznesu i finansjery staje się coraz trudniejszy do utrzymania. W okresie prosperity pracownicy w wielu państwach (poza południową Europą) mieli w zasadzie zamrożone pensje. Czas kryzysu to cięcia pensji, a nierzadko zwolnienia. Dotyczy to wszystkich, także pracowników niższego i średniego szczebla „przemysłu” finansowego. Jedynym wyjątkiem są zarządzający globalnym kasynem, którzy nawet w przypadku zwolnień dostają wielomilionowe odprawy (pracujący zaledwie 11 miesięcy w HP Leo Apotheker otrzymał 13 milionów dolarów). Pracownicy fabryk Forda w USA odrzucili układ zbiorowy pracy, który nie przewidywał podwyżek pensji, wyrażając swój sprzeciw wobec praktykom firmy, która oszczędza na pracownikach, a jednocześnie przyznaje kierownictwu premie w wysokości 26 milionów dolarów. Świetne wyniki firmy w ostatnich kwartałach nie powinny predestynować do tak wysokich premii.

O ile jednak Ford zaczął przynosić zyski i wypłata premii ma uzasadnienie, to szefowie „przemysłu” finansowego nie żałowali sobie sowitych bonusów nawet w szczycie kryzysu finansowego, gdy wyciągali błagalnie ręce do rządu po pieniądze podatników. Chciwość finansjery jest oburzająca, a OWS jest bezpośrednią reakcją na te skandaliczne zachowania. Skandaliczne tym bardziej, że po zainkasowaniu pieniędzy sektor finansowy nie zrobił nic, by wesprzeć obywateli (głównie przedsiębiorców). Utrudniony dostęp do kredytu oznacza koniec biznesu dla wielu przedsiębiorstw. A to jest równoznaczne ze wzrostem bezrobocia i spadkiem wpływów podatkowych do budżetu.

Teraz, gdy świat znowu wisi na krawędzi kryzysu, „przemysł finansowy” ani wielkie korporacje nie pomagają w znalezieniu rozwiązania. Agencje ratingowe, skompromitowane wydawaniem najwyższych ocen zupełnie bezwartościowym instrumentom finansowym i akceptujące szemrane działania instytucji finansowych, co kilka tygodni dokładają jeszcze do pieca globalnej niestabilności (ostatnie decyzje to obniżenie ratingu Hiszpanii i jej banków). Na rachunkach przedsiębiorstw w USA znajdują się podobno 2 biliony dolarów, a polskie firmy mają nawet kilkanaście miliardów złotych. Pieniądze te znacząco przyczyniłyby się do poprawy sytuacji, gdyby zamiast bezczynnie leżeć na kontach, zostały przeznaczone na inwestycje.

Słyszymy jednak, że zanim cokolwiek zostanie zainwestowane, trzeba ciąć. A co trzeba ciąć? Wydatki socjalne, rzecz jasna. Tymczasem zamiast bezmyślnych cięć potrzeba tu racjonalnej analizy i rozważnej reformy. Druga odpowiedź biznesu to uelastycznienie prawa pracy, czyli ograniczenie praw pracowniczych. Modna dziś idea elastycznego zatrudnienia może doprowadzić do tego, że pracownicy będą zwalniani niemal z dnia na dzień, a w efekcie nigdy nie będą mieli ustabilizowanej sytuacji życiowej. Nigdy nie dostaną normalnego kredytu lub kredytu na normalnych warunkach. Parodią jest twierdzenie, że to pracownicy i ich prawa są głównym problemem prowadzenia biznesu i odarcie ich z tych praw doprowadzi do uzdrowienia sytuacji, a więc zwiększenia inwestycji i zatrudnienia. Co najwyżej przyczyni się do zwiększenia zysków firm. A miejsca pracy i tak docelowo zostaną przeniesione tam, gdzie będą mniej „kosztowne”. To tylko kwestia czasu.

Lepsza polityka, lepsze prawo

Bolączką dzisiejszego systemu gospodarczo-politycznego jest nie tylko zbyt duża uległość polityków względem wielkiego biznesu (w szczególności wobec „przemysłu finansowego”), lecz również zachwianie ładu korporacyjnego, głównie w świecie anglosaskim. Odseparowanie własności od odpowiedzialności spowodowało wykształcenie się w zasadzie niezależnej od akcjonariuszy kasty menedżerów, którzy przejęli kontrolę nad spółkami i własnymi wynagrodzeniami. Przyczyniło się do tego rozdrobnienie akcjonariatów spółek. Brak kontroli ze strony akcjonariuszy i dalece niewystarczający nadzór ze strony państwa doprowadziły do dzisiejszego kryzysu. Wytworzyła się kultura chciwości i bezkarności. Hulaj dusza, piekła nie ma!

Dlatego, i to postuluje OWS i podobne mu ruchy w innych krajach, potrzebne są kompleksowe reformy i zupełnie nowe podejście do polityki gospodarczej. Potrzebne jest pociągnięcie do odpowiedzialności winnych kryzysu i ich eliminacja z biznesu i życia publicznego. Należy spisać nową umowę społeczną. Nie będzie to łatwe, gdyż posługujemy się ciągle ukształtowanymi w innej rzeczywistości politycznej, społecznej i gospodarczej pojęciami i definicjami.

Stąd należy uważnie wsłuchać się w postulaty OWS i sprzyjających mu intelektualistów, gdyż tylko w ten sposób można zrozumieć nowy język dyskusji o sprawach najważniejszych dla każdego państwa i każdego społeczeństwa. Odrzucenie oferty prezentowanej przez ruchy pokroju OWS będzie szalenie krótkowzroczne i niebezpieczne. Nie będzie to zbrodnia, będzie to błąd. Kosztowny i o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

Jeśli potrafimy wyciągnąć wnioski z historii, nie powinniśmy pozwolić sobie na popełnienie tego błędu. W innym przypadku wyśmiane w Polsce słowa ministra Rostowskiego o wojnie, wypowiedziane w Europarlamencie, przestaną być tak śmieszne.

Piotr Wołejko

 

PS. Artykuł został napisany przed sobotnimi "Marszami Oburzonych".

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Dyplomacja energetyczna Rosji robi wiele, aby powstrzymać budowę elektrowni jądrowej w litewskim Visaginas, która ma zastąpić zamknięty z końcem 2009 roku obiekt w Ignalinie. Zabezpieczał on ok. 70% potrzeb na energię elektryczną na Litwie. Podczas gdy rząd w Wilnie próbuje doprowadzić do podpisania kontraktu na nowe reaktory, Rosja proponuje budowę elektrowni w Obwodzie Kaliningradzkim, a także – choć to raczej blef – sugeruje powstanie siłowni na Białorusi.

Pomagamy Rosjanom

Dla Rosjan wykorzystanie energetyki w polityce zagranicznej to nie pierwszyzna. Od lat grają z wspomnianą wcześniej Białorusią czy Ukrainą w gazowe szachy w sezonie zimowym. Budowa gazociągu Nord Stream to nic innego jak projekt polityczny, w którym racjonalny rachunek zysków i strat zawsze stał na drugim miejscu. Moskwa robi co w jej mocy, aby utrzymać kraje tzw. bliskiej zagranicy, swoich dawnych satelitów i byłe republiki, w orbicie swoich wpływów. Chce też jak najbardziej uzależnić państwa zachodnie od własnych surowców energetycznych.

Będąca efektem katastrofy w Fukushimie decyzja niemieckiego rządu o definitywnym zamknięciu wszystkich elektrowni atomowych do końca 2022 roku okazała się gigantycznym prezentem dla Gazpromu. Ogłoszone w ostatnich dniach wyniki niemieckiego koncernu E.ON – ponad miliard euro strat – i podobne problemy jego głównego konkurenta RWE zmuszają te firmy do nagłej zmiany strategii biznesowej. Alternatywą dla atomu, wobec piętnowania przez Unię Europejską korzystania z łatwo dostępnego i najtańszego w użyciu węgla, jest gaz ziemny. Gazprom zaciera ręce i szykuje się na intensywną penetrację niemieckiego rynku energetycznego. A docelowo również i innych.

Test skuteczności i determinacji

Wracając do litewskiej elektrowni w Visaginas, Wilno ogłosiło chęć podpisania do końcu bieżącego roku umowy z konsorcjum GE i Hitachi na budowę dwóch reaktorów o mocy 1300 MW każdy. Projekt ma być finansowany przez Litwę, pozostałe kraje bałtyckie i Polskę, która zamierza w nim uczestniczyć niezależnie od budowy własnych siłowni. Krajom trudno się jednak porozumieć, a projekt jest odkładany w czasie.

Na tym grają Rosjanie, którzy doskonale wiedzą, że nieopłacalne będzie budowanie drugiej elektrowni w regionie. Liczą też na zapotrzebowanie na tanią energię z Niemiec i Polski. Wydaje się, że wyścig atomowy wykazuje pewne podobieństwa do rywalizacji gazowej pomiędzy rurociągami South Stream i Nabucco. Pierwszy lansują Rosjanie, drugi ma poparcie USA i UE. W obu przypadkach wygra ten, kto wyprzedzi konkurentów i przejdzie z fazy planowania do realizacji.

Możliwe są trzy scenariusze: każda ze stron może wygrać wszystko i zrealizować oba projekty albo będą musiały zadowolić się jednym z nich. Patrząc na trudności w Visaginas oraz przy rurociągu Nabucco, a także na determinację Moskwy w realizacji Nord Streamu, w tej energetycznej rywalizacji obstawiałbym raczej zwycięstwo Rosji z podpórką. Dla bezpieczeństwa energetycznego Europy taki rezultat nie byłby najlepszy.

Piotr Wołejko



poniedziałek, 07 lutego 2011

Dzisiejsze spotkanie prezydentów Komorowskiego i Sarkozy'ego oraz kanclerz Merkel to coś więcej niż tchnięcie nowego ducha w podupadający w ostatnich latach Trójkąt Weimarski. O spotkaniach tego typu zawsze można powiedzieć, że są okazją do zrobienia ładnych zdjęć i łatwym materiałem do pr-owskiej ofensywy, jednak dyskredytowanie trójkąta jest niczym innym jak godzeniem w polską rację stanu.

Trzy filary Trójkąta

Były minister spraw zagranicznych Francji Hubert Vedrine określił Trójkąt Weimarski mianem jednej z najbardziej inteligentnych i skierowanych ku przyszłości inicjatyw w Europie. W latach 90. instrument ten służył przede wszystkim do promowania Polski jako kandydata do Unii Europejskiej i NATO. Dziś, gdy zdążyliśmy okrzepnąć we wspomnianych organizacjach trójkąt siłą rzeczy musi skupiać się na innych problemach.

grafika

źródło: prezydent.pl

Skoro już rozmawiamy z dwoma głównymi rozgrywającymi w Europie - Niemcami i Francją - należy poruszać kluczowe tematy. Dla Polski jednym z nich jest zawsze bezpieczeństwo. Ciekawa jest propozycja, by na spotkania Trójkąta Weimarskiego zaprosić także prezydenta Rosji. Gdy tak bardzo krytykujemy fakt, że przywódcy Francji, Niemiec i Rosji spotykają się bez nas i ponad naszymi głowami dyskutują o europejskim bezpieczeństwie, możliwość uczestnictwa w tej dyskusji jest trudna do przecenienia. W ogóle, jeśli ma się wybór, lepiej jest być, uczestniczyć i rozmawiać, niż nie być, nie uczestniczyć i nie rozmawiać.

Drugim filarem spotkań w trójkącie powinna być gospodarka. Jest to temat numer jeden w UE na dziś i zapewne na kilka następnych lat. Nie ma nas w strefie euro, więc tym bardziej musimy pilnować, aby nasze postulaty były w Brukseli zauważane i brane pod uwagę. W kontekście zbliżającej się prezydencji (druga połowa br.) bliższa kooperacja z Berlinem i Paryżem będzie cennym atutem, który powinniśmy wykorzystać w toczących się w unii debatach (m.in. nowa perspektywa budżetowa, nadzór finansowy).

Trzecia istotna kwestia to polityka zagraniczna. Polska wreszcie staje się ważnym graczem na arenie europejskiej. Po fatalnych latach 2005-2007, kiedy zamiast dyplomacji prowadziliśmy fatalną grę będącą kombinacją strojenia min, pokrzykiwania, obrażania się i stawiania rozmaitych roszczeń, Warszawa dorasta do roli, którą z racji swojej wielkości, populacji oraz poziomu rozwoju gospodarczego powinna odgrywać.

Naturalne jest więc podjęcie próby koordynacji polityki zagranicznej z innymi wielkimi graczami oraz wymiana poglądów dotyczących szerokiej gamy zagadnień: od polityki wschodniej, przez sytuację w krajach arabskich po europejską politykę obronną. Nie mamy obowiązku zgadzać się we wszystkim z Francuzami czy Niemcami, ani tym bardziej przyjmować ich postulatów jako własnych - to nie kondominium, tylko suwerenna Rzeczpospolita. Mamy natomiast interes w tym, aby wiedzieć więcej o polityce głównych rozgrywających oraz poinformować ich o naszych interesach.

Nie zadowalać się pustymi gestami

Słusznie zauważa w aktualnym numerze Polityki (nr 6 z 5 lutego br.) Wawrzyniec Smoczyński, iż ożywienie Trójkąta Weimarskiego wymaga od Polski napełnienia go nową treścią. "W przeciwnym razie szczyt w Wilanowie utrwali niebezpodstawne wrażenie Niemiec i Francji, że Polskę łatwo zadowolić pustymi gestami". Politykę pustych gestów prowadzimy od lat w stosunku do Stanów Zjednoczonych - z marnymi, co oczywiste, efektami.

Dlatego ważne jest, aby podchodzić do dyplomacji poważnie i przedstawiać poważne propozycje. W szczególności podczas dyskusji z poważnymi partnerami. Uważam, że Polskę stać na poważne podejście do dyplomacji, w tym do Trójkąta Weimarskiego. Powyżej przedstawiłem zarys tego, jak widziałbym dalszą przyszłość tej instytucji. Nie jesteśmy członkami zbyt wielu innych, gdzie moglibyśmy bezpośrednio rozmawiać z kluczowymi państwami, stąd byłoby więcej niż głupotą zarzucanie idei trójkąta. Byłby to poważny błąd.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook