Wpisy z tagiem: USA
niedziela, 11 września 2011
Gdy 10 lat temu, mniej więcej w chwili, gdy piszę te słowa, w bliźniacze wieże World Trade Center wbijały się porwane przez terrorystów samoloty było jasne, że kończy się pewien etap w polityce międzynarodowej. Przekonana o swojej potędze Ameryka próbowała naprawić świat i ułożyć go wedle własnych interesów, popełniając błąd za błędem. Dzisiaj widzimy efekty decyzji, które zapadały w chwili, gdy nad zgliszczami WTC unosiły się kłęby dymu. Zmiany na geopolitycznej mapie świata Po rozpadzie ZSRR wydawało się, że Stany Zjednoczone na długie dekady pozostaną globalnym hegemonem, z którym nikt nie będzie mógł rywalizować. Jak się okazało, taki stan rzeczy potrwał tylko dekadę, a jednym z kluczowych momentów tego okresu było postraszenie Chin w 1996 roku - Waszyngton wysłał pod nos Pekinu dwie grupy lotniskowce i przypomniał ChRL, że Tajwan znajduje się pod ochroną USA. Czy moglibyśmy liczyć na powtórkę takiego scenariusza w dniu dzisiejszym, gdy administracja Obamy boi się sprzedać Tajwanowi kilkadziesiąt samolotów F-16, a Pekin publicznie poucza Waszyngton, by ten wziął się za poważną reformę własnego budżetu?
grafika: bestin-4o.blogspot.com Koszty wojen w Afganistanie i Iraku, a także skala marnotrawstwa podczas działań zbrojnych w tych dwóch krajach są, przepraszam za zużyte już w polskim dyskursie publicznym sformułowanie, porażające. Dekadę, którą Amerykanie spędzili na wojnie, niektóre kraje wykorzystały na rozwój. Chiny, Indie czy Brazylia znajdują się dziś w zupełnie innym miejscu niż dziesięć lat temu. Mało kto w Waszyngtonie czy w Europie zwracał jednak na to uwagę. Dopiero wybuch kryzysu finansowego w latach 2007-2008 pokazał Zachodowi, że grupa państw pokonała kilka poziomów rozwoju i trzeba liczyć się z ich zdaniem. Może dopiero wtedy skończyła się epoka kolonializmu i protekcjonalnego podejścia do tzw. państw rozwijających się? Dziś możemy nasłuchać się mnóstwa argumentów, spośród których niewiele znajduje poparcie w faktach. Kilka dni temu spotkałem się z tezą (nie pamiętam niestety źródła ani autora, Czytelnicy muszą uwierzyć mi na słowo), iż gdyby nie obalenie Saddama, nie mielibyśmy dziś do czynienia z tzw. arabską wiosną i obaleniem Ben Alego, Mubaraka i Kaddafiego, ani protestami w Syrii. Powiązanie faktów jest w tej układance bardzo luźne i z łatwością można znaleźć kilka bardziej przekonujących argumentów, chociażby istotną podwyżkę cen żywności, z jaką świat miał do czynienia na przełomie 2010 i 2011 roku. Jesteśmy bezpieczniejsi, ale nie do końca W 10 lat po WTC kierownictwo Al-Kaidy, odpowiedzialnej za przeprowadzenie zamachów, zostało w większości pojmane bądź wyeliminowane, natomiast organizacja jest rozbita. Istnieje jednak mnóstwo jej klonów i "sióstr", które nadal mogą stanowić zagrożenie. Przegnani z Afganistanu czy Iraku znajdują bezpieczne schronienie w Somalii, Jemenie czy Sudanie. I zawsze znajdą bezpieczną przystań, gdyż nie da się zabezpieczyć każdego skrawka terytorium. Po wydaniu bilionów dolarów Amerykanie mają wreszcie świadomość tego prostego faktu. Dekadę po zamachach drastycznie rozrosły się struktury bezpieczeństwa na Zachodzie, a w USA w szczególności. Już ponad 800 tys. osób posiada uprawnienia dostępu do tajnych informacji, z czego ok. 1/3 stanowią pracownicy prywatnych firm i korporacji z szeroko rozumianego sektora "bezpieczeństwa" (chociażby ex-Blackwater, dziś Xe). Prywatyzacja wojny postępuje, a swego czasu były szef Blackwater Erik Prince twierdził, iż byłby w stanie wystawić kilkunastotysięczną armię najemników, która mogłaby pod auspicjami ONZ zaprowadzić porządek w kraju takim jak Somalia. Nie wykluczam, że kiedyś takie operacje (niekoniecznie pod banderą ONZ) będą przeprowadzane. Powyższe uwagi to zaledwie garść przemyśleń, którymi chciałbym się z Wami podzielić i które poddaję pod dyskusję. Mam nadzieję, że w komentarzach dodacie coś od siebie. Piotr Wołejko
wtorek, 29 grudnia 2009
Dwa pierwsze miesiące bieżącego roku podsumowane, idziemy dalej. Przypomnę dla porządku, że podsumowując wydarzenia 2009 roku korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna. Jakie tematy przyciągnęły naszą uwagę w marcu? Atom, wykorzystywany zarówno w celach pokojowych jak i militarnych, nowe otwarcie Obamy w polityce zagranicznej oraz trzydziesta rocznica Rewolucji w Iranie, opisana w połączeniu z czerwcowymi wyborami prezydenckimi. 1. Atom - pokojowe błogosławieństwo, militarne zagrożenie Energia atomowa stanowi interesującą alternatywę dla spalania węgla. Atom może przyczynić się do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, na co szczególny nacisk kładzie Unia Europejska. Jednocześnie to właśnie w Europie sprzeciw wobec energetyki jądrowej jest bodaj najsilniejszy, w szczególności w krajach tzw. starej Unii. Włochy na przykład już dwie dekady temu zrezygnowały z atomu, zamykając pracujące wcześniej elektrownie. Niemcy natomiast przyjęły plan wygaszenia elektrowni jądrowych do 2017 roku. Niechętne nastawienie do atomu stoi tymczasem w sprzeczności z deklarowaną chęcią do walki z globalnym ociepleniem, a także zanieczyszczeniem środowiska. We wpisie Atomowe rozwiązanie z dn. 23 marca br. pisałem: "Energia atomowa jest niezbędna dla zapewnienia wystarczającej ilości elektryczności. Przy rezygnacji z paliw kopalnianych, atom staje się fundamentem nowego systemu energetycznego". Odnawialne źródła energii, takie jak turbiny wiatrowe czy panele słoneczne nie tylko są mało wydajne, ale z technicznego punktu widzenia niemożliwe jest oparcie systemu energetycznego na tak niestabilnych źródłach (wiatr nie wieje cały czas, a słońce świeci tylko w dzień). Kolejny cytat ze wspomnianego artykułu: " (...) dla stabilności systemu energetycznego państwa/regionu niezbędne jest, aby zużycie energii elektrycznej w szczytowym momencie (peak demand) mogło być pokryte z tzw. nieelastycznych, stałych źródeł, czyli niezależnych od kaprysów natury". Konkluzja jest oczywista: "Rezygnacja z węgla kamiennego czy ropy/gazu w produkcji elektryczności oznacza konieczność przejścia na atom. Przy obecnych możliwościach systemu energetycznego, tzn. braku możliwości przechowywania energii elektrycznej, nie można mówić atomowi nie i budować wyłącznie coraz to nowe farmy wiatraków (czy to na lądzie, czy to na morzu). Energia wiatrowa i słoneczna powinny być w większej mierze wykorzystywane, ale nie stanowią one rozwiązania problemu, przed jakim stoimy. Mogą być one uzupełnieniem bilansu energetycznego, ale podstawą musi być atom - bezpieczne (nowoczesne technologie) i ekologiczne źródło energii". Cywilne programy atomowe mogą niestety dość łatwo przekształcić się w militarne, których celem będzie stworzenie bomby jądrowej. Artur Makolągwa z Polityki Globalnej w tekście Rok 2009 rokiem atomu zwraca uwagę, że " (...) wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej będzie w nadchodzących latach problem szeroko pojętej proliferacji technologii atomowych i powiększenia się grona państw wykorzystujących atom w celach cywilnych i/lub wojskowych". Publicysta kontynuuje: "obecnie obowiązujący reżim antyproliferacyjny oparty na układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z roku 1968 (NPT) okazuje się być coraz mniej wystarczający: w ciągu ostatnich kilku lat klub państw posiadających dostęp do broni atomowej powiększył się o nowego członka, Koreę Północną (NPT wypowiedziany w 2003), a przed jego drzwiami stoi Iran. Oba państwa są o wiele mniej odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej niż te, które przed nimi osiągnęły status mocarstwa atomowego". Jak rozwiązać kwestię proliferacji? Jedną z odpowiedzi jest przejęcie kontroli za produkcję i dostarczanie paliwa atomowego przez państwa trzecie/organizację międzynarodową z rąk państwa dążącego do wykorzystania atomu w celach cywilnych. System dostaw paliwa " (...) musiałby być na tyle elastyczny, by nie utrudniać rozwoju tych programów, niedyskryminacyjny dla mniejszych państw, a jednocześnie poddany odpowiedniej kontroli, która wykluczyłaby możliwość sprzedaży materiałów rozszczepialnych państwom, które mogłyby go używać w celach wojskowych", pisze Makolągwa. Być może pieczę nad takim system powinna sprawować Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA)? Bez poważnej refleksji nad proliferacją "za kilka lat możemy obudzić się w świecie, w którym każde – nawet najbardziej niestabilne państwo – z łatwością zdobędzie broń atomową". Decyzje w tej sprawie należą do największych: USA, Rosji, Chin, Unii Europejskiej czy Indii. Warto w tym miejscu dodać, że w roku 2010 odbędzie się konferencja rewizyjna traktatu NPT. 2. Nowe otwarcie w polityce zagranicznej USA Zgodnie z przedwyborczymi zapowiedziami, a także nadzieją rządów i obywateli wielu państw świata, prezydent Barack Obama przygotował nowe otwarcie w polityce zagranicznej. Uwagę skupiło przede wszystkim otwarcie na kierunkach rosyjskim i irańskim, gdyż relacje z Moskwą i Teheranem były szczególnie skomplikowane. Na okoliczność odmrożenia współpracy z Federacją Rosyjską amerykanie przygotowali gadżet w postaci przycisku z napisem reset po angielsku oraz przeciążenie w języku rosyjskim. Czy był to błąd urzędnika niższego szczebla (pomyłka w tłumaczeniu) czy celowa, symboliczna omyłka - każdy musi zdecydować sam. Mnie trudno sobie wyobrazić, że Amerykanie popełniliby tak banalny błąd. Tym bardziej, że - jak pisałem we wpisie (Przeciążony (re)start) z dn. 9 marca br. - "Przeciążenie jest wyjątkowo trafnym podsumowaniem stosunków rosyjsko-amerykańskich w ostatniej dekadzie". Wszyscy pamiętamy deklaracje prezydenta Busha o tym, co wyczytał z oczu ówczesnego prezydenta Putina oraz szybką reakcję Rosji na wrześniowy zamach na World Trade Center. Między Waszyngtonem a Moskwą doszło do nieporozumienia: "Rosjanie kalkulowali, że za przymierze ze Stanami zostaną stosownie wynagrodzeni. Poprzednia administracja sądziła zaś, że Rosjanom nie należy się nic w zamian". Obama wyciąga rękę do Rosjan i liczy, że dzięki współpracy z Moskwą uda mu się załatwić kilka pilnych spraw, m.in. powstrzymać Iran od skonstruowania bomby atomowej, zawrzeć nowy układ o redukcji zbrojeń strategicznych etc. Z Iranem może być Obamie trudniej, niż mu się wydaje: "Jak pisałem jeszcze we wrześniu ub.r., Rosji zależy na podtrzymywaniu wysokiego napięcia na Bliskim Wschodzie, do czego Iran nadaje się wręcz wyśmienicie. Rezygnacja z instalacji 10 antyrakiet w Polsce i radaru w Czechach jest niczym w porównaniu z "narzędziem", jakim jest dla Moskwy kraj ajatollahów. Po drugie, na co także zwracałem uwagę, wpływ Kremla na Teheran nie jest tak wielki, jak się niektórym wydaje, a Iran też nie jest w ciemię bity i nie zamierza być wasalem Rosji, jej chłopcem na posyłki". Przechodząc płynnie do Iranu, bloger no isms! napisał w Polityce Globalnej, że gest Obamy niczego nie zmieni. Miał na myśli oczywiście noworoczne życzenia amerykańskiego prezydenta skierowane do Irańczyków. "Duchowy przywódca Ajatollah Ali Chamenei, stwierdził, iż ten gest wcale nie pokazuje żeby USA zmieniło swoje wrogie nastawienie wobec Iranu", czytamy w przywołanym artykule. Publicysta zwięźle podsumowuje problemy Zachodu, głównie USA, z Iranem: "Iranowi nie podobają się dwa główne żądania [Amerykanów - przyp. PW]: wstrzymanie programu nuklearnego oraz wstrzymanie zaangażowania w terroryzm. Chodzi głównie o wspieranie Hezbollahu i szyickich frakcji w Iraku. Wstrzymanie sankcji to zbyt mała cena dla Iranu by zaprzestać tych działalności. Co więcej sankcje te nie są zbytnio skuteczne, gdyż ani Rosja ani Chiny nie są zbyt skore do ich przestrzegania". 3. Trzydziesta rocznica Rewolucji w Iranie Obszerny artykuł nt. Rewolucji oraz czerwcowych wyborów prezydenckich w Iranie, autorstwa Artura Makolągwy, znajdziemy w Polityce Globalnej. Pytanie: "i co dalej?" jest jak najbardziej na miejscu. Autor zwraca uwagę na skostniały system polityczny Iranu, który został stworzony w taki sposób, aby jak najmocniej i najdłużej powstrzymywać jakiekolwiek zmiany: " (...) rewolucjoniści w imię Allaha sprzed 30 lat zabezpieczyli się przed radykalnymi zmianami zasad, które legły u podstaw ustroju postrewolucyjnego Iranu. Wykluczając możliwość pokojowej rewizji tych podwalin państwa irańskiego, zatrzymali przy sobie władzę na lata; jednocześnie jednak stali się bardziej podatni na wszelkiego rodzaju wybuchy społeczne, takie jak choćby te, które doprowadziły do wyniesienia ich do władzy trzy dekady temu". Ten sam autor informował także o wycofaniu się Mohameda Chatamiego z walki o stanowisko prezydenta. Głównym kandydatem obozu reformatorskiego został bowiem Hosejn Mir Musawi, aktywny uczestnik Rewolucji, który od wielu lat nie uczestniczył już jednak w bieżącej polityce. Musawi nie był oczywiście kandydatem wielkich zmian, a raczej ewolucji systemu, którego był współtwórcą oraz jednym z elementów. Jak pokazały wybory w czerwcu, rządzący żadnej zmiany nie chcieli. Przeciwnego zdania była część społeczeństwa, ale - na dziś - przy władzy nadal mamy tych samych ludzi co przed czerwcowymi wyborami (które powszechnie, nawet w Iranie, uznaje się za sfałszowane). Dzisiejszym bonusem jest artykuł Macieja Pawłowskiego pt. Cywilna broń Hamasu, w której publicysta Polityki Globalnej dokonał analizy konfliktu zbrojnego o charakterze asymetrycznym, jakim była styczniowa operacja Płynny ołów, podczas której siły izraelskie zaatakowały Strefę Gazy. Autor skupia się na wykorzystaniu cywilów w trakcie walk przez Hamas oraz praktyce wojsk izraelskich, które także nie mają czystych rąk w kwestii poszanowania życia cywilów. Jeśli jakieś wydarzenia marcowe szczególnie zapadły Wam w pamięć, podzielcie się refleksjami w komentarzach. Piotr Wołejko
niedziela, 20 grudnia 2009
Niepokojące wieści dla izraelskiej prawicy oraz pro-izraelskiego lobby w Stanach Zjednoczonych nadeszły w ostatnich dniach z Europy. Choć Izraelczycy przywykli do lekceważenia europejskiego głosu w sprawie Palestyny, trudno przejść im do porządku dziennego nad wypowiedziami Catherine Ashton i Miguela Moratinosa. Europa krytykuje, Izrael nie reaguje
Tymczasem Izrael, jakby nigdy nic, podgrzewa atmosferę dotyczącą drugiego "niekończącego się kryzysu", tj. irańskiego programu atomowego. O czym marzy premier Netaniahu? Najpewniej o wymazaniu z mapy irańskich instalacji nuklearnych i o tym, aby nastąpiło to jak najszybciej. Izraelską wykładnię prezentuje Caroline Glick na łamach Jerusalem Post, w niezwykle interesującym artykule. Zły Eisenhower Już sam tytuł tekstu jest intelektualną prowokacją: Rozważyć ponownie kampanię sueską. Czyli atak Izraela, Wielkiej Brytanii i Francji na Egipt w 1956 roku, będący efektem znacjonalizowania Kanału Sueskiego przez władze Egiptu. Mimo sukcesu militarnego trójka agresorów poniosła polityczną klęskę, gdyż ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Dwight Eisenhower, był bardzo krytycznie nastawiony do całej operacji. Pod naciskiem Ameryki agresorzy wycofali się z podkulonym ogonem, a twarde stanowisko Eisenhowera wobec agresji jest ważną cezurą, do której Glick nawiązuje w swoim artykule. Postawa legendarnego dowódcy wojsk sprzymierzonych podczas drugiej wojny światowej, gen. Dwighta Eisenhowera, wobec izraelsko-brytyjsko-francuskiego ataku na Egipt jest bowiem ostatnim tak zdecydowanym sprzeciwem wobec działań Izraela. Eisenhower w ogóle nie był wielkim zwolennikiem bliskich stosunków Ameryki z Izraelem, starając się prowadzić na Bliskim Wschodzie zrównoważoną politykę, której nadrzędnym celem było powstrzymanie sowieckiej ekspansji. Prezydent Eisenhower postawił się Izraelowi, jego następcy nie potrafili tego zrobić. Efektem ustępliwości przywódców USA wobec Izraela jest obecne poczucie bezkarności i pewność, że Ameryka nie zrobi niczego wbrew interesom Izraela (nawet jeśli jakieś posunięcie byłoby korzystne dla Ameryki). Doszło nawet do tego, że to Izrael decyduje, co Ameryka może zrobić w regionie. Krytyczne podejście do tego tematu zaprezentowali m.in. politolodzy Stephen Walt i John Mearsheimer, których książkę "The Israel Lobby and U.S. foreign policy" dość obszernie omawiałem na swoim blogu w grudniu 2008 r., m.in. tutaj. Obama to nie "Ike", uderzyć na Iran! Jednak, optymistycznie dla izraelskiej prawicy i premiera Netaniahu, komentatorka Jerusalem Post wskazuje, że Obama nie jest Eisenhowerem. Legendarny generał, zauważa Glick, był nietykalny w kraju i na świecie. Obama natomiast ma ledwie 50-procentowe poparcie w zaledwie 11 miesięcy od objęcia urzędu. Autorka pięknie powiązała 26-procentowe zrozumienie Amerykanów dla przyznania Obamie pokojowej nagrody Nobla z jego brakiem wiarygodności w polityce zagranicznej, chapeau bas Pani Glick! Co z tego wynika? Obama jest słaby i można, nie - nawet trzeba! - wykorzystać nadarzającą się okazję, by zlikwidować największe, śmiertelne zagrożenie, jakim dla Izraela jest irański program nuklearny. Dawid Ben-Gurion, premier Izraela podczas kampanii sueskiej, podjąłby ponownie decyzję o agresji na Egipt. Nie wahałby się także uderzyć na Iran, twierdzi publicystyka, mobilizując obecnego szefa rządu, Beniamina Netaniahu, do wysłania izraelskiego lotnictwa na irańskie niebo. Aby zagęścić atmosferę izraelskie media, w tym przypadku portal DEBKAfile, publikują informacje o zaawansowaniu irańskich rakiet Sidżil-2, które podobno radzą sobie z systemami antyrakietowymi Izraela (Arrow) oraz Stanów Zjednoczonych (Patriot, THAAD czy Aegis). Test takiej właśnie rakiety Irańczycy przeprowadzili kilka dni temu, a największy polski portal Onet.pl straszył czytelników, że Sidżil stanowi zagrożenie dla Europy. Niestety, Onet.pl nie wyjaśniał, dlaczego Iran miałby Europę atakować. W tym samym artykule DEBKAfile przypomina o nieudolności Amerykanów i o kolejnych miesiącach spokoju danych Iranowi przez administrację Obamy, która próbuje porozumieć się z Teheranem. Krótkoterminowa korzyść, długofalowe straty Jak zwykle, pisząc o irańskim programie atomowym i możliwym ataku izraelskim (lub amerykańskim) na irańskie instalacje nuklearne powtórzę, że opcja militarna przyniesie niewiele pożytku. Przede wszystkim może cofnąć dość zaawansowane postępy gnicia reżimu od środka i odwlec zmiany, które nieuchronnie się zbliżają. Warto także zastanowić się, jakie byłyby regionalne konsekwencje nalotów na Iran. Tutaj skłaniam się do tezy, iż Teheran nie próbowałby zanadto odpłacić "pięknym za nadobne", gdyż przyniosłoby to mu więcej strat niż korzyści. Mogą zawieść także sojusznicy (Hezbollah, Hamas, Syria), niechętnie patrzący na możliwość frontalnego starcia z izraelską armią i służbami specjalnymi. Naloty mogą cofnąć irański program atomowy o kilka lat, nie wywołując jednocześnie wstrząsów wtórnych w regionie. Cofną jednak nadchodzące zmiany reżimu irańskiego, a patrząc na obecne władze islamskiej republiki, prace nad atomem byłyby kontynuowane ze zdwojoną siłą. Kupowanie czasu kosztem wzmocnienia władzy twardogłowych w Iranie wydaje się kiepskim pomysłem. Trudno w ogóle rozważać uderzenie na Iran tuż przed uroczystościami pogrzebowymi zmarłego wielkiego ajatollaha Alego Husajna Montazeriego, szanowanego teologa i jednego z największych krytyków systemu rządów w Iranie oraz ekipy prezydenta Ahmadineżada. Do Kom, gdzie odbędą się uroczystości, ściągają tysiące Irańczyków. Władze obawiają się, że opozycja wykorzysta okazję do zamanifestowania swojej siły. Atak, nieważne przez kogo dokonany, ułatwi władzom represje wobec opozycji, jednocześnie zbliżając obywateli do rządzących w obliczu zewnętrznego zagrożenia. Lepiej więc, aby Netaniahu nie próbował odgrywać roli Ben-Guriona i wykorzystywać domniemanych ani rzeczywistych słabości Obamy, który bez wątpienia nie jest i nie będzie Eisenhowerem. Krótkoterminowo Izrael na tym zyska, długoterminowo stracą wszyscy w regionie. Piotr Wołejko grafika: jpost.com
Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:
|
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||