Wpisy z tagiem: NATO

środa, 04 kwietnia 2012

Czwartego kwietnia 1949 roku powołano do życia najpotężniejszy w historii świata sojusz wojskowy - NATO. Wówczas był on odpowiedzią na sowiecką dominację w Europie Środkowo-Wschodniej i strach przed potencjałem wojskowym ZSRR. Stany Zjednoczone obawiały się, że potężna machina militarna na rozkazach Stalina przetoczy się niczym walec po podnoszącej się z ruin Europie. Należało więc wziąć Stary Kontynent w obronę, zgodnie z geopolitycznym paradygmatem, iż trzeba powstrzymać potencjalnego rywala przed zbytnim wzmocnieniem swoich sił.

Dzisiejsze realia są zupełnie inne. Związek Radziecki rozpadł się ponad dwie dekady temu, a NATO poszerzyło się do 28 członków. Dawna zimnowojenna granica stref wpływów przesunęła się o setki kilometrów na wschód, a osłabiona Rosja do dziś nie odbudowała dawnej potęgi. Co więcej, mimo częstych groźnych pomruków i nieprzyjaznych gestów (vide manewry Zapad z ubiegłego roku, plotki o rozmieszczeniu rakiet Iskander w Obwodzie Kaliningradzkim, zawieszenie udziału w traktacie CFE) Rosja nie stanowi dla NATO zagrożenia. Jej siły zbrojne są w dużej mierze przestarzałe, a poszczególne jednostki mają istotne braki kadrowe, nierzadko sięgające kilkudziesięciu procent stanu osobowego. Rosja zdaje sobie z tego sprawę i zamiast poetyki wojskowej sięga w dyplomacji po surowce naturalne.

Odpowiedzieć na nowe wyzwania

grafikaPo upadku ZSRR Sojusz Północnoatlantycki stracił swojego oponenta, a przez to główny powód istnienia. Mimo upływu dwóch dekad nadal nie do końca wiadomo, jaka jest tożsamość organizacji i jej główne cele. Czy są to misje zagraniczne (vide Afganistan, Libia) czy obrona terytorialna, czyli dbanie o bezpieczeństwo swoich członków? Niemniej NATO  nie pozostaje głuche na wyzwania XXI w., chociażby w sferze cyberbezpieczeństwa. Sojusz przechodzi transformację na naszych oczach, a istotną rolę w jego przyszłym statusie odegrają czynniki ekonomiczne (cięcia wydatków w Europie spowodowane kryzysem, ale też polityczną decyzją o redukcji sił zbrojnych) oraz geopolityczne (reorientacja Stanów Zjednoczonych z Atlantyku na Pacyfik).

Dla Polski silne NATO, zdolne do obrony granic swoich członków, to podstawa i główny instrument naszej polityki bezpieczeństwa. Znajduje to odzwierciedlenie w niedawnym wystąpieniu szefa MSZ w Sejmie oraz dokumencie strategicznym wyznaczającym priorytety polityki zagranicznej na lata 2012-2016. Bez Sojuszu bylibyśmy dużo bardziej narażeni na rosyjską presję i musielibyśmy szukać wsparcia w Berlinie, Paryżu czy Londynie. Jednocześnie pamiętamy, że takie gwarancje bezpieczeństwa w ubiegłym wieku niekoniecznie się sprawdziły.

Ponieważ zbliżamy się do 65. urodzin NATO należy dostrzec, i docenić, jak żywotna to organizacja. Przetrwała rywalizację z Sowietami i trwa w najlepsze już ponad dwie dekady od końca Zimnej Wojny. Mimo krytyki widać, że potrafi adaptować się do zmieniającej się rzeczywistości i odpowiadać na potrzeby swych członków. Wbrew lansowanym z lubością tezom, misja afgańska nie doprowadziła do złożenia Sojuszu do grobu, podobnie jak krótki epizod w Libii (operacja powietrzna). Sojusz jako organizacja oraz poszczególni jego członkowie odebrali lekcje i starają się czerpać z tego doświadczenia.

Więcej sojuszu w Sojuszu

Jaki będzie Sojusz w przyszłości? Ile jeszcze przetrwa? Na pewno będzie krytykowany, zarówno przez Rosję, jak i część elit w Europie i USA. Główne tematy tej krytyki łatwo przewidzieć: nieruchawy moloch, niespójne interesy członków, brak zdolności do zaangażowania poważnych sił poza granicami Sojuszu, archaiczna struktura czy brak celu istnienia (zdefiniowanego przeciwnika). Do tego dojdą inne elementy, natomiast powyższe z pewnością odegrają główną rolę.

Tymczasem NATO w dalszym ciągu będzie adaptować się do zmiennych realiów i dostosowywać możliwości do ograniczającego się potencjału. Zarówno wewnętrznego (cięcia wydatków wojskowych), jak i zewnętrznego (rosnąca potęga państw BRICS), które nie pozwolą działać z dotychczasową swobodą. Istotne jest, aby rozbudowywać i koordynować potencjał w zakresie cyberbezpieczeństwa oraz doprowadzić do szerszego uwspólniania potencjałów wojskowych (pooling & sharing).

Czy należy wprowadzać do Sojuszu nowych członków? Oczywiście, że tak. Sprzyja to stabilizacji oraz szerzeniu demokratycznych standardów, wygasza konflikty i wymusza współpracę oraz dialog. A zawsze lepiej jest rozmawiać, niż prowadzić konflikt. Opcja "najpierw strzelaj, potem zadawaj pytania" sprawdza się w kinie akcji, natomiast jest mało efektywna w stosunkach międzynarodowych.

Piotr Wołejko

 

grafika: panstwa.com

niedziela, 01 maja 2011

Dzisiejsza beatyfikacja Jana Pawła II przysłoniła całkowicie siódmą rocznicę przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej. Warto pamiętać, że dzień 1 maja 2004 roku to jeden z najważniejszych momentów w historii naszego kraju. 

Słuszna polityka, która przyniosła owoce

Po obaleniu komunizmu najważniejszym wyzwaniem stojącym przed klasą polityczną była transformacja gospodarki oraz zakorzenienie kraju w zachodnich strukturach ekonomicznych, politycznych oraz bezpieczeństwa. Pierwszy cel udało się zrealizować w 1996 roku, gdy Polska dołączyła do ekskluzywnego grona państw rozwiniętych - Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Kwestie bezpieczeństwa klarowało przystąpienie do Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego (NATO) w 1999 roku. Natomiast akcesja do Unii Europejskiej w roku 2004 zakorzeniała Warszawę w zachodnich strukturach polityczno-gospodarczych.

grafika

grafika: mojregion.eu

Członkostwo w UE dopełniło integrację Polski z Zachodem. Po siedmiu latach bycia w unii można stwierdzić, iż była to świetna decyzja. Strumień funduszy z Brukseli na naszych oczach dokonuje transformacji wielu dziedzin gospodarki i życia społecznego. Polska stała się placem budowy, pieniądze z Europy szerokim strumieniem płyną do polskich przedsiębiorstw oraz na obszary wiejskie. Jak grzyby po deszczu wyrastają tablice informujące o udziale finansowania unijnego w realizacji danej inwestycji. I, co równie ważne, w zasadzie zniknęły granice państw, co dało każdemu obywatelowi ogromną swobodę podróży.

Politycznie Polska z mozołem budowała swoją pozycję wewnątrz unii. Dopiero niedawno, najwcześniej w 2009 roku, dołączyliśmy do grona unijnych decydentów. Spory udział miała w tym tzw. zielona wyspa, gdy w szczycie kryzysu zadziwiliśmy Europę przyzwoitym wzrostem gospodarczym. Nadal nie możemy równać się z Berlinem czy Paryżem, jednak potrafimy już dbać o własne interesy i budować w tym celu koalicje (nie tylko zresztą blokujące, o czym świadczy projekt Partnerstwa Wschodniego). Silniejsza Polska w silniejszej Unii Europejskiej (oraz NATO) - to rzeczywistość, a także jeden z głównych elementów naszej racji stanu (musimy więc dbać o siłę kraju, głównie o wielkość gospodarki, a także o spoistość i sprawność działania unii i sojuszu).

Jaka polityka zagraniczna?

Akcesja do UE zakończyła również w polskiej polityce okres konsensusu w obszarze polityki zagranicznej. Do 1 maja 2004 roku główne cele dyplomacji były jasno określone. Po tym dniu wyczerpały się oczywiste kierunki działania, a polityka zagraniczna stała się przedmiotem codziennej walki politycznej. Dziś walka ta przybrała absurdalny wymiar, gdy główna partia opozycyjna oskarża partię rządzącą o lokajstwo względem ościennych mocarstw (Niemiec i Rosji), a nawet o zdradę.

Nie tkwimy jednak w dyplomatycznej próżni. Członkostwo w UE i NATO zapewnia nam stabilność polityczno-gospodarczą oraz poczucie bezpieczeństwa. Tylko na wschodzie graniczymy z państwami, które nie należą do wspomnianych wyżej organizacji. Stanowi to dla nas pewne wyzwanie, w szczególności dlatego, że jednym z sąsiadów jest Rosja. Można kontynuować obecne racjonalne podejście, które spotyka się ze zrozumieniem naszych zachodnich partnerów i które zabezpiecza podstawowe interesy naszego kraju, albo powrócić do znanej nam z czasów dość nieodległych polityki konfrontacji i ostrej retoryki.

Relacje z pozostałymi krajami sąsiedzkimi prowadzimy na szczeblu bilateralnym oraz za pośrednictwem unijnego Partnerstwa Wschodniego. Wspierając europejskie dążenia oraz budowę demokracji naszych partnerów rozumiemy, iż to do nich należy decyzja o szybkości i głębokości integracji. Docelowo dążymy do tego, aby granice Polski nie stanowiły granic zewnętrznych Unii Europejskiej, a w najszczęśliwszym scenariuszu również NATO.

Sprecyzować cele na przyszłość

Można jednak odnieść wrażenie, iż w polityce zagranicznej naszego kraju brak dalekosiężnej wizji, konkretnego celu, jakim dwadzieścia lat temu było związanie się z zachodnimi organizacjami międzynarodowymi. Zrozumiałe jest skupienie się na polityce europejskiej. W końcu to w Brukseli wypracowane zostaną najważniejsze dla naszego kraju decyzje. Pytanie, czy nie powinniśmy postarać się o szerszą perspektywę? Chiny, Indie, a może Brazylia - to tylko niektóre z najbardziej oczywistych na dziś kierunków zainteresowania.

Zakorzenienie w UE (7 lat) i NATO (12 lat) sprawia, iż jesteśmy w na tyle komfortowej sytuacji, że możemy spokojnie rozważyć kolejne posunięcia na arenie międzynarodowej. Przyznam, że brakuje mi takiej debaty i boleję nad tym, że nikt nie próbuje jej nawet rozpocząć. Jak pokazuje udany przykład reintegracji z Europą, warto myśleć długofalowo.

Piotr Wołejko

wtorek, 26 kwietnia 2011

Od czasu do czasu nastaje moda na bycie Kasandrą. Tym razem w rolę mitycznej wieszczki próbowała wcielić się Anne Applebaum, publicystka Washington Post, a prywatnie żona szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego. Pyta ona w tytule swojego tekstu, czy interwencja w Libii doprowadzi do rozpadu NATO? Chwileczkę, toż to Afganistan miał rozbić Sojusz. Bez skutku.

Dobrze pamiętamy, jak wielu analityków, ekspertów i polityków stawiało wiarygodność NATO na szali zwycięstwa w Afganistanie. Wiadomo, że żadnego sukcesu nie uda się tam osiągnąć. Jednak czy NATO rozpadnie się z tego powodu? Nie sądzę. Próba podjęcia analogicznej do afgańskiej, opartej na operacji libijskiej, kampanii składania Sojuszu do grobu również spełznie na niczym. Podobnie jak pod Hindukuszem, to nie organizacja, ale państwa członkowskie sprawiają, że operacja w Libii nie należy do najprostszych.

Nieuzasadniona krytyka

Nie można uważać NATO, ani żadnej innej organizacji, za monolit. Sojusz nie dysponuje własną armią - opiera swoje działania na siłach zbrojnych państw członkowskich. Sojusznicy często obwarowują udział swoich żołnierzy w misjach rozmaitymi ograniczeniami. Jedni nie walczą w nocy, drudzy nie walczą w nieparzyste dni miesiąca, a inni mogą być wysłani tylko tam, gdzie jest bezpiecznie. Takie były i są realia operacji w Afganistanie. Zresztą, zanim w ogóle sojusznicy wyślą gdzieś woje wojska, najpierw musi zapaść decyzja polityczna. I tutaj zaczynają się schody.

grafika

grafika: topnews.in

Warto wprowadzić w tym momencie drugi symptomatyczny przykład organizacji międzynarodowej, której działania w wymiarze dyplomatycznym i bezpieczeństwa są uzależnione od osiągnięcia kompromisu przez liczne grono państw członkowskich - Unię Europejską. Zawsze łatwo skrytykować unię, iż na coś zareagowała z opóźnieniem, w stosunku do czegoś zajęła rozwodnione stanowisko, a inną kwestię zbyła milczeniem. Ot, nieudacznicy w Brukseli są już tak rozleniwieni bajońskimi pensjami, że nie są w stanie zebrać się do konkretnej roboty.

Podobnie zaczyna być postrzegane NATO. Krytykuje się organizację, bo większości wydaje się, że integracja zaszła tak daleko, iż oczywistym jest, że decyzje podejmuje się w centrali - a obie instytucje mają swe siedziby w Brukseli. Takie wyobrażenie jest zupełnie oderwane od rzeczywistości. Nikt w Brukseli nie ma mocy decyzyjnej, a ustalenia zapadają w stolicach państw członkowskich. Tymczasem, ucieranie decyzji przez ponad 20 dyplomatów - reprezentujących często rozbieżne interesy swoich państw - to proces czasochłonny. Co więcej, zazwyczaj także mało efektowny.

Niełatwy kompromis

Jeśli więc chcemy kogoś skrytykować za opieszałość bądź trudne realia misji wojskowych (w przypadku Libii, jedni nie bombardują, inni tylko patrolują etc.), powinniśmy skierować gniew w stronę stolic narodowych. To Francja, Niemcy, Włochy, Stany Zjednoczone czy Turcja powinny znaleźć się na celowniku. Jednak wówczas postawienie pytania o upadku państwa byłoby zupełnie nie na miejscu.

W przypadku organizacji międzynarodowej także jest nie na miejscu. Gdyby państwa miały zawsze takie same poglądy i interesy, mogłyby pójść o krok dalej i po prostu się zjednoczyć. Organizacje istnieją po to, aby - bazując na wspólnych interesach - szukać kompromisu tam, gdzie interesy te są sprzeczne. Naturalne jest, że nawet od kompromisowych decyzji niektóre państwa się dystansują. I nie oznacza to, że organizacja chwieje się w posadach i należy odliczać dni do ich smutnego końca.

Za klasykiem należałoby wezwać wszelkiej maści wieszczów do tego, by nie szli tą drogą. Nie warto, gdyż kierunek ten oparty jest na fałszywych przesłankach. Warto przy tym zauważyć, że NATO i UE są najbardziej zintegrowanymi organizacjami międzynarodowymi na świecie. Jeśli one upadają, to pozostałe nie miałyby nawet szansy zaistnieć.

Piotr Wołejko

niedziela, 14 listopada 2010

W dniach 19-20 listopada w Lizbonie odbędzie się szczyt NATO, podczas którego mogą zapaść decyzje o przeniesieniu Sojuszu w XXI wiek. Według Sekretarza Generalnego Paktu Andersa Fogh Rasmussena, "z lizbońskiego szczytu musimy wyjść jako NATO 3.0" [wywiad Rasmussena dla Gazety Wyborczej]. Oznacza to także porzucenie postzimnowojennego myślenia oraz nawiązanie bliższej współpracy z Rosją dotyczącej rozwiązywania szerokiego spektrum problemów, od zwalczania terroryzmu przez zapobieganie proliferacji broni masowego rażenia po piractwo. Pytanie, czy także Rosja jest zainteresowana bliższą kooperacją z Sojuszem.

Podczas spotkania w Lizbonie temat przyszłości NATO będzie odgrywał dominującą rolę. Czym powinno być NATO i jaką rolę ma do odegrania na arenie międzynarodowej? Czy misja w Afganistanie będzie miała istotne konsekwencje dla przyszłości Sojuszu? Dlaczego coraz częściej pojawiają się głosy, iż NATO traci na znaczeniu i może stać się nieistotne? Dlaczego wreszcie, gdy mowa o Pakcie, przeważają opinie pesymistyczne?

Afganistan przysłania osiągnięcia

grafikaWiększość komentatorów, a zapewne także większość z nas, zwykłych obywateli, zdaje się nie doceniać pozytywnej roli, jaką NATO odegrało i odgrywa w otaczającej nas rzeczywistości. Nie do końca prawdziwy przekaz medialny o rzekomo natowskiej misji w Afganistanie tylko pogarsza sprawę, a twierdzenia o katastrofalnych skutkach możliwej klęski tejże misji dodatkowo podbijają bębenek. Warto pamiętać, że operacja afgańska odbywa się na mocy mandatu ONZ, a NATO zapewnia infrastrukturę dowodzenia. Nie jest to jednak operacja natowska, ponieważ Amerykanie nie zdecydowali się skorzystać z oferty sojuszników, proponujących wprowadzenie w życie gwarancji zawartych w art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Misja afgańska to operacja typu coalition of the willing, czyli zainteresowanych państw. Koniec, kropka.

Wracając do roli NATO, należy powiedzieć, że Sojusz zapewnia swoim członkom stabilność i bezpieczeństwo na bezprecedensową skalę. Nie tylko od zewnątrz, chroniąc przed ewentualnymi zagrożeniami z zewnątrz, ale również od wewnątrz, zmuszając do rozwiązywania sporów innymi metodami niż wojna. W Europie, wspólnie z dzisiejszą Unią Europejską (dawniej Wspólnotami Europejskimi) zapewnił dogodne warunki dla wypracowania dobrobytu setek milionów ludzi. To naprawdę wspaniałe osiągnięcie.

Zamiast cieszyć się tym, co mamy, nieustannie pragniemy mieć więcej. Nie myślimy już za bardzo o pierwotnej funkcji NATO, czyli zapewnieniu bezpieczeństwa sojusznikom, a szukamy problemów daleko poza naszymi granicami. Amerykanie, główna potęga wojskowa świata i fundament, na którym zbudowano NATO, pragną przekształcić Pakt w ekspedycyjne siły uderzeniowe, które u boku amerykańskiej armii będą uczestniczyć w operacjach takich jak ta w Afganistanie.

Priorytety dla NATO

Rozumiejąc potrzebę działania poza granicami NATO, trudno przystać na transformację Sojuszu w przyboczną straż Stanów Zjednoczonych. Jeśli USA poszukują takiej straży, należałoby pomyśleć raczej o nowej instytucji, posiadającej inne priorytety i, najpewniej, częściowo odmienny skład. Główną rolą NATO jest stabilizacja obszaru transatlantyckiego. Nie jest nią jednak zwalczanie wspieranych przez pakistańskie wojsko talibów w Afganistanie czy terrorystów w Jemenie. Zwalczanie piractwa na wodach Zatoki Adeńskiej czy wzdłuż somalijskiego wybrzeża to nie to samo, co budowanie od podstaw państwowości afgańskiej. Mam nadzieję, że nowa strategia NATO dość jasno wyrazi, co jest w interesie państw Sojuszu i jakie są granice wspólnego zaangażowania.

NATO 3.0 powinno dalej opierać się na art. 4 i 5 Traktatu Północnoatlantyckiego (należy nawet rozważyć wzmocnienie brzmienia art. 5, który na dziś zapewnia pomoc sojuszniczą jaką państwa członkowskie uznają za konieczną), gdyż istotą Sojuszu jest właśnie obrona sojuszników. Dzisiaj zagrożenia mogą mieć nie tylko charakter militarny, ale również ekonomiczny (w tym również energetyczny) i NATO powinno wiedzieć, jak na te zagrożenia odpowiedzieć.

Konieczna jest współpraca w zakresie cyberbezpieczeństwa, które w dobie coraz powszechniejszego dostępu do internetu i informatyzacji kolejnych sektorów życia publicznego i społecznego będzie w coraz większym stopniu narażone na szwank. Hakerzy wspierani przez państwa (np. Chiny czy Rosję), międzynarodowe korporacje a także organizacje o charakterze terrorystycznym z łatwością mogą zadać nam straty wykorzystując naszą zależność od nowoczesnych technologii.

Hard power nadal górą

Nie wolno przy tym stracić możliwości wykorzystania sił zbrojnych w klasycznej wojnie. Si vis pacem, para bellum. Niestety, państwa europejskie dokonują coraz większych cięć wydatków obronnych (a już przed kryzysem finansowym tylko nieliczne państwa przeznaczały na obronę zadeklarowane 2 proc. PKB) i ich potencjał wojskowy maleje. Jeśli dodać do tego, że wiele armii dosłownie przejada fundusze, którymi dysponuje (nawet do dwóch trzecich wydatków przeznacza się na personel, czyli głównie na żołd), łatwo zrozumieć rosnącą irytację Wujka Sama zza Oceanu.

Zdaniem Amerykanów, europejskie bezpieczeństwo jest zapewnione na kredyt - Europa liczy, że większość wydatków pokryją Stany Zjednoczone i na razie tak było. Sekretarz Obrony Robert Gates ostrzega jednak, że w ciągu jednego pokolenia sytuacja może ulec poważnym zmianom. Mówiąc wprost, USA wycofają większość swoich sił z Europy i obetną fundusze na obronę Starego Kontynentu. Czy Europejczycy będą w stanie zastąpić Amerykę? A może pojawi się inna zamorska potęga zainteresowana stabilnością Europy? Może Chiny?

Problem w tym, że jeśli Europa jest dziś amerykańskim protektoratem, a NATO jest instrumentem o tożsamym znaczeniu jak Układ Warszawski w przypadku Związku Radzieckiego, to czy powinniśmy sobie życzyć, aby rolę jednej dominującej potęgi zajęła inna? Czy Europa nie może posiadać własnego, samodzielnego głosu w kwestiach bezpieczeństwa, także na arenie międzynarodowej? Bez silnej armii, nie mówiąc nawet o wspólnej armii, ale o siłach zbrojnych państw europejskich, trudno będzie o podmiotowość na świecie. Przykład Japonii pokazuje, że bycie potęgą gospodarczą nie wystarcza, by traktowano ją poważnie. Kilka tygodni temu Chiny pokazały dobitnie, na jakie traktowanie zasługują takie państwa.

Piotr Wołejko

 

grafika: zachod.pl

niedziela, 07 listopada 2010

"Potrzebujemy systemu obrony przeciwrakietowej, który uwzględnia nie tylko kraje NATO, ale także Rosję. Im bardziej obrona antyrakietowa jest postrzegana jako wspólny dach, zapewniający nam bezpieczeństwo - zbudowany, wspierany i zarządzany wspólnie tym więcej ludzi od Vancouver po Władywostok będzie czuło się członkami jednej i tej samej wspólnoty". Słowa te pochodzą z marcowego artykułu Sekretarza Generalnego Paktu Północnoatlantyckiego Andersa Fogh Rasmussena dla brytyjskiego dziennika "The Guardian". Duńczyk od początku swej kadencji promuje stworzenie ogólnoeuropejskiej tarczy antyrakietowej, szukając przy okazji możliwości zbliżenia z Rosją.

Kłótnie o tarczę

Tarcza odcisnęła dość istotne piętno na polskiej polityce, zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej. W pewnym momencie stała się przedmiotem rozgrywki pomiędzy dwiema największymi partiami na rodzimej scenie politycznej. Jeden z wiceministrów, odpowiedzialny za negocjacje z Amerykanami, odchodził z hukiem z rządu Donalda Tuska, oskarżając premiera o sabotowanie negocjacji z Waszyngtonem. Umowę o umieszczeniu na terytorium Polski elementów tarczy, w postaci rakiet przechwytujących, podpisywano w przededniu zmiany administracji w Stanach Zjednoczonych. Gorącego orędownika projektu obrony przeciwrakietowej, republikanina Georga W. Busha, zastąpił w Białym Domu sceptycznie nastawiony do tego pomysłu demokrata Barack Obama. Dość szybko okazało się, co łatwo było przewidzieć, iż dla Obamy lokalizacja instalacji przechwytujących w Polsce i Czechach (radar) nie będzie priorytetem.

Pomysł w zasadzie zarzucono (zmiana koncepcji, oszczędności, odmrożenie relacji z Rosją) i Polska wraz z Czechami została, mówiąc kolokwialnie, na lodzie. Na osłodę dostaliśmy baterię rakiet Patriot, która stacjonuje u nas rotacyjnie przez kilka miesięcy w roku. Nie ma ona żadnego wpływu na nasze bezpieczeństwo, gdyż tylko dla obrony nieba nad Warszawą potrzeba kilka takich baterii. Niestety, Amerykanie nie zamierzają nam ich fundować i wcale nie kwapią się ze sprzedażą. Wiadomo, Rosji by się to nie spodobało, a demokratyczna administracja amerykańska myśli pragmatycznie.

Nowatorski pomysł NATO


grafikaWygląda jednak na to, że tarcza jednak powstanie. Nie będzie to już projekt stricte amerykański, który w założeniu miał chronić wyłącznie terytorium USA, ale system chroniący niebo sojuszników w ramach NATO. Kilka lat temu, gdy Polska prowadziła negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi, tarcza antyrakietowa była uważana w Europie za projekt wielce kontrowersyjny. Jak zauważa szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski: dziś cały Sojusz się na to [tarczę – przyp. PW] zgadza. - Wyczuwalnym konsensusem jest to, że NATO podejmie decyzję o budowie natowskiego systemu obrony przeciwrakietowej -powiedział Sikorski na konferencji prasowej przed dwoma tygodniami.

Koncepcja forsowana przez Andersa Fogh Rasmussena zakłada, iż nastąpi integracja istniejących już systemów obrony przeciwrakietowej. Pochłonie to ok. 200 milionów euro. To zapewne tylko początek inwestycji w obronę antyrakietową. Co prawda wątpliwości nadal zgłasza Francja, która obawia się konfliktu pomiędzy tarczą a własną doktryną obronną opartą na odstraszaniu nuklearnym, ale francuskie obawy powinna przezwyciężyć niedawna deklaracja niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Stwierdziła ona kilka dni temu, iż „dopóki inne kraje świata posiadają broń atomową, Europa również musi posiadać takie możliwości”.

Jakaś forma obrony przeciwrakietowej dla Europy jest więc przesądzona. Sekretarz Generalny NATO nie zamierza jednak, jak to sam ujmuje, „tworzyć nowych linii podziału”, czy też wykluczać inne państwa ze współpracy. Wręcz przeciwnie. Rasmussen aktywnie zabiega o rosyjski współudział w zabezpieczeniu nieba od wspomnianego już Vancouver aż po Władywostok. Działania Duńczyka można uznać za udane, gdyż rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział udział w listopadowym szczycie sojuszu w Lizbonie. Dialog i współpraca z Rosją w zakresie obrony przeciwrakietowej będą istotną częścią dyskusji poświęconej relacjom NATO-Rosja.

Polskie władze sceptycznie podchodzą do wizji wspólnej, natowsko-rosyjskiej tarczy. Minister obrony narodowej Bogdan Klich powiedział niedawno: nie bardzo widzę potrzebę, aby Rosja była włączana do natowskiej tarczy antyrakietowej, a na pewno nie w tym momencie. Minister Sikorski ma nieco inne zdanie na ten temat. Zwraca on uwagę na fakt, iż do tej pory Rosja uważała tarczę za instalację militarną wymierzoną przeciw sobie. - Dzisiaj zaczyna się to zmieniać, mówi Sikorski i dodaje - mówimy o współpracy, a jak ona będzie wyglądała w praktyce, będzie zależało od rozwoju sytuacji, podejrzewam, że głównie na Bliskim Wschodzie. Nietrudno domyślić się, że minister ma na myśli Iran, który intensywnie rozwija programy rakietowy i nuklearny. Nowa strategia NATO, która ma być głównym tematem zbliżającego się szczytu, stawia na współpracę z Rosją, ale – jak zaznacza Sikorski – „nie na każdych warunkach, co jest zdroworozsądkowe”.

Dobry wujek nas nie uratuje

I właśnie współpraca z Rosją jest oczkiem w głowie Rasmussena, a próba wciągnięcia Moskwy w dyskusję o wspólnej budowie systemu obrony przeciwrakietowej jest tylko pierwszym krokiem ku bliższej kooperacji w innych dziedzinach. Jak mówi sam Sekretarz Generalny na swoim blogu, jest wiele wyzwań i zagrożeń, którym powinniśmy – my NATO oraz Rosja – stawić czoła razem, nie zaś osobno. Rasmussen wymienia chociażby terroryzm, ekstremizm, narkotyki, proliferację technologii rakietowych oraz broni masowego rażenia oraz piractwo. Więcej, Rasmussen liczy na współpracę przy redukcji zbrojeń konwencjonalnych oraz pocisków bliskiego zasięgu z głowicami atomowymi. NATO zredukowało ich ilość o 90%, natomiast Rosja nie dotrzymała kroku w tej dziedzinie państwom europejskim. Należy porzucić myślenie zimnowojenne, wzywa Rasmussen i wyciąga rękę do Rosjan.

Polska wspiera natowską tarczę antyrakietową. Liczy także na wywiązanie się przez Stany Zjednoczone z obietnic dotyczących rakiet Patriot. Nie stawiamy już jednak wyłącznie na Amerykę jako gwaranta obrony naszej suwerenności. Minister Sikorski w dość zdecydowany sposób krytykuje zwolenników bezwarunkowego oddania bezpieczeństwa Polski w ręce USA. - Zadrażniano stosunki z sąsiadami i całą Unią Europejską, wierząc, że z każdej naszej nieroztropności uratuje nas dobry wujek zza oceanu - ocenia Sikorski i puentuje: W ostatecznym rozrachunku tylko sami możemy zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Jak powinna zachować się Polska?

Konstatacja Sikorskiego jest słuszna. Nie można obstawiać tylko jednego konia, tym bardziej, jeśli ma on swoje problemy oraz nową koncepcję polityki zagranicznej (gdzie na pierwszym miejscu znajduje się Pacyfik, nie Europa). Im silniejsze NATO, tym lepiej dla nas. Podobnie ma się rzecz z Unią Europejską. Współpraca z Rosją również jest istotna. Nie możemy mieć złudzeń, że Rosjanie nagle się zmienili i nie zawalczą o własną strefę wpływów. Tak nie będzie. Natomiast Polska nie może być w awangardzie antyrosyjskości. Powinniśmy uczulać, zwracać uwagę, ale nie sypać piasku w tryby. Powinniśmy pamiętać, że bezpieczeństwo Rosji (w tym także obrona przeciwrakietowa) leży w naszym interesie.

Jeśli Rosja będzie się czuła bezpiecznie, nie będzie miała powodu do nieufności wobec sąsiadów, wobec NATO. Sceptycznie patrzący na jakiegokolwiek zacieśnianie więzów z Rosją mają istotny powód do zadowolenia: od deklaracji współpracy do rzeczywistej kooperacji jest bardzo, ale to bardzo daleko. Na razie Moskwa wyraziła wstępne zainteresowanie i porzuciła retorykę tarczy antyrakietowej jako projektu stricte antyrosyjskiego. To niewiele, ale wszelkie rozmowy z Rosjanami na temat bezpieczeństwa to droga pokonywana małymi kroczkami.

Piotr Wołejko, dla Wirtualnej Polski

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu WP.pl. Grafika: balkanstudies.org

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook