Wpisy z tagiem: historia

wtorek, 20 grudnia 2011

Od dawna już wszyscy wiedzą, że potworna wojna między Rosją a Japonią spowodowana została głównie koncesją drzewną.

“The Causes of the Russo-Japanese War” w: The Advocate of Peace 70/9 (październik 1908), s. 212

Pod koniec wieku XIX, Wielki Książę Murawjow (1845-1900) stał się orędownikiem idei przeniesienia ciężaru polityki zagranicznej Rosji na tereny Azji Wschodniej. Ważnym elementem politycznej strategii było rozszerzenie wpływów rosyjskich w Chinach i Korei, oraz pozyskanie dla floty rosyjskiej niezamarzających portów na wschodnim wybrzeżu kontynentu. Jednym ze skutków działań rosyjskich był nieuchronnych konflikt z modernizującą się Japonią, która przystąpiła do budowy własnych wpływów na tym terenie.

grafika

„Usiądziemy nad brzegiem morza, poczekamy na pogodę”, karykatura z prasy rosyjskiej około 1900.

Zainteresowanie Rosji Koreą zaczęło się w roku 1858, kiedy w efekcie Traktatu z Aihun, Car uzyskał tereny chińskie na lewym brzegu i otwarcie Amuru, Ussuru i Sungari. Cesarz Xianfeng odmówił podpisania traktatu, jednak większość jego ustaleń została potwierdzona podczas Konwencji Pekińskiej z 1860. Zdobycze terytorialne doprowadziły Rosjan w bezpośrednie sąsiedztwo Korei i pozwoliły na kontemplację korzyści z posiadania tam niezamarzającego portu dla carskiej floty. W 1866 roku wysłannicy Cara przybyli do portu Wonsan, żądając przywilejów handlowych i otwarcia portów Królestwa. Koreańczycy tradycyjnie powołali się na status trybutariuszy i odesłali Rosjan do pekińskich mandarynów. Kolejne próby napotkały sprzeciw Brytyjczyków, którzy zajęli Port Hamilton (Geomundo), blokując ruch statków rosyjskich w regionie.

Niepowodzenie zabiegów militarnych zrekompensował Rosjanom król Gojong, który za radą swej małżonki, królowej Myeongseong, przyznał im koncesje handlowe. Wojna zakończyła się w kwietniu 1895 spektakularną porażką Chin, a 8 października agenci japońscy zamordowali królową Myeongseong. Król Gojong schronił się w Legacji Rosyjskiej.

W roku 1896, gdy król Gojong wciąż przebywał na terenie Legacji, Jurii Iwanowicz Briner, kupiec rosyjski z Władywostoku uzyskał od korony Korei koncesję na eksploatację wyrobisk drewna w rejonie wyspy Ulleungdo na Morzu Wschodnim, rzeki Tumen (dzielącej Chiny, Koreę i Rosję), oraz wzdłuż Yalu, głównej rzeki Korei.

Briner miał pod dostatkiem pomysłów, cierpiał jednak na chroniczny brak gotówki i rok później, w obawie przed zbliżającym się wygaśnięciem nieaktywnej koncesji postanowił sprzedać ją nabywcy związanemu z Domem Rothschildów. Transakcją zainteresował się rosyjski Charge d'Affaires Mikołaj Matiunin, ówczesny zwierzchnik Legacji. Widząc potencjalne zyski, zarówno finansowe i ekonomiczne, powołał kartel, w skład którego weszli między innymi Wielki Książę Aleksander Michaiłowicz, Generał Książę Hilarion Woroncow-Daszkow i Książe Feliks Jusupow. Rzecznikiem i dyrektorem wykonawczym grupy został Aleksander Michaiłowicz Biezobrazow, były oficer carskiej kawalerii, znakomicie ustosunkowany na dworze carskim i od jego nazwiska kartel tradycyjnie nazywa się „Spółką Biezobrazowa”.

Wspólnicy postanowili przejąć koncesję Brinera i użyć jej dla wzmocnienia rosyjskiej obecności w Korei. Zadanie pozyskania funduszy inwestycyjnych wziął na siebie Bieobrazow. Nie było to łatwe, jako że minister finansów Siergiej Witte,  wpływowy zastępca ministra spraw zagranicznych Władimir Lamsdorf i minister wojny Aleksiej Kurpatkin stanowczo sprzeciwiali się rozszerzaniu wpływów rosyjskich w Korei, obawiając się wojny na Dalekim Wschodzie, której Rosja, zdaniem Kuropatkina, nie mogła wygrać. Biezobrazow i Woroncow-Daszkow uzyskali jednak audiencję u Mikołaja II, któremu przedstawili projekt rosyjskiej Kompanii Rozwoju Azji Wschodniej, wzorowanej na brytyjskiej Kompanii Indii Wschodnich. Ich Kompania miała rozszerzyć znaczenie Rosji na Dalekim Wschodzie i wyprzeć wpływy japońskie. Był to w istocie plan „uratowania Korei” przed japońską ekspansją – dla ekspansji rosyjskiej. Car przedsięwzięcie pochwalił i sam zainwestował znaczną na ówczesne czasy sumę 200 tys. funtów. Wg planów Spółki Biezobrazowa, powołanie Kompanii i planowane zaproszenie inwestorów zagranicznych miało ukryć przed Japończykami rzeczywiste, polityczne cele operacji.

Lekceważenie Japonii

Twórcom koncepcji nie przyszło do głowy, iż Japończycy mogą przejrzeć tak subtelne posunięcie, nawet jeśli włączył się doń Wielki Książę Michał Murawjow, zwolennik przeniesienia ciężaru działań międzynarodowych Rosji z Europy na Daleki Wschód. Niezależnie od modnego w sztuce japonizmu, większość elit rosyjskich postrzegała wciąż Japonię jako peryferyjne, pogańskie państewko, które zdołało pokonać Chiny wyłącznie dzięki rzeszy zachodnich doradców.

W ciągu najbliższych trzech lat zespoły Kompanii przygotowały geograficzne, gospodarcze i wojskowe analizy rejonu, opracowały mapy i określiły proponowane trasy linii kolejowych łączących Seul z Mandżurią i z Koleją Chińsko-Wschodnią, co, obok korzyści ekonomicznych, miało zapewnić możliwość szybkiego przerzucania do Korei rosyjskich sił wojskowych. Spółka Biezobrazowa rozwijała przyczółki i faktorie, pozyskiwała wpływy i zatrudniała coraz więcej ludzi.

Kuropatkin gorzko pisał w swych dziennikach: „parweniusze, tacy jak Biezobrazow, wplątują Najjaśniejszego Pana w działania niegodne Rosji, oczywiście bez Jego zgody i zezwolenia”. Mikołaj II przyznał wprawdzie, że działalność Spółki absolutnie nie może powodować trudności politycznych, ale jednocześnie polecił otworzyć Biezobrazowowi kredyt w Banku Rosyjsko-Chińskim na sumę 2 milionów rubli.

W tym samym czasie Witte, jak to było wówczas we zwyczaju, nakazał pracownikom ministerstwa szpiegować Biezobrazowa. Ten ostatni podkreślał przy każdej okazji słabość rosyjskich wpływów na Dalekim Wschodzie, niezrozumienie i animozje ministerstw, a także konieczność znalezienia szybkich rozwiązań. Jednym z nich było stworzenie ośrodka Kompanii w rejonie rzeki Yalu, z kwaterami, sklepami, wysuniętymi faktoriami i brygadą wojska, dla niepoznaki przebraną w ubrania cywilne. Na przełomie 1901 i 1902 Biezobrazow,  dobrze już zakorzeniony w Korei, skoncentrował swe działania na ekspansji Spółki w Mandżurii. Poprzez listy i audiencje zaprzyjaźnionych osobistości zdołał ostatecznie przekonać Cara, iż problemy na Dalekim Wschodzie wynikają ze sporów jego rywali, Ministerstwa Wojny i Ministerstwa Finansów, nie mają natomiast nic wspólnego z Japończykami.

Wielkie plany Cara

W rzeczywistości Witte i Kuropatkin, choć skłóceni, byli całkowicie zgodni w kwestii Azji Wschodniej. 26 stycznia 1902 roku Witte spotkał się z Kuropatkinem i poinformował go, że Biezobrazow wysyła Carowi tajne, szyfrowane depesze. Mikołaj stanowczo zaprzeczył. Kuropatkin zapisał w swych dziennikach, że w tym momencie Car ufał już Biezobrazowowi bardziej niż swym ministrom, i że Najjaśniejszy Pan zaczął snuć ogromne plany. Rosja miała w nich zająć Mandżurię, zaanektować Koreę, przejąć Tybet, a następnie przejść do podobnych operacji w rejonie Persji i tureckich cieśnin.

Rozwój obecności rosyjskiej w Korei i Mandżurii był przez cały czas monitorowany przez Japonię, której pozycja w polityce międzynarodowej uległa wzmocnieniu dzięki Sojuszowi Angielsko-Japońskiemu z 30 stycznia 1902. W efekcie politycznej ofensywy Japonii, wspartej przez część rządów europejskich, w Petersburgu przeważyło chwilowo zdanie Wittego i działalność Kompanii została zamknięta. Równocześnie, pod wpływem Lamsdorfa, rozpoczęto rozmowy z Japonią.

Triumf pokojowego triumwiratu był pozorny. Car, urażony polityczną porażką, zaczął bardziej jeszcze polegać na zdaniu Biezobrazowa, który w 1903, z błogosławieństwem Najjaśniejszego Pana i funduszami w wysokości 2 mln rubli przyznanymi „na cele znane Jego Carskiemu Majestatowi”, odtworzył Spółkę jako „Kompanię Drzewną Rzeki Yalu”. Biezobrazow otrzymał tytuł Sekretarza Stanu i zadanie utrzymywania ścisłej łączności między Kompanią a Petersburgiem. W maju 1903, oddziały rosyjskie przebrane w ubrania cywilne i wsparte najemnikami chińskimi zajęły Yongampo u ujścia rzeki Yalu.

Mała przystań w Yongampo leżała wprawdzie daleko od dotychczasowych terenów wycinki drzew, ale za to miała doskonałe położenie strategiczne, umożliwiając przyszłe połączenie Kolei Transsyberyjskiej i planowanej linii Seoul-Uiju. Yongampo, już jako Port Mikołaj, jeszcze w tym samym roku stało się silnym ośrodkiem wojskowo-ekonomicznym. Mimo sprzeciwów Japonii i Korei, Rosja podjęła decyzję o zamknięciu wszystkich portów na Yalu dla statków japońskich. Zarzewie przyszłego konfliktu płonęło już otwartym ogniem.

Marlow


Prowadzi bloga na portalu opinii Newsweeka - Redakcja, zajmuje się problematyką Azji Wschodniej

środa, 24 listopada 2010

Niektórzy nadal próbują zbijać kapitał polityczny na przekonywaniu o odpowiedzialności Polaków za wysiedlenia ludności niemieckiej po zakończeniu II wojny światowej. Wiarygodność tego twierdzenia można porównać do innego „powojennego mitu”, jakim są tzw. polskie obozy koncentracyjne (o których szerzej pisałem tutaj). Często nazywane zresztą hitlerowskimi, nie zaś niemieckimi. Trudno uciec od historycznego obciążenia. Niemcy, fakt, że hitlerowskie, stworzyły na terytorium Polski przemysł zagłady. Natomiast Amerykanie, Brytyjczycy i Sowieci odpowiadają za przesiedlenia ludności niemieckiej.

Kto odpowiada za wysiedlenia

To, że Niemcy zostaną przeniesieni z terytorium Polski, Węgier i Czechosłowacji zostało postanowione w umowie poczdamskiej z 2 sierpnia 1945 roku (rozdział XII). Prowizoryczne władze ww. państw wykonywały polecenia zwycięskich mocarstw, decydujących o kształcie powojennej Europy. Decyzję o realizacji przesiedleń ludności niemieckiej potwierdziła w listopadzie 1945 roku Sojusznicza Rada Kontroli, sprawująca najwyższą władzę na terytorium pokonanej III Rzeszy. W jej skład wchodzili gen. Dwight Eisenhower, marszałek Bernard Montgomery, marszałek Gieorgij Żukow i gen. Jean de Lattre de Tassigny.

grafika

Członkowie Sojuszniczej Rady Kontroli (od lewej): B. Montgomery, D. Eisenhower, G. Żukow i J. de Lattre de Tassigny / źródło: Bildarchiv Preußischer Kulturbesitz

Warto podkreślić postawę Francji wobec wysiedleń. Paryż nie był stroną umowy poczdamskiej, Francuzi nie uczestniczyli bowiem w konferencji w podberlińskiej miejscowości. Nie czuli się więc związani wszystkimi postanowieniami porozumienia z 2 sierpnia 1945 roku, między innymi właśnie tymi dotyczącymi wysiedleń ludności niemieckiej. Z drugiej strony, decyzje w Sojuszniczej Radzie Kontroli zapadały jednomyślnie, więc Francja zgodziła się na przesiedlenia, gdy Rada podejmowała stosowną decyzję w listopadzie 1945 roku.

Akceptacja metody Stalina

Głównym orędownikiem, wręcz promotorem wysiedleń, był przywódca ZSRR Józef Stalin. Miał zresztą doświadczenie przy tego typu przedsięwzięciach, gdyż stosował je wielokrotnie na narodach zamieszkujących Związek Radziecki. Przesiedlenia pozwalały stworzyć w miarę jednolite narodowościowo państwa, które w teorii powinny być bardziej stabilne. Niemiecka mniejszość została uznana za potencjalną piątą kolumnę, więc należało się jej pozbyć.

Alianci uważali także, iż wszyscy Niemcy muszą ponieść karę za wybuch wojny. Zastosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Na końcu wreszcie, Sowieci liczyli na stworzenie antagonizmów pomiędzy swoimi satelitami oraz między nimi a ich sąsiadami. Wówczas obecność ZSRR stawała się niezbędna dla zapewnienia bezpieczeństwa. Zachodni alianci nie protestowali jednak przeciwko przesiedleniom. Premier Churchill już pod koniec 1944 roku przekonywał w Izbie Gmin, iż stanowią one „najbardziej satysfakcjonującą i trwałą metodę”, aby zapewnić stabilne granice i ograniczyć do minimum konflikty etniczne.

Jak reagować na fałsz

Profesor Marian Dobrosielski, wieloletni pracownik polskiej dyplomacji, powiedział w rozmowie opublikowanej w Biuletynie Neutrum ze stycznia 2004 roku co następuje: „20 listopada 1945 r. Sojusznicza Rada Kontroli nad Niemcami przyjęła plan wysiedlenia ludności niemieckiej z Polski. Polska wykonała ten plan spełniając określone warunki wynikające z postanowień wspomnianej Rady. Żadne państwo (strona umowy poczdamskiej) nie podniosło wobec Polski zastrzeżeń dotyczących rozmiarów i sposobów wykonania akcji wysiedleniowej z Polski. Wszelkie więc roszczenia tzw. Związków Wypędzonych, Pruskiego Powiernictwa i popierających ich organizacji i polityków są pozbawione podstaw prawnych i skierowane pod fałszywym adresem.”

W 65. Rocznicę podjęcia decyzji o wysiedleniach Niemców z terytorium Polski, Czechosłowacji i Węgier należy podkreślić, iż pełną odpowiedzialność za przesiedlenia, w tym za ich przebieg, ponoszą trzy zwycięskie mocarstwa – Związek Radziecki, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Wszelkie roszczenia należy kierować pod ich adresem (przy czym w miejsce ZSRR wstępuje, jako prawny następca, Federacja Rosyjska). Kiedy więc usłyszymy oskarżenia kierowane w stronę Polski, nie powinniśmy wściekać się czy zbywać historycznych bredni milczeniem, tylko wskazywać na właściwych adresatów roszczeń.

Piotr Wołejko

środa, 24 marca 2010

W dzisiejszych czasach wojna się nie opłaca. Gospodarki poszczególnych państw są ze sobą bardzo powiązane, więc nikt nie zaryzykuje ataku, gdyż koszty zwycięstwa mogą być wielokrotnie większe od ewentualnych zysków. Globalizacja zapewnia pokój i dobrobyt, państwa zamiast prowadzić wojny wolą handlować i zarabiać. Te trzy zdania streszczają dość popularną teorię o zmniejszającej prawdopodobieństwo konfliktów współzależności gospodarczej między państwami. Niestety, ale teoria ta nie wytrzymuje starcia z faktami. Na ten sam temat pisał także Jan Barańczak na blogu Bookistan. Niniejszy artykuł można traktować jako uzupełnienie wspomnianego tekstu.

Coraz większe wydatki na broń

grafikaZaskakujące, że w erze postępującej globalizacji drastycznie rosną wydatki na zbrojenia? Najnowszy raport Stockholm International Peace Research Institute, o którym informowałem już na łamach Dyplomacji, przynosi niepokojące wieści o wzroście wydatków na zakup broni konwencjonalnej w Azji Południowo-Wschodniej. W latach 2005-2009 import broni do regionu wzrósł blisko dwukrotnie w stosunku do lat 2000-2004. Malezja wydała na broń w ciągu ostatnich pięciu lat o 722 procent więcej niż w analogicznym okresie początku XXI stulecia. Również Singapur intensywnie się zbroi. Kraje ASEAN nie chcą być gorsze od Chin, których nakłady na armię rosły w ostatnich latach w dwucyfrowym tempie (choć najnowszy budżet zakłada skromniejszy, jednocyfrowy wzrost).

W ciągu ostatnich dwóch dekad wartość światowego handlu wzrosła mniej więcej dwukrotnie. Wiara w siłę globalizacji stawała się coraz powszechniejsza. O ile jednak gospodarki i społeczeństwa stają się coraz bardziej powiązane, trend ten nie przekłada się na zwiększone poczucie bezpieczeństwa państw na arenie międzynarodowej. Wojny wielkich potęg zostały w zasadzie wyeliminowane przez odstraszający potencjał broni jądrowej (warto przypominać o tym za każdym razem, gdy ktoś nawołuje do całkowitego rozbrojenia nuklearnego), ale nie wykluczyła konfliktów na mniejszą skalę: starć regionalnych lub lokalnych, często z wykorzystaniem stron trzecich przez największe mocarstwa. Znamy to już z czasów Zimnej Wojny, gdzie Amerykanie i Sowieci urządzali sobie wojenki w rozmaitych miejscach globu, ale o bezpośrednim starciu gigantów nikt nie myślał.

Uwaga skupia się na Azji

Mimo postępów globalizacji państwa zbroją się na potęgę, a Europą dwudziestego wieku może stać się aktualnie Azja. Jak zauważył w swoim artykule Jan Barańczak, również na początku XX stulecia globalizacja rozwijała skrzydła. Statystyki (pierwsza tabela) wskazują, że wartość globalnego eksportu zwiększyła się w latach 1900-1913 blisko o połowę. Co nastąpiło wkrótce potem? Doskonale wiemy. Owszem, w Europie od dłuższego czasu zanosiło się na wojnę, a kraje wyczekiwały tylko na odpowiedni moment. Napięcie rosło przez wiele lat, a iskrą na beczce prochu okazał się zamach na habsburskiego arcyksięcia.

W Azji Południowo-Wschodniej lub szerzej - w Azji, napięcie nie jest teraz tak wyczuwalne jak w pierwszej dekadzie ubiegłego stulecia na Starym Kontynencie. Niemniej jednak, nacjonalizmy mają się dobrze, spory religijne lub etniczne destabilizują sytuację kilku państw regionu, istnieje też wiele sporów terytorialnych, których nie daje się rozwiązać. Regionalne struktury integracyjne oraz bezpieczeństwa są bardzo słabe. Co więcej, w grze uczestniczą, oprócz regionalnych potęg, również zewnętrzni aktorzy. Czy tak trudno wyobrazić sobie, że splot nieszczęśliwych zdarzeń doprowadza do otwartego konfliktu? W dwudziestowiecznej Europie wszyscy spodziewali się wojny, a ta nie nadchodziła. W Azji odwrotnie, nie spodziewamy się wojny, a ta może nadejść dość nagle.

Nowe stare czasy

Wzrost wydatków na zbrojenia nie jest żadnym zaskoczeniem. Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem wymiany handlowej wiele państw może pozwolić sobie na modernizację i rozwój armii. Samo w sobie nie musi to być niczym złym. Niestety, globalizacja nie rozwiązuje konfliktów politycznych ani społecznych, sporów pomiędzy państwami oraz członkami miejscowych społeczności. Rywalizacja o bezpieczeństwo nadal jest grą o sumie zerowej, tzn. wzmocnienie przeciwnika oznacza osłabienie własnych możliwości. Należy więc temu przeciwdziałać.

Nie zamierzam wieszczyć tutaj krwawej wojny w Azji Południowo-Wschodniej ani snuć innych czarnych scenariuszy. Zwracam tylko uwagę, że czarne scenariusze mogą się spełnić, a spokój  odczuwany dzięki globalizacji jest tylko pozorny. Można spać spokojnie, byle z otwartymi oczami - pointa Janka Barańczaka jest niezwykle trafna.

Piotr Wołejko

 

grafika: imageshack.us

poniedziałek, 08 marca 2010

W 99. rocznicę święta Dnia Kobiet życzę wszystkim Paniom dużo radości, uśmiechu i pogody ducha. Serdeczne pozdrowienia kieruję szczególnie do reprezentantek płci pięknej, które są Czytelniczkami Dyplomacji oraz tych spośród nich, które dołączyły do społeczności Dyplomacji na Facebooku. Niezmiernie cieszy mnie fakt, iż dużo Pań podziela moje zainteresowanie sprawami międzynarodowymi i chce pogłębiać swoją wiedzę w tej pasjonującej dziedzinie. Poniżej pozwolę sobie wkleić ujmującą fotkę przedstawiającą morze tulipanów, którymi - na razie wirtualnie - pragnę obdarować Panie z okazji ich Święta.

grafika

Warto pamiętać, że jeszcze sto lat temu kobiety musiały walczyć o swoje prawa, a dzisiejsze święto upamiętnia ważne wydarzenia (o których więcej można przeczytać tutaj).

grafika: kwolana.neostrada.pl

Piotr Wołejko

 

piątek, 05 marca 2010

Wczorajszego dnia Komisja Spraw Zagranicznych amerykańskiej Izby Reprezentantów, stosunkiem głosów 23 do 22, przyjęła rezolucję uznającą ludobójstwo Ormian dokonane przez Imperium Osmańskie (dzisiejszą Turcję) w latach 1915-1923. Tym samym dokument może być teraz poddany pod głosowanie w Izbie. Reakcja Turcji była łatwa do przewidzenia. Turecki ambasador w Waszyngtonie został odwołany do Ankary "na konsultacje", a władze tureckie grożą pogorszeniem wzajemnych stosunków.

Straty i wymówki

grafikaAmerykanie mają sporo do stracenia, gdyż potrzebują wsparcia Turcji w kilku ważnych dla siebie sprawach: nałożenia sankcji na Iran, stabilizacji sytuacji w Iraku czy Afganistanie. Media wspominają także o możliwych ograniczeniach w korzystaniu z bazy lotniczej w Incirlik. Na razie Ankara odwołała tylko ambasadora, a także pozwoliła sobie na kilka gorzkich słów pod adresem Stanów Zjednoczonych. Turcy wskazują także, iż zewnętrzna presja w postaci rezolucji Izby Reprezentantów negatywnie wpływa na delikatny i powolny proces przełamywania historycznych uprzedzeń pomiędzy Turcją a Armenią. Kilka miesięcy temu oba kraje podpisały przełomowe protokoły m.in. otwierające granice między nimi, a prezydent Turcji Abdullah Gul złożył oficjalną wizytę w Armenii.

Z drugiej strony Turcy z radością przyjmą amerykańską rezolucję jako wymówkę wstrzymującą przyjęcie protokołów przez turecki parlament. Tak naprawdę bowiem Ankara troszeczkę się zagalopowała i została napomniana przez bratni Azerbejdżan. Baku nadal nie rozwiązało z Armenią sporu o Górny Karabach. Presja ze strony zasobnych w ropę i gaz Azerów, a także nacjonalistów wewnątrz Turcji spowodowały drastyczne spowolnienie procesu pojednania. Rezolucja spadła więc Turkom jak z nieba, więc argument o kiepskim momencie jej przyjęcia jest słuszny.

Trudna historia

Warto jednak zwrócić uwagę na problem, jakim dla Turków jest pogodzenie się z własną historią. Premier Erdogan określił rezolucję obwinianiem Turcji za coś, czego nie zrobiła. Jeśli fakty historyczne świadczą inaczej, tym gorzej dla faktów - zdaje się mówić Erdogan. Wśród historyków dominuje pogląd, wedle którego tzw. rzeź Ormian to zaplanowane ludobójstwo, w którym śmierć poniosło ok. półtora miliona ludzi. Podobne do amerykańskiej rezolucje lub uchwały podejmowały już parlamenty innych państw, m.in. Francji, czy - w 2005 roku - Polski. Turcy zawsze reagowali oburzeniem, ale potem relacje wracały do normy.

Teraz powinno być podobnie. Reakcja jest tak ostra, gdyż rezolucję planują przyjąć Amerykanie - najpotężniejszy kraj świat, do tego jeden z najbliższych sojuszników. Trudno spodziewać zerwania strategicznych więzi pomiędzy Ankarą a Waszyngtonem z powodu ludobójstwa Ormian ponad dziewięć dekad temu. Chwilowe ochłodzenie to wszystko, na co zdecydują się Turcy. Amerykanie mogą chwilowo stracić, ale długoterminowo to Turcja straciłaby więcej na, za przeproszeniem, strojeniu fochów Stanom Zjednoczonym. Co więcej, administracja prezydenta Obamy i sam prezydent (podobnie jak jego poprzednicy George W. Bush i Bill Clinton) robi co może, aby rezolucji nie przyjmować. Jako szef egzekutywy Obama rozumie, że nie ma sensu w wywoływaniu nawet krótkotrwałych wojenek z ważnymi partnerami.

Tym bardziej, że kwestia ludobójstwa Ormian jest w Turcji wyjątkowo drażliwa i żadna siła polityczna nie jest w stanie zakończyć jej w sposób definitywny, aby demony przeszłości nie miały wpływu na bieżącą politykę. Przykre, że Turcja nie dojrzała do przyjęcia odpowiedzialności za działania z okresu I wojny światowej oraz lat tuż po jej zakończeniu. Widać tu niezrozumienie pojęcia duma narodowa, w którą rzekomo godzi przyznanie się do popełnienia zbrodni. Nie mnie pouczać Turków, jak powinni podchodzić do własnej historii. Natomiast można pokusić się o stwierdzenie, iż "załatwienie" sprawy ludobójstwa wpłynęłoby pozytywnie na cały region, chociażby zmniejszając w nim napięcie.

Lobbyści w Waszyngtonie

W całej sprawie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt, mianowicie zwycięstwo ormiańskiego lobby w bezpośrednim starciu z lobby tureckim. Obie strony, Ormianie przez swoją diasporę, Turcy także kanałami oficjalnymi, przekonywali kongresmenów o swoich racjach. Pierwszą rundę wygrali Ormianie, ale strona turecka nie zamierza składać broni. Kto wie, czy porażka Turcji w głosowaniu komisji nie wynika ze zwiększającego się rozziewu pomiędzy Turcją a Izraelem, co przełożyło się na brak wsparcia tureckiego punktu widzenia przez lobby żydowskie. Prawda odnośnie rezolucji jest bowiem taka, że wydarzenia sprzed ponad 90 lat mało kogo oby w Kongresie obeszły, gdyby nie intensywne lobbowanie zainteresowanych stron.

Szkoda, że niewielka Armenia i nieliczna, w porównaniu do polskiej, mniejszość ormiańska dysponuje na Kapitolu wpływami, o jakich Polacy długo będą mogli tylko pomarzyć.

Piotr Wołejko

 

grafika: gmcase.files.wordpress.com

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook