Wpisy z tagiem: Unia Europejska
sobota, 17 grudnia 2011
Od szczytu Rady Europejskiej z 8 i 9 grudnia mija dokładnie tydzień. Nadal rozgrzewa on emocje w Polsce i Europie. Wczoraj w Sejmie odbyły się dwie debaty: o polityce europejskiej oraz nad wnioskiem o odwołanie szefa MSZ Radosława Sikorskiego. Padło wiele ostrych słów, użyto mniej lub bardziej efektownych figur retorycznych, sięgnięto po stare przemówienia, a właściciela zmieniło pióro, którym śp. Prezydent Lech Kaczyński podpisywał Traktat Lizboński. Dużo formy, treści trochę mniej. O co chodzi w tym całym europejskim zamieszaniu? Reformy za pieniądze Zeszłotygodniowy szczyt był kolejnym z cyklu "spotkanie ostatniej szansy". Celem było wysłanie jasnego sygnału, skierowanego głównie do rynków finansowych, iż Unia potrafi poradzić sobie z problemami finansowymi, a strefa euro się nie rozpadnie. Pomysłem tandemu Merkel-Sarkozy (zwanego też Merkozy), przy czym bardziej była to idea pani kanclerz, były zmiany traktatowe wymuszające większą dyscyplinę budżetową oraz automatyczne sankcje w przypadku jej łamania. Niemcy robią wszystko, by najpierw stworzyć solidne ramy prawne i wymusić reformy, a dopiero potem przystać na finansowanie ich przez niemieckiego podatnika, a - docelowo - przez Europejski Bank Centralny. W zamian za zgodę na euroobligacje oraz zmianę statusu EBC, by był on pożyczkodawcą ostatniej szansy, Berlin żąda ustępstw pozostałych państw strefy euro. Nie chodzi jednak o kontrolę Niemiec nad budżetami pozostałych państw strefy euro, a o rozsądniejsze zarządzanie finansami publicznymi i kontrolę nad deficytem budżetowym. Jeśli państwa uzdrowią finanse publiczne, balansując przychody i wydatki, nikt nie będzie wpływał na ich decyzje budżetowe, a żadne sankcje nie będą im grozić. Słusznie natomiast podnosi się kwestię wzmocnienia pozycji Niemiec. Trudno dziś mówić o tandemie Berlin-Paryż, ponieważ Niemcy wyprzedzają Francję o dwie długości. Na tle słabowitych gospodarek państw euro są oazą dobrobytu i stabilności. Siła Niemiec rośnie, zgodnie z podstawowym założeniem teorii realizmu w stosunkach międzynarodowych, ponieważ niemiecka gospodarka jest potężna, silniejsza od pozostałych. Gdy Francja obawia się o swój najwyższy rating, Włochy i Hiszpania stoją na krawędzi niewypłacalności, a Wielka Brytania, do której wrócimy, nie tylko jest poza strefą euro, ale znajduje się w poważnym kryzysie i grozi jej recesja, Niemcy nie mają wielu powodów do obaw o własną gospodarkę. Przetrwała ona pierwszą falę kryzysu i nadal trzyma się bardzo mocno. Brytyjska odmowa
Nie rozstrzygając, czy ważniejsza była partia czy City, warto przyjrzeć się londyńskiemu światowi finansów. Rzekomo to jedyny funkcjonujący jeszcze motor brytyjskiej gospodarki. Wytwarza między 7,5 a 10% PKB, zatrudnia bezpośrednio i pośrednio ok. 1,5 mln ludzi. To jednak nadal mniej niż nieistniejący niemalże brytyjski przemysł. Podobnie wygląda porównanie ilości podatków, które płaci City i wspomniany wcześniej przemysł. W latach 2002 - 2008, czyli w okresie największego boomu finansowego, City zapłaciło raptem 193 miliardy funtów podatków. Przemysł wpłacił do państwowej kasy 378 miliardów funtów. Tymczasem, gdy wybuchł kryzys, tylko na ratowanie Royal Bank of Scotland podatnicy wyłożyli 45 miliardów funtów, a rozmaite gwarancje rządowe, odpisy, pożyczki itp. na rzecz instytucji finansowych kosztowały podatników 1,19 biliona funtów. Jak czytamy w Guardianie, który powołuje się na książkę akademików University of Manchester, brytyjski podatnik nie czerpie korzyści z funkcjonowania City w jego obecnym modelu. Powstaje więc pytanie, czy warto było używać weta, dla ratowania tak nieefektywnego sektora gospodarki przed regulacjami, które dopiero powstaną? Na razie nawet zręby tychże regulacji pozostają niejasne. To, co zrobił Cameron, to uniemożliwienie Wielkiej Brytanii wywarcia istotnego wpływu na kształt umów i przepisów europejskich, które tak czy inaczej (pośrednio bądź bezpośrednio) będą dotyczyć również Londynu. Odejście od stołu to żadne rozwiązanie. Nie ma nic wspólnego z odwagą ani racją stanu. Zachowanie Camerona najlepiej opisuje powiedzenie, którego autorstwo przypisuje się wybitnemu francuskiemu mężowi stanu Charlesowi Talleyrandowi: to gorzej niż zbrodnia - to błąd. Solidarność i federacyjne marzenia Gdy Europa próbuje znaleźć wyjście ze spirali długów, w jakiej znalazły się państwa strefy euro, w Polsce pojawiła się zadziwiająca koncepcja. Oto polscy eurosceptycy wykuwają nową definicję pojęcia solidarność. Ich zdaniem solidarność oznacza sytuację, w której Polska pobiera z UE dziesiątki miliardów euro, korzysta z dobrodziejstw wspólnego rynku czy strefy Schengen, a w zamian mówi "moja chata z kraja", czyli odmawia jakiegokolwiek uczestnictwa w rozwiązywaniu pojawiających się problemów. Tą osobliwą postawę broni szerokie spektrum argumentów, od suwerenności począwszy, na biednym kraju, jakim jest Polska, skończywszy. Spieszę wyjaśnić, że solidarność nie polega wyłącznie na braniu, a niezbędnym jej elementem jest także dawanie. Gdy proszą nas o pomoc, nie odwracamy się na pięcie, tylko robimy co w naszej mocy, by wesprzeć potrzebującego. A propos federacji europejskiej, a nawet tzw. Stanów Zjednoczonych Europy, to jest to bardzo efektowna koncepcja, wcale nie nowa, natomiast niezmiernie daleko jej do realizacji. W przypadku USA, stany nie były niepodległymi państwami narodowymi, korzystającymi w pełni ze wszystkich atrybutów państwa suwerennego. Nawet dwa państwa arabskie, Egipt i Syria, nie potrafiły stworzyć poprzez Zjednoczoną Republikę Arabską jednego państwa, a poprzez federację z Jemenem Zjednoczonego Państwa Arabskiego. Republika istniała niespełna 3 lata i zakończyła żywot wraz z zamachem stanu w Damaszku, a Państwo pozostało tylko na papierze. Federacja nie jest instytucją polityczną, którą łatwo się tworzy, natomiast bardzo łatwo może się ona rozpaść. Polska droga w zjednoczonej Europie Mając to w pamięci można dokonać racjonalnej oceny pomysłów federalistycznych, co nie oznacza, że ściślejsza integracja w ramach UE nie jest możliwa. Pytanie, czy i w jakim zakresie stanowi ona odpowiedź na dzisiejsze trudne czasy. Oceniając Unię Europejską i jej problemy warto też zawsze mieć na uwadze to, że nie było i nie ma dla Polski alternatywy wobec UE. (naturalnie powinniśmy więc dbać o siłę unii i naszą w niej pozycję.) Czy chcielibyśmy być dzisiaj poza unią, mając za partnerów Białoruś, Ukrainę i Rosję, jedyne państwa regionu (a zarazem sąsiadów) znajdujące się poza wspólnotą? Gdy niektórzy podziwiają Brytyjczyków i pytają, dlaczego Polska nie idzie drogą Camerona, zdają się nie dostrzegać oczywistych różnic w sytuacji polityczno-gospodarczej obu państw. Nie jesteśmy Wielką Brytanią. Nie oddziela nas od wszystkich sąsiadów Kanał Angielski (La Manche), nie posiadamy jednej z najbardziej rozwiniętych gospodarek na świecie, o City możemy tylko pomarzyć, tak samo jak o wiarygodności finansowej na poziomie Wielkiej Brytanii. Chociaż więź ta słabnie, Londyn i Waszyngton wiążą specjalne stosunki polityczno-wojskowe, a możliwości militarne Brytyjczyków są wielokrotnie większe od polskich. Dlatego też Polska nie może zachowywać się jak Wielka Brytania, co w żadnej mierze nie oznacza, że nie powinna zabiegać o jak najlepsze z nią relacje. Piotr Wołejko
grafika: davidicke.com
piątek, 30 września 2011
Partnerstwo Wschodnie to inicjatywa, której celem jest europeizacja państw wchodzących dwie dekady temu w skład Związku Radzieckiego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdowy i Ukrainy. Inicjatywa powstała dzięki Polsce i Szwecji (przy wsparciu Niemiec) realizuje geopolityczny paradygmat, zgodnie z którym jeśli chcesz cieszyć się dobrobytem we własnym domu, zadbaj też o dobrobyt u sąsiadów. Zła prasa Partnerstwa
Jeśli myślimy kategoriami dzisiejszych mediów, dla których warte uwagi i czasu antenowego są tylko spektakularne sukcesy (na mniejsze nie ma miejsca) bądź klęski, a sprawy ważne dziś są już zupełnie zapomniane po jutrze, Partnerstwo Wschodnie nigdy nie będzie projektem z naszej bajki. Trzeba pamiętać, że PW to inicjatywa z połowy 2009 roku, której cele są bardzo długofalowe. Rozliczanie Partnerstwa już dziś jest przedwczesne i nierozsądne, podobnie jak grzebanie innej cennej inicjatywy, jaką jest Trójkąt Weimarski. Oba mechanizmy mają głębokie uzasadnienie geopolityczne, jednak mogą nie być we właściwy sposób wykorzystywane. Przy PW trudno już teraz dokonać oceny. Więcej realizmu = więcej sukcesów Przy analizowaniu PW trudno uciec od stanowiska Rosji wobec tego projektu. Moskwa odebrała go negatywnie. Uznaje, po części słusznie, iż Unia próbuje wepchnąć się politycznie na obszar tradycyjnie zdominowany przez Rosję. Odbiera to jako grę o sumie zerowej, w której każdy zysk Unii oznacza stratę po stronie Rosji. Jakkolwiek nie obudujemy propagandą PW, podejście Federacji Rosyjskiej jest jak najbardziej uzasadnione. Dlatego między bajki można włożyć twierdzenia, iż PW w żaden sposób nie jest wymierzone w Moskwę. Jest i będzie, dopóki Rosjanie nie zdecydują się wreszcie, czy główne wektory geopolityki ukierunkować na Zachód, ku Europie, czy na Wschód, ku krajom azjatyckim. Trwanie w bezruchu petryfikuje politykę obrony własnych interesów w byłych republikach i walkę z wpływami innych mocarstw i podmiotów. Na koniec jeszcze jedna uwaga: w podejściu UE do PW jak na dłoni widać problemy demokracji w układaniu sobie relacji z krajami o innych ustrojach politycznych. Wybrzydzamy na autorytaryzm na Białorusi czy w Azerbejdżanie (choć w przypadku Baku mniej, gdyż posiada ropę i gaz), kręcimy nosem na oligarchiczny układ na Ukrainie. Trudno nam zaakceptować różnice i pogodzić się z tym, że wymuszenie zmian będzie trudne. Henry Kissinger powiedział, że mając do wyboru niestabilność i sprawiedliwość albo stabilność i niesprawiedliwość, zawsze wybierze to drugie połączenie. Twardy realizm na granicy cynizmu. Jednak Europa akceptowała taki układ w krajach arabskich Morza Śródziemnego, a Kaddafi mógł rozbijać swój namiot w Rzymie czy Paryżu. Czy warto zastosować te same standardy do państw PW, dbając przede wszystkim o ich pomyślność gospodarczą, a mniej zajmować się problematyką ustrojową? Może wtedy uda się więcej zyskać, a trudniej będzie krytykować PW jako nieefektywne i w zasadzie bezcelowe przedsięwzięcie? Piotr Wołejko
Tekst jest polemiką z artykułem Piotra Maciążka, redaktora naczelnego portalu Polityka Wschodnia: Wydmuszka Partnerstwa Wschodniego grafika: polish.ruvr.ru
piątek, 08 lipca 2011
Światowa Organizacja Handlu (WTO) orzekła 5 lipca br. iż ograniczenia w eksporcie rzadkich materiałów, niezbędnych w produkcji nowoczesnego sprzętu elektrycznego i elektrotechnicznego, są niezgodne z porozumieniem o wolnym handlu (GATT). Sprawę przeciwko Chinom zgłosiły Stany Zjednoczone, Unia Europejska oraz Meksyk. Pekin bronił się przed zarzutami powołując się na konieczność ochrony środowiska oraz zasadę konserwacji zasobów naturalnych. Protekcjonizmowi mówimy nie
Wypowiedzi przedstawicieli USA i UE, a także przedstawicieli europejskich przedsiębiorców są niemal identyczne. Ron Kirk, przedstawiciel USA ds. handlu, uważa decyzję WTO za „istotne zwycięstwo”, natomiast komisarz UE ds. handlu Karel de Gucht stwierdził, iż „Najważniejsze w tej decyzji jest to, iż ustanawia ona zasady na przyszłość, które będą ważną częścią dyskusji z każdym państwem”. Belgijski komisarz dodaje, iż ma nadzieję, „że rozwiązanie sytuacji zostanie znalezione podczas rozmów i nie będziemy musieli kontynuować sporu na drodze sądowej”. Jest to mało prawdopodobne, jednak szanse Chin na odwrócenie decyzji o 180. stopni są nikłe. Zdaniem największej europejskiej organizacji przedsiębiorców BusinessEurope, decyzja WTO pozwala liczyć na „bardziej wolny globalny handel rzadkimi surowcami”. Jak zauważa bowiem Max Baucus, przewodniczący komisji finansów amerykańskiego Senatu, „po decyzji WTO jest absolutnie jasne, że Chiny manipulują rynkiem rzadkich materiałów” i takie działania przynoszą szkodę amerykańskim firmom. Baucus wzywa też Pekin do natychmiastowego zniesienia wprowadzonych w 2009 roku ograniczeń. Wojny surowcowe – szkodliwe i niepotrzebne Z apelacją widoczną na horyzoncie, należy wstrzymać się z ostatecznym komentarzem. Wstępnie można jednak powiedzieć, iż decyzja WTO stanowi bardzo ważny punkt odniesienia. Tym ważniejszy, iż Chiny specjalnie nie ukrywają swoich protekcjonistycznych zamiarów, a także pozwalają sobie stosować surowce jako broń polityczną. Nie jest to oczywiście nic nowego i nieznanego w najnowszej historii, wystarczy przywołać arabskie embargo na ropę, czy rosyjski cyrk z wstrzymywaniem dostaw gazu na Białoruś czy Ukrainę. Jak pisałem w październiku ub.r., granie surowcami nie jest jednak odpowiedzialne, ani rozsądne. Piotr Wołejko Cytaty za: New York Times, Thomson Reuters; grafika: executiveeducation.wharton.upenn.edu
czwartek, 30 czerwca 2011
W środę Komisja Europejska przedstawiła projekt budżetu UE na lata 2014-2020. W stosunku do obecnej perspektywy finansowej, nowy budżet będzie większy o 5% i wyniesie blisko 972 miliardy euro w płatnościach. Dla Polski, bezpośrednio, przypadnie ok. 80 miliardów euro (kilkanaście miliardów więcej, niż w obecnie). Zdaniem szefa KE Jose Manuela Barroso, budżet jest "innowacyjny, ambitny, a jednocześnie odpowiedzialny". Należy podzielić ocenę Portugalczyka. Propozycje Komisji a sprawa Polska
Nadal będzie można jednak liczyć na duże środki dla regionów, co pozwoli kontynuować projekty zmierzające do wyrównywania poziomu rozwoju cywilizacyjnego. Walka będzie trwała o tzw. regiony przejściowe (które przekroczą teraz próg 75% średniej unijnej i powinny stracić większość finansowania), w celu utrzymania poziomu alokacji środków zbliżonego do tego z obecnej perspektywy finansowej. Powstanie dużego, o wartości 40 miliardów euro, funduszu na finansowanie projektów infrastrukturalnych (w ramach TEN-T, czyli międzyregionalnych połączeń komunikacyjnych i energetycznych) pozwoli wreszcie na budowę kluczowych interkonektorów. Nie powstały one w wielu miejscach do dziś z powodu braku finansowania ze strony państw. Zamrożenie nakładów na Wspólną Politykę Rolną na dotychczasowym poziomie pozwoli zmniejszyć jej udział w całości budżetu do 35%. Dopłaty do rolnictwa zostaną także spłaszczone, tzn. najniższe jej poziomy będą zwiększone, a najwyższe zmniejszone. Polacy, ale także Łotysze czy Rumuni mają na tym zyskać. Francuzi będą o kilka procent "w plecy". Wszystko w ramach solidarności europejskiej. Komisja planuje także zwiększenie środków na finansowanie inicjatyw dotyczących szeroko pojmowanej innowacyjności - do 80 miliardów euro. Pytanie, czy Polska będzie potrafiła skutecznie sięgnąć po te pieniądze. Jesteśmy z innowacjami na bakier, a na badania i rozwój wydajemy prawie najmniej w Europie. Europodatek od banków i instytucji finansowych W celu zmniejszenia zależności budżetu unijnego od składek państw członkowskich Komisja zaproponowała wprowadzenie niewielkiego podatku od transakcji finansowych. Brytyjczycy od razu uznali to za zamach na londyńskie City. Mogą mieć jednak problem z obroną interesów bankierów, gdyż w Europie pomysł opodatkowania transakcji finansowych zyskuje na popularności, a podobno nawet 2/3 Brytyjczyków popiera taką ideę. Warto przypomnieć, że mówimy dopiero o komisyjnej propozycji unijnego budżetu. Teraz rozpocznie się żmudny proces negocjacji. Mogą one potrwać wiele miesięcy (ostatnio trwały blisko 2 lata). Z pewnością będzie iskrzyć, gdyż państwa płatnicy netto (Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Holandia i Finlandia) domagały się zamrożenia budżetu na dotychczasowym poziomie. Do gry o budżet wkroczy też pełną gębą, po zmianach wynikających z Traktatu z Lizbony, Parlament Europejski. Jest to dla Polski bardzo dobra informacja, gdyż eurodeputowani żądają zwiększenia finansowania i ambitnego budżetu dla Unii Europejskiej. Mając za sojusznika Komisję i Parlament, Polska stoi na niezłej pozycji wyjściowej. Teraz czas na negocjacje i wykazanie kunsztu przez naszych dyplomatów, urzędników i polityków. Istnieje wiele możliwych konfiguracji sojuszy i aliansów, które będzie trzeba zawierać dla obrony konkretnych pozycji w budżecie. Ważne pytania - ważne odpowiedzi Czy prezydencja, podczas której państwo kierujące pracami Rady Unii Europejskiej powinno być wstrzemięźliwe w walce o własne interesy, może negatywnie wpłynąć na nasze postulaty dotyczące budżetu UE na lata 2014-2020? Niekoniecznie. Przez pół roku będziemy po prostu bardziej powściągliwie przedstawiać nasz punkt widzenia. Możemy sobie jednak na to pozwolić, gdyż bliskie naszemu sercu postulaty będzie prezentować Komisja Europejska. A od stycznia 2012 roku wkroczymy do walki na 100%. Czy uda się przeforsować budżet zgodny z propozycją Komisji? Czy raczej wygra lobby wzywające do oszczędności? Jak to w Brukseli bywa, wypracowany zostanie kompromis. Obie strony spotkają się w punkcie, który uznają za satysfakcjonujący. Szanse na zamrożenie budżetu są jednak nikłe. Walka idzie o to, o ile uda się go zwiększyć w perspektywie lat 2014-2020. Piotr Wołejko
grafika: jankozlowski.pl
sobota, 25 czerwca 2011
Trudno nie mieć obaw dotyczących przyszłości swobody przepływu osób, gdy zezwala się na wprowadzenie wyłomu w strefie Schengen. Z powodu polityki czysto wewnętrznej - we Francji i Włoszech - wyjmuje się drobną cegiełkę z fundamentalnej dla istoty Unii Europejskiej zasady. Gdy powstaną już procedury opisujące "krytyczne sytuacje" i "nadzwyczajne okoliczności", wszystko pozostanie w gestii poszczególnych rządów. A te mogą znaleźć się pod presją opinii publicznej lub lokalnych populistów. Co zabawne, demontaż strefy Schengen może rozpocząć się od zaledwie kilkudziesięciu (dwudziestu?) tysięcy tunezyjskich imigrantów. Cóż to jest wobec ponad 500 milionów obywateli zjednoczonej Europy? Niewłaściwe lekarstwo Wzięcie się za Schengen pokazuje, że unijni liderzy odsuwają od siebie dyskusję o kluczowym problemie, przed jakim UE stanie już niedługo - stworzeniem polityki migracyjnej. Łatwiej jest pogmerać w traktacie dotyczącym likwidacji kontroli na wewnętrznych granicach, niż rozpocząć i przeprowadzić ogólnoeuropejską debatę na temat migracji. Tymczasem wskaźniki demograficzne Europy jasno pokazują, iż w najbliższych dekadach będzie trzeba otworzyć się na osoby z zewnątrz. Cały czas łudzimy się, że uda się uniknąć debaty na ten temat. Drugim złudzeniem jest przekonanie, iż będziemy mogli sprowadzać do Europy takich imigrantów, jakich będziemy chcieli (czyli głównie dobrze wykształconych, najlepiej z niezbyt liczną rodziną). Racjonalność takiego podejścia jest niewielka i wkrótce wszyscy obudzimy się z ręką w przysłowiowym nocniku. Dla zwykłego obywatela zadziwiające jest, że Unia Europejska potrafi prowadzić globalną krucjatę przeciwko emisjom dwutlenku węgla, narzucając bardzo ambitne cele redukcyjne swoim członkom, a jednocześnie jak ognia unika dyskusji o polityce migracyjnej. Przy całym szacunku dla europejskich przywódców, sami nie uratujemy świata od rzekomej katastrofy klimatycznej, natomiast bez wspólnego podejścia do migracji będziemy mieli poważne problemy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za klimatyczno-energetyczną paranoją kryją się potężne interesy najbardziej rozwiniętych państw UE, natomiast za migracjami kryją się głównie wydatki z państwowej kasy. Zawsze można bronić tezy, iż żaden dramat się nie dzieje i strefa Schengen jest niezagrożona, a mechanizm wprowadzania kontroli wewnętrznych w szczególnych sytuacjach to zupełnie zdroworozsądkowa rzecz. Owszem, pozornie wszystko jest w porządku. Nie da się przewidzieć wszystkich przyszłych problemów, więc rozwiązania dotyczące wyjątkowych okoliczności mogą przydać się w przyszłości. Problemem jest to, że podejmowane działania są pozorne i nie stanowią odpowiedzi na wyzwania, przed którymi stoimy. Rola polskiej prezydencji - musimy bronić naszych interesów Z racji przejęcia 1 lipca prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, to Polsce przypadnie obowiązek negocjowania przyjętej przez Komisję Europejską propozycji z krajami członkowskimi oraz Parlamentem Europejskim. Nieustannie powtarza się, że państwu sprawującemu prezydencję nie wypada prezentować własnego zdania, jednak teza ta brzmi pięknie, acz zupełnie nierealistycznie. W interesie Polski nie leży zarówno demontaż strefy Schengen, jak i narzucanie wyssanych z palca celów redukcji emisji gazów cieplarnianych (słuszna decyzja Ministra Środowiska, który zablokował przyjęcie Mapy Drogowej wyznaczającej, nieobowiązkowe na razie, cele redukcyjne do roku 2050). Musimy trzeźwo oceniać wszelkie inicjatywy i nie pozwolić na to, aby nasze interesy zostały w jakikolwiek sposób zagrożone. Polska powinna wykorzystać półroczną prezydencję na pokazanie swojej wizji zjednoczonej Europy, pokazać swoje priorytety i nakłaniać inne państwa członkowskie do przyjęcia naszej optyki. Jeśli mielibyśmy zrezygnować całkowicie z obrony naszych interesów, lepiej byłoby zrezygnować z prezydencji. Pozostaje liczyć, iż polski rząd nie dał się przekonać, iż od 1 lipca do 31 grudnia musi wyzbyć się własnych przekonań i reprezentuje abstrakcyjny wspólny interes. Piotr Wołejko
grafika: en.mercopresscom |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||