Wpisy z tagiem: realizm

piątek, 30 września 2011

Partnerstwo Wschodnie to inicjatywa, której celem jest europeizacja państw wchodzących dwie dekady temu w skład Związku Radzieckiego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdowy i Ukrainy. Inicjatywa powstała dzięki Polsce i Szwecji (przy wsparciu Niemiec) realizuje geopolityczny paradygmat, zgodnie z którym jeśli chcesz cieszyć się dobrobytem we własnym domu, zadbaj też o dobrobyt u sąsiadów.

Zła prasa Partnerstwa

grafikaKrytyka Partnerstwa Wschodniego (PW) i wieszczenie jego upadku są ostatnimi czasy w modzie. Podobno to nie jest dobry czas dla PW, ponieważ ważniejsze są wewnętrzne problemy UE (strefa euro!) oraz spadek po arabskiej wiośnie. Co więcej, partnerzy ze wschodu niekoniecznie wywiązują się z pokładanych w nich nadziei. Na Białorusi, wiadomo, Łukaszenka gra o przetrwanie; Armenia i Azerbejdżan są śmiertelnymi wrogami (Górski Karabach); Gruzja nie pozbierała się po sierpniowej wojnie z 2008 roku; Ukraina przechyla się raz na Zachód (umowa stowarzyszeniowa), raz na Wschód (proces i aresztowanie byłej premier Julii Tymoszenko). Same klęski? Czas zwijać interes?

Jeśli myślimy kategoriami dzisiejszych mediów, dla których warte uwagi i czasu antenowego są tylko spektakularne sukcesy (na mniejsze nie ma miejsca) bądź klęski, a sprawy ważne dziś są już zupełnie zapomniane po jutrze, Partnerstwo Wschodnie nigdy nie będzie projektem z naszej bajki. Trzeba pamiętać, że PW to inicjatywa z połowy 2009 roku, której cele są bardzo długofalowe. Rozliczanie Partnerstwa już dziś jest przedwczesne i nierozsądne, podobnie jak grzebanie innej cennej inicjatywy, jaką jest Trójkąt Weimarski. Oba mechanizmy mają głębokie uzasadnienie geopolityczne, jednak mogą nie być we właściwy sposób wykorzystywane. Przy PW trudno już teraz dokonać oceny.

Więcej realizmu = więcej sukcesów

Przy analizowaniu PW trudno uciec od stanowiska Rosji wobec tego projektu. Moskwa odebrała go negatywnie. Uznaje, po części słusznie, iż Unia próbuje wepchnąć się politycznie na obszar tradycyjnie zdominowany przez Rosję. Odbiera to jako grę o sumie zerowej, w której każdy zysk Unii oznacza stratę po stronie Rosji. Jakkolwiek nie obudujemy propagandą PW, podejście Federacji Rosyjskiej jest jak najbardziej uzasadnione. Dlatego między bajki można włożyć twierdzenia, iż PW w żaden sposób nie jest wymierzone w Moskwę. Jest i będzie, dopóki Rosjanie nie zdecydują się wreszcie, czy główne wektory geopolityki ukierunkować na Zachód, ku Europie, czy na Wschód, ku krajom azjatyckim. Trwanie w bezruchu petryfikuje politykę obrony własnych interesów w byłych republikach i walkę z wpływami innych mocarstw i podmiotów.

Na koniec jeszcze jedna uwaga: w podejściu UE do PW jak na dłoni widać problemy demokracji w układaniu sobie relacji z krajami o innych ustrojach politycznych. Wybrzydzamy na autorytaryzm na Białorusi czy w Azerbejdżanie (choć w przypadku Baku mniej, gdyż posiada ropę i gaz), kręcimy nosem na oligarchiczny układ na Ukrainie. Trudno nam zaakceptować różnice i pogodzić się z tym, że wymuszenie zmian będzie trudne. Henry Kissinger powiedział, że mając do wyboru niestabilność i sprawiedliwość albo stabilność i niesprawiedliwość, zawsze wybierze to drugie połączenie. Twardy realizm na granicy cynizmu. Jednak Europa akceptowała taki układ w krajach arabskich Morza Śródziemnego, a Kaddafi mógł rozbijać swój namiot w Rzymie czy Paryżu. Czy warto zastosować te same standardy do państw PW, dbając przede wszystkim o ich pomyślność gospodarczą, a mniej zajmować się problematyką ustrojową?  Może wtedy uda się więcej zyskać, a trudniej będzie krytykować PW jako nieefektywne i w zasadzie bezcelowe przedsięwzięcie?

Piotr Wołejko

 

Tekst jest polemiką z artykułem Piotra Maciążka, redaktora naczelnego portalu Polityka Wschodnia: Wydmuszka Partnerstwa Wschodniego


grafika: polish.ruvr.ru



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Ponad sześć miesięcy zajęło tzw. rebeliantom przejęcie kontroli nad Libią. Zaczynali w Bengazi w połowie lutego, obecnie walczą o Trypolis. Wydaje się, że Kaddafi przechodzi do przeszłości, chociaż zaprowadzenie porządku może potrwać. Istnieje obawa, że nie uda się go zaprowadzić do końca w całym kraju. Czy w Libii nie nastanie teraz rozgardiasz, bezhołowie i chaos?

Scenariusze na przyszłość

Zarzuty pod adresem Zachodu, iż przez wiele lat godził się z rządami tyrana są tylko częściowo słuszne. Podobnie jak w przypadku Tunezji, Libii czy - aktualnie - Syrii. Dyktatorzy zapewniali stabilność i spokój, można było ich wykorzystać. Byli przydatni, a w realnej polityce to bardzo ważne atuty. Jeśli bowiem w Libii nie uda się w miarę szybko stworzyć stabilnego rządu, który kontrolowałby większość terytorium kraju, powstanie kolejny rozsadnik niestabilności w regionie. Czy będzie to dysfunkcjonalne państwo jak Sudan (nieważne, czy zjednoczony, czy - jak od kilku miesięcy - podzielony) czy upadły byt parapaństwowy jak Somalia?

grafikaInna opcja zakłada powstanie kolejnej dyktatury na gruzach poprzedniej. Na 99,9% można być pewnym, że demokracja nie wchodzi w grę. Moje szczególne obawy budzą głównodowodzący rebelią, którzy w zasadzie jak jeden mąż byli bliskimi współpracownikami pułkownika Muammara Kaddafiego. Czy można wierzyć im, gdy mówią o budowie bardziej demokratycznych struktur państwowych? A może cała rebelia była tylko kłótnią w rodzinie, okazją do pozbycia się ekscentrycznego tyrana i szansą do nowego rozdania w starym układzie? Może liderzy rewolucji wykorzystali rewolucyjny ferwor arabskiej ulicy dla swoich partykularnych potrzeb?

Należy też przypomnieć, wracając do wstępu artykułu, iż w Libii jeszcze przez jakiś czas będzie bardzo niespokojnie. Tak jak teraz, gdy lojaliści Kaddafiego walczą w stolicy, tak i najbliższe dni/tygodnie będą pełne walk w różnych punktach kraju. Jeśli Kaddafi był dobrze zorganizowany, jego ludzie mogą prowadzić walkę partyzancką przez długi czas. Oznaczałoby to chaos i zniszczenia, które mogą wystąpić w każdym miejscu i o każdym czasie. Co więcej, zagrożona byłaby kluczowa infrastruktura oraz najważniejsze osoby sprawujące władzę z nadania nowego reżimu - nie tylko politycy, ale także wszelkiej maści doradcy, policjanci, wojskowi etc.

Chaos największym zagrożeniem

Pytanie, na ile Libia może stać się drugim Irakiem czy Afganistanem, bądź Somalią czy Egiptem (już po rewolucji) będzie aktualne raczej przez dłuższy czas. Czy uda się rozbroić tych, którzy dzisiaj szturmują Trypolis, a wcześniej zdobywali inne ważne miasta i miejscowości? Czy dowódcy średniego, a może nawet wyższego szczebla, nie będą chcieli ugrać więcej dla siebie, swoich klanów, próbując siłą wymusić korzystniejszy podział nowego tortu?

Świętując upadek Kaddafiego należy mieć w głowie wszystkie postawione wyżej pytania (a stanowią one tylko ułamek tego, czego chcielibyśmy się dowiedzieć). Po końcu początku, czyli udanej rewolucji, na gruzach starego reżimu zacznie powstawać nowy. Paradoksalnie, w 9 przypadkach na 10, lepiej by było, gdyby nowe struktury powstały szybko - niezależnie od tego, jakie będą. Wyjątkami w tym równaniu są tylko skrajne przypadki, jak afgańscy talibowie (w rzeczywistości pakistańscy, którzy przejęli władzę w Afganistanie) czy somalijscy watażkowie. Idealiści będą mieć inne zdanie, jednak w zasadzie każda władza jest lepsza, i bezpieczniejsza dla świata, od chaosu. I szybkiego uporządkowania sytuacji należy Libijczykom i Libii życzyć.

Piotr Wołejko

 

grafika: picturemessage.blogspot.com

niedziela, 08 maja 2011

Polityka wschodnia stała się w ostatnich latach obszarem istotnego zainteresowania polskich polityków. Niewiele jednak mieliśmy z tego profitów, ponieważ wykorzystywano naszych wschodnich sąsiadów do rozgrywek czysto wewnętrznych. Część sceny politycznej głosi wręcz teorię, iż obecny polski rząd znajduje się na usługach wschodniego mocarstwa – Federacji Rosyjskiej. Ba, jednocześnie rządzący są także na posyłki Berlina. Ci sami politycy gloryfikują również tzw. politykę historyczną, przemawiając do świata, w szczególności zaś do Moskwy, z wyższością moralną i nie stronią od połajanek. Zapatrzeni w przeszłość, rozgrywają Rosję na swoje wewnętrzne potrzeby. Dla nich Rosja jest wygodnym chłopcem do bicia, a im gorsze stosunki polsko-rosyjskie, tym lepiej dla nich. Nic to, że jest to działanie wbrew polskiej racji stanu.

Bezproblemowe relacje z sąsiadami

Jaka powinna być polska polityka wschodnia? Zaczynając od podstaw, czyli najbliższego sąsiedztwa (Litwa, Rosja, Białoruś, Ukraina), powinna to być polityka przyjazna. Turcy bardzo skutecznie prowadzą od kilku lat politykę „zero problemów z sąsiadami”. Nie jest to żadna nowość, jednak – jak pokazuje przykład turecki – zastosowanie konstruktywnego podejścia w praktyce przynosi wymierne i łatwo dostrzegalne korzyści. Na początku gospodarcze (zwiększenie wymiany handlowej i wzajemnych inwestycji), następnie polityczne, a w efekcie doprowadza do umocnienia pozycji międzynarodowej. Nie przypadkiem w kontekście Turcji mówi się dziś o jej coraz większej roli w regionie. Owszem, przyczynia się do tego dynamicznie rozwijająca się gospodarka, jednak bez odpowiedniej polityki zagranicznej pozycja Ankary byłaby o wiele słabsza.



Zero problemów nie oznacza jednak, że rezygnujemy z obrony naszych narodowych interesów. Stąd nie możemy pozwolić na to, aby Litwini nie wywiązywali się ze swoich międzynarodowych zobowiązań i traktowali z buta Polaków mieszkających na Litwie, ani aby Rosjanie kwestionowali swoją odpowiedzialność za zbrodnię katyńską. Sprawy należy załatwiać jednak z chłodną głową, bez zbędnej egzaltacji, a także na odpowiednim poziomie. Jak zawsze w przypadku dyplomacji, ważne jest zachowanie proporcji i odpowiedniej rangi. Nie angażujmy prezydenta, premiera czy ministrów do odpowiadania na publikacje zagranicznych gazet, analityków, czy posłów. Stare powiedzenie o dyplomatach mówi, że są to ludzie, którzy dwa razy pomyślą, zanim nic nie powiedzą, inne zaś, iż milczenie jest złotem. Czasem bowiem najlepszym rozwiązaniem jest wzięcie wody w usta.

Dwa, a nawet cztery fortepiany

W polityce zagranicznej Polska powinna kierować się podwójną zasadą dwutorowości, bądź dwutorowością do kwadratu. Po pierwsze, musimy balansować i minimalizować zagrożenia dla naszych interesów, które powstają na styku krzyżujących się w regionie wpływów większych sił (Rosja, Niemcy), a także pragmatycznie i aktywnie wykorzystywać możliwości, które otwierają się przed nami. Po drugie, skuteczna obrona naszych interesów wymaga działania w dwóch wymiarach: w ramach systemu organizacji międzynarodowych, do których należymy (Unia Europejska, NATO), a także na poziomie bilateralnym, w bezpośrednich relacjach z innymi krajami.

Choć Polska nie należy do słabeuszy, w regionie są silniejsze od niej państwa. Oznacza to, że nasz wpływ na najbliższe otoczenie międzynarodowe jest bardziej niż przeciętnie ograniczony. Często nasza sytuacja zależy w większym stopniu od działań bądź zaniechań sąsiadów, niż od własnej woli. Taka sytuacja nie jest dla Polski niczym nowym, stąd trudno zaakceptować w polityce zagranicznej podejście, w którym Polska jest krajem wyjątkowym, z którym wszyscy muszą się liczyć. Jak większość państw o średnim bądź niewielkim potencjale, jesteśmy zależni od poczynań mocarstw. Nasze wpływy zaczynają się tam, gdzie kończą się wpływy głównych potęg. Próba rywalizacji z nimi na ich podwórku w zrozumiały sposób wywołują sprzeciw (Ukraina), a czasem mogą doprowadzić do użycia siły (Gruzja, gdzie Rosja dokonała ograniczonej interwencji w obronie swoich wpływów).

Polityka wschodnia wymaga od Warszawy, wspomnianego na wstępie niniejszego rozdziału, podwójnego zaangażowania. Z jednej strony musimy grać w drużynach unijnej i natowskiej, natomiast z drugiej szukać bliższych relacji na szczeblu bilateralnym. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, iż pierwsze, zespołowe podejście, powinniśmy wykorzystywać głównie w relacjach z Rosją. Na poziomie Unii Europejskiej możemy bowiem skuteczniej zabiegać o nasze interesy – likwidujemy tym samym różnicę potencjałów. Tymczasem w stosunkach z krajami bałtyckimi, Ukrainą czy państwami regionu Morza Kaspijskiego możemy częściej działać samodzielnie. Nie oznacza to, że rozmawiając z nimi nie korzystamy z członkostwa w organizacjach, a w kontakty z Rosją ograniczamy wyłącznie do pośrednictwa Brukseli.

[...] CZYTAJ CAŁY TEKST NA PORTALU POLITYKA GLOBALNA

Realistyczna polityka wschodnia

Konkludując należy stwierdzić, iż główną cechą polskiej dyplomacji na odcinku wschodnim powinien być realizm. Musimy widzieć naszych partnerów takimi, jakimi są. Nie możemy kierować się uprzedzeniami, naszymi wyobrażeniami, ani życzeniami, tylko rzetelną i twardą analizą. Współpracujemy tam, gdzie nasze interesy i interesy innych są tożsame bądź zbliżone, przeciwdziałamy w sytuacji, gdy interesy te są przeciwne, a druga strona próbuje narzucić nam swoje zdanie. Działamy pragmatycznie, tzn. jesteśmy gotowi porozumieć się z tymi, którzy w danej sytuacji oferują nam najlepsze warunki. Przyjaciele są zmienni, interesy są stałe. Spór z danym państwem dotyczący jednej sytuacji nie wyklucza współpracy w innej. Stawiamy też na przyszłość, starając się zostawić przeszłość za nami. Nasi partnerzy mają bowiem swoje, również traumatyczne doświadczenia z najnowszej historii.

Na koniec refleksja natury ogólnej. Polska powinna robić wszystko co w jej mocy, aby Unia Europejska i NATO były silnymi i sprawnymi organizacjami. Silna Polska w silnych organizacjach – to nadrzędny cel polskiej dyplomacji w pierwszej połowie XXI wieku. Po drugie, rozwój gospodarczy. Potęga państwa i jego wpływy zależą od wielkości gospodarki. Polityka wschodnia to tylko jeden z kierunków polityki zagranicznej. Nie można go nadmiernie fetyszyzować, ani przesadnie lekceważyć.

Piotr Wołejko


Tekst ukazał się w ramach debaty Czy modyfikacje w obrębie Doktryny Giedroycia są wystarczające? Jaką drogą powinna podążyć polska polityka wschodnia?, prowadzonej wspólnie przez:



środa, 24 marca 2010

W dzisiejszych czasach wojna się nie opłaca. Gospodarki poszczególnych państw są ze sobą bardzo powiązane, więc nikt nie zaryzykuje ataku, gdyż koszty zwycięstwa mogą być wielokrotnie większe od ewentualnych zysków. Globalizacja zapewnia pokój i dobrobyt, państwa zamiast prowadzić wojny wolą handlować i zarabiać. Te trzy zdania streszczają dość popularną teorię o zmniejszającej prawdopodobieństwo konfliktów współzależności gospodarczej między państwami. Niestety, ale teoria ta nie wytrzymuje starcia z faktami. Na ten sam temat pisał także Jan Barańczak na blogu Bookistan. Niniejszy artykuł można traktować jako uzupełnienie wspomnianego tekstu.

Coraz większe wydatki na broń

grafikaZaskakujące, że w erze postępującej globalizacji drastycznie rosną wydatki na zbrojenia? Najnowszy raport Stockholm International Peace Research Institute, o którym informowałem już na łamach Dyplomacji, przynosi niepokojące wieści o wzroście wydatków na zakup broni konwencjonalnej w Azji Południowo-Wschodniej. W latach 2005-2009 import broni do regionu wzrósł blisko dwukrotnie w stosunku do lat 2000-2004. Malezja wydała na broń w ciągu ostatnich pięciu lat o 722 procent więcej niż w analogicznym okresie początku XXI stulecia. Również Singapur intensywnie się zbroi. Kraje ASEAN nie chcą być gorsze od Chin, których nakłady na armię rosły w ostatnich latach w dwucyfrowym tempie (choć najnowszy budżet zakłada skromniejszy, jednocyfrowy wzrost).

W ciągu ostatnich dwóch dekad wartość światowego handlu wzrosła mniej więcej dwukrotnie. Wiara w siłę globalizacji stawała się coraz powszechniejsza. O ile jednak gospodarki i społeczeństwa stają się coraz bardziej powiązane, trend ten nie przekłada się na zwiększone poczucie bezpieczeństwa państw na arenie międzynarodowej. Wojny wielkich potęg zostały w zasadzie wyeliminowane przez odstraszający potencjał broni jądrowej (warto przypominać o tym za każdym razem, gdy ktoś nawołuje do całkowitego rozbrojenia nuklearnego), ale nie wykluczyła konfliktów na mniejszą skalę: starć regionalnych lub lokalnych, często z wykorzystaniem stron trzecich przez największe mocarstwa. Znamy to już z czasów Zimnej Wojny, gdzie Amerykanie i Sowieci urządzali sobie wojenki w rozmaitych miejscach globu, ale o bezpośrednim starciu gigantów nikt nie myślał.

Uwaga skupia się na Azji

Mimo postępów globalizacji państwa zbroją się na potęgę, a Europą dwudziestego wieku może stać się aktualnie Azja. Jak zauważył w swoim artykule Jan Barańczak, również na początku XX stulecia globalizacja rozwijała skrzydła. Statystyki (pierwsza tabela) wskazują, że wartość globalnego eksportu zwiększyła się w latach 1900-1913 blisko o połowę. Co nastąpiło wkrótce potem? Doskonale wiemy. Owszem, w Europie od dłuższego czasu zanosiło się na wojnę, a kraje wyczekiwały tylko na odpowiedni moment. Napięcie rosło przez wiele lat, a iskrą na beczce prochu okazał się zamach na habsburskiego arcyksięcia.

W Azji Południowo-Wschodniej lub szerzej - w Azji, napięcie nie jest teraz tak wyczuwalne jak w pierwszej dekadzie ubiegłego stulecia na Starym Kontynencie. Niemniej jednak, nacjonalizmy mają się dobrze, spory religijne lub etniczne destabilizują sytuację kilku państw regionu, istnieje też wiele sporów terytorialnych, których nie daje się rozwiązać. Regionalne struktury integracyjne oraz bezpieczeństwa są bardzo słabe. Co więcej, w grze uczestniczą, oprócz regionalnych potęg, również zewnętrzni aktorzy. Czy tak trudno wyobrazić sobie, że splot nieszczęśliwych zdarzeń doprowadza do otwartego konfliktu? W dwudziestowiecznej Europie wszyscy spodziewali się wojny, a ta nie nadchodziła. W Azji odwrotnie, nie spodziewamy się wojny, a ta może nadejść dość nagle.

Nowe stare czasy

Wzrost wydatków na zbrojenia nie jest żadnym zaskoczeniem. Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem wymiany handlowej wiele państw może pozwolić sobie na modernizację i rozwój armii. Samo w sobie nie musi to być niczym złym. Niestety, globalizacja nie rozwiązuje konfliktów politycznych ani społecznych, sporów pomiędzy państwami oraz członkami miejscowych społeczności. Rywalizacja o bezpieczeństwo nadal jest grą o sumie zerowej, tzn. wzmocnienie przeciwnika oznacza osłabienie własnych możliwości. Należy więc temu przeciwdziałać.

Nie zamierzam wieszczyć tutaj krwawej wojny w Azji Południowo-Wschodniej ani snuć innych czarnych scenariuszy. Zwracam tylko uwagę, że czarne scenariusze mogą się spełnić, a spokój  odczuwany dzięki globalizacji jest tylko pozorny. Można spać spokojnie, byle z otwartymi oczami - pointa Janka Barańczaka jest niezwykle trafna.

Piotr Wołejko

 

grafika: imageshack.us

wtorek, 26 stycznia 2010

Dlaczego warto powrócić do tematu wałkowanego wielokrotnie także na tym blogu? Ponieważ kopie w sprawie Iranu skruszyli Richard Haass, prezydent Council on Foreign Relations oraz Stephen Walt, wybitny politolog (realista) i komentator Foreign Policy. Dyskusję rozpoczął artykuł Haassa opublikowany w Newsweeku. Walt odpowiedział na niego na łamach Foreign Policy. W dużym skrócie streszczę pierwotny argument oraz replikę.

Argument Haassa

Haass początkowo wsparł propozycję Obamy, aby w sprawie irańskiego programu atomowego prowadzić zakrojone na szeroką skalę działania dyplomatyczne. Teraz zmienił zdanie. Uważa, że negocjacje nie prowadzą do nikąd, a Teheran dąży do osiągnięcia poziomu możliwości technologicznych, które pozwolą na skonstruowanie bomby jądrowej. Szef CFR twierdzi, że Amerykanie wespół z europejskimi partnerami powinni zmienić priorytety - zamiast negocjacji zacząć wspierać zmianę reżimu (regime change). Haass proponuje rozmaite formy wspierania irańskiej opozycji, ale także całego społeczeństwa, m.in. w kwestii dostępu do informacji.

W wymiarze dyplomatycznym propozycja Haassa obejmuje m.in. uderzenie w handlowe imperium Korpusu Strażników Rewolucji (dominującego podmiotu w irańskiej gospodarce) oraz przeforsowanie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ sankcji dotyczących zakazu importu benzyny przez Iran. Jakikolwiek postęp w rozmowach z Teheranem Haass warunkuje reformą systemu politycznego islamskiej republiki oraz zaprzestaniem wspierania terroryzmu. Nie pada wezwanie do akcji militarnej (uprzedzając pytania tych, którzy tekstu Haassa nie przeczytają).

Replika Walta

Odpowiedź Walta jest mocna. Przypomina on, że wiele postaci opozycji irańskiej także wspiera program nuklearny. Zakładając więc sukces przedsięwzięcia zmiany reżimu (co jest bardzo wątpliwe), nie można zakładać, że w kwestii atomu nowy rząd lub układ sił przy sterach władzy zmieni zdanie. Co więcej, zadekretowanie wspierania opozycji przez Obamę i Europejczyków w niczym dysydentom nie przysłuży.

Już teraz reżim oskarża ich o reprezentowanie zachodnich mocarstw, jednak gdy oficjalną polityką Stanów Zjednoczonych będzie pomoc opozycji, argument oskarżycieli zyska jakiekolwiek podstawy. Mówiąc krótko, dobra wola USA obróci się przeciwko siłom, które Ameryka chce wspierać. Zdaniem Walta rozsądnie jest nie mieszać się w wewnętrzne tarcia wewnątrz irańskich elit władzy i z rzadka potępiać łamanie praw człowieka.

Argumentem przeciwko włączaniu się w politykę wewnętrzną Iranu jest amerykańskie doświadczenie z Ameryki Środkowej, Somalii, Iraku czy Afganistanu. Walt wskazuje, że często zaangażowanie Waszyngtonu przynosiło rezultat odwrotny od zamierzonego. Podważa również argument dotyczący chybotliwości irańskiego reżimu przypominając, że autokracje potrafią trwać przez wiele lat pomimo dużego niezadowolenia społecznego.

Wgrafikaalt zarzuca szefowi Council on Foreign Relations brak cierpliwości. Naprawa relacji z Iranem, zagmatwanej łamigłówki komplikującej się przez trzy kolejne dekady, nie może nastąpić w kilka miesięcy czy jeden rok. Proces ten z natury będzie długi i pełen zakrętów, na których uczestnicy dialogu mogą wypaść z trasy. Dla porządku dodam, że kolega Haassa z CFR Ray Takeyh jest autorem świetnej książki dotyczącej trudnych relacji irańsko-amerykańskich zatytułowanej Hidden Iran. Nie muszę dodawać, że jest ona warta uwagi.

Na koniec Walt zwraca uwagę, że pozycja Haassa na dziś może za kilkanaście miesięcy wyewoluować w bardziej radykalną stronę - co będzie konsekwencją założeń przyjętych przez Haassa. Jeśli bowiem sankcje i ostrzejszy kurs wobec Iranu nie zadziałają (co jest bardzo prawdopodobne, przerabialiśmy to już chociażby za Georga W. Busha), kolejnym krokiem w celu powstrzymania Iranu od skonstruowania bomby atomowej będzie opcja militarna (czytaj: wojna).

Komentarz

Zmiana w polityce Obamy wobec Iranu, odwrót od straszenia wojną i zwrot w kierunku negocjacji, był istotną korektą kursu amerykańskiej polityki zagranicznej. Lata prezydentury Georga W. Busha pokazały, że konfrontacyjna polityka nastawiona na zmianę irańskiego reżimu jest nieskuteczna, a programy pomocowe dla opozycji nie przyniosły żadnego widocznego rezultatu poza ułatwieniem krytyki i represji opozycjonistów przez siepaczy reżimu.

Powrót do starego, czyli twardego, nieugiętego, pryncypialnego stanowiska nie zbliży Ameryki, Europy i świata do żadnego konstruktywnego rozwiązania. Irańczycy dalej będą robić to, co robili dotychczas, a ostra polityka nie zyska wsparcia Rosji i Chin nawet w sferze retorycznej. Irański reżim nie upadnie od nowych sankcji, skoro przeżył poprzednie. Im ostrzej grają Stany Zjednoczone, tym bardziej cieszą się konserwatyści spod znaku Chameneiego, Ahmadineżada, Jazdiego i im podobnych. Amerykanie ułatwiają im budowę oblężonej twierdzy i prowokowanie uderzenia militarnego, którego najbardziej oczywistym efektem byłaby klęska rosnącego w siłę ruchu opozycyjnego.

Polecam zapoznanie się z tekstami dwóch wpływowych amerykańskich politologów. Są to dwie istotne cegiełki dołożone do debaty o polityce USA wobec Iranu. Ma ona wpływ na wiele czynników, chociażby na dostępność irańskiego gazu naturalnego dla Europy, a więc także na bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Piotr Wołejko

grafika: cfr.org

 

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook