Wpisy z tagiem: gospodarka
czwartek, 22 marca 2012
Brazylijska gospodarka jest już szóstą największą na świecie. Na przełomie lutego i marca br. Brazylia wyprzedziła Wielką Brytanię. Do piątej Francji brakuje już naprawdę niewiele, bo tylko 300-500 mld dolarów. Powinniśmy się więc przyzwyczajać do tego, że Brazylia znajduje się w wielkiej piątce, a do końca dekady najpewniej wyprzedzi największą gospodarkę Europy – niemiecką. Oznacza to, że siła Europy coraz bardziej maleje. Relatywnie nie słabniemy, po prostu inni rosną szybciej. Brazylia staje się prawdziwym hegemonem Ameryki Łacińskiej. Jej gospodarka jest większa od meksykańskiej, wenezuelskiej, argentyńskiej i kolumbijskiej razem wziętych. Brazylijczycy coraz aktywniej działają na arenie międzynarodowej. Dotychczas skupiali się na stosunkach z krajami tzw. Południa, głównie afrykańskimi. Teraz coraz śmielej wkraczają do pierwszej ligi, czego przykładem jest rola odgrywana przez Brazylię podczas negocjacji klimatycznych oraz dotyczących liberalizacji handlu, a także propozycja (wypracowana wspólnie z Turcją, inną rosnącą potęgą) dotycząca irańskiego programu nuklearnego z 2010 roku. Nie oceniając skuteczności tych działań i inicjatyw należy dostrzec, iż Brazylia ma coraz więcej do powiedzenia w naprawdę szerokiej palecie tematów. Jej głosu nie wypada już ignorować. Być może zmierza ona nawet po stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, o ile uda się to grono kiedykolwiek zreformować. Nie tak szybko
Brazylia stoi przed szeregiem wyzwań, spośród których rozbudowa i modernizacja infrastruktury transportowej i telekomunikacyjnej niekoniecznie jest największym problemem. Za piękną fasadą mocarstwowych ambicji Brasilii kryje się endemiczna korupcja trawiąca życie społeczno-gospodarcze, wielkie nierówności społeczne (vide fawele) oraz dobrze zorganizowane przestępcze podziemie zajmujące się m.in. handlem narkotykami. Rozwiązanie tych problemów to nie kaszka z mleczkiem, a długotrwały, skomplikowany i kosztowny proces. Militarne pobicie gangów, co widać na przykładzie Meksyku, nie jest ani łatwe ani skuteczne w tym sensie, że zawsze znajdą się chętni do pracy dla przestępców. Potrzebne są programy społeczne i edukacja, aby mieszkańcy biedniejszych dzielnic i miejscowości mieli alternatywę. Ostrożnie z krytyką Wracając do generalnych rozważań, nie można patrzeć na Brazylię przez pryzmat faweli, gdyż najpotężniejsze dziś państwo świata – Stany Zjednoczone – też ma swoje dzielnice biedy, a infrastruktura transportowa lata świetności ma już dawno za sobą. Gdy dokładnie przyjrzeć się poszczególnym państwom, zawsze znajdzie się pewne słabości. Mają one wpływ na obraz sytuacji, lecz nie powinno się ich wyolbrzymiać. Przykładowo, od co najmniej dekady obiegowa plotka głosi, iż gospodarkę Iranu trapią poważne problemy (inflacja, bezrobocie, zacofanie technologiczne, sankcje), a jednak gospodarka nie upada. Można tłumaczyć, że gaz i ropa, ale to są tylko wymówki. Tak samo teraz próbuje się szukać dziury w całym, czyli wynajdować słabości Chin (vide przegrzany rynek nieruchomości). Nikt poważny nie przeczy, że Chiny mają z rynkiem nieruchomości pewne problemy, ale czy to wpływa w decydujący sposób na ich pozycję międzynarodową? Piotr Wołejko
grafika: paraibaparadise.com
środa, 08 lutego 2012
Nowe-stare władze Birmy/Myanmaru/Mjanmy/Mianmy (ja będę posługiwał się pierwszą nazwą), czyli generałowie przebrani w garnitury, krok po kroku demontują autorytarny system władzy funkcjonujący od 1962 roku. Można więc spiąć okrągłą klamrą 50-lecie rządów wojska i powrót do demokracji. Jednak czy aby na pewno wojskowi zamierzają całkowicie oddać władzę, przeprowadzając kompletną liberalizację polityczną? A może to tylko miraż tworzony na potrzeby Zachodu, uzasadniający z jego strony zakończenie izolacji dyplomatycznej? Krótkie kalendarium zmian politycznych
Kolejne miesiące przyniosły następne wydarzenia, które pokazały, iż transformacja w Birmie idzie w najlepsze. Aung San Suu Kyi otrzymała zgodę na wystąpienie na wiecu o charakterze politycznym, a władze w Naypidaw zablokowały chiński projekt elektrowni wodnej. Jest to o tyle istotne, iż inwestycja była jednym z najbardziej widocznych przejawów bliskich relacji na linii Birma-Chiny, a nawet - nie jest to ryzykowne twierdzenie - stosunku patron-klient w tychże relacjach. Izolowana przez Zachód Birma, przez dekady prześladująca wszelką opozycję (i krwawo tłumiąca rewolty: studentów w 1988, mnichów w 2007 roku), mogła liczyć co najwyżej na Chiny i kraje swojego bezpośredniego sąsiedztwa. Spieniężyć demokrację? Zasobna w surowce naturalne Birma była atrakcyjnym kąskiem dla Pekinu czy Nowego Dehli. Junta robiła interesy ze wszystkimi, którzy chcieli płacić, inwestować w kraju i dostarczać reżimowi uzbrojenie. Stąd niezłe relacje Naypidaw z Moskwą. Jak się jednak zazwyczaj okazuje, potrzebne są także przynajmniej robocze relacje z państwami zachodnimi. Rozumiem przez to brak entuzjazmu dla sposobu sprawowania władzy przez państwo trzecie, przy jednoczesnej akceptacji takiego stanu rzeczy - a to pozwala już prowadzić, przy otwartej kurtynie, wymianę handlową. Można bez problemu posiadać relacje gospodarcze z dyktaturą, jednak słabo wypada to w oczach opinii publicznej. Birmańska liberalizacja polityczna pozwala Zachodowi ogłosić nowe otwarcie. Z nowych realiów, które cały czas się formują, skorzystały już - co nie zaskakuje, skoro postawiły wyraźnie na Azję i Pacyfik - Stany Zjednoczone. W grudniu 2011 roku Birmę odwiedza sekretarz stanu Hillary Clinton. Chwali postępy w reformach politycznych, przypomina o tym, jak ważne jest poszanowanie praw człowieka, a za kulisami prowadzi rozmowy o gospodarce oraz geopolityce. Birma bowiem odgrywa istotną rolę w wielkiej grze toczącej się między USA a Chinami (z Indiami w tle), w której Waszyngton stara się ograniczyć strefę wpływów Pekinu i obstawić chińskie granice państwami sprzyjającymi Stanom Zjednoczonym. Nowe rozdanie w Naypidaw pozwoliło Ameryce zastosować nowe zagrywki i wywołało zgrzytanie zębów chińskiego kierownictwa. W co gra Thein Sein i jego towarzysze broni? Wydaje się, że birmański scenariusz wygląda następująco. Rządząca przez dekady junta doszła do wniosku, że obecny model polityczno-gospodarczy wyczerpuje się i niezbędne są zmiany. Nie chcąc oddać kraju pod kuratelę Pekinu (nacjonalizm i suwerenność to bardzo ważne zagadnienia w Azji), wojskowi postanowili przeprowadzić kontrolowaną liberalizację polityczną. Na razie nie oddali zbyt wiele władzy i nie stracili wpływów. Wykonali kilka znaczących gestów, m.in. zwalniając więźniów, w tym politycznych oraz zezwalając Aung San Suu Kyi i jej partii na udział w wyborach uzupełniających (które już w kwietniu) oraz podpisując zawieszenie broni z głównymi mniejszościami etnicznymi, prowadzącymi z juntą długoletnią wojnę partyzancką. Należy to docenić, natomiast czy można przyjąć za dobrą monetę? W realnej polityce nie ma nic za darmo. Dotychczasowe tempo transformacji demokratycznej jest imponujące, natomiast otwarte pozostaje pytanie o rzeczywiste zamiary wojskowych. Czy naprawdę chcą doprowadzić do oddania władzy w ręce opozycji? A może liberalizacja to tylko fasada, potrzebna do spozycjonowania Birmy jako partnera możliwego do przyjęcia przez Zachód? Może po prostu wojsko wystawia kraj na licytację i chciało poszerzyć grono oferentów? Kto da więcej - Chiny, Indie czy Zachód? Posiadając surowce naturalne, w tym energetyczne, Birma może pozwolić sobie na takie postępowanie. Chwaląc postępy demokratyzacji należy uważnie przyglądać się sytuacji w Birmie. Być może kraj ten zmierza ku azjatyckiemu modelowi demokracji znanej z Tajlandii, Singapuru czy Malezji - ułomnej, czasem fasadowej, ale potrafiącej odnosić sukcesy. W szczególności gospodarcze. Nadal jednak nie powinniśmy wykluczać scenariusza egipskiego, czyli kontynuacji rządów wojska, przebranego dla niepoznaki w garnitury i kontrolującego najbardziej dochodowe sektory gospodarki. Piotr Wołejko
Artykuł powstał przy współpracy ze znaną Czytelnikom bloga Magdaleną Chodownik, podróżniczką, publicystką i reporterką specjalizującą się w tematyce Azji Południowo-Wschodniej
grafika: Wikimedia Commons
niedziela, 18 grudnia 2011
Artykuł specjalnie dedykowany p. Piotrowi Wołejko na rocznicę jego bloga. Polska podjęła się bardzo trudnej roli w międzynarodowej rozgrywce energetycznej. Przyjęła poprzez oficjalne rządowe dokumenty oraz przez działania polityczne i gospodarcze, które tę politykę konstytuują (już realną, nie na papierze). Przykładem efektu tej polityki jest najnowsza poważna rysa na energetycznej mapie Europy, czyli Nord Stream. Otwarcie Nord Streamu to nie „klęska”, ale poważna przegrana Polski. Widać już jej efekty: gaz, jaki kupujemy od Gazpromu jest drogi. Bo przegranej nie widać na polu bitewnym czy w gazetach. Widać ją w rachunkach.
W przedstawianych publiczności zestawieniach cen rosyjskiego gazu dla różnych krajów Polska wypada słabo. Płaciliśmy rok temu drożej od Niemiec o 24% (my 336 dolarów – oni 271). Tylko nikt nie przypomina, że cztery lata wcześniej płaciliśmy mniej - o 11% (my 240 dolarów – Niemcy - 266). Na Polską blokadę i ostre ataki na forum europejskim (zablokowanie negocjacji nowego porozumienia Unia – Rosja), Rosjanie odpowiedzieli twardą grą ekonomiczną. Gdy myśmy czytali o „zakręceniu kurka”, Gazprom po prostu podniósł rachunki. Wtedy o tym milczano. Dzisiaj, gdy już „najstarsi górale nie pamiętają...” jak do tego doszło - można śmiało udawać pokrzywdzonego. I domagać się niższych cen, udając zapominalskiego Greka, który nie wie, skąd się takie ceny wzięły. I zamiast usiąść do interesów, jak Niemcy czy Czesi – znowu się z Gazpromem będziemy ciągać po sądach. W słusznej sprawie – chcemy tańszego gazu. Jednak jak to dawniej mówiono: Cyryl jak Cyryl, ale te Metody... Dlaczego trudną rolę? Bo w każdej grze trzeba ważyć siły. Swoje, przeciwnika, sojuszników. W branży gazowej naszym głównym atutem nie jest rynek, bo ten jest mały, Porównajmy: Rosja produkuje 600 mld m3 gazu, eksportuje 200 mld. Niemcy zżywają 80 miliardów, importują 70 mld, z tego 34 z Rosji). Polska – zużycie 14 mld m3 (2,5% produkcji Rosji, 7% jej eksportu, 17% zużycia Niemiec). Jak widać proporcje sił dość dla nas niekorzystne – nie mamy tu szans prężyć muskułów. Mamy jednak pozycję tranzytową. Leżymy na Nizinie Europejskiej, gdzie jest najbardziej korzystny dostęp do bezmiaru euroazjatyckich przestrzeni. Rosjanie to też wiedzą, bo przez kilkaset ostatnich lat przez te tereny przeszły wszystkie ataki na nich. Co robimy z naszą pozycją i siłą? Po części wykorzystujemy, budując najpierw rurociąg naftowy („Przyjaźń”), ale to jeszcze za PRL-u. Potem, na początku niepodległości - pierwszą nitkę gazowego Jamału. Budowa nie szła najlepiej, bo w miarę oddalania się od czasów radzieckiej dominacji, robiliśmy się coraz bardziej anty-rosyjscy. Paradoks z rodzaju tych, które serwował Stalin - „walka klasowa narasta w miarę zbliżania się do komunizmu”. Mamy następną okazję być przy stoliku, gdzie toczy się gra (bardzo dziś popularne proeuropejskie powiedzenie). Przychodzą do nas w 2000 roku Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Włosi i mówią, że chcą drugą nitkę Jamału wybudować. My mówimy: jesteśmy bardzo otwarci, ale „wicie, rozumicie” – przyroda u nas wrażliwa na rurociągi... a poza tym, Ukrainy to wy nie obejdziecie przez polską ziemię. Po naszym trupie! Zabrali się, poszli. Poknuli, poknuli i wymyślili, że i Ukrainę i nas i Białoruś obejdą przez morze – na początek sami Rosjanie z Niemcami zdecydowali o budowie Nord Streamu. Za chwilę inni do nich dołączyli i projekt zrobił się „europejski”. No i zbudowali. A my o co graliśmy w tej grze? Graliśmy przeciw potędze energetycznej Rosji, największego na świecie producenta i eksportera węglowodorów. Graliśmy przeciw Niemcom, których dzisiaj nasz minister wychwala i błaga o europejskie przewodnictwo. Nawet pożyczymy im trochę pieniędzy, żeby to przewodnictwo raczyli sprawować. Ale ten sam minister 6 lat temu coś jęknął w kuluarach o tej bałtyckiej rurze, że to nowy „pakt Ribbentrop – Mołotow”. Więc graliśmy też przeciwko europejskiemu liderowi, tylko może wtedy jeszcze ten minister tego nie widział... Widzimy więc, że na dwóch frontach, na obu znacznie silniejszy od nas przeciwnik... Tak na marginesie, czy zdajesz sobie sprawę Czytelniku, że oba te państwa budżety wojskowe (uuu, niepoprawnie, mówi się: obronne) – mają sześciokrotnie większe od naszego? Powtórzę: 6-krotnie i to każde - i Rosja i Niemcy? Miałeś Czytelniku świadomość? Warto o takich rzeczach pamiętać. No dobrze, słabi jesteśmy. Ale może mamy silnych sojuszników? Mieliśmy. Amerykę, o której marzymy, ale łobuzy wiz nam nie chcą znieść. I ta Ameryka, światowa potęga, hegemon globalny, rzeczywiście nie chciała tego rurociągu. I zachęcała nas jak mogła, byśmy my też nie chcieli. Nie trzeba było nas aż tak zachęcać, sami chcieliśmy, nawet niczego za ten opór nie żądaliśmy. Podobnie zresztą jak za nasze wojska w Iraku, gdy Turcja za samo lotnisko zażyczyła sobie 10 miliardów dolarów. I dostał. My tak dla idei i przyjaźni transatlantyckiej to robiliśmy. Ale Amerykanie nie bardzo się chcieli zaangażować tak na poważniej. Woleli z tylnej ławki. I żeby choć tak jak w Libii, dostarczali te rakiety, choćby na kredyt. Nic, tylko zachęcali. Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki. A jedyne co potrafili zastosować, to metoda „wrzeszczącego dziecka”. Ot siedzi się i na cały głos wrzeszczy. Ryczy się, aż wszyscy mają tego dość. Zwolennikiem takiej taktyki w sprawie Gazociągu Północnego był poseł Paweł Kowal. Ostatnio w mowie dla transatlantyckiego think-tanku Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego przyznał, że choć taka prosta, to nie dała jednak efektu. Można powiedzieć, że jacy politycy, taka metoda, takie i efekty. No cóż, czasy mamy spokojniejsze niż w 30-tych latach XX wieku. Wtedy beznadziejny poziom naszych elit politycznych i ich pogubienie w wydarzeniach doprowadziły na największego nieszczęścia naszego narodu w historii. Dzisiejsze elity, które w polityce międzynarodowej błądzą jak dzieci we mgle, tyle szkód raczej nie narobią. Ale rachunki już płacimy słone. Andrzej Szczęśniak Ekspert rynku paliw i gazu, od 2005 roku prowadzi blog o sprawach energetycznych pod adresem: www.szczesniak.pl
sobota, 17 grudnia 2011
Od szczytu Rady Europejskiej z 8 i 9 grudnia mija dokładnie tydzień. Nadal rozgrzewa on emocje w Polsce i Europie. Wczoraj w Sejmie odbyły się dwie debaty: o polityce europejskiej oraz nad wnioskiem o odwołanie szefa MSZ Radosława Sikorskiego. Padło wiele ostrych słów, użyto mniej lub bardziej efektownych figur retorycznych, sięgnięto po stare przemówienia, a właściciela zmieniło pióro, którym śp. Prezydent Lech Kaczyński podpisywał Traktat Lizboński. Dużo formy, treści trochę mniej. O co chodzi w tym całym europejskim zamieszaniu? Reformy za pieniądze Zeszłotygodniowy szczyt był kolejnym z cyklu "spotkanie ostatniej szansy". Celem było wysłanie jasnego sygnału, skierowanego głównie do rynków finansowych, iż Unia potrafi poradzić sobie z problemami finansowymi, a strefa euro się nie rozpadnie. Pomysłem tandemu Merkel-Sarkozy (zwanego też Merkozy), przy czym bardziej była to idea pani kanclerz, były zmiany traktatowe wymuszające większą dyscyplinę budżetową oraz automatyczne sankcje w przypadku jej łamania. Niemcy robią wszystko, by najpierw stworzyć solidne ramy prawne i wymusić reformy, a dopiero potem przystać na finansowanie ich przez niemieckiego podatnika, a - docelowo - przez Europejski Bank Centralny. W zamian za zgodę na euroobligacje oraz zmianę statusu EBC, by był on pożyczkodawcą ostatniej szansy, Berlin żąda ustępstw pozostałych państw strefy euro. Nie chodzi jednak o kontrolę Niemiec nad budżetami pozostałych państw strefy euro, a o rozsądniejsze zarządzanie finansami publicznymi i kontrolę nad deficytem budżetowym. Jeśli państwa uzdrowią finanse publiczne, balansując przychody i wydatki, nikt nie będzie wpływał na ich decyzje budżetowe, a żadne sankcje nie będą im grozić. Słusznie natomiast podnosi się kwestię wzmocnienia pozycji Niemiec. Trudno dziś mówić o tandemie Berlin-Paryż, ponieważ Niemcy wyprzedzają Francję o dwie długości. Na tle słabowitych gospodarek państw euro są oazą dobrobytu i stabilności. Siła Niemiec rośnie, zgodnie z podstawowym założeniem teorii realizmu w stosunkach międzynarodowych, ponieważ niemiecka gospodarka jest potężna, silniejsza od pozostałych. Gdy Francja obawia się o swój najwyższy rating, Włochy i Hiszpania stoją na krawędzi niewypłacalności, a Wielka Brytania, do której wrócimy, nie tylko jest poza strefą euro, ale znajduje się w poważnym kryzysie i grozi jej recesja, Niemcy nie mają wielu powodów do obaw o własną gospodarkę. Przetrwała ona pierwszą falę kryzysu i nadal trzyma się bardzo mocno. Brytyjska odmowa
Nie rozstrzygając, czy ważniejsza była partia czy City, warto przyjrzeć się londyńskiemu światowi finansów. Rzekomo to jedyny funkcjonujący jeszcze motor brytyjskiej gospodarki. Wytwarza między 7,5 a 10% PKB, zatrudnia bezpośrednio i pośrednio ok. 1,5 mln ludzi. To jednak nadal mniej niż nieistniejący niemalże brytyjski przemysł. Podobnie wygląda porównanie ilości podatków, które płaci City i wspomniany wcześniej przemysł. W latach 2002 - 2008, czyli w okresie największego boomu finansowego, City zapłaciło raptem 193 miliardy funtów podatków. Przemysł wpłacił do państwowej kasy 378 miliardów funtów. Tymczasem, gdy wybuchł kryzys, tylko na ratowanie Royal Bank of Scotland podatnicy wyłożyli 45 miliardów funtów, a rozmaite gwarancje rządowe, odpisy, pożyczki itp. na rzecz instytucji finansowych kosztowały podatników 1,19 biliona funtów. Jak czytamy w Guardianie, który powołuje się na książkę akademików University of Manchester, brytyjski podatnik nie czerpie korzyści z funkcjonowania City w jego obecnym modelu. Powstaje więc pytanie, czy warto było używać weta, dla ratowania tak nieefektywnego sektora gospodarki przed regulacjami, które dopiero powstaną? Na razie nawet zręby tychże regulacji pozostają niejasne. To, co zrobił Cameron, to uniemożliwienie Wielkiej Brytanii wywarcia istotnego wpływu na kształt umów i przepisów europejskich, które tak czy inaczej (pośrednio bądź bezpośrednio) będą dotyczyć również Londynu. Odejście od stołu to żadne rozwiązanie. Nie ma nic wspólnego z odwagą ani racją stanu. Zachowanie Camerona najlepiej opisuje powiedzenie, którego autorstwo przypisuje się wybitnemu francuskiemu mężowi stanu Charlesowi Talleyrandowi: to gorzej niż zbrodnia - to błąd. Solidarność i federacyjne marzenia Gdy Europa próbuje znaleźć wyjście ze spirali długów, w jakiej znalazły się państwa strefy euro, w Polsce pojawiła się zadziwiająca koncepcja. Oto polscy eurosceptycy wykuwają nową definicję pojęcia solidarność. Ich zdaniem solidarność oznacza sytuację, w której Polska pobiera z UE dziesiątki miliardów euro, korzysta z dobrodziejstw wspólnego rynku czy strefy Schengen, a w zamian mówi "moja chata z kraja", czyli odmawia jakiegokolwiek uczestnictwa w rozwiązywaniu pojawiających się problemów. Tą osobliwą postawę broni szerokie spektrum argumentów, od suwerenności począwszy, na biednym kraju, jakim jest Polska, skończywszy. Spieszę wyjaśnić, że solidarność nie polega wyłącznie na braniu, a niezbędnym jej elementem jest także dawanie. Gdy proszą nas o pomoc, nie odwracamy się na pięcie, tylko robimy co w naszej mocy, by wesprzeć potrzebującego. A propos federacji europejskiej, a nawet tzw. Stanów Zjednoczonych Europy, to jest to bardzo efektowna koncepcja, wcale nie nowa, natomiast niezmiernie daleko jej do realizacji. W przypadku USA, stany nie były niepodległymi państwami narodowymi, korzystającymi w pełni ze wszystkich atrybutów państwa suwerennego. Nawet dwa państwa arabskie, Egipt i Syria, nie potrafiły stworzyć poprzez Zjednoczoną Republikę Arabską jednego państwa, a poprzez federację z Jemenem Zjednoczonego Państwa Arabskiego. Republika istniała niespełna 3 lata i zakończyła żywot wraz z zamachem stanu w Damaszku, a Państwo pozostało tylko na papierze. Federacja nie jest instytucją polityczną, którą łatwo się tworzy, natomiast bardzo łatwo może się ona rozpaść. Polska droga w zjednoczonej Europie Mając to w pamięci można dokonać racjonalnej oceny pomysłów federalistycznych, co nie oznacza, że ściślejsza integracja w ramach UE nie jest możliwa. Pytanie, czy i w jakim zakresie stanowi ona odpowiedź na dzisiejsze trudne czasy. Oceniając Unię Europejską i jej problemy warto też zawsze mieć na uwadze to, że nie było i nie ma dla Polski alternatywy wobec UE. (naturalnie powinniśmy więc dbać o siłę unii i naszą w niej pozycję.) Czy chcielibyśmy być dzisiaj poza unią, mając za partnerów Białoruś, Ukrainę i Rosję, jedyne państwa regionu (a zarazem sąsiadów) znajdujące się poza wspólnotą? Gdy niektórzy podziwiają Brytyjczyków i pytają, dlaczego Polska nie idzie drogą Camerona, zdają się nie dostrzegać oczywistych różnic w sytuacji polityczno-gospodarczej obu państw. Nie jesteśmy Wielką Brytanią. Nie oddziela nas od wszystkich sąsiadów Kanał Angielski (La Manche), nie posiadamy jednej z najbardziej rozwiniętych gospodarek na świecie, o City możemy tylko pomarzyć, tak samo jak o wiarygodności finansowej na poziomie Wielkiej Brytanii. Chociaż więź ta słabnie, Londyn i Waszyngton wiążą specjalne stosunki polityczno-wojskowe, a możliwości militarne Brytyjczyków są wielokrotnie większe od polskich. Dlatego też Polska nie może zachowywać się jak Wielka Brytania, co w żadnej mierze nie oznacza, że nie powinna zabiegać o jak najlepsze z nią relacje. Piotr Wołejko
grafika: davidicke.com
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Dziś publikuję przedruk mojego artykułu opublikowanego w tygodniku "Polska Zbrojna" (48/2011) z myślą o tych, którzy nie mogli przeczytać tekstu w wersji drukowanej. Jednocześnie zachęcam do zakupu najnowszego numeru "Polski Zbrojnej" (50/2011), w którym znajdziecie mój artykuł zatytułowany "Wojna na pustyni", poświęcony skomplikowanej sytuacji wewnętrznej w Algierii. Dwudzieste pierwsze stulecie ma być wiekiem Azji. Jednak nie tylko kraje Dalekiego Wschodu będą dynamicznie się rozwijać i rosnąć w polityczną siłę. Nie można pominąć takich państw jak Turcja, RPA czy Brazylia, które już dziś pretendują do miana regionalnych mocarstw. Najsilniejsze z tego grona jest najludniejsze i największe państwo Ameryki Południowej. I będzie o nim najgłośniej, ponieważ w najbliższych latach będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej (2014 r.) oraz letnich Igrzysk Olimpijskich (2016 r.). Te dwa wydarzenia sprzyjają modernizacji kraju rządzonego przez pierwszą w historii kobietę-prezydent - Dilmę Rouseff, wybraną w 2010 roku następczynię popularnego Luli da Silvy. Siódma gospodarka świata
Z boomu gospodarczego korzysta też największa na kontynencie latynoamerykańskim, licząca ponad 300 tys. żołnierzy armia. W roku 2010 budżet wojskowy wyniósł 2,6% PKB. Brazylia podpisała umowy o strategicznym partnerstwie z Francją i Rosją, zbliżyła się także do Stanów Zjednoczonych (kolejna umowa, tym razem dotycząca współpracy wojskowej), otwierając sobie tym samym drzwi do zakupów u tych czołowych producentów uzbrojenia. Francja sprzedaje Brazylii sześć okrętów podwodnych o napędzie nuklearnym, Rosjanie liczą na sprzedaż takich okrętów o napędzie konwencjonalnym. Amerykanie i Francuzi ostrzą sobie zęby na duży kontrakt na zakup kilkudziesięciu samolotów bojowych, jednak jego rozstrzygnięcie przełożono najwcześniej na 2012 rok. Swoją armię Brazylia wykorzystuje w licznych misjach zagranicznych pod banderą ONZ (Haiti, DRK) oraz zabezpieczając własne interesy w Amazonii, chroniąc liczącą ponad 16 tys. km. granicę lądową. Brazylia jest też czynnikiem stabilizującym w regionie, paraliżując swoją potęgą wszelkie posunięcia prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza. Przechył na Południe Brazylijczycy są zainteresowani kooperacją w dziedzinie technologii kosmicznych oraz nuklearnych, zamierzają w tym celu współpracować m.in. z Rosją. Zainteresowanie akurat tymi dziedzinami pokazuje skalę ambicji oraz rosnące możliwości Brasilii. A te są coraz większe również na arenie międzynarodowej. Zdaniem badaczki Kellie Meiman z think-tanku Center for American Progress: "Brazylia uczy się w bezprecedensowy sposób balansować sensowną dyplomację handlową z dyplomacją polityczną". Głównym partnerem handlowym kraju jest Unia Europejska, a spośród państw – Chiny. Brazylijska polityka handlowa służy, jak twierdzi Matias Spektor, ekspert z brazylijskiego centrum badawczego CPDOC, "nie tylko bogaceniu się państwa, ale także uczynieniu go silniejszym”. Brazylia jest nastawiona na rozwijanie współpracy z krajami tzw. Południa: azjatyckimi i afrykańskimi. Uczestniczy w prestiżowym klubie BRIC(S), wraz z Rosją, Indiami i Rosją (ostatnio dokooptowano do grupy Republikę Południowej Afryki). Należy też podkreślić ostrożność prezentowaną przez Brazylię w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Pozwala to Brazylii odgrywać rolę pośrednika pomiędzy krajami Ameryki Południowej a USA, a także utrzymywać poprawne lub dobre relacje z antyamerykańsko nastawionymi rządami, chociażby takimi jak Wenezuela. Brazylijczycy są bardzo wyczuleni na wszelkie oznaki służalczości wobec Ameryki. Prawdziwie globalne mocarstwo Rosnąca gospodarka zwiększa apetyt do odgrywania istotniejszej roli w świecie. Zdaniem Davida Rothkopfa, specjalisty ds. międzynarodowych: "Brazylia nie chce być dłużej postrzegana wyłącznie jako największe państwo Ameryki Łacińskiej". Podobnie uważa Paulo Sotero z think-tanku Wilson Center: "Brazylia chce, aby jej głos był słyszalny na arenie międzynarodowej". Dlatego też Brazylia domaga się uznania zwiększenia swej roli w międzynarodowych instytucjach, takich jak Rada Bezpieczeństwa ONZ (uzyskanie statusu stałego członka tego gremium) czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Zeszłoroczna próba, podjęta wraz z innym wschodzącym mocarstwem – Turcją, rozwiązania problemu irańskiego programu nuklearnego pokazuje, że Brazylia zaczyna zachowywać się jak świadomy swej siły podmiot na arenie międzynarodowej. Dziś Brazylijczycy krytykują politykę monetarną Stanów Zjednoczonych i rozważają udział w ratowaniu strefy euro, stojąc w jednym szeregu z takimi państwami jak Chiny czy Japonia. A to dopiero początek. Piotr Wołejko
grafika: paraibaparadise.com |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||