Wpisy z tagiem: Japonia

piątek, 30 marca 2012

Kilka miesięcy względnego spokoju to i tak wielkie osiągnięcie w przypadku Półwyspu Koreańskiego i poczynań reżimu Kimów z Północy. Od śmierci drogiego przywódcy w grudniu ub.r. i zastąpienia go przez ukochanego następcę minęły ponad trzy miesiące. Czas najwyższy podnieść temperaturę sporu, pokazać potęgę militarną i uzyskać gospodarcze koncesje w postaci pomocy żywnościowo-energetycznej. Najlepiej do tego celu nadają się rakiety, główny towar eksportowy Korei Północnej. Można więc ogłosić, że wystrzeli się na orbitę cywilnego satelitę, przy okazji testując rakietę balistyczną dalekiego zasięgu.

grafikaJak pomyśleli, tak zrobili i na połowę kwietnia, tuż po świętach Wielkiej Nocy, Koreańczycy z Północy zaplanowali wyniesienie satelity na orbitę. Trajektoria lotu zahacza delikatnie o Japonię czy Filipiny, ale to przecież nie nasz problem – uznali w Pjongjangu. Nie dziwne, że takie podejście nie spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem w Tokio i Manili. O ile Filipiny mogą tylko apelować o wstrzymanie się od wystrzelenia rakiety, to Japonia dysponuje szerszym wachlarzem możliwości. Dziś, ustami ministra obrony Naokiego Tanaki, zapowiedziała zestrzelenie północnokoreańskiej rakiety w przypadku powstania zagrożenia dla japońskiego terytorium. Siły rakietowe Cesarstwa zostały postawione w stan pełnej gotowości. Próbę zestrzelenia rakiety mogą podjąć niszczyciele wyposażone w amerykański system AEGIS.

Podczas niedawnej konferencji w Seulu (stolicy Korei Płd.), poświęconej nieproliferacji broni jądrowej, Stany Zjednoczone i Chiny ustaliły, iż wypracują wspólne podejście do „potencjalnej prowokacji” ze strony Korei Północnej. To ważne, gdyż w praktyce tylko Chiny posiadają jakikolwiek, choć nie przesadny, wpływ na reżim w Pjongjangu i mogą powściągać jego działania. O ile atmosfera przed terminem wystrzelenia rakiety będzie się zagęszczać, porozumienie chińsko-amerykańskie minimalizuje zagrożenie wystąpienia poważniejszego konfliktu. Moment na taki konflikt jest bardzo kiepski: w Stanach kampania wyborcza, w Chinach przygotowania do wymiany kierownictwa. Dlatego nie dziwi uprzedzające fakty porozumienie obu mocarstw mające na celu niedopuszczenie do jakiejkolwiek eskalacji.

Niemniej, jest nie do przewidzenia, jak zachowa się Korea Północna w przypadku zestrzelenia jej rakiety przez Japończyków. Zazwyczaj można zakładać, że nie nastąpi eskalacja, lecz w sytuacji, gdy ukochany następca Kim Dzong Un dopiero umacnia swoją władzę, nie można wykluczyć ograniczonej odpowiedzi ze strony Pjongjangu. Raczej nie byłaby ona skierowana przeciwko Japonii, skoro można uderzyć w sąsiada z południa. Jest to opcja łatwiejsza do wykonania z technicznego punktu widzenia, a także z większym wydźwiękiem propagandowym.

Dywagacje na temat postępowania Korei Północnej są obarczone ogromnym ryzykiem popełnienia błędu. Reżim buduje swoją markę przewidywalnej nieprzewidywalności. Można przewidzieć, że ciężko będzie coś przewidzieć. W omawianym przypadku wystrzelenia satelity, planowanego w celu uczczenia setnej rocznicy urodzin założyciela państwa Kim Ir Sena, jest podobnie. Pjongjang podbija stawkę i nie daje o sobie zapomnieć. Wszystko powinno rozejść się po kościach. A za kilka-kilkanaście tygodni Korea Północna znów o sobie przypomni.

Piotr Wołejko

 

grafika: http://dailyplanetdispatch.com

wtorek, 20 grudnia 2011

Od dawna już wszyscy wiedzą, że potworna wojna między Rosją a Japonią spowodowana została głównie koncesją drzewną.

“The Causes of the Russo-Japanese War” w: The Advocate of Peace 70/9 (październik 1908), s. 212

Pod koniec wieku XIX, Wielki Książę Murawjow (1845-1900) stał się orędownikiem idei przeniesienia ciężaru polityki zagranicznej Rosji na tereny Azji Wschodniej. Ważnym elementem politycznej strategii było rozszerzenie wpływów rosyjskich w Chinach i Korei, oraz pozyskanie dla floty rosyjskiej niezamarzających portów na wschodnim wybrzeżu kontynentu. Jednym ze skutków działań rosyjskich był nieuchronnych konflikt z modernizującą się Japonią, która przystąpiła do budowy własnych wpływów na tym terenie.

grafika

„Usiądziemy nad brzegiem morza, poczekamy na pogodę”, karykatura z prasy rosyjskiej około 1900.

Zainteresowanie Rosji Koreą zaczęło się w roku 1858, kiedy w efekcie Traktatu z Aihun, Car uzyskał tereny chińskie na lewym brzegu i otwarcie Amuru, Ussuru i Sungari. Cesarz Xianfeng odmówił podpisania traktatu, jednak większość jego ustaleń została potwierdzona podczas Konwencji Pekińskiej z 1860. Zdobycze terytorialne doprowadziły Rosjan w bezpośrednie sąsiedztwo Korei i pozwoliły na kontemplację korzyści z posiadania tam niezamarzającego portu dla carskiej floty. W 1866 roku wysłannicy Cara przybyli do portu Wonsan, żądając przywilejów handlowych i otwarcia portów Królestwa. Koreańczycy tradycyjnie powołali się na status trybutariuszy i odesłali Rosjan do pekińskich mandarynów. Kolejne próby napotkały sprzeciw Brytyjczyków, którzy zajęli Port Hamilton (Geomundo), blokując ruch statków rosyjskich w regionie.

Niepowodzenie zabiegów militarnych zrekompensował Rosjanom król Gojong, który za radą swej małżonki, królowej Myeongseong, przyznał im koncesje handlowe. Wojna zakończyła się w kwietniu 1895 spektakularną porażką Chin, a 8 października agenci japońscy zamordowali królową Myeongseong. Król Gojong schronił się w Legacji Rosyjskiej.

W roku 1896, gdy król Gojong wciąż przebywał na terenie Legacji, Jurii Iwanowicz Briner, kupiec rosyjski z Władywostoku uzyskał od korony Korei koncesję na eksploatację wyrobisk drewna w rejonie wyspy Ulleungdo na Morzu Wschodnim, rzeki Tumen (dzielącej Chiny, Koreę i Rosję), oraz wzdłuż Yalu, głównej rzeki Korei.

Briner miał pod dostatkiem pomysłów, cierpiał jednak na chroniczny brak gotówki i rok później, w obawie przed zbliżającym się wygaśnięciem nieaktywnej koncesji postanowił sprzedać ją nabywcy związanemu z Domem Rothschildów. Transakcją zainteresował się rosyjski Charge d'Affaires Mikołaj Matiunin, ówczesny zwierzchnik Legacji. Widząc potencjalne zyski, zarówno finansowe i ekonomiczne, powołał kartel, w skład którego weszli między innymi Wielki Książę Aleksander Michaiłowicz, Generał Książę Hilarion Woroncow-Daszkow i Książe Feliks Jusupow. Rzecznikiem i dyrektorem wykonawczym grupy został Aleksander Michaiłowicz Biezobrazow, były oficer carskiej kawalerii, znakomicie ustosunkowany na dworze carskim i od jego nazwiska kartel tradycyjnie nazywa się „Spółką Biezobrazowa”.

Wspólnicy postanowili przejąć koncesję Brinera i użyć jej dla wzmocnienia rosyjskiej obecności w Korei. Zadanie pozyskania funduszy inwestycyjnych wziął na siebie Bieobrazow. Nie było to łatwe, jako że minister finansów Siergiej Witte,  wpływowy zastępca ministra spraw zagranicznych Władimir Lamsdorf i minister wojny Aleksiej Kurpatkin stanowczo sprzeciwiali się rozszerzaniu wpływów rosyjskich w Korei, obawiając się wojny na Dalekim Wschodzie, której Rosja, zdaniem Kuropatkina, nie mogła wygrać. Biezobrazow i Woroncow-Daszkow uzyskali jednak audiencję u Mikołaja II, któremu przedstawili projekt rosyjskiej Kompanii Rozwoju Azji Wschodniej, wzorowanej na brytyjskiej Kompanii Indii Wschodnich. Ich Kompania miała rozszerzyć znaczenie Rosji na Dalekim Wschodzie i wyprzeć wpływy japońskie. Był to w istocie plan „uratowania Korei” przed japońską ekspansją – dla ekspansji rosyjskiej. Car przedsięwzięcie pochwalił i sam zainwestował znaczną na ówczesne czasy sumę 200 tys. funtów. Wg planów Spółki Biezobrazowa, powołanie Kompanii i planowane zaproszenie inwestorów zagranicznych miało ukryć przed Japończykami rzeczywiste, polityczne cele operacji.

Lekceważenie Japonii

Twórcom koncepcji nie przyszło do głowy, iż Japończycy mogą przejrzeć tak subtelne posunięcie, nawet jeśli włączył się doń Wielki Książę Michał Murawjow, zwolennik przeniesienia ciężaru działań międzynarodowych Rosji z Europy na Daleki Wschód. Niezależnie od modnego w sztuce japonizmu, większość elit rosyjskich postrzegała wciąż Japonię jako peryferyjne, pogańskie państewko, które zdołało pokonać Chiny wyłącznie dzięki rzeszy zachodnich doradców.

W ciągu najbliższych trzech lat zespoły Kompanii przygotowały geograficzne, gospodarcze i wojskowe analizy rejonu, opracowały mapy i określiły proponowane trasy linii kolejowych łączących Seul z Mandżurią i z Koleją Chińsko-Wschodnią, co, obok korzyści ekonomicznych, miało zapewnić możliwość szybkiego przerzucania do Korei rosyjskich sił wojskowych. Spółka Biezobrazowa rozwijała przyczółki i faktorie, pozyskiwała wpływy i zatrudniała coraz więcej ludzi.

Kuropatkin gorzko pisał w swych dziennikach: „parweniusze, tacy jak Biezobrazow, wplątują Najjaśniejszego Pana w działania niegodne Rosji, oczywiście bez Jego zgody i zezwolenia”. Mikołaj II przyznał wprawdzie, że działalność Spółki absolutnie nie może powodować trudności politycznych, ale jednocześnie polecił otworzyć Biezobrazowowi kredyt w Banku Rosyjsko-Chińskim na sumę 2 milionów rubli.

W tym samym czasie Witte, jak to było wówczas we zwyczaju, nakazał pracownikom ministerstwa szpiegować Biezobrazowa. Ten ostatni podkreślał przy każdej okazji słabość rosyjskich wpływów na Dalekim Wschodzie, niezrozumienie i animozje ministerstw, a także konieczność znalezienia szybkich rozwiązań. Jednym z nich było stworzenie ośrodka Kompanii w rejonie rzeki Yalu, z kwaterami, sklepami, wysuniętymi faktoriami i brygadą wojska, dla niepoznaki przebraną w ubrania cywilne. Na przełomie 1901 i 1902 Biezobrazow,  dobrze już zakorzeniony w Korei, skoncentrował swe działania na ekspansji Spółki w Mandżurii. Poprzez listy i audiencje zaprzyjaźnionych osobistości zdołał ostatecznie przekonać Cara, iż problemy na Dalekim Wschodzie wynikają ze sporów jego rywali, Ministerstwa Wojny i Ministerstwa Finansów, nie mają natomiast nic wspólnego z Japończykami.

Wielkie plany Cara

W rzeczywistości Witte i Kuropatkin, choć skłóceni, byli całkowicie zgodni w kwestii Azji Wschodniej. 26 stycznia 1902 roku Witte spotkał się z Kuropatkinem i poinformował go, że Biezobrazow wysyła Carowi tajne, szyfrowane depesze. Mikołaj stanowczo zaprzeczył. Kuropatkin zapisał w swych dziennikach, że w tym momencie Car ufał już Biezobrazowowi bardziej niż swym ministrom, i że Najjaśniejszy Pan zaczął snuć ogromne plany. Rosja miała w nich zająć Mandżurię, zaanektować Koreę, przejąć Tybet, a następnie przejść do podobnych operacji w rejonie Persji i tureckich cieśnin.

Rozwój obecności rosyjskiej w Korei i Mandżurii był przez cały czas monitorowany przez Japonię, której pozycja w polityce międzynarodowej uległa wzmocnieniu dzięki Sojuszowi Angielsko-Japońskiemu z 30 stycznia 1902. W efekcie politycznej ofensywy Japonii, wspartej przez część rządów europejskich, w Petersburgu przeważyło chwilowo zdanie Wittego i działalność Kompanii została zamknięta. Równocześnie, pod wpływem Lamsdorfa, rozpoczęto rozmowy z Japonią.

Triumf pokojowego triumwiratu był pozorny. Car, urażony polityczną porażką, zaczął bardziej jeszcze polegać na zdaniu Biezobrazowa, który w 1903, z błogosławieństwem Najjaśniejszego Pana i funduszami w wysokości 2 mln rubli przyznanymi „na cele znane Jego Carskiemu Majestatowi”, odtworzył Spółkę jako „Kompanię Drzewną Rzeki Yalu”. Biezobrazow otrzymał tytuł Sekretarza Stanu i zadanie utrzymywania ścisłej łączności między Kompanią a Petersburgiem. W maju 1903, oddziały rosyjskie przebrane w ubrania cywilne i wsparte najemnikami chińskimi zajęły Yongampo u ujścia rzeki Yalu.

Mała przystań w Yongampo leżała wprawdzie daleko od dotychczasowych terenów wycinki drzew, ale za to miała doskonałe położenie strategiczne, umożliwiając przyszłe połączenie Kolei Transsyberyjskiej i planowanej linii Seoul-Uiju. Yongampo, już jako Port Mikołaj, jeszcze w tym samym roku stało się silnym ośrodkiem wojskowo-ekonomicznym. Mimo sprzeciwów Japonii i Korei, Rosja podjęła decyzję o zamknięciu wszystkich portów na Yalu dla statków japońskich. Zarzewie przyszłego konfliktu płonęło już otwartym ogniem.

Marlow


Prowadzi bloga na portalu opinii Newsweeka - Redakcja, zajmuje się problematyką Azji Wschodniej

poniedziałek, 12 września 2011

Wypadnięcie japońskich przedsiębiorstw z rankingu Forbesa 50. najlepszych azjatyckich firm notowanych na giełdzie, podczas gdy pięć lat temu, w roku 2006, było w nim aż 13 japońskich podmiotów, stanowi kolejny symbol degradacji roli Japonii na arenie globalnej, w szczególności gospodarczej (Cesarstwo od czasów powojennych nie jest bowiem zbyt aktywnym i poważanym graczem w polityce międzynarodowej).

Dwie stracone dekady

grafikaAż do 1991 roku japońska gospodarka pędziła w imponującym tempie. Japońskie firmy notowały dynamiczny wzrost wartości, a Amerykanie na serio obawiali się, że Japończycy ich po prostu wykupią. Od wspomnianego roku 1991 Japonia przeżywa jednak poważny kryzys gospodarczy – giełda straciła 2/3 wartości w porównaniu do okresu szczytowego, kraj boryka się z deflacją i niskim wzrostem gospodarczym, a także rosnącym zadłużeniem publicznym (ponad 220% PKB, co przekłada się na ponad 12 bilionów dolarów, a jedynym plusem jest struktura długu, który w 90% znajduje się w rękach Japończyków i japońskich inwestorów).

W najnowszym rankingu ForbesaAsia’s Fab 50” znalazły się aż 23 firmy z Chin (wobec 16 w ubiegłym roku), osiem z Republiki Korei oraz siedem z Indii. Stawkę uzupełniają przedsiębiorstwa z Australii, Indonezji, Malezji, Singapuru, Filipin, Tajlandii i Tajwanu. Brak jakichkolwiek firm japońskich w dużej mierze może wynikać z trudności spowodowanych tegorocznym trzęsieniem ziemi i tsunami, jednak kataklizm nie stanowi pełnej odpowiedzi. Japońskie firmy po prostu tracą konkurencyjność w stosunku do swoich regionalnych rywali. Problemy tkwią zarówno w strukturze firm i ich wewnętrznej organizacji, jak też w przestarzałych regulacjach i skostniałym rynku pracy.

Klasa polityczna do wymiany

Natomiast głównym problemem Japonii jest jej permanentna niestabilność polityczna. Mimo faktu, iż na scenie politycznej liczą się zaledwie dwie duże partie (z czego jedna urosła w siłę w ostatnich kilku latach) – prawicowa LDP i lewicowa DPJ, w ostatniej dekadzie tylko jeden premier rządził znacząco dłużej niż przez jeden rok. Ta sztuka udała się charyzmatycznemu Junichiro Koizumiemu (rządził od kwietnia 2001 do września 2006). Jego trzej następcy z tej samej partii – LDP – rządzili odpowiednio 365 dni (Shinzo Abe), 364 dni (Yasuo Fukuda) i 357 dni (Taro Aso).

Zmiana partii rządzącej, ewenement w powojennej historii politycznej Japonii – z krótką przerwą od zakończenia wojny rządziła bowiem prawicowa LDP – nie przyniosła zmiany zwyczaju krótkiego żywota na stanowisku szefa rządu. Choć DPJ rządzi od września 2009 roku, kilka dni temu wybrała trzeciego już premiera. Jego polityczny żywot także będzie krótki, gdyż stoją przed nim ogromne wyzwania, z którymi nie poradzili sobie poprzednicy – odbudowa kraju po trzęsieniu ziemi i tsunami oraz reforma budżetu w celu redukcji deficytu publicznego. W zasadzie oba te cele wykluczają się wzajemnie, gdyż trudno będzie sfinansować odbudowę bez zaciągania kolejnych długów. Tymczasem obsługa zadłużenia stanowi niemal trzecią część japońskiego budżetu.

Słabe perspektywy

Kryzys państwa, kryzys przedsiębiorstw, a do tego kryzys demograficzny (Japonia coraz bardziej się starzeje) – wszystko to sprawia, że perspektywy ekonomiczne kraju stają się coraz bardziej niepewne. Znalazło to wyraz w decyzji agencji ratingowych, które (Moody’s, S&P) obniżyły w tym roku rating Japonii lub (Fitch) obniża perspektywę ratingu ze stabilnej na negatywną.

Podczas gdy gospodarki regionalnych rywali znajdują się na ścieżce szybkiego wzrostu, Japonia stoi w miejscu (wzrost PKB w II kwartale br. wyniósł 0,2%). A kto stoi w miejscu, ten się cofa (w rzeczywistości traci dystans do reszty stawki). Niestety dla Japonii, nie widać nikogo ani niczego, co mogłoby doprowadzić do renesansu chorej gospodarki oraz dysfunkcjonalnej polityki. Japonia nieuchronnie staje się Krajem Więdnącej Wiśni.

Piotr Wołejko

 

PS. W kontekście problemów Japonii polecam wpis na Dyplomacji z kwietnia 2008 r. zatytułowany "Kraj Więdnącej Wiśni".

 

grafika: ddtc.co.za

poniedziałek, 18 października 2010

Chiny zapewniają o przyjaznych zamiarach wobec sąsiadów. W tym samym czasie toczą spory terytorialne z większością państw regionu. Zdaniem wielu ekspertów, XXI wiek należy Azji. Jeśli to prawda, decydujące znaczenie będą miały stosunki pomiędzy dwoma największymi potęgami regionu – Chinami i Indiami. Relacje te nie są łatwe, gdyż oba kraje uważają się za rywali. Chiny wspierają wrogi Indiom Pakistan. Starają się także, zdaniem Indii, okrążyć je pierścieniem niechętnych im państw. New Delhi natomiast szuka zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi, aby zbalansować wpływy i pozycję Chin.

Wystarczającym powodem do obaw o stan relacji chińsko-indyjskich byłoby jednoznaczne wsparcie udzielane przez Pekin Pakistanowi. Należy także pamiętać o sporach terytorialnych. Pierwszy z nich dotyczy regionu zwanego Aksai Chin, który Indie uważają za część Kaszmiru. Został on przyłączony do Chin w 1962 roku po wojnie między tymi państwami. Do tego dochodzi mniejszy obszar Kaszmiru, scedowany przez Pakistan na rzecz Chin, przez który przebiega strategicznie ważna autostrada, łącząca te dwa kraje. Kolejny spór toczy się o indyjską prowincję Arunachal Pradesh – pretensje do niej zgłaszają Chiny. Pekin argumentuje, że ziemie te historycznie należały do Tybetu, znajdującego się dziś pod chińską kontrolą.

Od czasu do czasu na spornych odcinkach chińsko-indyjskich granic dochodzi do wymiany ognia. Trwające od kilku lat negocjacje nie przyniosły rezultatów. Pojawiają się głosy, że szybko do porozumienia nie dojdzie, jednak prawdopodobieństwo użycia siły militarnej nie jest duże. Oba kraje są potęgami atomowymi, mają też jedne z największych armii świata.

Wojny nie będzie

Chiny spierają się także z drugą regionalną potęgą, Japonią, o wyspy Senkaku (zwane też Diaoyutai), położone na Morzu Wschodniochińskim. Są one niewielkie i bezludne, ale bogate w ropę i gaz. To właśnie surowce stały się przyczyną konfliktu. Dopiero po ogłoszeniu na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, że na wyspach znajdują się cenne złoża, Chiny zgłosiły do nich pretensje. Pekin argumentuje, że Senkaku znalazły się pod panowaniem Kraju Kwitnącej Wiśni w wyniku traktatu z Shimonseki z 1895 roku, będącego efektem przegranej przez Chiny wojny z imperialną Japonią. Tokio twierdzi natomiast, że wyspy zostały zajęte na kilka miesięcy przed podpisaniem traktatu. Problemem są również nakładające się na siebie strefy ekonomiczne Chin i Japonii.

Spór o wyspy Senkaku trwa, co nie przeszkadza Chinom w przygotowaniach do eksploatacji ropy i gazu na ich obszarze. Japonia może się przyłączyć, akceptując de facto postępowanie Pekinu, albo dochodzić swych roszczeń na gruncie prawnym, przyglądając się działaniom strony chińskiej. Rozwiązanie militarne nie wchodzi w grę. Japonia, mimo świetnie wyposażonej armii, jest krajem konstytucyjnie pacyfistycznym i nie zaryzykuje wywołania wojny.

USA grożą palcem

Z krajami Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) Państwo Środka toczy spory o dwa archipelagi wysp oraz kontrolę potężnego akwenu Morza Południowochińskiego. Z Wietnamem spiera się o suwerenność nad Wyspami Paracelskimi, położonymi między Wietnamem a chińską wyspą Hajnan. W 1974 roku, wykorzystując siłę militarną, Chiny przejęły kontrolę nad tym obszarem i utrzymują ją do dziś. Prawo, pozostające po stronie wietnamskiej, musiało ustąpić sile militarnej. Podobnie jak w przypadku drugiego konfliktu, o archipelag wysp Spratly, poszło o złoża ropy i gazu. Oprócz surowców naturalnych Spratly są ważne dla rybołówstwa oraz żeglugi oceanicznej. Sporny obszar to jeden z najbardziej zatłoczonych szlaków handlowych. W tym przypadku stronami są oprócz Chin i Wietnamu także Tajwan, Malezja, Filipiny oraz Brunei i Indonezja (dwa ostatnie państwa roszczą sobie prawa do strefy ekonomicznej wokół własnych granic). Większość wysepek zajęły pozostające w konflikcie państwa, a negocjacje utknęły w martwym punkcie. Chiny preferują rozmowy bilateralne, mniejsze kraje ASEAN wolą negocjacje wszystkich zainteresowanych stron.

grafika

źródło: Polska Zbrojna/US Navy

O wiele poważniej należy traktować chińskie roszczenia dotyczące kontroli nad większością Morza Południowochińskiego. Pekin powołuje się w tym wypadku na zasadę szelfu kontynentalnego oraz przekazy historyczne i domaga uznania suwerenności Chin nad znaczną częścią tego akwenu. Aby powstrzymać te zapędy, w południowoazjatyckie spory terytorialne zaangażowały się w sierpniu 2010 roku Stany Zjednoczone. Trudno oczekiwać, że USA pozwolą Chinom kontynuować rozgrywkę wyłącznie na ich warunkach, gdy w grę wchodzi tak ważny dla światowej gospodarki obszar. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych powoduje poza tym, że zminimalizowane zostaje prawdopodobieństwo konfliktu militarnego. Chiny nie zechcą ryzykować wojny z USA.

Rozwiązanie w 2004 roku sporów terytorialnych Chin z Rosją (które w czasach sowieckich doprowadziły niemalże do wojny między teoretycznie bratnimi państwami komunistycznymi) nie oczyściło atmosfery. Moskwa i Pekin zacieśniły współpracę, poprawiły się relacje między nimi, jednak kładzie się na nich cieniem przeszłość wschodniej części Syberii. Zdaniem Chińczyków, Rosjanie zajęli te tereny, wykorzystując słabość Chin w XIX wieku. Czy podejmą próbę ich odzyskania?

Być może nie będą musieli. Sprawę może załatwić demografia. Rosja się wyludnia, a jej wschodnie rubieże pustoszeją. W tym samym czasie nasila się legalna i nielegalna imigracja chińska. Można sobie wyobrazić, że Chiny przejmują kontrolę nad Syberią bez jednego wystrzału. Słabnąca Rosja nie zdoła ich powstrzymać. Z drugiej strony, Syberia to jednak zaplecze surowcowe, a więc także finansowe, Rosji. Moskwa nie może więc sobie pozwolić na utratę tych terenów. Najpierw mogą pojawić się regulacje prawne wymierzone w chińskich imigrantów. Potem dojdą deportacje, a może i prześladowania chińskiej mniejszości. Od postawy Pekinu wobec takich działań będzie zależało, czy konflikt przejdzie z fazy politycznej do militarnej.

Pokój czy wojna

Analizując chińskie spory terytorialne, należy postawić pytanie, czy Pekin będzie gotowy powściągnąć apetyt i wycofać się z części roszczeń, aby zyskać przychylność sąsiadów i innych państw regionu. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że większość spraw załatwiał drogą pokojową, choć w niektórych przypadkach nie stronił od rozwiązań militarnych. Tym razem będzie podobnie. Trudno jednak wskazać, w którym momencie ten taniec na linie sprawi, że konflikt jednak wybuchnie.

Piotr Wołejko

 

Artykuł ukazał się w nr 39/2010 tygodnika grafika

wtorek, 12 października 2010

Zakazu nie ma, zapewniają chińskie władze, jednak Japonia nadal nie otrzymuje metali ziem rzadkich z Chin (patrz: grafika). Zważywszy na fakt, iż Państwo Środka kontroluje 97 procent rynku wspomnianych surowców, Tokio znalazło się w trudnej sytuacji. Tym bardziej, że metale ziem rzadkich są niezbędne w pracach nad nowoczesnymi technologiami, w szczególności tymi "zielonymi".

grafika

źródło: darkgovernment.com

Monopolistyczna pozycja Chin pozwala im ukarać Japonię za niedawne przetrzymywanie kapitana chińskiego kutra rybackiego i zepchnąć ją do defensywy w sprawie spornych wysp Senkaku (Diaoyu) praktycznie bez żadnych ograniczeń. I kosztów. Nikt nie stanie w zdecydowany sposób po stronie Japonii, gdyż i jemu można by odciąć dostawy cennych metali. Uruchomienie produkcji poza Chinami zajmie bowiem lata i pochłonie miliardy dolarów. Jest to też inwestycja niepewna, ponieważ Chiny mogą nagle zmienić zdanie, a nikt nie zaoferuje cen niższych od chińskich.

Groźne rozgrywki

Sytuacja wygląda na beznadziejną, jednak jest jeszcze gorzej niż się nam wydaje. I wcale nie chodzi o ewentualne chińskie embargo na metale ziem rzadkich. Wstrzymanie ich dostaw do Japonii stanowi bowiem sygnał, iż do światowej polityki na najwyższym szczeblu wkracza nowa broń - rozgrywka surowcami, czyli punktowe uderzenie w gospodarkę przeciwnika. W dodatku uderzenie wyprowadzone bez wykorzystania ani jednej bomby, rakiety czy samolotu. Chiny mogą szachować rozwinięty świat odcięciem dostaw metali ziem rzadkich, ale ta broń działa w dwie strony.

Tymczasem Chiny są w dużym stopniu zależne od importu surowców, niezbędnych do podtrzymania rozwoju własnej gospodarki. W grę wchodzi odwetowe embargo na eksport surowców, których Pekin nie wydobywa lub wydobywa w niewystarczających ilościach. Możliwe jest także wykorzystanie floty wojennej do odcięcia danego państwa od dostaw surowców. W czasach kryzysu gospodarczego i rosnącej niechęci do obcych, gdy obawa przed "wojną walutową" jest wyrażana przez rosnące grono polityków i ekonomistów, rozgrywki surowcami to mało odpowiedzialna zabawa.

Jak powiedział niedawno szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego (mówiąc o Chinach), nie można jednocześnie być w centrum, a zachowywać się jak pasażer na gapę. Dotyczy to nie tylko Chin, ale i innych rosnących potęg. Potrzebna jest odpowiedzialność i rozwaga. Granie surowcami nie jest ani odpowiedzialne, ani rozsądne. Choć niestety nie stanowi żadnej nowości.

Piotr Wołejko

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook