Wpisy z tagiem: państwa upadłe

środa, 11 maja 2011

"Miliardy dolarów pomocy pompowane w najbiedniejsze kraje świata (LDC) nie przynoszą efektów. Przez cztery dekady istnienia listy LDC ONZ skreśliła z niej tylko trzy państwa (Botswanę, Malediwy i Zielony Przylądek - przyp. P.W.). Żadne nie zawdzięcza jednak sukcesu wsparciu z zewnątrz" - pisze w dzisiejszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej Michał Potocki. Zdaje się, że rację miała Dambisa Moyo, autorka książki krytykującej zasypywanie Afryki (kontynentu, gdzie znajduje się najwięcej biednych państw) deszczem pieniędzy.

Surowce i dolary szczęścia nie dają

Jak pokazuje przykład Botswany, najważniejsze jest dobre zarządzanie. Kraj ten żyje z surowców naturalnych (głównie z diamentów), jednak zamiast przejadać fundusze, inwestuje je w rozwój i budowę struktur państwa. Jakże łatwo byłoby zmarnotrawić bogactwo płynące z diamentów pokazuje przykład Sierra Leone. Historia ostatniego półwiecza uczy nas, iż surowce nie były dla państw afrykańskich błogosławieństwem. Wręcz przeciwnie, sprowadzały na ludzi wszelkie możliwe nieszczęścia.

grafika

źródło: artsonearth.com

Dobre zarządzanie jest absolutnie kluczowe dla rozwoju każdej organizacji, z państwem na czele. Aby można było mówić o dobrym zarządzaniu potrzebne są odpowiednio wyszkolone kadry - urzędnicy i specjaliści. Takich ludzi brakowało krajom powstającym w wyniku procesu dekolonizacji. Byłe metropolie czuły się natomiast zobowiązane zadośćuczynić byłym koloniom za długie lata eksploatacji, stąd nie skąpiły pieniędzy na tzw. pomoc rozwojową i humanitarną. Niestety, pieniądze nie rozwiązały problemu. Nie było komu racjonalnie ich wydawać. Zostały zmarnowane w przerażającej wręcz ilości.

Potrzeba pomocy na miarę XXI wieku

Przysłowie, iż "pieniądze szczęścia nie dają" sprawdziło się w przypadku najuboższych państw w całej rozciągłości. Mijały dekady, a postępów nie było. Studnia bez dna. Jednak stawianie sprawy w ten sposób nie jest do końca uczciwe. Może po prostu byłe metropolie (czy szerzej rozumiany Zachód) nie chciały brać na siebie odpowiedzialności za budowanie państw od podstaw (nation-building) i środki pomocowe traktowały jako alibi. Dajemy przecież pieniądze, nie można więc przyczepić się, że nic nie robimy, aby zwalczać biedę i ubóstwo na świecie.

Dziś wyraźnie już widać, że takie podejście poniosło klęskę. Wydobycie kilkudziesięciu państw z biedy może się powieść, gdy wzmocnione zostaną struktury państwa, a funkcje publiczne zaczną pełnić profesjonalni urzędnicy. Nie pomoc rozwojowa, a inwestycje i eliminacja nierówności w globalnym handlu (dyskryminacja słabszych, mniejszych państw) stanowią odpowiedź na problemy państw z listy LDC.

Kłopot z państwami upadłymi i zagrożonymi upadkiem

Musimy pogodzić się z tym, że wszystkich państw nie da się uzdrowić. Przynajmniej nie środkami, których wykorzystanie jest realne i możliwe. Weźmy choćby Somalię, która jest państwem upadłym od dwóch dekad i nic nie wskazuje na szybką poprawę sytuacji. Niepewna jest sytuacja w Jemenie czy Afganistanie, gdzie struktury państwa są kruche. Wsparcie najbiedniejszych państw - jak najbardziej, tylko przy wykorzystaniu odpowiednich narzędzi. Same pieniądze tylko pogarszają sprawę.

Piotr Wołejko

wtorek, 15 lutego 2011

Wymieniając najpoważniejsze zagrożenia i wyzwania, przed którymi stoimy w XXI wieku, najczęściej wskazujemy na terroryzm, proliferację broni masowego rażenia czy dostępność wody pitnej. Problemów jest wiele, stąd trudno się dziwić, że niektóre nie przebijają się do powszechnej świadomości. Jednym z najbardziej niedocenianych wydają się państwa upadłe bądź upadające, które promieniują niestabilnością nie tylko w najbliższym sąsiedztwie. Tymczasem Robert Gates, sekretarz obrony USA określił mianem „głównego strategicznego wyzwania” kwestię radzenia sobie z problematyką słabych organizmów państwowych.

Czym są państwa upadłe?

Trudno o jednolitą definicję. Zdaniem niektórych jej poszukiwanie absolutnie mija się z celem. Były Sekretarz Generalny ONZ Boutros Boutros Ghali definiował sytuację upadku państwa w następujący sposób: „Cechą charakterystyczną jest upadek instytucji państwowych, w szczególności policji i wymiaru sprawiedliwości, co powoduje paraliż władzy oraz upadek prawa i porządku publicznego – bandytyzm i ogólny chaos”. Co więcej, „funkcjonowanie rządu jest niemożliwe, a jego majątek został zniszczony lub zrabowany, zaś doświadczeni urzędnicy zginęli lub musieli opuścić kraj”. Upadłość państwa, zauważa Ghali, rzadko jest wynikiem wojen międzypaństwowych. Najczęściej przyczyny destrukcji państwowości tkwią wewnątrz państwa.

grafika

grafika: Wikimedia Commons (po kliknięciu mapa powiększy się)

Od sześciu lat amerykański magazyn Foreign Policy we współpracy z pozarządową organizacją Fund for Peace przygotowują tzw. Indeks Państw Upadłych (IPU). Eksperci oceniają państwa w dwunastu kategoriach, wśród których znajdują się m.in.: demografia, problem uchodźstwa, nierównomierny rozwój, delegitymizacja państwa (wynikająca chociażby z chronicznej korupcji), jakość usług publicznych, aparat bezpieczeństwa (istnienie niewielkiej elity, która szczyci się bezkarnością), naruszenia praw człowieka. Należy pamiętać, iż upadek państwa jest wynikiem splotu wielu rozmaitych czynników ze sfery społecznej, ekonomicznej, środowiskowej etc.

Na czele wspomnianego rankingu w roku 2010 znajduje się Somalia, która „zdobyła” 114 na 120 możliwych do zdobycia punktów (od 1 do 10 w każdej z 12 kategorii; im więcej punktów, tym sytuacja gorsza).  Drugie miejsce w rankingu IPU zajmuje Czad (punkt mniej od lidera), a na trzecim uplasował się Sudan (nieco ponad dwa punkty straty do Somalii). W pierwszej dziesiątce znajdują się również Zimbabwe, Demokratyczna Republika Kongo (DRK), Afganistan czy Irak, a zamyka ją Pakistan (ponad 102 „zdobyte”  punkty). Z państw europejskich 58 miejsce w rankingu zajęła Mołodwa, a 60 Bośnia i Hercegowina (ponad 83 punkty).

Jak poradzić sobie z zagrożeniami?

Słabe państwa stanowią bezpieczną przystań dla terrorystów, grup przestępczych czy piratów. Są źródłem uchodźców, którzy zalewają sąsiednie państwa – często znajdujące się w niewiele lepszej kondycji. Dotychczasowe doświadczenie w radzeniu sobie z problemem upadłych państw nie jest najlepsze. W Europie jakoś udało się zlepić Bośnię i Hercegowinę oraz zapewnić niepodległość Kosowa, ale poza starym kontynentem było już znacznie gorzej. Somalia, gdzie na początku lat 90. próbę zaprowadzenia porządku podjęli Amerykanie, do dziś nie podniosła się z kolan. Podobnie Afganistan czy DRK. Zostawiony sam sobie Czad czy Sudan również nie mają się najlepiej.

Tymczasem operacje typu nation-building, odbudowa państwa od podstaw, mocno straciły na popularności. Co więcej, koszty takich misji są ogromne, gdyż ich prowadzenie wymaga cierpliwości i czasu, zaangażowania militarnego oraz wykorzystania cywilnych specjalistów. Czy trzeba dodawać, że w epoce cięć budżetowych i wielkich deficytów nie ma chętnych na naprawę państw? Ci zaś, którzy dysponują odpowiednimi zasobami, najczęściej z powodów politycznych (poszanowanie suwerenności, brak interesów w danym regionie) również nie są zainteresowani długotrwałą i kosztowną misją.

Skoro odbudowa nie wchodzi raczej w grę, co możemy zrobić? Wesprzeć organizacje pozarządowe? A może spróbować odciąć się od upadłych, wznieść oddzielające nas od nich mury? Jak konkluduje na przykładzie Somalii Bronwyn Bruton z think-tanku Council on Foreign Relations: „Nasz wpływ na wydarzenia jest niewielki, szczególnie w znaczeniu pozytywnym. Możemy natomiast, niemal bez ograniczeń, oddziaływać destrukcyjnie na sytuację”. To niezbyt wiele. Ba, donikąd nas to nie zaprowadzi.

Piotr Wołejko

Artykuł ukazał się w nr 4/2011 tygodnika grafika

poniedziałek, 15 listopada 2010

Dwa lata temu, 15 listopada 2008 roku, tzw. somalijscy piraci upolowali grubą zwierzynę. Napastnicy porwali supertankowiec Sirius Star, przewożący ładunek saudyjskiej ropy o wartości około 100 milionów dolarów. Kapitanem zaatakowanej jednostki był Polak Marek Niski, a wśród członków załogi znajdował się jeszcze jeden obywatel Rzeczypospolitej. Niespełna dwa miesiące później, 9 stycznia 2009 roku piraci uwolnili statek i załogę, odbyło się to jednak kosztem zapłacenia okupu w wysokości 3 milionów dolarów.

Kilka miesięcy później, w kwietniu 2009 roku test z radzenia sobie z piratami przechodził świeżo zainstalowany w Białym Domu prezydent Barack Obama. Dzięki postawie kapitana Richarda Phillipsa jego okręt Maersk Alabama oraz załoga zostali uratowani przed podzieleniem losu Sirius Star, jednak sam Phillips znalazł się w szalupie ratunkowej ze swoimi prześladowcami. Pod dryfującą łódź podpłynął amerykański niszczyciel i przez pewien czas trwały negocjacje. Ostatecznie Amerykanie użyli siły, odbili kapitana i zabili większość piratów.

Piraci w natarciu

Wspomnienie tamtych wydarzeń jest o tyle istotne, że problem piractwa w Zatoce Adeńskiej, wzdłuż wybrzeża Somalii, a także – w coraz większym stopniu – wzdłuż zachodniego wybrzeża Indii narasta. Gdy porównamy liczbę ataków z roku 2008 czy 2009 z rokiem obecnym, okaże się, iż wspomniane akweny wcale nie są bezpieczniejsze, a piractwo ma się bardzo dobrze. Jest to tym bardziej warte podkreślenia, że od kilkunastu miesięcy okręty wojenne kilkudziesięciu państw patrolują wspomniane obszary i starają się zapewnić bezpieczeństwo żegludze handlowej.

grafika

Sirius Star / grafika: Wikimedia Commons

Piraci nie dają jednak za wygraną. Mimo obecności okrętów z USA, Europy, Indii czy Chin nadal przeprowadzają ataki na statki korzystające z popularnego szlaku handlowego wiodącego wokół zachodniego wybrzeża Afryki. Działania piratów są coraz bardziej zuchwałe i odważne. Potrafią obrać za cel statek znajdujący się nawet 400-450 mil morskich od somalijskiego wybrzeża. Ba, i większe odległości nie stanowią dla nich poważnej przeszkody. Nie dalej jak 12 listopada br. porwali frachtowiec Yuan Xiang pływający pod panamską banderą, biorąc 29 członków załogi (Chińczyków) za zakładników. Porwany statek towarowy znajdował się około 680 mil morskich od wybrzeża Somalii, dokąd się teraz kieruje.

Kosztowne bezprawie

Tylko w listopadzie piraci porwali cztery statki, a podobną średnią osiągali w poprzednich miesiącach. Częstotliwość ataków jest jednak o wiele większa, gdyż mniej więcej połowa z nich kończy się niepowodzeniem. Czasem załoga jest w stanie odpędzić piratów podczas próby abordażu, innym razem wezwana na pomoc jednostka marynarki wojennej państw trzecich (bo przecież nie somalijska, jemeńska czy kenijska – kraje te nie posiadają floty lub jest ona szczątkowa i niezdolna do jakichkolwiek działań) ratuje statek handlowy z opresji.

Wszystkie dotychczasowe działania to tylko doraźne leczenie skutków długotrwałego problemu, jakim jest chaos i bezprawie panujące w Somalii (i w coraz większym stopniu także w Jemenie). Młodzieńcy od lat nastu po 30-35 lat, posiadający szybkie łodzie motorowe oraz karabiny AK-47 czy ręczne granatniki RPG-7 dość skutecznie paraliżują jeden z najważniejszych globalnych szlaków handlowych. Oczywiście statki nadal z niego korzystają – nie mają raczej innego wyjścia – ale muszą teraz płynąć w większej odległości od afrykańskiego wybrzeża. Armatorzy ponoszą dodatkowe koszty związane z ubezpieczeniem floty handlowej. Zainteresowani swobodnym transportem towarów wysyłają na zagrożone piractwem akweny własne okręty wojenne. To wszystko dodatkowe koszty, które w żaden sposób nie przyczyniają się do rozwiązania problemu. Piraci już trzeci kolejny rok mogą atakować praktycznie każdego, kogo zechcą i gdziekolwiek zechcą.

Fatalny wybór: radykałowie albo przestępcy

Liczba ataków somalijskich piratów została w istotny sposób ograniczona w roku 2006, gdy coraz większy posłuch w zanarchizowanym kraju zyskiwała Unia Trybunałów Islamskich – radykalna islamska organizacja, podejrzewana o sympatyzowanie z Al-Kaidą i terrorystami afiliowanymi przy tym ugrupowaniu. Islamiści zostali jednak obaleni przez sponsorowaną i inspirowaną przez Stany Zjednoczone Etiopię. Powrót skompromitowanego i nieuznawanego praktycznie przez nikogo tymczasowego rządu, wspieranego przez etiopskie bagnety spowodował renesans chaosu i bezprawia. Dziś Somalia nadal stanowi państwo upadłe, gdzie władzę nad skrawkami terytorium sprawuje każdy posiadający dostęp do broni i pieniędzy.

O powrót do rządów walczą też islamiści. Są to częściowo ludzie ze wspomnianej Unii Trybunałów Islamskich, częściowo zaś zupełnie nowe organizacje i elementy. Najgroźniejszym wydaje się al-Shabab, prezentująca skrajnie fundamentalistyczną wizję islamu, jawnie sympatyzująca z terroryzmem i składająca się w istotnym stopniu również z zagranicznych bojowników. Opór radykałom stawiają lokalni watażkowie (warlods) oraz słaby jak zawsze rząd tymczasowy, którego bezpieczeństwa strzegą szczątkowe siły pod auspicjami Unii Afrykańskiej, stacjonujące w stolicy kraju, Mogadiszu.

Ani świat zachodni ani afrykańscy czy muzułmańscy przywódcy z regionu nie potrafią odmienić losu Somalii i jej nieszczęsnych obywateli. Bieda, głód i przemoc królują w Somalii już blisko dwie dekady. W przyszłym roku minie dwadzieścia lat od obalenia dyktatora Mohammeda Siada Barre, co oznaczało także koniec rządu centralnego w Rogu Afryki. Nic więc dziwnego, że Somalia stała się doskonałą przystanią dla radykalnych elementów i stanowi coraz większe zagrożenie dla tzw. cywilizowanego świata.

Piotr Wołejko

sobota, 27 lutego 2010

Zarówno w obliczu katastrofy naturalnej na Haiti, jak i słabości bądź nieistnienia struktur państwowych w Somalii, Afganistanie czy Jemenie, społeczność międzynarodowa stoi przed podobnym problemem - czy i ewentualnie jak można pomóc "upadłym" i odbudować kraje, z których pozostały tylko zgliszcza.

grafikaOperacje typu nation-building (naprawy, odbudowy państw), polegające na postawieniu na nogi instytucji państwa, stają się coraz istotniejszym wyzwaniem, przed którym stoją nie tylko bogate i rozwinięte kraje Zachodu. Upadli znajdują się bowiem najczęściej w sąsiedztwie państw rozwijających się. Weźmy choćby Republikę Południowej Afryki, która zmaga się od wielu już  lat z milionami imigrantów z sąsiedniego Zimbabwe. Po amerykańskiej inwazji na Irak do Syrii napłynęła fala uchodźców. Podobnie działo się jeszcze przed amerykańską inwazją na Afganistan w przypadku Iranu, który stał się schronieniem dla tysięcy ludzi uciekających przed talibami.

Jednak uchodźcy to tylko wierzchołek lodowej góry problemów związanych z upadłymi państwami. Jak pokazały przykłady Somalii, Afganistanu, Jemenu czy Sudanu, słabość państw doskonale wykorzystują rozmaici ludzie i siły spod ciemnej gwiazdy, od przemytników po zorganizowaną przestępczość, od piratów po terrorystów. Często siły te są wspierane przez lokalnych watażków. W efekcie dochodzi dzisiaj do paranoicznej sytuacji, w której każdy kilometr kwadratowy ziemi niczyjej może być traktowany jako źródło przyszłego zagrożenia.

Amerykańskie operacje w Afganistanie i Iraku, ale także europejskie i natowskie zaangażowanie w Bośni czy Kosowie lub oenzetowskie w Demokratycznej Republice Kongo pokazują, że odbudowa cywilnych instytucji państwa, a także zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego są kosztowne i bardzo trudne. Wymagają również długoterminowego zaangażowania: finansowego, wojskowego oraz cywilnego. Zabezpieczenie odpowiednich środków, sił zbrojnych i policyjnych, a także cywilnych ekspertów w rozmaitych dziedzinach nawet na papierze wygląda na skomplikowane.

Pytanie, czy można pomóc upadłym państwom podnieść się i powrócić do względnej stabilności. Patrząc na dotychczasowe próby, odpowiedź powinna być negatywna. Nie można porównywać zakończonej sukcesem odbudowy zniszczonej wojną Europy czy Japonii z dzisiejszymi wyzwaniami w postaci krajów takich jak Haiti, Somalia czy Afganistan. Brak tam tradycji państwowo-społecznych, które pozwalałyby ufać w powodzenie operacji "naprawczej". Stąd z dużym sceptycyzmem należy potraktować wezwanie Richarda Haassa, prezydenta Council on Foreign Relations, do jak najszybszego stworzenia przez Stany Zjednoczone licznych cywilnych jednostek "naprawczych", zdolnych do wsparcia państw upadłych.

Propozycja Haassa jest bardzo romantyczna i idealistyczna, może być odebrana jako element amerykańskiego imperializmu, o który Stany Zjednoczone są nieustannie oskarżane. Jednak przede wszystkim jest to pomysł nierealistyczny, oparty na wątłych podstawach faktycznych. A dzisiaj także finansowych, gdyż Ameryki po prostu nie stać na kontynuowanie "naprawiania" świata. Wystarczy Irak i Afganistan, które mimo wieloletnich nakładów oraz zaangażowania setek tysięcy żołnierzy oraz pracowników cywilnych dalekie są od osiągnięcia stanu, w którym moglibyśmy powiedzieć - "te państwa samodzielnie dadzą radę".

Co w takim razie należy zrobić? Czy Europa może sobie pozwolić na istnienie słabych państw w swoim sąsiedztwie, takich jak chociażby Kosowo, Bośnia i Hercegowina czy Mołdowa? Słabi u granic nie wróżą niczego dobrego. W przypadku tych państw można ufać, że scenariusz somalijski czy afgański jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak co zrobić z państwami takimi jak Somalia, Zimbabwe czy Jemen - położonymi daleko od zamożnych państw Zachodu, mogących potencjalnie stać się przechowalnią lub inkubatorem wrogich naszym wartościom sił? Albo inaczej, które mogą swoją niestabilnością zagrażać innym, stabilnym lub w miarę stabilnym państwom regionu?

Richard Haass twierdzi, że pomoc dla lub naprawa upadających państw jest mniej kosztowna od odbudowy państw upadłych. Ciężko przyjąć taki argument na wiarę, gdyż każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. W przypadku zdrowia człowieka lepiej stosować profilaktykę niż zwalczać skutki choroby, jednak niektóre schorzenia są nieuleczalne bądź ich leczenie kosztuje bardzo dużo pieniędzy.

Podobnie jest w przypadku państw. Niektórym można pomóc zanim popadną w tarapaty, inne można spróbować odbudować - o ile sobie tego życzą. Różnica pomiędzy organizmem człowieka a państwa jest taka, że człowiek w ostateczności umiera, a nawet upadłe państwo nadal żyje. Wszystkim nie da się pomóc i powinniśmy się do tej myśli przyzwyczaić.

Piotr Wołejko

grafika: npr.org

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

czwartek, 14 stycznia 2010

Wtorek, 12 stycznia 2010 roku. Za kilka minut na zegarach miała wybić godzina piąta po południu. Na Haiti dzień jak co dzień: biednie, ale życie jakoś się toczy. Nagle zatrzęsła się ziemia i po kilkuset sekundach w gruzy obróciła się spora część stolicy kraju Port-au-Prince. Epicentrum wstrząsów znajdowało się około 25 kilometrów od miasta. Pierwsze uderzenie miało siłę 7 stopni w skali Richtera, a wstrząsy wtórne między 5 a 5,9 stopnia.

Bieda i problemy

Kataklizm spadł na jedno z najbiedniejszych państw świata. Spośród dziesięciu milionów mieszkańców 80 procent żyje poniżej granicy ubóstwa. Produkt krajowy brutto wynosi, według parytetu siły nabywczej, 11,5 miliarda dolarów, zaś PKB na głowę mieszkańca zaledwie 1300 dolarów. Nietrudno się domyślić, że instytucje państwowe kadłubowe i bardzo słabe. Od 2004 roku w Haiti działa misja Narodów Zjednoczonych (MINUSTAH), której siły obecnie wynoszą ponad 7000 żołnierzy, ponad 2000 policjantów oraz blisko 2000 pracowników cywilnych.

O sytuacji w Haiti, w maju 2009 roku, pisał  w Polityce Globalnej Maciej Pawłowski, autor bloga Strefa Wojny. Pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów z jego artykułu, którego lekturę w całości gorąco polecam. Maciej pisał m.in.: "Oprócz braku skutecznego, politycznego przywództwa, jednym z kluczowych problemów mieszkańców Haiti jest niekorzystny klimat, w jakim położone jest ich państwo. Niemalże co roku kraj dotykany jest przez gwałtowne powodzie i huragany. W latach 2001 – 2007 katastrofy naturalne zabiły ponad 18 tysięcy osób a 132 tysiące pozostało bez dachu nad głową. Klęski żywiołowe dotknęły ponad 6 milionów ludzi (przy 9 milionach mieszkańców) powodując straty rzędu 4,6 miliarda dolarów".

"Kolejnym problemem jest chroniczny brak energii elektrycznej w wielu regionach. Większość, bo aż 80% tej energii jest konsumowane przez stolicę, Port-au-Prince, która jest zasilana w wyniku spalania węgla drzewnego czy samych drzew (...) Używanie drzew jako głównego surowca energetycznego prowadzi do głębokiej degradacji gleb i lasów, co przejawia się w ich pustynnieniu i silnym zasoleniu. Obecnie zniszczeniu uległo ponad 50% terenów zielonych i nie wydaje się, żeby ten proces miał się zatrzymać w najbliższej przyszłości. Powodów tego stanu rzeczy można doszukiwać się w czasach kolonialnych, w których eksploatowano tutejsze lasy".

Jeszcze jeden cytat z artykułu Macieja Pawłowskiego opublikowanego na portalu Polityka Globalna: "Sytuacji ekologicznej kraju nie poprawia exodus ludności z centrów miast na peryferia i uprawianie na nich prymitywnej roli. Sprzyja to tworzeniu się slumsów (bidonville) pozbawionych dostępu do bieżącej wody, w których ludzie żyją w prowizorycznych budynkach. Miejsca takie, oprócz katastrofalnej infrastruktury komunalnej i publicznej (brak zakładów opieki zdrowotnej, szkół, policji etc.) często są swoistymi enklawami, w których kwitnie zorganizowana przestępczość".

Misja na dziś i jutro

Pomoc dla Haiti obiecało już wiele państw, z Ameryką na czele. Na miejscu są bądź wkrótce znajdą się także organizacje pozarządowe. Teraz najważniejsze jest uratowanie życia ludzi, którzy znajdują się pod gruzami zniszczonych lub uszkodzonych budynków. Niewielka odległość dzieląca Haiti od Stanów Zjednoczonych pozwala Ameryce zareagować szybko i na wielką skalę. Inni również pomogą, w miarę swoich możliwości. Bez wątpienia tragedia z 12 stycznia br. na długo pozostanie w pamięci Haitańczyków oraz świata. Warto zadać jednak pytanie, co dalej?

Nie czarujmy się, media porzucą Haiti najdalej w przyszłym tygodniu, gdy akcja ratownicza przekształci się w wielkie sprzątanie pozostałości po trzęsieniu ziemi. Tymczasem problemy Haiti, pogłębione tak ogromną katastrofą, zostaną. Obiecywane dziś pieniądze, jeśli nie zostaną wykorzystane w całości podczas trwającej akcji ratunkowej będą mogły być wykorzystane do odbudowy zniszczeń. Haiti potrzebuje nie tylko fizycznej, ale instytucjonalno-społecznej odbudowy. Typowe nation-building, czyli tworzenie państwa od podstaw. Operacja kosztowna i długotrwała, a do tego z wielkimi szansami na fiasko.

Skala problemów, nawet gdyby trzęsienie ziemi nie nastąpiło, jest ogromna. Zniszczone środowisko, ogromna bieda, słabe i skorumpowane instytucje państwowe. Brak tradycji sprawnej władzy, praktycznie nieistniejąca kultura polityczna. Prowizoryczna ochrona zdrowia i edukacja. A wreszcie kwitnąca przestępczość. Haiti było jednym z ulubionych miejsc przez kartele narkotykowe. Czują się one na Haiti tak samo dobrze, jak terroryści z Al-Kaidy w Jemenie czy Somalii.

Akcyjna, czyli krótkotrwała pomoc Haiti jest konieczna, ale dalece niewystarczająca. Albo społeczność międzynarodowa zdecyduje o kompletnej misji odbudowy tego kraju albo znowu pogrąży się on w marazmie i chaosie. Kto za to zapłaci, kto wyśle żołnierzy, policjantów i cywilnych specjalistów? Czy misja będzie kontynuowana przez dłuższy czas, tj. nie zostanie przedwcześnie okrojona lub zlikwidowana? I wreszcie, czy ewentualna odbudowa nie przekształci się w gigantyczny proces kradzieży międzynarodowych, czyli de facto niczyich, pieniędzy?

Piotr Wołejko

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook