Wpisy z tagiem: Senat

piątek, 19 lutego 2010

Debata polityczna w Stanach Zjednoczonych zaczęła, na pewnym odcinku, przypominać tę w Polsce. Frustracja spowodowana niemożnością przeforsowania przez prezydenta Baracka Obamę co istotniejszych reform, które zapowiadał w trakcie kampanii wyborczej, narasta. Kontrolujący Biały Dom oraz obie izby Kongresu Demokraci zachodzą w głowę, dlaczego nic naprawdę ważnego im się nie udaje. Chłopcem do bicia okazała się opozycja - Republikanie oraz system polityczny, który sprzyja wstrzymywaniu zmian.

Czy w Polsce nie słyszymy analogicznych lamentów ze strony polityków znajdujących się aktualnie w posiadaniu władzy, wiecznie niezadowolonych dziennikarzy oraz społeczeństwa zdegustowanego fiaskiem klasy politycznej in gremio? Wystarczy podać przykłady dwóch ostatnich większości parlamentarnych, które niemożność podobno koniecznych zmian (głównie związanych z cięciami wydatków budżetowych) zawsze potrafiły zwalić na innych. Albo partnerzy koalicyjni nie pozwalają lub są po prostu awanturnikami, albo prezydent wszystko zawetuje, albo opozycja jest bezwzględna... Tłumaczeniom nie ma końca.

Trudno jednak zamaskować własną nieudolność. W Ameryce jest to naprawdę wielką sztuką w obecnej sytuacji, gdy jedna partia pociąga za wszystkie sznurki władzy. Płacz nad nieodpowiedzialną opozycją republikańską, która w Senacie używa procedury zwanej filibuster (pozwalającej blokować prace nad ustawami o ile nie zbierze się 60 głosów na 100 możliwych) jest kompromitujący dla polityków demokratycznych.

grafikaWewnętrznie podzieleni, rozgrywający własne gierki (trochę nakręcani także przez rozmaitych lobbystów i grupy interesu) Demokraci sami są winni własnych porażek. Kilka kolejnych elekcji, m.in. w New Jersey czy Massachusetts pokazało niezadowolenie wyborców z takiego stanu rzeczy. Jednak reakcja Demokratów jest odwrotna od pożądanej - strach przed wyborczą apokalipsą staje się samospełniającą się przepowiednią. Szykuje się paraliż na Kapitolu, ponieważ kongresmani boją się wymiecenia w listopadowych wyborach do Izby oraz, częściowych, do Senatu.

W Polsce także okazuje się, że lepiej nie robić nic lub robić niewiele, byle nie zdenerwować jakiejś grupy wyborców. A że zawsze są jakieś wybory, mamy cudowne wytłumaczenie nieróbstwa i marnowania czasu przez kolejne ekipy rządzące. Jak nie wybory, to inne wymówki, częściowo przedstawione dwa akapity wyżej. Polskę do Ameryki A.D. 2010 przybliża także nieumiejętność porozumienia z drugą stroną sporu. Naprawdę nie ma możliwości odłożenia politykowania na bok, gdy na rozwiązanie czekają palące problemy? Druga kwestia, to postawa opozycji, która otwarta na dyskusję i gotowa do rozmów jest tylko w sferze retorycznej, najczęściej w telewizyjnym studio.

Nieumiejętność zajęcia się tym, co naprawdę interesuje wyborców powoduje zwalanie winy na system polityczny, który został tak skonstruowany, że o przeprowadzanie zmian jest trudno. System to ostateczna wymówka, także dlatego, że o zmienić systemu raczej się nie da (zwłaszcza bez porozumienia ponad podziałami). Demokraci biją teraz jak w bęben w Senat i grożą, jak wiceprezydent Joe Biden, że żadna demokracja nie przetrwałaby konieczności podejmowania decyzji superwiększością (60 na 100 głosów w Senacie, aby ominąć wspomniany wcześniej filibuster. Swoją drogą jest to procedura, którą można zmienić dość prosto, gdyż nie wynika ona w żadnym razie z Konstytucji USA).

Na naszym podwórku wszystkiemu winien ma być Prezydent, który może zawetować każdą ustawę. Lepiej więc nie przygotowywać ich wcale. Wcześniej zaś wszystko mogła zablokować bezwzględna opozycja, która bez skrupułów i przy aplauzie większości mediów atakowała rząd jak tylko mogła. Nic, tylko się powiesić - albo wieść spokojny żywot polityka, bez większych trosk i zmartwień, no bo przecież trudnych reform nie da się wprowadzić w życie. Można wtedy żyć od programu telewizyjnego do audycji radiowej i na odwrót, zajmując czas antenowy gadaniną o trzeciorzędnych sprawach oraz krytykować politycznych oponentów.

Tymczasem, zarówno amerykański, jak i polski system polityczny są funkcjonalne i posiadają mechanizmy, które pozwalają na przeprowadzanie zmian. Wymaga to jednak wysiłku od rządzących, a czasem także więcej niż odrobiny dobrej woli ze strony opozycji. Dopiero fiasko ciężkiej pracy oraz odrzucenie wszelkich kompromisowych propozycji przez drugą stronę pozwalają podzielić się winą z politycznymi przeciwnikami. Istotą amerykańskiego Senatu jest konserwatyzm oraz spowalnianie zmian. Rząd federalny, o czym przypomina w najnowszym wydaniu The Economist, z założenia miał działać powoli i pozwolić stanom samodzielnie zajmować się własnymi sprawami.

Podobnie w Polsce, prezydenckie weto jest do obalenia, jeśli uda się skłonić choć część opozycji do współpracy. Dopiero ewidentnie polityczne blokowanie propozycji większości sejmowej oraz wspieranie każdego weta, bez względu na wszystko, pozwalają mieć wątpliwości co do funkcjonalności systemu politycznego. Jednak dopiero po rozważeniu wątpliwości dotyczących klasy naszej klasy politycznej.

Sympatycznie jest winą za własną nieudolność obarczać bezosobowy system polityczny, jednak jak każde kłamstwo, i to ma krótkie nóżki.

Piotr Wołejko

 

grafika: regent.edu

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

środa, 20 stycznia 2010

We wtorek 19 stycznia w Massachusetts odbyły się uzupełniające wybory do amerykańskiego Senatu. O miejsce po zmarłym w ubiegłym roku Edwardzie "Tedzie" Kennedym ubiegali się Demokratka Martha Coakley oraz Republikanin Scott Brown. Położony na północnym wschodzie stan Massachusetts uznawany jest za tradycyjnie niebieski, tj. demokratyczny, liberalny. Wszystko przemawiało na korzyść Demokratów, a jednak wygrał Republikanin.

Republikanin zastąpi liberalnego lwa

grafikaZwycięstwo Scotta Browna nie byłoby możliwe, gdyby nie wsparcie jego kandydatury przez wyborców niezależnych (independents). Zgarnął zdecydowaną większość w tej grupie wyborców, sprawiając Demokratom oraz prezydentowi Obamie przykrą niespodziankę. W tej chwili Demokraci nie mogą już liczyć na 60-osobową superwiększość, pozwalającą im przegłosować w Senacie wszystko co zechcą. Na pierwszy ogień idzie oczywiście reforma służby zdrowia, której Brown oraz większość jego wyborców nie popiera.

Przedłużający się serial pt. reforma służby zdrowia staje się coraz bardziej problematyczny dla większości w Waszyngtonie (Demokraci kontrolują obie izby Kongresu oraz Biały Dom). Im dłużej trwają spory w łonie Demokratów, tym bardziej narażeni są na ataki, nie tylko ze strony Republikanów. Ci ostatni starali się przekuć wybory w Massachusetts w referendum nt. reformy służby zdrowia. Dla Demokratów szokiem jest, że miejsce zajmowane przez ponad cztery dekady przez liberalnego lwa Senatu Teda Kennedy'ego zajmie teraz Republikanin.

Podziały i rozliczenia

Demokraci przegrali na całej linii. Już zaczynają się wewnętrzne rozliczenia. Jeszcze wczoraj padały wezwania pod adresem szefa prezydenckiej administracji Rahma Emanuela, aby ustąpił ze stanowiska. Biały Dom sterowany przez Rahma prowadzi zakulisowe rozmowy z demokratyczną reprezentacją w Kongresie dotyczącą reformy służby zdrowia. Kandydat Obama zapewniał w trakcie kampanii, że prace nad nią będą jawne i transmitowane przez kanał C-SPAN. Tymczasem, powrócił Washington-as-usual, czyli zakulisowe, tajne rozmowy głównych politycznych macherów z obu izb Kongresu i Białego Domu.

Sukces Browna, do niedawna nikomu nieznanego senatora stanowego z Massachusetts wprowadza nową narrację na cały 2010 rok. Wtorkowe wybory pokazały, że zagrożone przez Republikanów są nawet te miejsca w Kongresie, które do tej pory uznawane były za całkowicie bezpieczne. Tym bardziej zagrożone są miejsca, o które już dziś toczy się wyrównana walka. Mówiąc krótko, Demokraci mogą się mocno zdziwić w listopadzie, gdyż Republikanie po zwycięstwie Browna nabrali nie tylko wiatru w żagle, ale zdobyli masę cennych doświadczeń.

Na dziś senator Brown oznacza możliwe problemy z reformą służby zdrowia oraz innymi ambitnymi planami Obamy bądź kierownictwa Partii Demokratycznej. To jednak pikuś przy problemie Demokratów z dotarciem do wyborców niezależnych. Ci sami ludzie, którzy wybrali przeszło rok temu Obamę teraz mają go dość (nie wszyscy, ale pewna część, która będzie rosnąć). Niby nic dziwnego w historii USA, że w połowie kadencji prezydent traci większość w Kongresie, ale dla Obamy może to oznaczać poważne problemy. Jego ambitna agenda przepadnie.

Co dalej?

Na koniec czynnik najmniej istotny długoterminowo, ale najważniejszy obecnie: psychologiczny efekt zwycięstwa Browna jest dużo większy od rzeczywistego wymiaru jego sukcesu. Demokraci, już wcześniej podzieleni w kwestii chociażby ochrony zdrowia, mogą się jeszcze bardziej podzielić. Porażka przy reformie służby zdrowia może zniechęcić ich tradycyjną lewicową bazę, a przeforsowanie jej może zniechęcić wyborców niezależnych.

Nowy Rok nie rozpoczął się zbyt różowo dla Baracka Obamy. Na nieco ponad tydzień przed orędziem o stanie unii (State of the Union Address) Demokrata ma nad czym myśleć. Posiadając przez ponad rok bezpieczną większość w obu izbach Kongresu niewiele zdziałał, a teraz będzie mu jeszcze trudniej. Czy zwróci się w kierunku zagranicy, gdzie o sukcesy może być łatwiej, czy będzie twardo walczył na domowym podwórku o swoje priorytety przedstawione opinii publicznej w trakcie kampanii wyborczej?

Piotr Wołejko

 

grafika: hannity.blogs.foxnews.com

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook