Wpisy z tagiem: Afganistan

wtorek, 15 maja 2012

Rok temu, 2 maja 2011 roku, amerykańscy komandosi z elitarnego oddziału Navy Seals Team Six, przeprowadzili akcję na terytorium Pakistanu, w wyniku której zginął lider Al-Kaidy Osama bin Laden (OBL). Akcja komandosów wstrząsnęła Al-Kaidą. W rok po zabiciu OBL warto postawić pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi? Odpowiedzi postaram się udzielić wspólnie z Michałem Holą, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu.

grafikaJak twierdzi Michał, rok po śmierci OBL Al-Kaida wydaje się niezdolna do przeprowadzenia samodzielnego, centralnie planowanego uderzenia na wielką skalę, podobnego do 11 września 2001 roku. Następcy OBL, Aymanowi al-Zawahiriemu, brakuje charyzmy i rozmachu, którym cechował się Osama (na zdjęciu fragment okładki magazynu Time autorstwa Tima O'Briena). Baza pod przywództwem Zawahiriego zdaje się tracić na znaczeniu w tym sensie, że nie nadaje już tonu ogólnoświatowemu dżihadowi wymierzonemu w Zachód. Nadal jest jednak punktem odniesienia dla wielu dżihadystów na całym świecie.

Według szacunków amerykańskiej armii i wywiadu w Afganistanie, w którym od dekady przebywają zachodnie wojska, znajduje się 100-200 bojowników Al-Kaidy. Ośrodki treningowe terrorystów zostały w znacznej mierze zniszczone, a oni sami przenieśli się raczej na górzyste afgańsko-pakistańskie pogranicze. To nie Al-Kaida prowadzi z Amerykanami wojnę partyzancką w Afganistanie. Jej rola jest niewielka. Michał Hola jest przeciwnego zdania, co powinienem w tym miejscu zaznaczyć.

Nowe teatry walk

Jednocześnie następuje rozprzestrzenianie się ideologii Al-Kaidy w regionie Afryki Północnej i Sahelu, Rogu Afryki, a nawet w Nigerii. Polem walki z terrorystami spod znaku wojowniczego islamu jest dziś głównie Jemen, gdzie prowadzona jest intensywna kampania ataków z powietrza (samoloty bezzałogowe) połączona z działaniami szkolonych przez Amerykanów oddziałów jemeńskich sił bezpieczeństwa. To w Jemenie działał posiadający amerykańskie obywatelstwo Anwar al-Awlaki, który został pierwszym obywatelem USA zabitym bez wyroku sądu na rozkaz Waszyngtonu (co wzbudziło wiele kontrowersji, podobnie jak rosnące wykorzystanie dronów w walce z terroryzmem rodzi coraz większe wątpliwości etyczne).

Problemy z terrorystami inspirowanymi Al-Kaidą ma także Somalia, gdzie lokalne ugrupowanie islamistyczne al-Shabab postanowiło przeprowadzić fuzję z Bazą i działać z nią ramie w ramię podczas walki z „niewiernymi”. Od listopada trwa skoordynowana ofensywa wymierzona w al-Shabab, w której biorą udział Kenia, Etiopia, lokalne siły stabilizacyjne pod flagą Unii Afrykańskiej (głównie Ugandyjczycy), miejscowe milicje klanowe oraz siły rządu tymczasowego. Pół roku po starcie kampanii trudno powiedzieć, że al-Shabab zostało stłamszone. Organizacja nadal kontroluje sporą część terytorium Somalii.

Warto zwrócić szczególną uwagę na Jemen i Somalię w kontekście Al-Kaidy, gdyż miejscowe uwarunkowania (słabe bądź nieistniejące państwo, skłócone klany/grupy etniczne, ubóstwo i brak perspektyw ludności, brak większego zainteresowania i wsparcia wspólnoty międzynarodowej) bardzo przypominają Afganistan. Kraje te są wręcz kopią bezpiecznej przystani, jaką dla terrorystów stał się Afganistan. W Afryce zyskali oni to, czego brakowało trochę w Afganistanie – przestrzeń. Bardzo łatwo jest „zgubić się” na rozległych pustkowiach i płaskowyżach albo w górzystym terenie. Obszary te są trudno dostępne i zapewniają terrorystom swobodę i bezpieczeństwo.

Z tego powodu należy uważnie przyglądać się działaniom AQIM (Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu), szczególnie aktywnej w Algierii oraz sytuacji w Mali, którego struktury państwowe przestają powoli istnieć (zamach stanu, próba kontr zamachu, secesja Tuaregów), a elementy radykalne rosną w siłę mimo stosunkowo niewielkiej liczebności (nadrabiają to świetną organizacją, lojalnością i zdolnościami bojowymi). Nie można pomijać też zagrożenia, jakie stanowi nigeryjska grupa Boko Haram, tak samo jak różnorakie organizacje w Azji Środkowej (Uzbekistan, Xinjang).

Cały czas bardzo poważne zagrożenie stanowią liczne ugrupowania w Pakistanie, spośród których największe możliwości posiada Lashkar-e-Taiba (LeT) i jej przykrywka, „charytatywna organizacja” Jamaat-ud-Da’wah. Zdaniem Michała Holi LeT posiada zdolność oraz możliwość do przeprowadzania spektakularnych zamachów poza tradycyjnym obszarem jej działania. Czy będzie to coś na kształt zamachów w Bombaju w 2008 roku? Beczką prochu jest Kaszmir, gdzie działa być  może więcej organizacji terrorystycznych niż na afgańsko-pakistańskim pograniczu.

Nowe zagrożenia ze strony terrorystów

Spada znaczenie Al-Kaidy jako organizacji zdolnej do samodzielnego dokonania wielkich zamachów, natomiast nie maleje rola jej ideologii. Liczba ugrupowań terrorystycznych już teraz jest duża, a nieustannie powstają nowe. Michał Hola twierdzi, że postępuje decentralizacja działań Al-Kaidy i ich regionalizacja. Nadal atrakcyjne jest podpinanie własnej organizacji pod Al-Kaidę (AQIM, AQAP – Al-Kaida Półwyspu Arabskiego, fuzja al-Shabab w Somalii z Al-Kaidą), jednak coraz częściej terroryści walczą o wąsko rozumiane cele o znaczeniu regionalnym, np. Al-Shabab chce odtworzyć islamski emirat Somalii, który trwał przez krótki czas rządów Unii Trybunałów Islamskich w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia. Najpierw chodzi w tym przypadku o władzę, później o szariat.

Obok decentralizacji i regionalizacji mamy do czynienia ze wzrostem znaczenia działań typu „individual jihad. Michał Hola powołuje się tutaj na wydawany przez AQAP internetowy magazyn INSPIRE, w którym zamieszcza się m.in. instrukcje wybierania celów i przygotowania ataków, posługiwania się bronią, produkcji i stosowania materiałów wybuchowych z łatwo dostępnych materiałów, czy produkcji zdalnie sterowanych, improwizowanych ładunków wybuchowych (śmiertelnych IEDs, znanych dobrze z Afganistanu i Iraku).

Terroryści liczą tu przede wszystkim na żyjących na Zachodzie muzułmanów, najczęściej młodych potomków imigrantów z Pakistanu czy MENA (Bliski Wschód i Afryka Północna) lub Nigeryjczyków, którzy radykalizują się i coraz częściej podejmują decyzję o podążeniu szlakiem dżihadu. Jeśli taka forma terroryzmu zyska na popularności, kraje Zachodu staną przed poważnym problemem. Można bowiem zwiększyć kontrolę nad meczetami czy miejscami, w których zbierają się radykalne elementy islamistyczne, jednak  nie sposób kontrolować wielomilionowych populacji wyznawców islamu (tym bardziej, że organizują się oni nierzadko w sieci, korzystając z portali, forów dyskusyjnych czy mediów społecznościowych). A co z konwertytami, którzy bywają jeszcze bardziej radykalni, a nierzadko nie ujawniają swoich poglądów, a czasem nawet faktu zmiany wyznania?

Jak skutecznie minimalizować zagrożenie?

Zabicie OBL było poważnym ciosem, który niewątpliwie osłabił Al-Kaidę i pozbawił globalny terroryzm jej najbardziej rozpoznawalnej twarzy i charyzmatycznego lidera. Równie ważna jak zabicie OBL jest jednak nieustająca i bardzo skuteczna kampania eliminacji przywództwa Al-Kaidy na każdym szczeblu. Ataki dronów oraz operacje sił specjalnych fizycznie wyeliminowały setki ważnych dla Bazy postaci.

Wyzwaniem na dziś jest niedopuszczenie do transformacji Jemenu, Somalii i innych zagrożonych państw/obszarów w bezpieczne przystanie dla terrorystów. Zachód musi wywierać na nich ciągłą presję, wymuszać przemieszczanie się i eliminować liderów. Drony i siły specjalne to jedna część odpowiedzi na pytanie, jak należy tego dokonać. Kluczowa jest współpraca z lokalnymi władzami/strukturami, wspieranie milicji klanowych czy elitarnych oddziałów bezpieczeństwa. Dodatkowo potrzebny jest jeszcze większy wysiłek w kierunku wczesnego wykrycia przypadków indywidualnego dżihadu, chociażby przez penetrację radykalnych środowisk i organizacji, w szczególności charytatywnych, które stanowią dla terrorystów doskonałą przykrywkę.

Odpowiadając na postawione we wstępie pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi, czy nie, należy stwierdzić, że chwilowo udało nam się ograniczyć zagrożenie terrorystyczne. Jednak stan ten nie potrwa wiecznie. Terroryści ewoluują i są kreatywni. Walka z nimi trwa na większej ilości frontów. Tylko aktywne zaangażowanie pozwoli Zachodowi (choć terroryzmem zagrożone są również Rosja, Indie czy Chiny) wygrywać w tej trudnej batalii.

Piotr Wołejko

*Wpis powstał przy współpracy z Michałem Holą, ekspertem ds. bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu, któremu bardzo dziękuję za pomoc i poświęcony czas, i zachęcam do śledzenia go na Twitterze.



niedziela, 15 kwietnia 2012

Pakistański parlament bez głosu sprzeciwu przyjął nowe wytyczne dla rządu w zakresie polityki zagranicznej, w szczególności stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, NATO oraz ISAF [czytaj w PDF]. Co wynika z tego dokumentu dla relacji pakistańsko-amerykańskich i dla pakistańskiej dyplomacji?

Najpierw wyciąg z wytycznych:

  1. Pakistan jest bardzo zirytowany naruszaniem swej suwerenności przez siły amerykańskie, w szczególności samoloty bezzałogowe dokonujące licznych ataków na terytorium kraju.
  2. W związku z powyższym wszelkie ataki dronów powinny zostać wstrzymane. Podobnie jak infiltracja pakistańskiego terytorium, pod jakimkolwiek pretekstem, w szczególności w tzw. pościgu (za rebeliantami z Afganistanu). Co więcej, przestrzeń powietrzna Pakistanu nie może być wykorzystywana do transportu uzbrojenia do Afganistanu.
  3. Pakistan domaga się równoprawnego do Indii traktowania w sprawie programu nuklearnego i broni jądrowej. Wyjątek uczyniony przez USA, a następnie wspólnotę międzynarodową dla Indii zmienił układ sił na niekorzyść Pakistanu.
  4. Amerykanie/NATO/ISAF powinni przeprosić za atak z końca listopada 2011 r., w którym zginęło 24 pakistańskich żołnierzy. Winni powinni zostać osądzeni.
  5. Zakazuje się podejmowania przez władze państwowe jakichkolwiek decyzji dotyczących bezpieczeństwa narodowego w formie ustnej. Dotychczasowe decyzje i umowy podjęte w tej formie tracą swą moc. Tworzy się specjalną procedurę zawierania umów z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Zakładają wgląd parlamentu w treść umów oraz jej przedstawienie w obu izbach parlamentu.
  6. Zakazuje się prowadzenia jawnych oraz tajnych operacji [przez strony trzecie – przyp. P.W.] na terytorium Pakistanu.
  7. Zakazuje się działalności kontraktorów (operatorów) prywatnych firm wojskowych lub wywiadowczych.
  8. Zakazuje się tworzenia zagranicznych baz wojskowych na terytorium Pakistanu.
  9. Konflikt w Afganistanie może być rozwiązany tylko drogą pojednania narodowego w procesie, na czele którego staną sami Afgańczycy.
  10. Celem pakistańskiej dyplomacji powinno być utrzymanie przyjaznego i bezpiecznego sąsiedztwa.
  11. Pakistan powinien aktywnie działać w kierunku realizacji projektów budowy gazociągów z Iranu i Turkmenistanu.
  12. Pakistan powinien aktywnie dążyć do uzyskania stałego członkostwa w Szanghajskiej Organizacji Współpracy.

Pakistańscy legislatorzy wspominają też o pogłębianiu strategicznych więzi z Chinami, pokojowej koegzystencji z Indiami, bliższej współpracy z Rosją i Unią Europejską. Jak zwykle, koncert życzeń w kierunku wszystkich głównych graczy, nie zapominając o świecie islamu, Radzie Współpracy Zatoki oraz krajach ASEAN. Pakistan zgadza się również na przywrócenie lądowej drogi zaopatrzeniowej dla sił ISAF/NATO, jednak planuje podnieść opłaty.

Pakistańska narracja

grafikaIslamabad dobrze wpasował się ze swoimi żądaniami pod adresem USA. Amerykanie wraz z NATO podtrzymują, iż do końca 2014 r. zamierzają wycofać zdecydowaną większość/całość sił z Afganistanu. Bez Pakistanu i jego wpływów po zachodniej stronie granicy nie uda się osiągnąć nawet szkieletowego porozumienia. Pakistan zabezpiecza swoje tyły, strategiczną głębię, chociażby poprzez utrzymywanie ugrupowania Hekmatjara czy wstrzymywanie się z operacjami wojskowymi w Północnym Wazyrystanie, bezpiecznej przystani talibów. Pakistan nie może pozwolić na wzrost wpływów Indii w Afganistanie, nie chce też pozwolić Ameryce na ułożenie spraw w Kabulu po swojemu. Pozytywny przekaz jest jasny – Afganistan ma być skrojony pod pakistańskie potrzeby i interesy. Nie jest to nic nowego, ale Zachód jakoś nie może tego zrozumieć.

Kwestia suwerenności od dawna denerwowała Pakistan i teraz sprawa wydaje się być postawiona na ostrzu noża. Wszystko skomplikował też rajd na Abbottabad z maju zeszłego roku, w wyniku którego Navy Seals zabili Osamę bin Ladena. Zaprzestanie ataków dronów mocno ograniczy możliwości eliminowania liderów talibskich bojówek. Z drugiej strony, ich eliminacja niewiele daje, gdyż zawsze ktoś zajmuje miejsce dotychczasowego lidera. A rebelia toczy się talej.

Pakistan pozycjonuje się w omawianym dokumencie na kraj pokrzywdzony przez długoletnią wyniszczającą wojnę z terrorem. Liczy na koncesje handlowe i pomoc. Amerykanie od lat wspierają Islamabad, w szczególności pakistańską armię. Przy skali potrzeb to na pewno niewiele, lecz obecnie panuje słaby klimat na wspieranie Pakistanu.

Ważny fragment wytycznych to deklaracja, iż pakistańskie terytorium nie powinno być wykorzystywane do jakichkolwiek ataków na inne kraje. Warto przypomnieć w tym miejscu o zamachach w Bombaju z listopada 2008 r., które zostały przeprowadzone przez pakistańskich terrorystów. Czy ta deklaracja dotyczy także takich przypadków? Czy Pakistan zajmie się wspieranymi przez lata terrorystami na poważnie? Do tej pory bywali przydatni w asymetrycznym konflikcie z Indiami.

Rząd Pakistanu powinien prowadzić politykę zagraniczną zgodnie z opisanymi wyżej wytycznymi. Wygląda na to, że będzie ona bardziej asertywna. Główne wektory nie mogły się zmienić – kierunek Chiny to podstawa. Dalej trudne, ale nadal opłacalne (głównie finansowo) relacje z Ameryką. Odbudowa zaufania i stabilizacja relacji z Indiami. Próba wyjścia na UE i Rosję oraz GCC i ASEAN. Wątpliwe, by Islamabad było stać na tak szerokie, a do tego skuteczne działania.

Odwrót z Afganistanu

Dla USA/ISAF/NATO pakistańskie wytyczne to kolejny sygnał, iż należy zwijać manatki z Afganistanu. Islamabad gra i będzie grał pod siebie, a ponoszone przez Zachód koszty mało go obchodzą. Co więcej, prawdziwy cel wojny w Afganistanie, czyli terroryści spod znaku Al-Kaidy, znajduje się aktualnie w Jemenie, Algierii czy Mali (Azawad, AQIM) bądź Somalii (al-Shabab) i wypadałoby skupić uwagę i zasoby na tych właśnie miejscach.

Piotr Wołejko



grafika: geotauaisay.com

poniedziałek, 05 marca 2012

Analizując sytuację w Afganistanie oraz trudne relacje w trójkącie Afganistan-Pakistan-Stany Zjednoczone dochodzi się w końcu do twierdzenia, które na pierwszy rzut oka wydaje się osobliwe. Dochodzi się bowiem do tego, iż walkę z islamskim radykalizmem należałoby prowadzić nie w afgańskich górach ani na afgańsko-pakistańskim pograniczu, a w pozornie spokojnej i stabilnej Arabii Saudyjskiej. Twierdzenie to z każdą minutą wydaje się coraz bardziej prawdopodobne i łatwe do udowodnienia. Można nawet z łatwością wskazać moment, od którego wszystko się zaczęło.

Sojusz władzy i religii

grafikaNa początek trochę historii. Ród Saudów opanował znaczną część Półwyspu Arabskiego, a w szczególności dwa święte miejsca islamu - Mekkę i Medynę - w sojuszu z wyznawcami bardzo radykalnej wersji islamu. Rozpropagował go Muhammad Ibn Abd al-Wahhaba, sunnicki imam, który żył w XVIII wieku. Wahhabi głosił powrót do źródeł, do pierwotnej czystości islamu i surowości obyczajów. Interpretował on Koran dosłownie - używając języka prawniczego dokonywał jego literalnej interpretacji. Każdy prawnik wie, że taka wykładnia jest ułomna, ponieważ może nie oddawać ducha przepisu/tekstu, którego interpretacji dokonujemy. Wahhabi nie bawił się jednak w subtelności, a jego wersja islamu zyskała na terytorium Arabii Saudyjskiej istotne poparcie. Ostatecznie Królestwo Arabii Saudyjskiej nabrało znanego nam dziś kształtu w 1932 roku. Dynastia Saudów u boku z wyznawcami Wahhabiego, tzw. wahhabitami, stworzyła najbardziej konserwatywne państwo wyznaniowe na ziemi.

Gdy w okresie II wojny światowej amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt mówił brytyjskiemu ambasadorowi Lordowi Halifaxowi, iż irańska ropa należy do was, Kuwejtem i Irakiem się podzielimy, natomiast Arabia Saudyjska jest nasza, nie zdawał sobie sprawy z jakim państwem wiąże przyszłość gospodarczą (a także polityczną) Stanów Zjednoczonych. Arabia Saudyjska posiada największe na świecie zasoby ropy naftowej i jest jej drugim producentem (wyprzedza ją Rosja, jednak warto zaznaczyć, iż Rijad posiada największą tzw. rezerwę mocy produkcyjnych, która pozwala Saudom elastycznie reagować na sytuację na rynku ropy) i jej wpływy rosły wprost proporcjonalnie do wzrostu eksport i cen ropy.

Anatomia dzisiejszych kłopotów

grafikaAmerykanie nie łamali sobie głowy ustrojem królestwa ani wewnętrznymi regulacjami społecznymi. Interesowała ich tylko ropa, a konkretnie stabilne dostawy surowca do Stanów oraz na globalny rynek. Napędzało to rozwój gospodarczy i sprzyjało modelowi ekonomicznemu Zachodu, opartemu na wolnym handlu i globalizacji. Rijad jest kluczowym sojusznikiem Waszyngtonu, stąd też Stany Zjednoczone z radością skorzystały z saudyjskiego wsparcia podczas tworzenia afgańskiego ruchu oporu przeciwko sowieckiej inwazji w latach 80. ubiegłego stulecia. Na afgańsko-pakistańskim pograniczu powstały liczne obozy szkoleniowe dla tzw. mudżahedinów, którzy prowadzili partyzancką wojnę z wojskami sowieckimi, wykrwawiając komunistyczne imperium. Amerykanie zapewniali broń i doradców wojskowych, Saudyjczycy wysyłali pieniądze, ochotników oraz eksportowali swoją wersję islamu. Już wtedy mudżahedini nie prowadzili wojny wyzwoleńczej a świętą wojnę. Gdy wojna ta była wymierzona w ZSRR, Amerykanie byli bardzo zadowoleni. Zupełnie nie zdawali sobie sprawy, że ideologia leżąca u podstaw świętej wojny doskonale pasuje także do zwalczania Stanów Zjednoczonych.

Brak orientacji w rzeczywistości państwa saudyjskiego można nazwać pierwszym błędem popełnionym przez Waszyngton. Drugim było wycofanie się z Pakistanu tuż po decyzji ZSRR o zakończeniu operacji w Afganistanie. Gdy w Stanach panowała euforia z powodu pobicia sowieckiego przeciwnika, a Francis Fukuyama wykuwał tezę o końcu historii, na afgańsko-pakistańskim pograniczu działały już setki, jeśli nie tysiące madres i meczetów finansowanych przez bogatych Saudyjczyków, a ich uczniowie - talibowie - gotowali się do przejęcia kontroli nad Afganistanem. Ciąg dalszy tej historii znamy. Talibowie w połowie lat 90. ubiegłego wieku opanowują Afganistan i wprowadzają fundamentalistyczne rządy oparte na dosłownej interpretacji Koranu. Zakazane zostają wszelkie gry, słuchanie muzyki i wszystko co zachodnie. Talibowie chętnie goszczą Osamę bin Ladena, udzielając mu bezpiecznego schronienia, które ten wykorzystuje do przygotowania zamachów z 11 września 2001 roku.

Gdy Amerykanie w szybkim tempie pozbawili talibów władzy nad Afganistanem i zniszczyli większość obozów szkoleniowych Al-Kaidy, powinni byli zastanowić się, skąd się to wszystko wzięło i jakie były tego przyczyny. Nieuchronnie doszliby po sznurku do kłębka, tj. do Arabii Saudyjskiej. Popełnili jednak trzeci błąd, nie próbując nawet analizować sytuacji w klasyczny  dla historyków sposób "przyczyna-przebieg-skutki", a skupili się na instalowaniu marionetkowego rządu Hamida Karzaja. Wkrótce wywołali wojenkę w Iraku, lekceważąc Afganistan. Takiej okazji talibowie nie mogli przepuścić - odbudowali się, urośli w siłę i do dziś prowadzą z Amerykanami i zachodnią koalicją wojnę partyzancką, którą niechybnie wygrają.

Oczy szeroko zamknięte

W jedenastym roku trwania okupacji Afganistanu warto wreszcie przejrzeć na oczy i dostrzec, iż serce sunnickiego radykalizmu bije w Arabii Saudyjskiej i Amerykanie muszą zająć się swoim bliskim sojusznikiem. Z Rijadu płynie szeroki strumień pieniędzy, a spora ich część trafia do organizacji prowadzących bądź propagujących świętą wojnę z... Ameryką. Wahhabizm jest wybitnie antyamerykański i antyzachodni. Władcy królestwa - dynastia Saudów - są jednak zakładnikami radykałów. Obawiają się poluzowania, nie mówiąc o całkowitym rozwiązaniu sojuszu, który doprowadził ich do władzy i pozwolił utrzymywać ją przez długie dekady.

Czego nie zrobią Saudowie, mogą dokonać zwykli obywatele. Arabska wiosna nie poruszyła Rijadem tylko dlatego, że królestwo jest obrzydliwie bogate i mogło swoich obywateli przekupić.  Ci zaczynają jednak zadawać coraz więcej pytań dotyczących praw i wolności, reprezentacji we władzy oraz swobód obyczajowych. Kobiety powoli podnoszą głowy i zaczynają negować wahhabickie restrykcje, takie jak zakaz prowadzenia przez nie samochodu czy wychodzenia na ulicę bez towarzystwa męża lub męskiego członka rodziny. Gospodarka Arabii Saudyjskiej opiera się praktycznie wyłącznie na ropie naftowej. Oprócz niej królestwo niewiele wytwarza i eksportuje. Dla młodej i coraz lepiej wykształconej populacji brakuje interesujących miejsc pracy.

Sytuacji nie poprawiają trudne stosunki panujące w łonie rodziny Saudów. Liczy ona kilka tysięcy książąt, spośród których tylko nieliczni mają szanse na najwyższe stanowiska, a jeszcze węższy krąg jest brany pod uwagę przy sukcesji tronu. Król Abdullah jest już bardzo wiekowy (rocznik 1924), a jego potencjalny następca, książę Nayef, też nie jest młodzieniaszkiem (rocznik 1933). Inni kandydaci też najczęściej przekroczyli już sześćdziesiątkę, a to oznacza, że zupełnie nie rozumieją potrzeb swoich poddanych i nie przeprowadzą pożądanych zmian. Pojawia się pytanie, kiedy skostniała struktura Arabii Saudyjskiej posypie się jak domek z kart?

Efekty nastania wiosny w Rijadzie

Na koniec uwaga geopolityczna: jak wobec ewentualnego zamieszania w królestwie zachowają się Stany Zjednoczone? Czy będą bronić dynastii Saudów, którą wspierali od lat 40. XX wieku? Czy raczej zachowają się jak w przypadku innego sojusznika - egipskiego prezydenta Hosniego Mubaraka? Jaką politykę wobec USA i problemów regionu będą prowadziły nowe władze saudyjskie? Czy będą prezentować linię podobną do egipskiej, czyli dystansu wobec Ameryki? Jak wpłynie to na ceny ropy, a przez to na globalną gospodarkę? O ile rewolucje w Tunezji, Libii i Egipcie można było jeszcze pominąć, to destabilizacja Arabii Saudyjskiej jest scenariuszem jak z najgorszego koszmaru. Powinniśmy się jednak powoli przyzwyczajać do myśli, iż obecny system władzy nie jest wieczny.

Piotr Wołejko

 

grafiki: Wikimedia Commons, slantedright.blogspot.com

wtorek, 21 lutego 2012

Obraz wojny w Afganistanie przekazywany opinii publicznej przez władze i media ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Mimo wysiłku ostatnich dwóch lat, gdy liczba żołnierzy w Afganistanie zwiększyła się o kilkadziesiąt tysięcy, podpułkownik Daniel Davis z U.S. Army twierdzi, że zaobserwował „brak sukcesów na praktycznie każdym poziomie”. Liczba ofiar (zabici i ranni) rośnie z roku na rok, podobnie jak ilość ataków rebeliantów, a afgańska armia i policja to wirtualne byty, niezdolne do zapewnienia bezpieczeństwa po wycofaniu się z kraju sił zachodniej koalicji.

Podpułkownik Davis, w służbie od 1985 roku, czterokrotny uczestnik misji bojowych (operacja Pustynna Burza, Afganistan 2005-2006, Irak 2008-2009 i ponownie Afganistan 2010-2011), przygotował dwa raporty (jeden z nich tajny, przeznaczony dla członków Kongresu, senatorów, władz państwowych; drugi, w formacie PDF, znajdziecie tutaj) zawierające obserwacje i wnioski dotyczące sytuacji w Afganistanie, a także artykuł w Armed Forces Journal, w którym skrótowo wyłożył swoje zdanie. Zainteresowanym szczegółami polecam zapoznanie się z podlinkowanymi wyżej materiałami. Poniżej zwięzłe streszczenie raportu.

Afganistan – prawda z pola walki

Nic nie działa lepiej niż liczby i cytaty. Przyjrzymy się więc liczbie amerykańskich żołnierzy w Afganistanie w kolejnych latach: 21,100 (2005), 23,300 (2006), 26,400 (2007), 35,600 (2008), 69,000 (2009), 102,000 (2010 i 2011). Dane dotyczą momentu szczytowego, przed końcem 2011 roku rozpoczęła się redukcja amerykańskiego kontyngentu, który ma powrócić do rozmiaru sprzed 2010 roku w roku obecnym. Procentowo wzrost liczebności sił amerykańskich przedstawia się następująco: 15% (2005), 10% (2006), 12% (2007), 26% (2008), 49% (2009), 32% (2010) i 0% (2011). A jak wygląda statystyka zabitych i rannych? Nieprzerwany wzrost, przy czym jest on znacznie większy w latach 2009-2010: 26% (2005), 26% (2006), 43% (2007), 9% (2008), 62% (2009) i 57% (2010).

grafika

źródło: short-sharp-shock.blogspot.com via MSNBC

Ilość zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy dramatycznie rośnie w analizowanym przedziale czasu. W roku 2004 zginęło 52 żołnierzy, a 218 zostało rannych, co przekłada się na 270 ofiar walk w Afganistanie. Rok 2005 to odpowiednio: 99 zabitych i 268 rannych (367 ogółem), natomiast rok 2006 przyniósł w sumie 498 ofiar (98 zabitych i 400 rannych). Liczba ta niemal ulega podwojeniu w 2007 roku – 117 zabitych, 749 rannych (866 ofiar) i zbliża się do tysiąca w roku 2008: 155 zabitych i 795 rannych, co daje łącznie 950 ofiar.

Kolejne lata to już statystyki prawdziwie szokujące: rok 2009 przyniósł 2459 ofiar, z czego 317 stanowili zabici, a 2142 ranni; rok 2010 przyniósł już 5739 ofiar, z czego 499 stanowili zabici, a 5240 ranni; rok 2011 przyniósł nieco mniej ofiar niż poprzedni – 5542, z czego 418 stanowili zabici, a 5124 ranni.

Z czego wynikają tak alarmujące dane? Wystarczy porównać rok 2009 z 2011, by zobaczyć dramatyczny wzrost liczby ogólnych aktów przemocy – z nieco ponad 15 tys. do 27,700 oraz liczby improwizowanych ładunków wybuchowych (IEDs; znalezionych oraz tych, które eksplodowały) z niespełna 5,200 do 11 tys. W tym samym czasie liczba zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy wzrosła o 164%.

Afgańskie siły bezpieczeństwa – śmiech na sali

Już w 2004 roku wysocy rangą oficerowie amerykańskiej armii sprzedawali opinii publicznej historie o rozbudowującej się i mężnie walczącej narodowej armii afgańskiej (ANA). Davis w swoim raporcie przytacza wypowiedzi m.in. gen. Waltera Sharpa z posiedzenia Komisji Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów USA: „Rozwój ANA to bez wątpienia jedno z najlepszych ostatnich doniesień z Afganistanu (…) Gdziekolwiek ANA się nie pojawi, jej profesjonalizm wzbudza entuzjazm Afgańczyków”. W podobnym tonie, na posiedzeniu analogicznej komisji senackiej w roku 2005 wypowiadał się gen. John Abizaid: „Amerykańscy dowódcy raportują, iż afgańska armia świetnie sprawdza się w boju przeciwko rebeliantom na południowej granicy kraju”. Nie inaczej wypowiadał się, na posiedzeniu komisji w Izbie w 2007 roku, gen. Karl Eikenberry: „Afgańska armia oraz afgańska policja (…) cały czas rosną w siłę i osiągnęły imponujący poziom integracji wertykalnej i horyzontalnej pod okiem koalicyjnych mentorów (…) Odgrywają one istotną rolę w zapewnianiu stabilizacji własnego narodu”.

Tymczasem, jak dowodzi Davis, Afgańczycy do dziś przeprowadzają operacje praktycznie wyłącznie przy aktywnym współudziale sił koalicyjnych, nie podejmując w zasadzie samodzielnych działań. Wojsko jest słabo wyszkolone i niezdyscyplinowane (dezercje są codziennością), do tego podzielone etnicznie (sytuacja policji jest analogiczna). Co więcej, żołnierze i policjanci są zastraszeni przez talibów, obawiając się zemsty na swoich rodzinach, a nawet własnej śmierci poza koszarami/posterunkiem policji. Sytuacji nie ułatwia skorumpowana administracja pod wodzą prezydenta Karzaja. Davis tego nie mówi, ale jest jasne, że po opuszczeniu Afganistanu przez wojska koalicji, policja i armia rozpierzchną się na cztery wiatry, a władzę w Kabulu przejmą popierani przez Pakistan talibowie.

Konkluzja – na co to wszystko?

Raport Davisa potwierdza to, co powszechnie wiadomo o sytuacji w Afganistanie. Jest jednak o tyle cenniejsze, że mówi to doświadczony żołnierz, który zna armię i pole walki od podszewki. Oczywiście dowództwo sił zbrojnych USA niezwłocznie zaprzeczyło rewelacjom Davisa, jednak w swoim raporcie podpułkownik ukazuje również mechanizm manipulacji opinii publicznej przez polityków i najwyższych dowódców (jak mniemam, stłamszonych przez polityków, od których zależą ich kariery i generalskie gwiazdki). W sprawie wojny irackiej oraz afgańskiej Biały Dom i Pentagon prowadzą (w przypadku Iraku prowadziły) zakrojoną na szeroką skalę wojnę propagandową, której celem jest przekonanie społeczeństwa, iż wszystko zmierza w dobrą stronę, ku szczęśliwemu końcowi. Media, o których Davis również wspomina w raporcie, pozwoliły się stłamsić i w przypadku wojen stały się tubami propagandowymi administracji.

Tymczasem, nie bardzo wiadomo po co zginęły tysiące żołnierzy koalicji (głównie Amerykanie), a kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Taktyczne sukcesiki są prezentowane jak wielkie i ważne wiktorie, a w rzeczywistości w Afganistanie koalicja ponosi strategiczną klęskę biorąc udział w wojnie domowej, stojąc po przegranej stronie. Karzaj nie cieszy się zaufaniem Pakistanu i najpewniej będzie musiał wkrótce odejść. Czy naprawdę Zachód musi być uwikłany w Afganistanie jeszcze przez dwa lata, skoro od dłuższego czasu jest jasne, że odwlekamy tylko nieuniknione? że w Kabulu rządzić i tak będą talibowie lub podobne im ugrupowanie, wspierane finansowo i logistycznie przez Pakistan? Udało się bardzo poważnie osłabić al-Kaidę, zabić i aresztować wielu jej członków i przywódców, z Osamą bin Ladenem na czele, natomiast nie udało się (i nie uda się) powstrzymać Pakistanu przed zainstalowaniem w Kabulu takich władz, jakich Islamabad/Rawalpindi (siedziba rządu/kwatera główna armii) sobie życzą. Problem radykalizmu islamskiego, zwalczany rzekomo w Afganistanie, można rozwiązać nie w tym kraju, a nawet nie w Pakistanie.

Prawdziwym celem walki z radykalizmem powinna być Arabia Saudyjska – obrzydliwie bogaty siewca najbardziej fundamentalnej interpretacji sunnizmu, tj. wahabizmu (Rijad to główny sponsor i ideolog pakistańskich madras, z których wywodzą się talibowie).

Piotr Wołejko

czwartek, 02 lutego 2012

Do końca 2013 roku zmieni się rola amerykańskich wojsk w Afganistanie, zapowiedział sekretarz obrony Leon Panetta przed spotkaniem ministrów państw NATO w Lizbonie. Siły USA zaprzestaną prowadzenia działań bojowych, skupiając się na szkoleniu oraz wsparciu Afgańczyków. Utrzymany zostanie termin wycofania wszystkich wojsk zachodnich wraz z końcem 2014 roku. Szef Pentagonu wywołał burzę w Stanach Zjednoczonych, głównie w Partii Republikańskiej, przedstawiając nowe założenia strategii afgańskiej tuż po ujawnieniu kolejnych informacji potwierdzających, iż talibowie mają silne wsparcie Islamabadu, w szczególności pakistańskiego wywiadu wojskowego ISI.

Atak na Panettę i Obamę, który rozpętali republikanie – z Mittem Romneyem i Johnem McCainem na czele – opiera się na argumencie, iż publiczne ogłaszanie informacji o zmianie roli wojsk zachodnich oraz podawanie terminarza wycofania sił dramatycznie osłabia pozycję USA i kontyngentu ISAF, w tym utrudnia negocjacje z talibami. Przeciwnik weźmie Amerykanów i Zachód na przetrzymanie, ma czas.

Pozory mylą

grafikaArgument słuszny, co nie oznacza, że prawdziwy. Jak to? Gdzież tu logika? Otóż, argument jest słuszny, jednak opiera się na fałszywych przesłankach. Pozornie wszystko jest z nim ok, ale to tylko fasada. Dlaczego? Po pierwsze, zwycięstwo militarne nad talibami jest praktycznie niemożliwe. Operacja afgańska trwa już 11 rok i końca nie widać. Jak dokręci się talibom śrubę na wschodzie, to odradzają się na południu, a gdy dociśnie się na południu, wzmocnią się na zachodzie kraju. Zawsze mogą też liczyć na bezpieczną przystań na afgańsko-pakistańskim pograniczu oraz wsparcie Pakistanu. Po drugie, negocjacje z talibami to fikcja jakich mało. Nie wierzą w nie sami Amerykanie, chociaż nigdy nie przyznają tego otwarcie.

Pakistan traktuje Afganistan jako zaplecze w ewentualnym konflikcie z Indiami. Gdyby zaistniała potrzeba wycofania się i reorganizacji sił, terytorium Afganistanu zapewnia bufor bezpieczeństwa. Warunkiem skorzystania ze strategicznej głębi są przyjazne Islamabadowi władze w Kabulu. Talibowie wyśmienicie spełniali ten warunek i utrzymywali przyjazne relacje ze swoimi patronami z Pakistanu. Po 11 września Pakistańczycy musieli opowiedzieć się po stronie USA (słynne słowa Busha: kto nie z nami, ten przeciwko nam), jednak nigdy nie zerwali więzów z talibami. Owszem, pakistańska armia walczy z różnej maści radykałami, być może nawet odłamami talibów, utrzymując przy tym ścisłe powiązania z przywódcami i watażkami zbyt cennymi, by sprzedać ich nawet za miliardy dolarów. Pakistan i talibowie doskonale rozumieją, iż Amerykanie kiedyś odejdą, a oni zostaną.

Dla Pakistanu Hamid Karzaj nie jest wiarygodnym partnerem. Islamabad oraz Rawalpindi (gdzie mieści się kwatera główna pakistańskiej armii) podejrzewają Karzaja o sympatie proindyjskie. Obawa przed okrążeniem przez Indie przeważa nad jakimikolwiek innymi kalkulacjami geopolitycznymi. I tutaj płynnie przechodzimy do drugiej fałszywej przesłanki argumentu republikanów i pozostałych zwolenników kontynuowania misji afgańskiej. Karzaj i Amerykanie prowadzą negocjacje z talibami. Zdaniem wielu ekspertów, tylko takie „polityczne” rozwiązanie może doprowadzić do zakończenia trwającej ponad dekadę okupacji Afganistanu. Problem w tym, że z tych negocjacji nie wyniknie trwałe porozumienie.

Spojrzenie w przeszłość pozwala poznać przyszłość

Skąd tak kategoryczne przekonanie? Zawsze można się mylić, warto poczynić takie zastrzeżenie. Natomiast historia uczy, iż porozumienie z miejscowymi rebeliantami, zwalczającymi marionetkowy rząd narzucony przez okupanta, a w szczególności układy w Afganistanie, nie sprawdzają się. W tym miejscu można przypomnieć chociażby o brytyjskiej armii Indusu, o losie której przypomniała w jednym z ostatnich numerów Polityka. Jak słusznie zauważa autor tekstu Tomasz Targański, w Afganistanie „dane słowo nie znaczyło wiele, a występek zdawał się orężem równie skutecznym co muszkiet”. Brytyjski oddział został wybity do nogi, wraz z cywilami, których eskortował, mimo przyrzeczenia przez lidera rebeliantów Akbara Khana o zapewnieniu bezpiecznego przejścia. Podczas gdy jego ludzie nieustannie atakowali Brytyjczyków, Khan tłumaczył ich dowódcy, iż nie kontroluje on wszystkich powstańczych oddziałów. Brzmi znajomo? Od czasu brytyjskiego panowania w Indiach i walk o kontrolę nad Afganistanem niewiele się zmieniło.

Nie można też nie pamiętać o Wietnamie, z którego Amerykanie wycofywali się po zawarciu porozumienia z komunistami z Północy. W zasadzie gdy patrzy się na dzisiejszy Afganistan, można dostrzec wykorzystanie wietnamskiego scenariusza. Długa, kosztowna i wycieńczająca walka, która w żaden sposób nie zbliża Amerykanów do zakończenia konfliktu po ich myśli. W międzyczasie próba lokalizacji wojny (wówczas wietnamizacji, dziś afganizacji – chodzi o to, by miejscowi przejęli ciężar walk na swoje barki, polegając na wsparciu doradczym, technicznym i finansowym ze strony USA) i szukania porozumienia z przeciwnikiem. W przypadku Wietnamu zawarto oficjalne porozumienie na międzynarodowej konferencji w Paryżu, a jego autorzy otrzymali pokojowego Nobla. Wiemy, co wydarzyło się później. Północ zaatakowała Południe i dość łatwo je pokonała, jednocząc Wietnam pod komunistycznymi rządami.

Wyjść z Afganistanu najpóźniej z końcem 2012 roku

Trudno nie odnieść wrażenia, że do podobnego scenariusza zmierza sytuacja w Afganistanie. W ostatecznym rozrachunku po władzę sięgną talibowie lub ich akolici, którym patronować będzie Pakistan. Być może Al-Kaida lub inne organizacje terrorystyczne nie znajdą ponownie przystani w Afganistanie, lecz nowe władze nie powinny znacząco różnić się od tych, które obalili Amerykanie po 11 września 2001 roku. Dlatego jak najbardziej zasadne jest domaganie się szybkiego zakończenia misji afgańskiej i wycofania zachodnich wojsk. Niewiele jest w Afganistanie do ugrania. Czas przestać narażać życie żołnierzy i wydawać mnóstwo pieniędzy na walkę, której nie można wygrać. O przyszłości Afganistanu zdecyduje Pakistan.

Piotr Wołejko

 

grafika: unitednews.com.pk

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook