Wpisy z tagiem: Somalia

czwartek, 27 stycznia 2011

W ubiegły piątek, 21 stycznia BBC poinformowało o udanej akcji odbicia porwanego przez piratów statku handlowego, której głównymi bohaterami byli południowokoreańscy komandosi. Somalijscy napastnicy przejęli kontrolę nad jednostką Samho Jewelry przewożącą chemikalia ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich na Sri Lankę. Statek został zaatakowany na wodach między Omanem a Indiami, 1300 kilometrów od somalijskiego wybrzeża.

Rozmach piratów

Rok 2010 przyniósł największą w historii liczbę aktów piractwa morskiego. Porwano ponad 50 statków, na pokładach których znajdowało się blisko 1200 członków załogi. Większość ataków miała miejsce w tzw. okolicach Somalii i Jemenu, czyli na terenach łowieckich somalijskich piratów. Jednak niebezpiecznie jest także na innych akwenach, chociażby w okolicach Nigerii czy Indonezji. Napisałem o okolicach Somalii i Jemenu, gdyż obszar, na którym statki handlowe są narażone na ataki, nieustannie się powiększa.

grafikaPiraci atakują już nie w odległości do 100 czy 250 kilometrów od własnych wybrzeży, tylko 600, 800 a nawet 1000 i więcej kilometrów od somalijskiego wybrzeża. Wspomniany we wstępie atak na Samho Jewelry pokazuje, że odległość zaczyna tracić na znaczeniu. Mówiąc inaczej, piraci zyskali większą swobodę działania. Dostosowali się do nowych, trudniejszych warunków. Ustanowiona w 2008 roku misja antypiracka, w której udział bierze kilkadziesiąt państw, pomogła w ustabilizowaniu sytuacji w Zatoce Adeńskiej. Także w pobliżu somalijskiego wybrzeża zrobiło się bezpieczniej. Piraci odrobili jednak lekcje i znaleźli sposób na kontynuowanie przestępczej działalności.

Oddajmy głos wiceadmirałowi Markowi Foxowi, stojącemu na czele amerykańskiej 5. floty, która bierze aktywny udział w zwalczaniu somalijskich piratów: "Po raz pierwszy obserwujemy trwałe, zwiększone wykorzystanie tzw. statków-matek - funkcjonuje nawet do ośmiu pirackich grup jednocześnie, które są rozlokowane w regionie". To zmienia warunki gry, dodaje Fox. Statek-matka pozwala w istotny sposób zwiększyć skalę działania, zapewnia też osłonę dla mniejszych jednostek, głównie łodzi motorowych, które przeprowadzają ataki. W efekcie, piraci atakują tam, gdzie nie sięga karząca ręka zagranicznych okrętów wojennych.

Rosnące koszty upadłości Somalii

Zmiana warunków gry oznacza poważne kłopoty dla handlu międzynarodowego. Dotychczasowa aktywność piratów przynosiła stratę rzędu 7 miliardów dolarów rocznie z powodu spadku przychodów z frachtu oraz wyższych kosztów ubezpieczenia. W kwocie tej najpewniej uwzględniono także koszt "wykupienia" porwanego statku i załogi. Jeśli piraci będą mieli większą swobodę działania, a na to się zanosi, rok 2011 może być jeszcze bardziej niebezpieczny od swego poprzednika. A, przypomnijmy, rok 2010 był pod względem ilości porwań rekordowy.

Problem piractwa morskiego jest o tyle poważny, że nie da się zabezpieczyć każdego akwenu poprzez obecność okrętów wojennych. Jest to fizycznie niemożliwe, a mówimy wyłącznie o szlakach handlowych. Działania prewencyjne w postaci koalicji antypirackich i wystawiania wspólnych flot mają pozytywny, acz ograniczony wpływ na bezpieczeństwo handlu morskiego.  Skoro państwa nie mogą poradzić sobie z piratami, będzie to musiał zrobić sektor prywatny. Na pokładach statków handlowych może pojawić się uzbrojenie bądź uzbrojeni ochroniarze. Być może prywatne agencje stworzą własną flotę uzbrojonych okrętów ochronnych, którą zaoferują armatorom za odpowiednią opłatą.

A piractwo, przynajmniej w wydaniu somalijskim, nie zniknie dopóty, dopóki nie zostanie ustabilizowana sytuacja wewnętrzna w Somalii. W tę czy inną stronę. Chaos i anarchia w tym kraju stają się coraz bardziej kosztowne dla świata.

Piotr Wołejko

 

grafika: themaritimelawyer.com

sobota, 27 lutego 2010

Zarówno w obliczu katastrofy naturalnej na Haiti, jak i słabości bądź nieistnienia struktur państwowych w Somalii, Afganistanie czy Jemenie, społeczność międzynarodowa stoi przed podobnym problemem - czy i ewentualnie jak można pomóc "upadłym" i odbudować kraje, z których pozostały tylko zgliszcza.

grafikaOperacje typu nation-building (naprawy, odbudowy państw), polegające na postawieniu na nogi instytucji państwa, stają się coraz istotniejszym wyzwaniem, przed którym stoją nie tylko bogate i rozwinięte kraje Zachodu. Upadli znajdują się bowiem najczęściej w sąsiedztwie państw rozwijających się. Weźmy choćby Republikę Południowej Afryki, która zmaga się od wielu już  lat z milionami imigrantów z sąsiedniego Zimbabwe. Po amerykańskiej inwazji na Irak do Syrii napłynęła fala uchodźców. Podobnie działo się jeszcze przed amerykańską inwazją na Afganistan w przypadku Iranu, który stał się schronieniem dla tysięcy ludzi uciekających przed talibami.

Jednak uchodźcy to tylko wierzchołek lodowej góry problemów związanych z upadłymi państwami. Jak pokazały przykłady Somalii, Afganistanu, Jemenu czy Sudanu, słabość państw doskonale wykorzystują rozmaici ludzie i siły spod ciemnej gwiazdy, od przemytników po zorganizowaną przestępczość, od piratów po terrorystów. Często siły te są wspierane przez lokalnych watażków. W efekcie dochodzi dzisiaj do paranoicznej sytuacji, w której każdy kilometr kwadratowy ziemi niczyjej może być traktowany jako źródło przyszłego zagrożenia.

Amerykańskie operacje w Afganistanie i Iraku, ale także europejskie i natowskie zaangażowanie w Bośni czy Kosowie lub oenzetowskie w Demokratycznej Republice Kongo pokazują, że odbudowa cywilnych instytucji państwa, a także zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego są kosztowne i bardzo trudne. Wymagają również długoterminowego zaangażowania: finansowego, wojskowego oraz cywilnego. Zabezpieczenie odpowiednich środków, sił zbrojnych i policyjnych, a także cywilnych ekspertów w rozmaitych dziedzinach nawet na papierze wygląda na skomplikowane.

Pytanie, czy można pomóc upadłym państwom podnieść się i powrócić do względnej stabilności. Patrząc na dotychczasowe próby, odpowiedź powinna być negatywna. Nie można porównywać zakończonej sukcesem odbudowy zniszczonej wojną Europy czy Japonii z dzisiejszymi wyzwaniami w postaci krajów takich jak Haiti, Somalia czy Afganistan. Brak tam tradycji państwowo-społecznych, które pozwalałyby ufać w powodzenie operacji "naprawczej". Stąd z dużym sceptycyzmem należy potraktować wezwanie Richarda Haassa, prezydenta Council on Foreign Relations, do jak najszybszego stworzenia przez Stany Zjednoczone licznych cywilnych jednostek "naprawczych", zdolnych do wsparcia państw upadłych.

Propozycja Haassa jest bardzo romantyczna i idealistyczna, może być odebrana jako element amerykańskiego imperializmu, o który Stany Zjednoczone są nieustannie oskarżane. Jednak przede wszystkim jest to pomysł nierealistyczny, oparty na wątłych podstawach faktycznych. A dzisiaj także finansowych, gdyż Ameryki po prostu nie stać na kontynuowanie "naprawiania" świata. Wystarczy Irak i Afganistan, które mimo wieloletnich nakładów oraz zaangażowania setek tysięcy żołnierzy oraz pracowników cywilnych dalekie są od osiągnięcia stanu, w którym moglibyśmy powiedzieć - "te państwa samodzielnie dadzą radę".

Co w takim razie należy zrobić? Czy Europa może sobie pozwolić na istnienie słabych państw w swoim sąsiedztwie, takich jak chociażby Kosowo, Bośnia i Hercegowina czy Mołdowa? Słabi u granic nie wróżą niczego dobrego. W przypadku tych państw można ufać, że scenariusz somalijski czy afgański jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak co zrobić z państwami takimi jak Somalia, Zimbabwe czy Jemen - położonymi daleko od zamożnych państw Zachodu, mogących potencjalnie stać się przechowalnią lub inkubatorem wrogich naszym wartościom sił? Albo inaczej, które mogą swoją niestabilnością zagrażać innym, stabilnym lub w miarę stabilnym państwom regionu?

Richard Haass twierdzi, że pomoc dla lub naprawa upadających państw jest mniej kosztowna od odbudowy państw upadłych. Ciężko przyjąć taki argument na wiarę, gdyż każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. W przypadku zdrowia człowieka lepiej stosować profilaktykę niż zwalczać skutki choroby, jednak niektóre schorzenia są nieuleczalne bądź ich leczenie kosztuje bardzo dużo pieniędzy.

Podobnie jest w przypadku państw. Niektórym można pomóc zanim popadną w tarapaty, inne można spróbować odbudować - o ile sobie tego życzą. Różnica pomiędzy organizmem człowieka a państwa jest taka, że człowiek w ostateczności umiera, a nawet upadłe państwo nadal żyje. Wszystkim nie da się pomóc i powinniśmy się do tej myśli przyzwyczaić.

Piotr Wołejko

grafika: npr.org

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

poniedziałek, 04 stycznia 2010

Kilka tygodni po ogłoszeniu przez Baracka Obamę decyzji o wysłaniu dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy do Afganistanu na pierwszy plan walki z terroryzmem wysuwa się Jemen. Powiązania z tym krajem to wspólna cecha niedoszłego zamachowcy z lotu Notrhwest do Detroit oraz mordercy z bazy wojskowej Fort Hood. Amerykanie muszą skupić uwagę ne Jemenie, a za uwagą pójdą środki finansowe oraz broń. To pewne.

Biedni i uzbrojeni po zęby

Jemen to jeden z najuboższych państw świata. W dodatku sytuacja będzie się pogarszać. Zdecydowaną część dochodów budżetowych zapewnia eksport ropy, której złoża wyczerpują się. Problemem jest także brak wody pitnej. Populacja ma w najbliższych dwóch dekadach podwoić się, do ok. 40 milionów, a w ciągu trzech dekad nawet potroić, czyli osiągnąć 60 milionów. Mieszankę wybuchową dopełnia słaby rząd centralny, rozdzierające kraj rebelie oraz ogromna militaryzacja społeczeństwa - w Jemenie jest przynajmniej kilka razy więcej broni palnej niż mieszkańców.

Nic dziwnego, że Jemen stał się idealnym miejscem dla terrorystów, którzy nie tylko znaleźli na południu Półwyspu Arabskiego lokalizację dla własnych baz, ale mogli także z łatwością werbować nowych ludzi do swej siatki oraz zdobyć poparcie miejscowej ludności.

Co nagle, to po diable

Po nieudanym zamachu w samolocie amerykańskich linii w Stanach Zjednoczonych zawrzało. Systemowa porażka, jak określił incydent w Detroit Barack Obama bardzo Amerykanów zabolała. Kilkanaście agencji walczących z terroryzmem, miliardy dolarów wydawane na ludzi i sprzęt, gigantyczne bazy danych, wojna w Afganistanie - a do pierwszego od 11 września 2001 roku zamachu na amerykańskiej ziemi było bardzo blisko. Oprócz odkrycia przyczyn wspomnianej porażki w Waszyngtonie zastanawiano się nad odpowiedzią militarną. Może ona jednak przynieść więcej szkód niż pożytku, jeśli nastąpi za szybko i bez odpowiedniego rozeznania.

Z drugiej strony, wspieranie jemeńskiego reżimu może budzić wątpliwości. Po pierwsze, rządzący zajęci są bardziej własnym przetrwaniem niż realnym rządzeniem. Reżim nie należy do najstabilniejszych i trzeba liczyć się z jego upadkiem. Oczywiście nie natychmiast, czyli nie dziś lub jutro. Po drugie, Jemeńczycy prezentują nastawienie roszczeniowe, zainteresowani są pozyskaniem pomocy finansowej, ale trudno spodziewać się, że dobrze ją wykorzystają. Amerykanie mają więc niestabilny, skorumpowany i średnio popularny reżim za swojego głównego sojusznika w walce z rodzimymi i zagranicznymi terrorystami. Brzmi to niezbyt obiecująco i nie wróży wielkich sukcesów.

Kolejka za Jemenem

grafikaOsłabione kryzysem finansowym Stany Zjednoczone, borykające się z ogromnym deficytem budżetowym muszą oszczędnie dysponować posiadanymi środkami. Tymczasem wojna w Afganistanie będzie kosztować więcej, w dodatku wymaga udziału większej liczby żołnierzy i wykorzystania dodatkowego sprzętu, a Jemen już czeka na to, aby się nim zająć. O inwazji, takiej jak w przypadku Afganistanu nie ma mowy. Nie można jednak wykluczyć operacji amerykańskich sił specjalnych czy ataków z powietrza (lotnictwo, rakiety z okrętów US  Navy czy bezzałogowców).

Jemen to niestety nie koniec. Po drugiej stronie Zatoki Adeńskiej znajduje się Somalia, w której o władzę walczą obecnie dwie radykalne frakcje islamistów oraz słaby rząd tymczasowy. Dwa lata temu Etiopia obaliła świeży reżim tzw. Unii Trybunałów Islamskich, oskarżanych przez USA o wspieranie Al-Kaidy. Radykałowie i terroryści z Somalii nie zniknęli. Ba, jedna z dwóch wspomnianych wyżej grup ogłosiła, że wysyła część swoich bojowników do Jemenu - nowego frontu walki z terroryzmem.

Somalia to przypadek o wiele bardziej skomplikowany niż Jemen. Od początku lat 90. kraj ten, jeśli w ogóle można użyć tego pojęcia w przypadku Somalii, pozbawiony jest jakiejkolwiek władzy centralnej.Większość obywateli żyje w skrajnej biedzie, a poszczególnymi połaciami terytorium rządzą uzbrojeni po zęby watażkowie. Na wybrzeżu zaś rozlokowali się piraci, o których znowu głośniej w światowych mediach z powodu porwania kilku kolejnych statków.

Wyzwanie XXI wieku

Jak poradzić sobie z upadłymi państwami, które stały się bądź mogą się stać doskonałą bazą dla terrorystów? Jak wydźwignąć ze skrajnej biedy miliony ludzi, wyrywając ich z rąk radykałów? Jak poradzić sobie z propagandą islamistów, która skutecznie mami nie tylko biednych analfabetów, ale także wykształconych ludzi, często z bogatych domów i tzw. dobrych rodzin?

Żadne państwo samodzielnie nie poradzi sobie z nation-building, czyli budowaniem państwowości od podstaw. Amerykanie próbowali w Iraku, próbują w Afganistanie i nic z tego nie wychodzi. Czy pod auspicjami ONZ sytuacja byłaby inna? Czy jest w ogóle nadzieja na naprawienie sytuacji w Somalii i Afganistanie? Co jest rozwiązaniem? Bezpieczeństwo, pomoc ekonomiczna - w jakich proporcjach, kto by je zapewniał?

Więcej pytań niż odpowiedzi. Te bowiem wymagałyby nie tylko refleksji, ale kompleksowej współpracy wielu państw. A może lepiej pozostawić upadłych bez jakiejkolwiek pomocy, od czasu do czasu bombardując obozy szkoleniowe terrorystów lub wysyłając siły specjalne na terytoria niczyje? Co będzie bardziej kosztowne, nie tylko w rozumieniu finansowym?

Piotr Wołejko

 

grafika:crossed-flag-pins.com

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

środa, 30 grudnia 2009

Pierwszy kwartał roku podsumowany (styczeń, luty, marzec), czas iść dalej. Dzisiaj zajmiemy się wydarzeniami z kwietnia bieżącego roku. Jak zwykle, na końcu specjalny bonus, czyli najciekawszy - moim zdaniem - tekst miesiąca. Przypomnę, że podsumowując wydarzenia 2009 roku korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

W kwietniu uwagę przykuwali somalijscy piraci, porywając kolejne statki, w tym słynny już Mearsk Alabama; NATO dokonało wyboru nowego sekretarza generalnego, a w Europie ujawniły się niepokojące tendencje mające swe podłoże w radykalizacji, nacjonalizmie i przekonaniu o słabości demokratycznego państwa.

Z niewiadomych dla mnie powodów Blox postanowił nie pozwolić opublikować mi całości wpisu, więc jestem zmuszony odesłać Was, Szanowni Czytelnicy, w inne miejsce, gdzie będziecie mogli zapoznać się z podsumowaniem kwietnia: Dyplomacja na Salonie24.

Piotr Wołejko

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook