Wpisy z tagiem: Wielka Brytania
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Falklandy/Malwiny, obie nazwy dotyczą tych samych wysp, jednak ich zamienne używanie może skończyć się nieprzyjemnie, zwłaszcza w Argentynie. Kraj ten 30 lat temu zbrojnie zajął wyspy, zmuszając do kapitulacji niewielki oddział brytyjskich żołnierzy. Tak opisywałem sytuację w 25. rocznicę argentyńskiej inwazji:
Pięć lat później sytuacja jest podobna. Argentyna znowu publicznie rości sobie pretensje do suwerenności nad Falklandami/Malwinami, a Wielka Brytania kategorycznie odrzuca wszelkie żądania ze strony Buenos Aires. Konserwatywny premier David Cameron w specjalnym oświadczeniu nie pozostawia złudzeń: „Trzydzieści lat temu mieszkańcy Falklandów stali się ofiarami agresji, której celem było pozbawienie obrabowanie ich z praw i wolności, a także dotychczasowego stylu życia (…) Słusznie jesteśmy dumni z roli, jaką odegrała Wielka Brytania przywracając [mieszkańcom – przyp. P.W.] wolność”. W sprawie przyszłości przekaz Camerona jest jasny: „Wielka Brytania będzie twardo i zdecydowanie stać na straży prawa mieszkańców Falklandów, i tylko i wyłącznie ich, do decydowania o swej przyszłości. To była podstawowa zasada, która była zagrożona trzydzieści lat temu i którą uroczyście potwierdzamy w dniu dzisiejszym”.
Przywiązanie Londynu do Falklandów wynika nie tylko z krótkiej wojny sprzed trzech dekad. Znaczenie strategiczne wysp drastycznie zmalałoby dla Wielkiej Brytanii, gdyby nie znaczne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego, które znajdują się w specjalnej strefie ekonomicznej Falklandów. Londyn tymczasem tworzy energetyczne imperium i agresywnie poczyna sobie w energetycznym wyścigu, którego jesteśmy świadkami. Jednak mając za rywali Chiny czy Indie trudno nie wykorzystywać wszystkich pojawiających się szans. Z tego samego powodu Argentyna ponownie odgrzewa falklandzki kotlet. I choć dzisiejsza flota brytyjska, jej niegdysiejsza dumna Royal Navy, jest okrojona w stosunku do 1982 roku, nie mam wątpliwości, że Londyn użyłby jej w przypadku militarnych zakusów ze strony Argentyny. Z podobnym jak trzy dekady temu efektem. Nie spodziewam się jednak tak daleko posuniętej eskalacji. Buenos Aires stara się zbudować latynoamerykańską koalicję wspierającą własne roszczenia, co idzie dość skutecznie, i na drodze prawno-politycznej doprowadzić do – no właśnie, do czego? Do przejęcia kontroli nad Falklandami czy tylko jak największego udziału w zyskach z wydobywanych surowców energetycznych? Pierwszy cel wydaje się wątpliwy do osiągnięcia, natomiast o udziale można próbować rozmawiać. Piotr Wołejko
grafika: menasborders.blogspot.com
czwartek, 15 grudnia 2011
Kiedy zostałem zaproszony do grona autorów mających „wystąpić” ze swoimi tekstami podczas piątych urodzin Dyplomacji, w pierwszym odruchu przyszły mi na myśl takie pojęcia jak geostrategia, soft power, zagrożenia asymetryczne, interwencje humanitarne czy instytucje transnarodowe. Ale zaraz potem złapałem się za głowę i pomyślałem: kto używa takich słów na imprezie urodzinowej? Dlatego mój rocznicowy tekst będzie serio, ale jego temat nie do końca. Polityka to nie tylko jedna z najważniejszych dziedzin życia społecznego. To także pożywka dla autorów dzieł literackich, filmów, a nawet seriali. I właśnie o trzech bardzo ważnych, przynajmniej dla mnie, serialach politycznych chciałbym dzisiaj trochę opowiedzieć. Niedościgniony wzór Zacznijmy od telewizyjnego political fiction traktowanego zupełnie serio. Mam wrażenie, że od co najmniej kilku lat ogromna większość zarówno ludzi mediów, jak i politologów, na pytanie o serial będący wzorcem gatunku, odpowiedziałaby bez wahania: The West Wing. W Polsce produkcja ta była pokazywana przez TVN jako Prezydencki poker, przy czym można tam było obejrzeć jedynie część odcinków. Na początek kilka danych encyklopedycznych. Serial był produkcją wytwórni Warner Brothers dla sieci telewizyjnej NBC, która emitowała go przez siedem sezonów, od jesieni 1999 do wiosny 2006. Wyprodukowano 156 odcinków. Pomysłodawcą serialu i jego scenarzystą wiodącym przez pierwsze cztery serie był Aaron Sorkin. W głównej obsadzie znalazły się takie gwiazdy minionych dekad jak Martin Sheen, Rob Lowe czy Alan Alda, ale także liczna grupa aktorów, którym dopiera ta produkcja przyniosła zaszczyty, sławę i pieniądze. W tej grupie na pewno należy wymienić takie nazwiska jak John Spencer, Bradley Whitford, Allison Janney, Richard Schiff czy Janel Moloney. Serial otrzymał łącznie 27 nagród Emmy, czyli telewizyjnych Oscarów, co daje mu pozycję czwartej najbardziej obsypanej tymi statuetkami produkcji w dziejach.
Nie zanudzając już nikogo dalszymi szczegółami fabuły, warto postawić sobie zasadnicze pytanie. Jak to się stało, że serial rozgrywający się głównie w rządowych gabinetach i korytarzach, gdzie bohaterów oglądamy niemal wyłącznie w garniturach i żakietach, zdobył taką popularność wśród masowej publiczności? Odpowiedź jest dość prosta. Sorkin niezwykle precyzyjnie i skutecznie zmieszał dwa składniki. Zaprosił do współpracy wielu autentycznych byłych urzędników prezydenckich, na czele z byłą rzeczniczką prezydenta Clintona Dee Dee Myers, dzięki którym z niezwykłym realizmem oddał mechanizmy władzy. The West Wing może z powodzeniem służyć za podręcznik amerykańskiego systemu politycznego. Ale z drugiej strony potrafił tak uzupełnić i udramatyzować ten materiał, że mogły to oglądać z zapartym tchem nawet osoby będące lata świetlne od polityki. Służyły temu liczne zwroty akcji i nieoczekiwane wydarzenia, ale także świetne ukazanie całego ludzkiego wymiaru polityki. Dramatów ludzi, którzy na ołtarzu służby publicznej kładą swoje osobiste szczęście, zdrowie, najlepsze lata życia, a nierzadko też własną moralność. Jednocześnie Sorkin pokazał obraz nieco wyidealizowany, w którym nawet ci lekko zblazowani niekiedy polityczni zawodowcy, w głębi serca naprawdę chcą coś zmienić, wierzą w bardzo głęboki sens swojej pracy, nie są tam dla zaszczytów. Biały Dom po naszemu W polskiej telewizji political fiction jest gatunkiem niezwykle egzotycznym, w ostatnim dwudziestoleciu mieliśmy chyba tylko jedną poważną próbę zmierzenia się z nim. Była nim Ekipa, emitowana jesienią 2007 przez Polsat. Projektem kierowały Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik. Obie panie spędziły wiele lat w USA, doskonale znały The West Wing i nawet nie próbowały ukrywać daleko idącej inspiracji tym serialem. Scenarzystami byli zajmujący się tym zawodowo Dominik Wieczorkowski-Rettinger oraz dziennikarz polityczny Wawrzyniec Smoczyński, obecnie związany z tygodnikiem „Polityka”. W przeciwieństwie do swojego pierwowzoru, Ekipa nie zdołała połączyć sukcesu artystycznego z komercyjnym. Choć została bardzo ciepło przyjęta przez krytykę, w ostatnich tygodniach emisji nie była w stanie przekroczyć progu nawet miliona widzów, co dla serialu o takim budżecie było straszną klęską. O kontynuacji nie było nawet co marzyć. Ogólna idea Ekipy jest zbliżona do serialu amerykańskiego – jest to bardzo optymistyczna w gruncie rzeczy próba ukazania niezwykle ideowych ludzi, którzy starają się wcielać swoje ideały w życie w bardzo brutalnym, bezwzględnym świecie polskiej polityki. Choć grany przez Marcina Perchucia główny bohater, premier Konstanty Turski, jest o jakieś trzydzieści lat młodszy od prezydenta Bartletta, również jest naukowcem z głową pełną marzeń o lepszym świecie, który w nieoczekiwany dla siebie sposób nagle ląduje w oku politycznego cyklonu. Scenarzyści polskiego serialu stosują opisany już wyżej patent – mieszają politykę z życiowymi dramatami. Być może jest tu trochę mniej realizmu niż w serialu amerykańskim, ale za to aspekt „ludzki” wypada co najmniej równie dobrze. Smaczku i głębi dodaje serialowi trafne pokazanie odmiennych postaw dwóch pokoleń ludzi obecnych w polskiej polityce. O ile dla pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatków zaszłości z czasów PRL wciąż są bardzo ważnym elementem ich życia i świadomości (kłania się tu tematyka lustracyjna), ich koledzy z pokolenia trzydziestolatków żyją już bez tych obciążeń, choć również bez tak rozwiniętej świadomości moralnej czy po prostu sumienia. Mam nadzieję, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że w jednym z finałowych odcinków Ekipy katastrofie ulega samolot, w którym na wizytę zagraniczną udał się prezydent RP, grany przez Andrzeja Seweryna. Muszę się do czegoś przyznać: kiedy dwa i pół roku po obejrzeniu serialu, 10 kwietnia 2010, włączyłem rano telewizor, moja pierwsza myśl dotyczyła właśnie tego odcinka. Trochę mniej poważnie Na koniec kilka zdań o komedii politycznej. Choć próby tworzenia seriali w tej konwencji pojawiały się w różnych państwach, w Polsce mieliśmy np. kultowe Polskie Zoo, osobiście za najciekawszy uważam tu dorobek brytyjski. Siła tamtejszych seriali śmiejących się z polityki polega na tym, iż nie są one tylko satyrą na bieżące wydarzenia, o których za pięć lat nikt nie będzie pamiętał i serial straci aktualność. Pokazują raczej sytuacje, które są w pewnym sensie ponadczasowe, bo wynikają z kwestii bardzo głęboko wpisanych w politykę od co najmniej dziesięcioleci. Jest co najmniej kilka brytyjskich seriali, o których można by tu wspomnieć. W naszym kraju ukazały się na DVD niektóre odcinki Naszego człowieka w parlamencie (The New Statesman), w którym główną rolę grał Rik Mayall. To na pewno produkcja bardzo ciekawa, zwłaszcza że zdołała powstać w telewizji komercyjnej, ale jednak operująca dość grubą kreską i raczej brutalnym humorem. W samej Wielkiej Brytanii za wzór politycznego sitcomu uznaje się jednak inny serial, a mianowicie Yes Minister, później przemianowany na Yes Prime Minister. Produkcja niezwykle finezyjna, wyrafinowana scenariuszowo, ale mimo tego przystępna i popularna. Emitowany przez BBC w latach 1980-88 serial był ulubionym programem rozrywkowym ówczesnej premier Margaret Thatcher, która – mimo swojego zdystansowanego stosunku do mediów jako takich – wystąpiła na jednej z imprez charytatywnych u boku aktorów serialu w specjalnym skeczu. Osią fabuły jest walka między dwoma bardzo silnymi żywiołami, jaka rozgrywa się w każdym brytyjskim ministerstwie: między politykami a służbą cywilną. Politycy odpowiadają przed wyborcami, mają często głowy pełne pomysłów, ale brakuje im realnych kompetencji. Panicznie boją się także politycznej degradacji, chociażby przy okazji rekonstrukcji rządu. Z kolei służba cywilna szczyci się swoimi dyplomami najlepszych uczelni oraz faktem, iż jest niemalże nieusuwalna. Jej urzędnicy czują się jak pączki w maśle, status quo to ich ulubiony stan, zaś na wszelkie zmiany patrzą niechętnie, bo mogą potencjalnie zagrozić ich pozycji. Nie ponoszą przy tym praktycznie żadnej odpowiedzialności. Żywioły te reprezentują oczywiście żywi ludzie: minister spraw administracyjnych Wielkiej Brytanii oraz szef służby cywilnej w jego resorcie. Grający ich Paul Eddington i Nigel Hawthorne, obaj niestety już nieżyjący, co tydzień toczyli niezwykle barwne ekranowe pojedynki, zaś wiele dialogów z serialu weszło do historii. Oto przykład: najbardziej zasłużone osoby ze świata brytyjskiej dyplomacji otrzymują Order św. Michała i św. Jerzego, którego kawalerowie mogą dopisywać sobie po nazwisku skrót CMG. Minister poprosił swojego asystenta o wyjaśnienie, co znaczy ten skrót. Usłyszał: Call Me God (nazywaj mnie Bogiem). Wszystkie opisane wyżej seriale są dostępne na DVD – jeśli nawet nie wszystkie w Polsce, to od czego zagraniczne sklepy wysyłkowe czy serwisy aukcyjne. Kończąc tę nietypową dla tych łamów wycieczkę w świat fikcji, życzę Dyplomacji i jej autorowi kolejnych lat wytrwałego mówienia o sprawach ważnych, nawet jeśli nie zawsze popularnych, a także prowokowania ciekawych dyskusji. Wszystkiego najlepszego! Jarosław Błaszczak Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.
niedziela, 24 października 2010
Czy Royal Navy zmierza w stronę floty belgijskiej? A słyszał ktoś kiedyś o flocie Królestwa Belgii? Nie? Czyli groźba jest poważna. Nad odpowiedzią na pytanie wprowadzające zastanawiał się w 2007 roku ówczesny Pierwszy Lord Admiralicji Sir Jonathon Band. Groził rezygnacją, gdyby flota nie otrzymała odpowiedniego finansowania. Band dokończył swoją kadencję, jednak obawy o przyszłość Royal Navy powracają ze zdwojoną siłą. Siły lądowe oczkiem w głowie rządu Realia budżetowe Wielkiej Brytanii są dzisiaj takie, że trzeba ciąć gdzie tylko się da. Obrona narodowa też oberwie i to raczej solidnie. Szacuje się, że wydatki na obronę zmaleją o 10-20 procent w stosunku do stanu obecnego. Nie wszystkim jednak odejmie się po równo. Rząd konserwatystów i liberałów planuje, o dziwo, położenie głównego nacisku na siły lądowe. Zdziwieni? I słusznie. Odkąd bowiem Anglia, a później Zjednoczone Królestwo, była światową potęgą, kojarzyło się ją głównie z potężną flotą. Czy wyspiarskie państwo, uzależnione w ogromnym stopniu od handlu odbywającego się drogą morską, na pewno powinno przedkładać armię lądową nad marynarkę wojenną?
Dlaczego flota jest ważna Royal Navy zapewniała nie tylko bezpieczeństwo ojczyźnie, pozwalała także na dynamiczny rozwój handlu morskiego. Przede wszystkim brytyjskiego, ale z panowania Wielkiej Brytanii na morzach i oceanach korzystali również inni. Dziś, w dobie globalizacji, morskie drogi transportowe odgrywają rolę niepomiernie większą niż w przeszłości. Londyn w o wiele większym stopniu zależy dziś od importu towarów i surowców. Rozsądek nakazywałby więc nie szczędzić sił i środków na utrzymanie silnej floty. Tymczasem Royal Navy niknie w oczach i wkrótce może posiadać ledwo ponad 20 okrętów nawodnych (uwzględniając dwa znajdujące się w budowie lotniskowce). Silna flota to także wyznacznik pozycji danego kraju na arenie międzynarodowej. Flota pozwala bowiem zaznaczać własną obecność i siłę, dbać o interesy. Nie przypadkiem w marynarkę wojenną mocno inwestują Chiny, a Stany Zjednoczone utrzymują najpotężniejszą flotę w historii (pod względem możliwości bojowych). Brytyjczycy, dobrowolnie rezygnując z silnej Royal Navy, skazują się nie tylko na utratę głosu w wielu sprawach o znaczeniu globalnym, ale działają także przeciwko własnemu bezpieczeństwu. O ile bowiem Chiny czy Francja w XVII-XVIII wieku były przede wszystkim potęgami lądowymi, które pozwalały sobie na posiadanie licznej floty, Wielka Brytania i jej interesy od floty zależały. I nic się w tej materii nie zmieniło. Strategia czy ślepe nożyce? Do stanu floty belgijskiej, która posiada raptem kilka okrętów i nieco ponad dwa tysiące marynarzy Royal Navy jeszcze sporo brakuje. Cięcia budżetowe i postawienie na siły lądowe mogą jednak w istotny sposób uszczuplić stan jej posiadania. Ciekawe, jaka strategia kryje się za wyborem, który na pierwszy rzut oka jest całkowicie nieracjonalny. O karlejącej Wielkiej Brytanii czytajcie więcej w artykule z sierpnia ub.r. Piotr Wołejko
grafika: Getty Images (Royalty Free)
sobota, 15 maja 2010
W Wielkiej Brytanii zaistniała konieczność powołania pierwszej od II wojny światowej koalicji, ponieważ wyborcy nie przyznali żadnej partii wystarczająco silnego mandatu do samodzielnych rządów. Do stabilnego jednopartyjnego gabinetu zabrakło Konserwatystom nieco ponad dwudziestu głosów. Zawarta kilkadziesiąt godzin temu koalicja z Liberalnymi Demokratami każdego dnia będzie przechodzić test spójności i sprawności (albo odwrotnie). Zawieszony parlament - argument redaktora Szostkiewicza O powstałym w wyniku takich wyborów parlamencie (w których żadna partia nie może samodzielnie stworzyć rządu) mówi się, że jest zawieszony (hung parliament). Dla Brytyjczyków to sytuacja dość dziwna, gdyż system wyborczy - ordynacja większościowa, okręgi jednomandatowe - pozwala zazwyczaj zwycięskiej partii sformować stabilny, cieszący się trwałym poparciem większości gabinet. Zwycięska partia może swobodnie realizować swój program wyborczy. I za to większość jest rozliczana w kolejnych wyborach. Rządzący mogą być pociągnięci do odpowiedzialności za efekty własnych działań albo zaniechań. Skoro jedna partia może rządzić samodzielnie, nie ma konieczności zawierania koalicji z innymi ugrupowaniami. Nie ma więc potrzeby godzić się na rozmaite kompromisy, wycofywanie się z własnych propozycji w imię zdobycia większości głosów w izbie. Wielu publicystów, głównie z kontynentalnej części Europy, zdaje się nie dostrzegać ewidentnych zalet ordynacji większościowej i okręgów jednomandatowych. Jednym z nich jest Adam Szostkiewicz z Tygodnika Polityka, który w swoim komentarzu zatytułowanym "Powiesili parlament", opublikowanym w nr 20 z dn. 15 maja 2010 r., stwierdza, iż: "Wobec wyzwań XX w. i możliwości Internetu brytyjski system okazuje się coraz bardziej archaiczny. Z perspektywy europejskiej widać to od dawna, teraz dostrzegli to też na Wyspach. I może to dlatego powiesili parlament, aby odwiesić demokrację". Dla Adama Szostkiewicza ważniejsze od sprawnego rządu i realizacji jednego, spójnego programu wyborczego jest ucieranie kompromisów, a polityczne targi są do przełknięcia - jako cena, którą trzeba zapłacić za większą reprezentatywność i "sprawiedliwość" systemu wyborczego. Adam Szostkiewicz ubolewa, iż liberałowie Nicka Clegga - trzecia siła w obecnej polityce brytyjskiej - zdobyli tylko o sześć procent głosów mniej niż odchodząca po 13 latach Partia Pracy Blaira i Browna, jednak w przeliczeniu na mandaty (57:258) okazała się karłem, a nie czarnym koniem. Spojrzałem więc szybko na wyniki poprzednich wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii i dostrzegłem zadziwiającą prawidłowość. Liczby przemówią najlepiej (nazwa partii/rok wyborów, zdobyte mandaty, ilość głosów, procent zdobytych głosów:
Grafika: własna; źródło danych: Wikipedia Jak widać, Liberałowie od lat otrzymują w miarę stabilne poparcie, które nie przekłada się na proporcjonalną reprezentację w Izbie Gmin. Zdobywają dużo głosów, jednak w niewielu okręgach potrafią pokonać rywali z Partii Pracy albo Partii Konserwatywnej. Problemem jest tutaj nie ordynacja większościowa i okręgi jednomandatowe, a tworzenie okręgów wyborczych i manipulowanie ich granicami (tzw. gerrymandering). Dla demokracji niebezpieczne są okręgi, w których jedna partia ma zawsze zdecydowaną przewagę nad innymi i może wystawić kogokolwiek z pewnością, że zostanie on wybrany. Już pięć lat temu Liberałowie uzyskali bardzo dobry wynik, który nie przełożył się na większą ilość miejsc w Izbie Gmin. Trudno jednak mówić o porażce Nicka Clegga w niedawnych wyborach. Oczywiście, dla tych, którzy patrzyli na słupki poparcia dla partii oraz czytali (niewielu oglądało) o świetnych debatach przedwyborczych lidera Liberałów, wyniki wyborów mogły być szokujące. Ci, którzy patrzyli na sondaże dot. okręgów wyborczych wiedzieli zaś, że Clegg jest gwiazdą medialną, natomiast cudu przy urnach nie będzie. I nie było. Do przyjaciół Brytyjczyków Nie byłoby także rozmowy o radykalnej reformie systemu wyborczego, której domaga się (ze swojej pozycji jak najbardziej słusznie) Nick Clegg, gdyby nie fakt, że Torysom niespełna 30 mandatów do samodzielnych rządów. Cytowany wyżej Adam Szostkiewicz z Polityki jest jak najbardziej za przeniesieniem na drugą stronę Kanału kontynentalnego wzorca wielomandatowych okręgów wyborczych. I tutaj, taka ostatnio moda, zwracam się bezpośrednio do Brytyjczyków: nie idźcie tą drogą! Nawet z Ludwikiem Dornem i Sabą, nie idźcie tą drogą! Wystarczy spojrzeć na polską scenę polityczną, na której od przywrócenia demokratycznych wyborów nie udało się stworzyć jednopartyjnego rządu większościowego. Nie udało się stworzyć stabilnej koalicji. Nie udało się żadnej partii zrealizować własnego programu wyborczego, ponieważ zawsze konieczne były kompromisy, ustępstwa etc. Spójrzcie także na Izrael, gdzie rządy zazwyczaj w krótkim okresie czasu się zużywają i dokonują żywota, a zwycięzca wyborów z trudem zdobywa więcej niż 1/4 mandatów w Knessecie. Zmiana systemu wyborczego na ten znany z Polski czy Izraela oznacza brak odpowiedzialności polityków i ustanowienie im wspaniałego alibi na nie realizowanie programu wyborczego - koalicjant nie pozwala, musieliśmy pójść na kompromis. W efekcie, partie mało obchodzi przygotowanie realistycznego programu, gdyż jest on niepotrzebny, skoro i tak konieczna będzie koalicja. Co więcej, w polskim czy izraelskim systemie politycznym znacząco wzrosła waga ugrupowań niewielkich, często radykalnych albo broniących interesów określonych grup interesu. Ceną za koalicję z taką partią, a jest to nierzadko niezbędne dla sformowania rządu, jest realizacja postulatów zdecydowanej mniejszości. Jeśli rzeczywiście chcecie słabych rządów, które z definicji nie będą mogły realizować programu jednej partii, śmiało dokonujcie reformy własnego systemu wyborczego. Sami musicie zdecydować, czy "sprawiedliwość", tj. reprezentatywność jest cenniejsza od stabilności rządu oraz możliwości rozliczenia rządzących w następnych wyborach. Koalicji nie ma jak rozliczyć, a zrzucaniu winy za niepowodzenia na partnera koalicyjnego nie ma końca. Wierzę w Wasz zdrowy rozsądek i poczucie odpowiedzialności za państwo. Wierzę, że nie zafundujecie sobie słabej władzy i nie pójdziecie za namowami kontynentalnych ekspertów oraz publicystów. Sprawnego mechanizmu, gdy przytrafią się pewne usterki, nie zmienia się, lecz reperuje. Wasz system dowiódł swojej skuteczności (w przeciwieństwie do naszego bądź izraelskiego - przed którym ostrzegają sami Izraelczycy) i jeśli wymaga poprawek, dokonajcie ich. Nie ma potrzeby wylewać dziecka z kąpielą i przeprowadzać radykalnej reformy. Zakończę stosując retoryczny chwyt Adama Szostkiewicza: polski system wyborczy, wobec wyzwań XXI w. okazuje się coraz bardziej archaiczny. Z perspektywy anglosaskiej widać to od dawna, dostrzegają to także wyborcy w Polsce. I może dlatego mityczne okręgi jednomandatowe zyskują ich poparcie i nadszedł czas, aby odwiesić demokrację. Piotr Wołejko
niedziela, 14 marca 2010
Najważniejszym wydarzeniem poprzedniego tygodnia była wizyta amerykańskiego wiceprezydenta Joe Bidena w Izraelu, a właściwie przyjęcie, jakie zgotowali mu gospodarze. Biden jechał do Izraela, aby wesprzeć proces pokojowy, a Izraelczycy powitali go ogłoszeniem o budowie kolejnych domów we Wschodniej Jerozolimie, czyli rozwoju osadnictwa na ziemiach nie należących do Izraela. Co oczywiste, wiele polecanych przeze mnie na Dyplomacji na Facebooku materiałów dotyczy tego właśnie wydarzenia: 1. Amerykańskie Politico przywołuje fragment artykułu izraelskiej gazety Maariv, w którym możemy przeczytać o doradcach premiera Izraela Beniamina Netaniahu, którzy od dłuższego czasu wskazywali, że żadnego porozumienia nie będzie, a żydowscy osadnicy mogą spać spokojnie. 2. Profesor Stephen M. Walt na swoim blogu na portalu magazynu Foreign Policy wskazuje, że powitanie Bidena w Izraelu nie powinno nikogo dziwić, gdyż rząd Netaniahu od początku robi wszystko, aby włożyć kij w szprychy bliskowschodniej polityki prezydenta Obamy. O policzku i obrazie Amerykanów pisałem także w oddzielnym artykule. 3. David Brooks, publicysta amerykańskiego dziennika New York Times, apeluje o zrozumienie prezydenta Obamy. Jest on ostro krytykowany przez prawicę za skrajną lewicowość, a przez lewicę za wstrzemięźliwość w realizacji ambitnych reform i zbytnią skłonność do kompromisu z prawicą. Brooks przypomina, kim tak naprawdę jest Obama. 4. Brytyjski dziennik The Times informuje o zadziwiającej scysji dyplomatycznej pomiędzy Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi, której przyczyną stała się brytyjska suwerenność nad Falklandami. Stany Zjednoczone zdają się popierać stanowisko argentyńskiej prezydent Cristiny Fernandez de Kirchner, według której o przyszłości Malwinów (inna nazwa Falklandów) powinny zadecydować rozmowy pomiędzy zainteresowanymi. Oba kraje stoczyły w 1982 roku krótką wojnę o wyspy, a spór na nowo rozgrzały informacje o eksploatacji złóż ropy w okolicy wysp, do której przymierzają się Brytyjczycy. 5. Rosyjska agencja informacyjna ITAR-TASS donosi o możliwości rychłego ustalenia terminu podpisania nowego porozumienia o redukcji arsenałów nuklearnych. Układ mógłby zostać podpisany nawet w ciągu najbliższych tygodni. 6. Brytyjski tygodnik The Economist rozważa, czy powrót byłego szefa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Mohameda ElBaradei do Egiptu oznacza, że będzie on w stanie włączyć się do walki o prezydenturę w 2011 roku. Obecnie obowiązujące prawo eliminuje go z udziału w wyścigu, a elita władzy nie zamierza oddawać pola i ułatwiać laureatowi pokojowej nagrody Nobla działalności politycznej. Powyższe materiały stanowią wartościową strawę intelektualną dla każdej osoby zainteresowanej polityką międzynarodową. Zapraszam codziennie na Dyplomację na Facebooku. Podsumowanie zbliżającego się tygodnia w przyszły weekend na blogu Dyplomacja. Zachęcam także do dołączenia do społeczności Dyplomacji na Facebooku, do której należy już ponad 160 osób. Bądź zawsze na bieżąco z polityką międzynarodową, komentuj, dyskutuj, polecaj interesujące artykuły - dołącz do Dyplomacji na Facebooku! Piotr Wołejko
grafika: Tomasz Wojdała
|
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||