Wpisy z tagiem: irański program atomowy
środa, 21 kwietnia 2010
Irański program nuklearny wywołuje niepokój. Głównie w Izraelu i Stanach Zjednoczonych. Te ostatnie od wielu miesięcy starają się przykręcić śrubę Teheranowi poprzez uchwalenie na forum Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych sankcji gospodarczych wymierzonych w konserwatywny reżim. Za sankcjami opowiada się Zachód, tj. Wuj Sam wraz z Francją, Wielką Brytanią i Niemcami, natomiast niechętne temu rozwiązaniu są Rosja i Chiny. Na razie trwa pat, który skutecznie kapitalizują Rosjanie i Chińczycy. Nieskuteczne sankcje
Drugi argument ma charakter techniczny. Z perspektywy stosunków międzynarodowych kluczowe znaczenie mają trudności z uniwersalnością sankcji. Nie ma praktycznie szans na powszechne zastosowanie się do nich przez kraje, które miałyby zaprzestać handlu z Iranem. Gdy jedni, pod presją USA, się wycofają, inni - z największą radością zaś Rosjanie i Chińczycy - wykorzystają okazję. Globalizacja, w szerokim rozumieniu tego słowa, zrobiła swoje. Po drugie, niektóre kraje mają interes we współpracy z Iranem i żadne sankcje, nawet jeśli te same państwa je poprą, nie zmienią tych interesów. Co więcej, irański reżim jest gotowy znieść wszelkie niedogodności i utrudnienia, co zresztą udowodnił w okresie ostatnich trzydziestu lat. Iran nie dał i nie da się złamać sankcjami gospodarczymi. Amerykanie muszą zdawać sobie z tego sprawę. Czy cała gra na przyjęcie sankcji to tylko pozory robienia czegoś wobec irańskiego programu nuklearnego? Wszyscy wiedzą, że sankcje nie powstrzymają Irańczyków od kontynuowania prac. Naloty nie są rozwiązaniem Inną opcją, która cały czas leży na stole, jest atak lotniczy na instalacje nuklearne. Do takiego rozwiązania prze przede wszystkim Izrael, którego obecne, prawicowe władze uważają Iran za egzystencjalne zagrożenie. Amerykanie również przebąkują o opcji militarnej, zarzekając się przy tym, że byłaby to ostateczność. Przy okazji w Waszyngtonie doskonale rozumieją, że naloty co najwyżej spowolnią postępy irańskiego programu, ale go nie zatrzymają. Warto także dodać, że amerykańskie agencje wywiadowcze nie posiadają informacji o prowadzeniu stricte militarnego programu atomowego. Poruszamy się zatem w świecie założeń i wyobrażeń, a nie twardych faktów. Zresztą, po irackiej broni masowego rażenia, nawet "twarde fakty" należy rozpatrywać na chłodno i z dużym dystansem. Zagrożenie irańskie, jak pisze na swoim blogu profesor Stephen M. Walt, w ogóle brzmi dość osobliwie, jeśli porównać potencjał gospodarczo-wojskowy Iranu i Stanów Zjednoczonych. Walt przywołuje, za raportem Military Balance przygotowanym przez londyński International Institute for Strategic Studies, podstawowe dane - PKB, wydatki wojskowe, ilość żołnierzy (i rezerwistów), posiadany sprzęt wojskowy etc. Nawet nie patrząc na liczby łatwo się domyślić, że przewaga Ameryki jest miażdżąca. Czego się więc bać? Kolejna okupacja? Na koniec warto zastanowić się nad nieformalnym przyznaniem przez zastępcę szefa Kolegium Szefów Połączonych Sztabów, gen. Jamesa Cartwrighta, iż irański program atomowy można w pełni powstrzymać tylko poprzez okupację terytorium Iranu (Więcej o wystąpieniu Cartwrighta przed senacką komisją obrony na stronach BBC). Czy Stany Zjednoczone są gotowe zaatakować i okupować kolejny kraj? Piotr Wołejko
grafika: topnews.in
poniedziałek, 15 lutego 2010
"W tym momencie przed reżimem stoi kilka wyzwań: powszechne rozczarowanie, fragmentacja elity władzy, presja międzynarodowa i trudności ekonomiczne. Posiada on także pewne możliwości stosowania przymusu i nie ma przesłanek do twierdzenia, że jutro upadnie" - opisuje sytuację Islamskiej Republiki Iranu Ray Takeyh z Council on Foreign Relations. Słowa te Takeyh wypowiedział 11 lutego br., ale równie dobrze pasują do irańskiej rzeczywistości z 1990 roku. Rok po śmierci ajatollaha Chomeiniego, przywódcy Rewolucji z 1979 roku, a także rok po zakończeniu dewastującej, ośmioletniej wojny z Irakiem, Islamska Republika miała przed sobą podobne do dzisiejszych problemy. Lata wojny nie tylko wyniszczyły społeczeństwo i gospodarkę, ale także podkopały lojalność obywateli do teokratycznego reżimu. Śmierć Chomeiniego spowodowała, że spierające się dotychczas frakcje wyszły spod przysłowiowego dywanu i rozpoczęła się twarda rywalizacja o wpływy i władzę.
Nowy rahbar (najwyższy przywódca) - Ali Chamenei - nie dysponował nawet cieniem autorytetu swego poprzednika. Jako kandydat kompromisowy godził główne frakcje elity władzy. Szybko związał się z konserwatystami, a oni znaleźli w nim wiarygodnego sojusznika. Chamenei zmodyfikował sposób sprawowania urzędu rahbara, skupiając się głównie na bieżącym zarządzaniu (miał doświadczenie, gdyż pełnił wcześniej urząd prezydenta), wchodząc w kompetencje wybieranego w powszechnych wyborach prezydenta, a także wraz z Radą Strażników blokował modernizacyjne i reformatorskie pomysły kolejnych parlamentów. Pod rządami Chameneiego konserwatyści systematycznie zyskiwali wpływy, a kulminacja ich siły nastąpiła po wyborach z 12 czerwca 2009 r., gdy ostatecznie przejęli wszystkie bastiony władzy. Niestety dla nich, społeczeństwo jest coraz mniej zadowolone z konserwatywnych rządów, skupiających się bardziej na podtrzymaniu surowych nakazów i zakazów w sferze obyczajowej, niż na rozwoju gospodarczym i tworzeniu miejsc pracy. Gospodarka irańska nie rozwija się wystarczająco szybko, aby zapewnić wystarczającą ilość miejsc pracy dla młodej populacji, a PKB per capita nadal jest niższe od tego sprzed Rewolucji w 1979 roku. Sankcje ekonomiczne nałożone na Iran utrudniają reformy gospodarcze. Nie jest to jednak instrument, który może zmusić mocno okopany reżim do ustępstw, rzucić władze kraju na kolana czy wywołać powszechną rewoltę przeciwko rządzącym. Islamska Republika nauczyła się żyć z bagażem sankcji ekonomicznych, a co sprytniejsi gracze (także państwowi) nauczyli się dobrze zarabiać na pomocy Teheranowi w omijaniu sankcji oraz handlu z Iranem. Podobnie jak sankcje, presja międzynarodowa zdaje się nie mieć większego wpływu na elitę władzy. Obecnie wydaje się nawet, że rządzący konserwatyści celową podkręcają temperaturę sporu, aby wykorzystać zagraniczne naciski i retorykę na własną korzyść. U władzy znajdują się ludzie, dla których antyamerykanizm i - szerzej - przeciwstawianie się Zachodowi to podstawa legitymacji, ich własnej oraz Islamskiej Republiki. Dlatego właśnie Stany Zjednoczone stoją przed bardzo trudnym i mało atrakcyjnym wyborem: odrzuceniu pogróżek o opcji militarnej i trwaniu przy otwartości na negocjacje albo przygotowaniu się nawet na użycie siły, czyli zbombardowanie irańskich instalacji nuklearnych. Można się obawiać, że reformatorzy (dzisiejsza opozycja, choć nadal część elity władzy) znajdą się pod silną presją w razie wprowadzenia w życie opcji militarnej. Może dojść do represji na wielką skalę. Chamenei i konserwatyści prowokują atak, moim zdaniem, głównie w celu rozprawy z opozycją. Nie na darmo od czerwca przedstawia się Zielony Ruch jako agentów Wielkiego Szatana (Ameryki) i zgniłego, dekadenckiego Zachodu. Chomeini przeprowadził podobny manewr, gdy wybuchała wojna iracko-irańska. Przyjął on wieść o agresji Saddama Husajna z radością. Mógł skonsolidować władzę, wyeliminować coraz bardziej wrogie elementy koalicji, która obaliła szacha oraz liczył na eksport rewolucji poza granice Iranu. Teraz celem konserwatystów jest tylko utrzymanie się przy władzy, a nic bardziej im nie pomoże niż skupianie uwagi społeczeństwa oraz świata na programie atomowym. Odwraca to uwagę publiki wewnątrz kraju od problemów gospodarczych (choć jest co coraz mniej skuteczne) i daje nadzieję na przedłużenie okresu rządów w wypadku amerykańskiego lub izraelskiego ataku. Zachęcający do wojskowego rozwiązania wieloletnich dyskusji nad irańskim programem nuklearnym powinni mieć przedstawiony powyżej obraz sytuacji na uwadze. Piotr Wołejko
grafika: 3.bp.blogspot.com
Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:
wtorek, 26 stycznia 2010
Dlaczego warto powrócić do tematu wałkowanego wielokrotnie także na tym blogu? Ponieważ kopie w sprawie Iranu skruszyli Richard Haass, prezydent Council on Foreign Relations oraz Stephen Walt, wybitny politolog (realista) i komentator Foreign Policy. Dyskusję rozpoczął artykuł Haassa opublikowany w Newsweeku. Walt odpowiedział na niego na łamach Foreign Policy. W dużym skrócie streszczę pierwotny argument oraz replikę. Argument Haassa Haass początkowo wsparł propozycję Obamy, aby w sprawie irańskiego programu atomowego prowadzić zakrojone na szeroką skalę działania dyplomatyczne. Teraz zmienił zdanie. Uważa, że negocjacje nie prowadzą do nikąd, a Teheran dąży do osiągnięcia poziomu możliwości technologicznych, które pozwolą na skonstruowanie bomby jądrowej. Szef CFR twierdzi, że Amerykanie wespół z europejskimi partnerami powinni zmienić priorytety - zamiast negocjacji zacząć wspierać zmianę reżimu (regime change). Haass proponuje rozmaite formy wspierania irańskiej opozycji, ale także całego społeczeństwa, m.in. w kwestii dostępu do informacji. W wymiarze dyplomatycznym propozycja Haassa obejmuje m.in. uderzenie w handlowe imperium Korpusu Strażników Rewolucji (dominującego podmiotu w irańskiej gospodarce) oraz przeforsowanie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ sankcji dotyczących zakazu importu benzyny przez Iran. Jakikolwiek postęp w rozmowach z Teheranem Haass warunkuje reformą systemu politycznego islamskiej republiki oraz zaprzestaniem wspierania terroryzmu. Nie pada wezwanie do akcji militarnej (uprzedzając pytania tych, którzy tekstu Haassa nie przeczytają). Replika Walta Odpowiedź Walta jest mocna. Przypomina on, że wiele postaci opozycji irańskiej także wspiera program nuklearny. Zakładając więc sukces przedsięwzięcia zmiany reżimu (co jest bardzo wątpliwe), nie można zakładać, że w kwestii atomu nowy rząd lub układ sił przy sterach władzy zmieni zdanie. Co więcej, zadekretowanie wspierania opozycji przez Obamę i Europejczyków w niczym dysydentom nie przysłuży. Już teraz reżim oskarża ich o reprezentowanie zachodnich mocarstw, jednak gdy oficjalną polityką Stanów Zjednoczonych będzie pomoc opozycji, argument oskarżycieli zyska jakiekolwiek podstawy. Mówiąc krótko, dobra wola USA obróci się przeciwko siłom, które Ameryka chce wspierać. Zdaniem Walta rozsądnie jest nie mieszać się w wewnętrzne tarcia wewnątrz irańskich elit władzy i z rzadka potępiać łamanie praw człowieka. Argumentem przeciwko włączaniu się w politykę wewnętrzną Iranu jest amerykańskie doświadczenie z Ameryki Środkowej, Somalii, Iraku czy Afganistanu. Walt wskazuje, że często zaangażowanie Waszyngtonu przynosiło rezultat odwrotny od zamierzonego. Podważa również argument dotyczący chybotliwości irańskiego reżimu przypominając, że autokracje potrafią trwać przez wiele lat pomimo dużego niezadowolenia społecznego. W Na koniec Walt zwraca uwagę, że pozycja Haassa na dziś może za kilkanaście miesięcy wyewoluować w bardziej radykalną stronę - co będzie konsekwencją założeń przyjętych przez Haassa. Jeśli bowiem sankcje i ostrzejszy kurs wobec Iranu nie zadziałają (co jest bardzo prawdopodobne, przerabialiśmy to już chociażby za Georga W. Busha), kolejnym krokiem w celu powstrzymania Iranu od skonstruowania bomby atomowej będzie opcja militarna (czytaj: wojna). Komentarz Zmiana w polityce Obamy wobec Iranu, odwrót od straszenia wojną i zwrot w kierunku negocjacji, był istotną korektą kursu amerykańskiej polityki zagranicznej. Lata prezydentury Georga W. Busha pokazały, że konfrontacyjna polityka nastawiona na zmianę irańskiego reżimu jest nieskuteczna, a programy pomocowe dla opozycji nie przyniosły żadnego widocznego rezultatu poza ułatwieniem krytyki i represji opozycjonistów przez siepaczy reżimu. Powrót do starego, czyli twardego, nieugiętego, pryncypialnego stanowiska nie zbliży Ameryki, Europy i świata do żadnego konstruktywnego rozwiązania. Irańczycy dalej będą robić to, co robili dotychczas, a ostra polityka nie zyska wsparcia Rosji i Chin nawet w sferze retorycznej. Irański reżim nie upadnie od nowych sankcji, skoro przeżył poprzednie. Im ostrzej grają Stany Zjednoczone, tym bardziej cieszą się konserwatyści spod znaku Chameneiego, Ahmadineżada, Jazdiego i im podobnych. Amerykanie ułatwiają im budowę oblężonej twierdzy i prowokowanie uderzenia militarnego, którego najbardziej oczywistym efektem byłaby klęska rosnącego w siłę ruchu opozycyjnego. Polecam zapoznanie się z tekstami dwóch wpływowych amerykańskich politologów. Są to dwie istotne cegiełki dołożone do debaty o polityce USA wobec Iranu. Ma ona wpływ na wiele czynników, chociażby na dostępność irańskiego gazu naturalnego dla Europy, a więc także na bezpieczeństwo energetyczne Polski. Piotr Wołejko
grafika: cfr.org
Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:
piątek, 22 stycznia 2010
Wracamy do podsumowania ubiegłego roku. Wrzesień był miesiącem pełnym refleksji. Rocznica zamachu na World Trade Center zbiegła się z przygotowaniem nowej strategii afgańskiej przez administrację prezydenta Obamy. Zastanawialiśmy się także nad stosunkami polsko-ukraińskimi w prawie pięć lat od Pomarańczowej Rewolucji i zwycięstwa Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich. Powrócił także temat irańskiego programu atomowego. Przygotowując podsumowania korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna. 1. Afganistan osiem lat po WTC "Kto byłby na tyle głupi, żeby atakować najpotężniejsze państwo na świecie?!", pytałem we wstępie do rocznicowego artykułu na temat zamachu z 11 września 2001 roku. Konsekwencje wojny w Afganistanie Amerykanie odczuwają do dziś. Szybkie "zwycięstwo" rozzuchwaliło administrację Busha, która parła do kolejnej konfrontacji - z Irakiem. Wizja obalania dyktatorów i demokratyzacji Bliskiego Wschodu za pośrednictwem amerykańskiej potęgi militarnej wydawała się atrakcyjna dla decydentów w Waszyngtonie. Afganistan, choć szybko udało się rozbić reżim talibów, do dziś stanowi pole walki. Po święcie dziękczynienia prezydent Obama ogłosił, że wysyła do tego kraju dodatkowe 30 tysięcy żołnierzy. Końca walk nie widać. Do tego sytuacja w sąsiednim Pakistanie jest bardzo niestabilna, a na afgańsko-pakistańskim pograniczu od dłuższego czasu trwają regularne walki sił rządowych z rozmaitej maści rebeliantami i bojownikami (pro)talibskimi. W artykule Afganistan: wojna bez celu pisałem m.in.: "Celem nie może już być budowa demokratycznego ani nawet silnego państwa afgańskiego. Może nim być natomiast powstrzymywanie terrorystów przed przygotowywaniem nowych ataków (...) Stąd nie można wycofać się i zapomnieć o Afganistanie, udając, że wszystko jest cacy. Nie dysponujemy jednak zasobami, a przede wszystkim determinacją, aby naprawić "upadły" Afganistan i postawić go na nogi. Warto już dziś zająć się opracowywaniem strategii wyjścia z Afganistanu". 2. Niewielkie zyski Polski z Pomarańczowej Rewolucji Zwycięstwo Wiktora Juszczenki zostało powitane w Polsce (w przeciwieństwie do Moskwy) z wielkim entuzjazmem. Spodziewano się, że Ukraina znacząco zbliży się do Europy Zachodniej, a Polska miała być głównym adwokatem Kijowa. Patrząc z perspektywy pięciu lat od Pomarańczowej Rewolucji można śmiało stwierdzić, że nadzieje okazały się płonne, a stosunki polsko-ukraińskie uległy niewielkiej tylko poprawie. W artykule Polska - Ukraina: stracona pięciolatka pisałem m.in.: "Wiele wydarzeń historycznych pozostaje powodem niezgody obu narodów, a niektóre wywołują żywy sprzeciw i oburzenie. Przyjęta przez władze Polski i Ukrainy taktyka przemilczenia trudnych chwil we wspólnej przeszłości nie przynosi spodziewanych rezultatów. Jak w każdej sytuacji, trudno na kłamstwach, półprawdach i przymuszonej historycznej amnezji zbudować trwałe, zdrowe i silne wzajemne relacje. Nie dość, że jest to kontrproduktywne, to jeszcze daje innym państwom do ręki jak najbardziej uzasadnione argumenty o hipokryzji i braku konsekwencji zachowań Warszawy". Co więcej, bezpardonowa walka bohaterów Pomarańczowej Rewolucji między sobą oraz z Wiktorem Janukowyczem spowodowała, że Ukraina przez ostatnie pięć lat była w zasadzie sparaliżowana. Niedawna pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, że najwięcej na nieustannych sporach i woltach politycznych stracił Wiktor Juszczenko. Jego sześcioprocentowe poparcie należy pozostawić bez komentarza. Rekomendacja dla polskiej dyplomacji, w obliczu lekcji wyciągniętej z prezydentury Juszczenki, jest następująca: "Polska, jeśli nadal będzie uważać, że silniejsze związki z Ukrainą są dla niej kluczowe, powinna utrzymywać intensywne kontakty ze wszystkimi siłami politycznymi na Ukrainie i promować kierunek europejski. Nie jesteśmy w stanie narzucić Ukraińcom naszego punktu widzenia i nie powinniśmy próbować tego robić. Musimy natomiast zrobić wszystko, aby - niezależnie do wyboru Kijowa - utrzymywać z Ukrainą jak najlepsze stosunki. Do tej pory stawialiśmy wyraźnie na jeden obóz, czy nawet jednego polityka". 3. Iran i jego program atomowy - niekończąca się historia Jeśli brak gorącego newsa, zawsze można napisać o brodatych ajatollahach pracujących nad skonstruowaniem bomby atomowej oraz dzielnych izraelskich żołnierzach, którzy aż palą się do zniszczenia irańskich instalacji nuklearnych. Temat atomu powrócił we wrześniu jednak nie tylko za sprawą ewentualnego izraelskiego ataku, ale z powodu amerykańsko-rosyjskich ustaleń dotyczących Iranu. Amerykanie zrezygnowali z rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów systemu antyrakietowego, Moskwa zaś miała wywrzeć wpływ na Teheran i skłonić Persów do ustępstw. "Wielokrotnie pisałem już na łamach niniejszego bloga, że wiara w możliwość wywarcia istotnego (ergo skutecznego) nacisku na Teheran przez Moskwę jest złudna i nie należy przeceniać rosyjskich wpływów w islamskiej republice". Przytoczony fragment pochodzi z artykułu Raz jeszcze o wpływie Rosji na Iran opublikowanego dnia 17 września 2009 r. Rosji nie zależy na załatwieniu sprawy irańskiego programu atomowego po myśli Amerykanów. Moskwa ma po temu kilka powodów. Rosja "trzyma Iran z daleka od swojego miękkiego kaukaskiego podbrzusza", czerpie także doraźne korzyści gospodarcze z izolacji Iranu, ale "przede wszystkim odcina groźnego konkurenta od europejskiego rynku energetycznego". Zachód, z oczywistych powodów, nie może układać się z Iranem. Rosjanie tymczasem de facto kontrolują irańskie złoża surowców energetycznych (przynajmniej w kwestii blokowania kierunku Zachodniego), prowadzą dobre interesy gospodarcze z Iranem, zarabiają na sprzedaży Iranowi uzbrojenia. Każde zamieszanie na Bliskim Wschodzie podbija także cenę ropy naftowej (w konsekwencji także gazu ziemnego), dzięki czemu rosyjski skarbiec szybciej zapełnia się dolarami. W podobnym tonie wypowiada się na łamach Polityki Globalnej Maciej Pawłowski. Więcej o irańskim programie atomowym i jego konsekwencjach w artykule Irak czy Iran? Materiał bonusowy Dzisiaj polecam artykuł Tomasza Wojdały z bloga Rossija zatytułowany Rosja według Miedwiediewa. Autor analizuje artykuł rosyjskiego prezydenta Go Russia! Zachęcam do podzielenia się w komentarzach refleksjami dotyczącymi powyższych tematów i artykułów, a także wskazania własnych propozycji lipcowych wydarzeń, o których powinniśmy pamiętać.Wcześniejsze podsumowania: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień. Piotr Wołejko |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||