Wpisy z tagiem: polska polityka zagraniczna

sobota, 01 stycznia 2011

Trudny rok. Pełen katastrof. Zaczęło się na początku stycznia w Haiti. Potężne trzęsienie ziemi unaoczniło światu kruchość haitańskiej państwowości. Bilans tragedii to ponad 200 tys. ofiar i miliony osób żyjących do dziś bez trwałego dachu nad głową. Naprawa Haiti to misja na wiele lat. Misja niełatwa i kosztowna. Czy uda się zakończyć ją sukcesem? Zamieszanie wokół niedawnych wyborów powszechnych (ponowne przeliczanie głosów) nie jest pozytywnym sygnałem.

Haiti, Chile i amerykański Senat

Miesiąc później, pod koniec lutego ub.r., trzęsienie ziemi silniejsze od tego, które zniszczyło Haiti, dotknęło Chile. Jakże rzucała się w oczy różnica w jakości państwa, jego struktur i instytucji. Będące oknem wystawowym Ameryki Południowej Chile nie załamało się pod presją sił natury. Liczba ofiar sięgnęła setek, ale nie setek tysięcy. Straty owszem, były, ale nie da się tego żadną miarą porównać z Haiti. Skoro już jesteśmy przy Chile warto odnotować, iż po raz pierwszy od końca ery Pinocheta (1990 rok) władzę w kraju przejmuje prawica. Nowym prezydentem kraju został bogaty biznesmen Sebastian Pinera. Santiago czeka jednak bardziej zmiana pilota, niż kursu. Do Chile wrócę jeszcze pod koniec podsumowania.

Przechodząc na chwilę do polityki, nie można pominąć trzęsienia ziemi w amerykańskiej polityce wewnętrznej, które wywołało zwycięstwo republikanina Scotta Browna w wyborach uzupełniających do Senatu. Brown zwyciężył w liberalnym stanie Massachusetts i zajął miejsce zajmowane przez dekady przez legendę demokratów - Edwarda Kennedy'ego. Sukces ten był uwerturą do listopadowego zwycięstwa GOP w wyborach do Izby Reprezentantów. Gdyby nie prawicowy radykalizm pod banerem Tea Party, republikanie mogli nawet liczyć na przejęcie kontroli nad Senatem.

Chiny, Turcja, Ukraina, Rosja i Jerozlima

Styczeń to także ostra reakcja amerykańskiego koncernu Google na atak hakerski, jaki przypuściły na niego Chiny. Spodziewałem się poważniejszych konsekwencji tego wydarzenia, ale w sumie z dużej chmury spadł mały deszcz. W lutym zwróciłem uwagę na postępującą rozprawę partii AKP, pod przewodnictwem premiera Turcji Recepa Erdogana, ze strzegącą świeckości republiki armią. Podobno wojskowi szykowali zamach stanu, któremu udało się zapobiec. Drugi miesiąc 2010 roku przyniósł również zmianę warty na Ukrainie. Skompromitowany prezydent Juszczenko zakończył swą żałosną kadencję, a wyrównaną walkę o prezydenturę stoczyli Julia Tymoszenko i Wiktor Janukowycz. Zgodnie z przewidywaniami, wygrał ten drugi. Z jego sukcesem wiąże się ważna lekcja dla Polski.

Dalej, w marcu, mieliśmy zamachy w moskiewskim metrze, które przypomniały o niestabilności rosyjskiego Kaukazu. Już nie tylko Czeczenia stanowi poważny problem, ale także sąsiednie republiki. Wiele kilometrów na południe od Groznego, w Ziemi Świętej, Izrael pokazał Amerykanom, gdzie raki zimują. Wizyta wielkiego przyjaciela Izraela, wiceprezydenta Joe Bidena, była policzkiem nie tylko dla niego, ale dla całej administracji Obamy. Gospodarze powitali Bidena informacją o rozbudowie osiedli żydowskich we wschodniej Jerozolimie. Był to zaledwie początek serii "przyjaznych gestów" Izraela wobec USA. Waszyngton poniósł w 2010 roku całkowitą klęskę w swojej polityce wobec Izraela i tzw. procesu pokojowego.

Smoleńsk i relacje z Rosją

Kwiecień przyniósł straszliwą tragedię w postaci katastrofy prezydenckiego Tupolewa pod Smoleńskiem. Zginął prezydent Polski Lech Kaczyński wraz z małżonką, wszyscy najwyżsi dowódcy Wojska Polskiego i kilkadziesiąt innych osób. Wydarzenie bez precedensu w dotychczasowej historii, nie tylko Polski, ale całego świata. Również w kwietniu islandzki wulkan o niewymawialnej nazwie sparaliżował na wiele dni ruch lotniczy w Europie, utrudniając m.in. autorowi tego tekstu wyjazd na międzynarodową konferencję w stolicy Katalonii, Barcelonie. Po raz kolejny w tym roku natura pokazała, jak krucha jest cywilizacja stworzona przez człowieka.

W obliczu katastrofy smoleńskiej zastanawialiśmy się, jak będą wyglądać stosunki Polski z Federacją Rosyjską. Jak pokazał czas, przewidywania okazały się słuszne. Ocieplenie przyniosło pewną poprawę, jednak w wielu kluczowych sprawach różnica zdań pozostała. I raczej pozostanie. Chociażby w sprawie przyszłości Ukrainy, która swoją decyzją o przedłużeniu stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie zdawała się pieczętować odwrót z kursu zachodniego.

Powodzie, pożary i nieodpowiedzialna polityka KRLD

Kolejne miesiące, w szczególności lipiec, to kolejne katastrofy naturalne. Podczas gdy tysiące hektarów ziemi, wsie i miasteczka w Rosji trawił nie dający się powstrzymać pożar, północny Pakistan znalazł się pod wodą. Powódź dotknęła ponad 20 milionów ludzi, spośród których spora część straciła dorobek całego życia. W polityce zwróciłem uwagę na możliwość przyciśnięcia Chin do muru ws. coraz agresywniejszej Korei Północnej, a to dzięki ujawnieniu, iż za zatopieniem pod koniec marca 2010 roku południowokoreańskiej korwety Cheonan stał reżim Kim Dzong Ila. Chiny wywinęły się od jakiejkolwiek odpowiedzialności za swojego klienta, a pod koniec listopada Korea Północna ostrzelała należącą do Południa wyspę Yeonpyeong.

Kłopoty z właściwą reakcją na poczynania północnokoreańskiego reżimu zamknęły słaby dla Chin rok w stosunkach międzynarodowych. W tym kontekście nie można nie wspomnieć o histerycznej wręcz reakcji Pekinu na zatrzymanie przez Japonię kapitana chińskiego kutra rybackiego, który  został zatrzymany za staranowanie japońskich okrętów straży przybrzeżnej. Chiny pokazały tutaj swoją brzydką, nacjonalistyczną twarz i dały dużo do myślenia państwom Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Japonia nie tylko została upokorzona, ale także Chiny wstrzymały jej dostawy tzw. metali ziem rzadkich. Pekin kontroluje ponad 95 proc. ich wydobycia, a nowoczesna japońska gospodarka potrzebuje tychże metali jak człowiek tlenu. Kara była więc surowa.

Alians brytyjsko-francuski, polska polityka zagraniczna i dobre wieści z Chile

Na początku listopada na pierwszy plan wysunęła się Europa, a to dzięki umowie o współpracy obronnej podpisanej przez Francję i Wielką Brytanię. Starzy sojusznicy, broniąc własne siły zbrojne przed cięciami budżetowymi, a także walcząc o utrzymanie wpływów na arenie międzynarodowej, zawarli traktat obronny na najbliższe 50 lat. Skoro jesteśmy już na Starym Kontynencie, rzućmy okiem na Polskę. W pierwszych dniach grudnia ofensywę dyplomatyczną przeprowadził prezydent Bronisław Komorowski, spotykając się z prezydentami Rosji, Niemiec i Ameryki. Natomiast tuż przed Świętami w trudnej sytuacji postawił nas białoruski dyktator Aleksander Łukaszenka, przyznając sobie 80 proc. poparcia w wyborach, a następnie brutalnie tłumiąc demonstracje i pałując swoich kontrkandydatów.

grafika

Na koniec zostawiłem chyba najbardziej pozytywne wydarzenie ubiegłego roku. Nie, nie finał mundialu w RPA, po którym, jako wielki fan Hiszpanii i FC Barcelony, byłem w siódmym niebie. Mam na myśli zakończoną powodzeniem akcję ratunkową w chilijskiej kopalni miedzi San Jose. W połowie października, na oczach miliarda widzów na całym globie, 33 zasypanych pod ziemią górników zostało wyciągniętych na powierzchnię. Spędzili 69 dni na głębokości 700 metrów. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie drugi w kolejności uratowany górnik, Mario Sepulveda (na zdjęciu; źródło: mirror.co.uk).

Co przyniesie rok 2011?

Polska w drugiej połowie 2011 roku obejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej i obok wyborów parlamentarnych będzie to najważniejsza sprawa. W Chinach szykuje się zmiana u sterów, Hu Jintao i Wen Jiabao w 2012 roku ustąpią miejsca młodszym kolegom z partii komunistycznej. W Ameryce rozpocznie się kampania prawyborcza, której celem będzie wyłonienie rywala dla Baracka Obamy. Europę czeka sporo nerwów związanych z problemami finansowymi państw grupy PIIGS, a także początek batalii o budżet UE na lata 2013-2020.

Z pewnością będzie to ciekawy rok, który mam zamiar dla Was opisywać i analizować. Najważniejsze to dotrwać do grudnia, kiedy Dyplomacja będzie obchodzić swoje piąte urodziny. Możecie sprawić, aby pierwszą pięciolatkę uczcić z przytupem. Bądźcie ze mną, czytajcie Dyplomację, dołączcie do Dyplomacji na Facebooku, zaproście swoich znajomych i, co najistotniejsze, przyglądajmy się razem uważnie temu, co dzieje się na świecie. Dziękuję Wam za udany 2010 rok i liczę, że 2011 będzie przynajmniej nie gorszy od swego poprzednika!

Piotr Wołejko

niedziela, 07 listopada 2010

"Potrzebujemy systemu obrony przeciwrakietowej, który uwzględnia nie tylko kraje NATO, ale także Rosję. Im bardziej obrona antyrakietowa jest postrzegana jako wspólny dach, zapewniający nam bezpieczeństwo - zbudowany, wspierany i zarządzany wspólnie tym więcej ludzi od Vancouver po Władywostok będzie czuło się członkami jednej i tej samej wspólnoty". Słowa te pochodzą z marcowego artykułu Sekretarza Generalnego Paktu Północnoatlantyckiego Andersa Fogh Rasmussena dla brytyjskiego dziennika "The Guardian". Duńczyk od początku swej kadencji promuje stworzenie ogólnoeuropejskiej tarczy antyrakietowej, szukając przy okazji możliwości zbliżenia z Rosją.

Kłótnie o tarczę

Tarcza odcisnęła dość istotne piętno na polskiej polityce, zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej. W pewnym momencie stała się przedmiotem rozgrywki pomiędzy dwiema największymi partiami na rodzimej scenie politycznej. Jeden z wiceministrów, odpowiedzialny za negocjacje z Amerykanami, odchodził z hukiem z rządu Donalda Tuska, oskarżając premiera o sabotowanie negocjacji z Waszyngtonem. Umowę o umieszczeniu na terytorium Polski elementów tarczy, w postaci rakiet przechwytujących, podpisywano w przededniu zmiany administracji w Stanach Zjednoczonych. Gorącego orędownika projektu obrony przeciwrakietowej, republikanina Georga W. Busha, zastąpił w Białym Domu sceptycznie nastawiony do tego pomysłu demokrata Barack Obama. Dość szybko okazało się, co łatwo było przewidzieć, iż dla Obamy lokalizacja instalacji przechwytujących w Polsce i Czechach (radar) nie będzie priorytetem.

Pomysł w zasadzie zarzucono (zmiana koncepcji, oszczędności, odmrożenie relacji z Rosją) i Polska wraz z Czechami została, mówiąc kolokwialnie, na lodzie. Na osłodę dostaliśmy baterię rakiet Patriot, która stacjonuje u nas rotacyjnie przez kilka miesięcy w roku. Nie ma ona żadnego wpływu na nasze bezpieczeństwo, gdyż tylko dla obrony nieba nad Warszawą potrzeba kilka takich baterii. Niestety, Amerykanie nie zamierzają nam ich fundować i wcale nie kwapią się ze sprzedażą. Wiadomo, Rosji by się to nie spodobało, a demokratyczna administracja amerykańska myśli pragmatycznie.

Nowatorski pomysł NATO


grafikaWygląda jednak na to, że tarcza jednak powstanie. Nie będzie to już projekt stricte amerykański, który w założeniu miał chronić wyłącznie terytorium USA, ale system chroniący niebo sojuszników w ramach NATO. Kilka lat temu, gdy Polska prowadziła negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi, tarcza antyrakietowa była uważana w Europie za projekt wielce kontrowersyjny. Jak zauważa szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski: dziś cały Sojusz się na to [tarczę – przyp. PW] zgadza. - Wyczuwalnym konsensusem jest to, że NATO podejmie decyzję o budowie natowskiego systemu obrony przeciwrakietowej -powiedział Sikorski na konferencji prasowej przed dwoma tygodniami.

Koncepcja forsowana przez Andersa Fogh Rasmussena zakłada, iż nastąpi integracja istniejących już systemów obrony przeciwrakietowej. Pochłonie to ok. 200 milionów euro. To zapewne tylko początek inwestycji w obronę antyrakietową. Co prawda wątpliwości nadal zgłasza Francja, która obawia się konfliktu pomiędzy tarczą a własną doktryną obronną opartą na odstraszaniu nuklearnym, ale francuskie obawy powinna przezwyciężyć niedawna deklaracja niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Stwierdziła ona kilka dni temu, iż „dopóki inne kraje świata posiadają broń atomową, Europa również musi posiadać takie możliwości”.

Jakaś forma obrony przeciwrakietowej dla Europy jest więc przesądzona. Sekretarz Generalny NATO nie zamierza jednak, jak to sam ujmuje, „tworzyć nowych linii podziału”, czy też wykluczać inne państwa ze współpracy. Wręcz przeciwnie. Rasmussen aktywnie zabiega o rosyjski współudział w zabezpieczeniu nieba od wspomnianego już Vancouver aż po Władywostok. Działania Duńczyka można uznać za udane, gdyż rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział udział w listopadowym szczycie sojuszu w Lizbonie. Dialog i współpraca z Rosją w zakresie obrony przeciwrakietowej będą istotną częścią dyskusji poświęconej relacjom NATO-Rosja.

Polskie władze sceptycznie podchodzą do wizji wspólnej, natowsko-rosyjskiej tarczy. Minister obrony narodowej Bogdan Klich powiedział niedawno: nie bardzo widzę potrzebę, aby Rosja była włączana do natowskiej tarczy antyrakietowej, a na pewno nie w tym momencie. Minister Sikorski ma nieco inne zdanie na ten temat. Zwraca on uwagę na fakt, iż do tej pory Rosja uważała tarczę za instalację militarną wymierzoną przeciw sobie. - Dzisiaj zaczyna się to zmieniać, mówi Sikorski i dodaje - mówimy o współpracy, a jak ona będzie wyglądała w praktyce, będzie zależało od rozwoju sytuacji, podejrzewam, że głównie na Bliskim Wschodzie. Nietrudno domyślić się, że minister ma na myśli Iran, który intensywnie rozwija programy rakietowy i nuklearny. Nowa strategia NATO, która ma być głównym tematem zbliżającego się szczytu, stawia na współpracę z Rosją, ale – jak zaznacza Sikorski – „nie na każdych warunkach, co jest zdroworozsądkowe”.

Dobry wujek nas nie uratuje

I właśnie współpraca z Rosją jest oczkiem w głowie Rasmussena, a próba wciągnięcia Moskwy w dyskusję o wspólnej budowie systemu obrony przeciwrakietowej jest tylko pierwszym krokiem ku bliższej kooperacji w innych dziedzinach. Jak mówi sam Sekretarz Generalny na swoim blogu, jest wiele wyzwań i zagrożeń, którym powinniśmy – my NATO oraz Rosja – stawić czoła razem, nie zaś osobno. Rasmussen wymienia chociażby terroryzm, ekstremizm, narkotyki, proliferację technologii rakietowych oraz broni masowego rażenia oraz piractwo. Więcej, Rasmussen liczy na współpracę przy redukcji zbrojeń konwencjonalnych oraz pocisków bliskiego zasięgu z głowicami atomowymi. NATO zredukowało ich ilość o 90%, natomiast Rosja nie dotrzymała kroku w tej dziedzinie państwom europejskim. Należy porzucić myślenie zimnowojenne, wzywa Rasmussen i wyciąga rękę do Rosjan.

Polska wspiera natowską tarczę antyrakietową. Liczy także na wywiązanie się przez Stany Zjednoczone z obietnic dotyczących rakiet Patriot. Nie stawiamy już jednak wyłącznie na Amerykę jako gwaranta obrony naszej suwerenności. Minister Sikorski w dość zdecydowany sposób krytykuje zwolenników bezwarunkowego oddania bezpieczeństwa Polski w ręce USA. - Zadrażniano stosunki z sąsiadami i całą Unią Europejską, wierząc, że z każdej naszej nieroztropności uratuje nas dobry wujek zza oceanu - ocenia Sikorski i puentuje: W ostatecznym rozrachunku tylko sami możemy zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Jak powinna zachować się Polska?

Konstatacja Sikorskiego jest słuszna. Nie można obstawiać tylko jednego konia, tym bardziej, jeśli ma on swoje problemy oraz nową koncepcję polityki zagranicznej (gdzie na pierwszym miejscu znajduje się Pacyfik, nie Europa). Im silniejsze NATO, tym lepiej dla nas. Podobnie ma się rzecz z Unią Europejską. Współpraca z Rosją również jest istotna. Nie możemy mieć złudzeń, że Rosjanie nagle się zmienili i nie zawalczą o własną strefę wpływów. Tak nie będzie. Natomiast Polska nie może być w awangardzie antyrosyjskości. Powinniśmy uczulać, zwracać uwagę, ale nie sypać piasku w tryby. Powinniśmy pamiętać, że bezpieczeństwo Rosji (w tym także obrona przeciwrakietowa) leży w naszym interesie.

Jeśli Rosja będzie się czuła bezpiecznie, nie będzie miała powodu do nieufności wobec sąsiadów, wobec NATO. Sceptycznie patrzący na jakiegokolwiek zacieśnianie więzów z Rosją mają istotny powód do zadowolenia: od deklaracji współpracy do rzeczywistej kooperacji jest bardzo, ale to bardzo daleko. Na razie Moskwa wyraziła wstępne zainteresowanie i porzuciła retorykę tarczy antyrakietowej jako projektu stricte antyrosyjskiego. To niewiele, ale wszelkie rozmowy z Rosjanami na temat bezpieczeństwa to droga pokonywana małymi kroczkami.

Piotr Wołejko, dla Wirtualnej Polski

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu WP.pl. Grafika: balkanstudies.org

wtorek, 09 lutego 2010

Wybory prezydenckie na Ukrainie wywołały wielkie zainteresowanie dziennikarzy oraz blogerów. Telewizje poświęcały wiele minut na relacjonowanie przebiegu kampanii wyborczej oraz samych wyborów, blogerzy popełnili wiele notek o przyszłości Ukrainy w zależności od tego, kto okaże się zwycięzcą. W wielu przypadkach zarówno zawodowcy jak i amatorzy przejaskrawiali, upraszczali i generalizowali, sprzedając prostą i chwytliwą narrację. Jak wiadomo, takie postępowanie obarczone jest ryzykiem popełnienia błędu, głównie z powodu eliminacji istotnych niuansów.

Bezpośrednim powodem napisania tej notki jest wywiad [mp3] z dr Adamem Eberhardtem z Ośrodka Studiów Wschodnich, jaki w Poranku Radia TOK  FM przeprowadził Igor Janke (właściciel Salonu24 i publicysta Rzeczpospolitej, a od niedawna jeden z prowadzących program Minęła Dwudziesta w TVP  Info). Eberhardt, wicedyrektor OSW w klarowny sposób przedstawił sytuację Ukrainy. Skupił się głównie na problemach gospodarczych, trudnościach we współpracy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym (nie będzie kolejnych pożyczek, dopóki nie zostaną przeprowadzone wymagane przez MFW  reformy) oraz zapleczu Wiktora Janukowycza.

Trudna sytuacja gospodarcza Ukrainy jest powszechnie znana. W ubiegłym roku PKB skurczyło się o 15 procent, kasa państwa świeci pustkami, a skłócona klasa polityczna jest niezdolna do podjęcia koniecznych (często niepopularnych) decyzji. Kilka miesięcy temu Ukrainę dotknęła także epidemia grypy, na którą zachorowało grubo ponad milion osób. To wiemy. Nie wiemy natomiast, kto kryje się za zwycięzcą wyborów prezydenckich. Janukowycz odniósł mało przekonywujące zwycięstwo. Nie zebrał nawet 50 procent głosów, a pond cztery procent Ukraińców, którzy udali się do urn, wybrało opcję przeciw wszystkim.

O uproszczeniach dotyczących Janukowycza (prorosyjski kandydat, będzie chodził na pasku Moskwy) oraz Tymoszenko (proeuropejska gwarantka zachowania owoców Pomarańczowej Rewolucji) pisałem w połowie stycznia. Nie widzę potrzeby powtarzania postawionych wówczas tez. Tylko jedna wymaga powtórzenia, gdyż więcej światła na postępowanie Janukowycza na arenie międzynarodowej (poprzez opis sił wspierających lidera Partii Regionów) rzucił w rozmowie z Igorem Janke dr Eberhardt. Napisałem, że "oligarchowie stojący za Janukowyczem wcale nie garną się do Putina, a chcą robić dobre interesy z Europą i zarabiać w twardej walucie ".

grafikaGość Poranka Radia TOK FM rozwinął powyższą myśl dzieląc siły stojące za Janukowyczem na dwie frakcje. Jedna, głównie oligarchowie z Donbasu (Rinat Achmetow - na zdjęciu - i spółka) nie zamierzają bratać się z Putinem; druga, bardziej polityczna (z Mykołą Azarowem na czele) jest otwarcie prorosyjska. Eberhardt powiedział, że za Azarowem i jego frakcją stoi m.in. lobby przemysłu zbrojeniowego. Janukowycz, jako osoba bezbarwna i pozbawiona charyzmy, idealnie nadawał się do łączenia dwóch różnorodnych frakcji Partii Regionów. Ciekawe, kto zostanie następcą Janukowycza na stanowisku szefa partii i czy uda mu się utrzymać jej jedność.

Komentatorzy wielokrotnie podkreślali, że prezydent Janukowycz ma osobisty powód do niechęci do Polski. Przecież to głównie nasze zaangażowanie w 2004 roku spowodowało, że Wiktor ze wschodu Ukrainy ostatecznie przegrał z tym z zachodniej części kraju. Oczywiście, osobisty uraz do Polski na pewno pozostał, ale są dwa powody, dla których nie sądzę, aby uraz ten odegrał istotną rolę w relacjach polsko-ukraińskich. Po pierwsze, Janukowycz już po porażce Niebieskich podczas Pomarańczowej Rewolucji pełnił funkcję premiera i stosunki z Polską były wówczas poprawne. Po drugie, interes narodowy Ukrainy wymaga współpracy z Polską, jako jednym z głównych okien na Zachód.

Przykre, że polskie elity polityczne in gremio, od zwycięstwa Juszczenki pięć lat temu, zupełnie pomijały obóz Niebieskich. Cały czas liczyliśmy, że Pomarańczowi jakoś się dogadają. Więcej, sądziliśmy, że zwrot na Zachód jest nieunikniony. Niestety, realia okazały się inne. Juszczenko z Tymoszenko wzięli się, przepraszam za kolokwializm, za łby, a kraj stał w miejscu. Wkrótce okazało się także, że oportunizm i osobiste spory biorą górę nad, teoretycznie, zdrowym rozsądkiem. Juszczenko dogadywał się z Janukowyczem, aby zdymisjonować i upokorzyć Tymoszenko, zaś Julia z zaprzysięgłego wroga Rosji i nemezis Putina dość stała się dla Moskwy neutralna i dobijała z Putinem energetyczne dile.

Prezydent Janukowycz nie stanowi, wbrew twierdzeniom najbardziej kategorycznych polskich komentatorów, śmiertelnego zagrożenia dla perspektywy polsko-ukraińskiej współpracy. Nie ma mowy o NATO, a zbliżenie do Unii Europejskiej będzie wolniejsze, ale nadal możemy się całkiem dobrze dogadywać. Najważniejsze dla Ukrainy, a także dla Polski, jest wyjście Kijowa na gospodarczą prostą. Niestety, szykuje się kolejna batalia polityczna, tym razem o premierostwo Tymoszenko i dotychczasową większość w parlamencie, co zwiastuje kolejne stracone tygodnie, jeśli nie miesiące.

Realizm nakazuje przyjęcie nowej sytuacji na Ukrainie ze spokojem i rozwagą. Nasza dyplomacja oraz politycy powinni zwrócić uwagę na niuanse, chociażby w postaci różnic w zwycięskiej Partii Regionów. Czas wyrobić wreszcie odpowiednie kontakty w tym ugrupowaniu, gdyż stawianie wyłącznie na skompromitowanego Juszczenkę nie ma żadnego sensu. Z drugiej strony, konieczne jest utrzymywanie dobrych relacji z Julią Tymoszenko - pokazała w wyborach prezydenckich, że należy się z nią liczyć. Warto także przecierać szlaki u trzeciego w pierwszej turze wyścigu prezydenckiego Siergieja Tyhypki, który może być - paradoksalnie - największym zwycięzcą niedawnych wyborów. Po ewentualnych przedwczesnych wyborach parlamentarnych jego ugrupowanie będzie najpewniej trzecią siłą w izbie.

Poczucie porażki, dominujące w polskiej przestrzeni medialnej, jest tylko częściowo uzasadnione. Juszczenko przegrał, a to on był symbolem zmian, na które Polska czekała. Związanie się w zasadzie wyłącznie z nim osobiście sprawiło, że jego klęska była dla niektórych szczególnie bolesna. Można było tego uniknąć, gdyby wcześniej postarano się o kontakty z innymi liderami i ich ugrupowaniami. Skoro Ukraina jest dla Polski tak ważna, nie można było stawiać tylko na jednego konia.

Sukces Janukowycza mnie nie cieszy, ale uważam też, że nie ma dramatu. Wiele wskazuje na to, że nowy prezydent nie jest samodzielny, a wspierające go siły są różnorodne i nie ma zgody na całkowity zwrot ku Rosji. Możemy to wykorzystać, jeśli wyciągniemy wnioski z niedawnej przeszłości.

Piotr Wołejko

 

grafika: blog.kievukraine.info

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

piątek, 29 stycznia 2010

Zbliżamy się do finału podsumowania 2009 roku w polityce międzynarodowej. W listopadzie dominował Manifest Realistyczny: Strategia polskiej polityki zagranicznej na XXI wiek - obszerna analiza, której jestem współautorem razem z Janem Barańczakiem z bloga Bookistan. Polskiej dyplomacji dotyczy również wywiad ze Zbigniewem Brzezińskim, który analizowałem na swoim blogu. Trochę w cieniu znajdowały się sprawy globalne, jednak trochę uwagi poświęciliśmy także wizycie Baracka Obamy w Chinach.

Zestawienia najważniejszych tematów kolejnych miesięcy ubiegłego roku opierają się na artykułach opublikowanych na niniejszym blogu oraz na portalu Polityka Globalna.

1. Polska polityka zagraniczna

grafikaListopad to miesiąc refleksji nad polską polityką zagraniczną. Rocznica odzyskania niepodległości była świetną okazją, aby dogłębnie zająć się dyplomacją. Rolą państwa jest przecież realizowanie interesu narodowego także na zewnątrz, tj. wobec państw trzecich. Z drugiej strony, silne państwo to przede wszystkim silna gospodarka. Istnieje bezpośredni związek pomiędzy siłą gospodarczą a "siłą" dyplomatyczną, prestiżem i poważaniem na arenie międzynarodowej. Gdy państwo było słabe, sąsiedzi nie wahali się rozerwać go na strzępy i podzielić między siebie. Rolą wszystkich obywateli razem i każdego z osobna jest zrobić wszystko, co w ich mocy, aby historia nie zatoczyła koła, a polska państwowość nie zaniknęła po raz kolejny.

W tym duchu, przyjmując realistyczne założenia, pisaliśmy wraz z Jankiem Barańczakiem Manifest Realistyczny. Jest to publikacja, jakiej w polskiej blogosferze dotychczas nie było. O wiele poważniejsza od codziennych wpisów na blogach, a także zdecydowanej większości artykułów prasowych. Lektura strategii wymaga czasu i koncentracji dłuższej niż dwuminutowej, klasycznej dla tekstów na blogach. Nie da się jej przeczytać zwracając uwagę na co drugie zdanie w co trzecim akapicie. To tekst dla wytrwałych, ale także poważnych komentatorów. Okazało się, że jest ich niewielu. Manifest stał się więc probieżem jakości blogosfery politycznej w naszym kraju. Test wypadł marnie.

Na zakończenie promocji Manifestu krótki fragment z syntezy tekstu: "Strategia podwójnego zaangażowania jest próbą zdefiniowania otaczającego Polskę świata, określenia priorytetów oraz przedstawienia najlepszego sposobu na ich osiągnięcie. Nasz kraj potrzebuje realistycznej i pragmatycznej strategii polityki zagranicznej, która nie będzie opierać się na rezygnowaniu z potencjalnych sojuszników, ani na naiwnej wierze, że znajdzie się wreszcie ktoś, kto na zawsze da nam bezpieczeństwo, ale na balansowaniu zagrożeń i aktywnym korzystaniu z pojawiających się możliwości".

O polskiej polityce zagranicznej wypowiedział się także Zbigniew Brzeziński, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji prezydenta Jimmy'ego Cartera. Był to głos krytyczny: "Władze w Warszawie muszą prowadzić politykę realizowaną w przemyślany sposób. A ona nie może opierać się na ciągłych oczekiwaniach, że inne kraje pomogą Polsce rozwiązać kwestie, co do których Polska już dawno powinna była zająć konsekwentne stanowisko. I nie chodzi tu o stanowisko typu: „to mi się nie podoba”, „my się tego boimy”, tylko o konkretne działania, by danemu niebezpieczeństwu zapobiec lub przynajmniej zmniejszyć zagrożenie. A o tym bardzo mało słychać. Za to bardzo dużo się ciągle mówi o tym, co inni powinni dla Polski zrobić".

Więcej fragmentów z wywiadu Brzezińskiego dla Rzeczpospolitej oraz moje komentarze do słów politologa we wpisie Brzeziński krytycznie o polskiej dyplomacji z dn. 10 listopada 2009 r. Pisałem wówczas m.in. "Przekonanie o własnej wyjątkowości i roszczeniowa postawa wobec innych państw niejako immunizują nas od podejmowania działań na własną rękę, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Zbyt emocjonalna dyplomacja, przywiązanie do pustych gestów i nieumiejętność właściwej ich interpretacji doprowadzają nas do mylnych wniosków. Gdy prawda wychodzi na jaw, nasze zdziwienie jest ogromne, a często towarzyszy mu zawód oraz bardziej negatywne uczucia, prowadzące do nadużywania określeń takich jak "zdrada ".

2. Wizyta Obamy w Pekinie

grafikaA odbywała się ona w osobliwej atmosferze, podobnej do wizyty zawstydzonego dłużnika w swoim banku: "Paradoksalnie, to rozwijające się Chiny zdają się przemawiać do Stanów Zjednoczonych z pozycji siły. Paradoksalnie, gdyż poza finansowaniem amerykańskiego długu żadne inne przesłanki nie wskazują na zmianę układu sił - globalnego, ani pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem. Stany Zjednoczone są oczywiście osłabione tzw. kryzysem finansowym, ale Chiny wcale nie są monolityczną potęgą". Problem mają bowiem bardziej Chińczycy, którzy muszą liczyć na uczciwość swojego dłużnika i życzyć mu sukcesów. W innym wypadku obligacje skarbowe USA okażą się warte mniej niż papier, na którym je wydrukowano.

Po kryzysie finansowym Amerykanie są w takim szoku, że "nie czują się na siłach mówić twardo o tym, czego się domagają". Lista życzeń jest zaś długa, a na jej czele znajduje się sztucznie zaniżany kurs chińskiego juana. Waluta pozwala Chińczykom utrzymać konkurencyjność własnej produkcji. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że bez istotnej rewaluacji juana (urealnienia jego kursu) problemy z bezrobociem w Stanach Zjednoczonych nie będą mogły zostać rozwiązane. Tymczasem Obama, podobnie jak jego poprzednicy, nie jest w stanie twardo postawić tej sprawy w Pekinie. Ba, Obama stracił nawet moralny grunt pod nogami, odmawiając spotkania z Dalajlamą przed swoją wyprawą za Wielki Mur. Cytowane fragmenty pochodzą z wpisu Obama w Chinach z dn. 16 listopada 2009 r.

Materiały bonusowe

To zaszczyt i przyjemność polecać tak świetny reportaż jak Ciężkie życie w Timor-Leste Marka Lenarcika. Tekst niezbyt długi, ale niezwykle treściwy. Drugim wartym uwagi artykułem jest tekst Janka Barańczka zatytułowany 7 iluzji w polityce międzynarodowej. Życzę udanej lektury i jak zwykle zachęcam do komentowania.

Piotr Wołejko

 

grafika: Polityka Globalna

piątek, 22 stycznia 2010

Wracamy do podsumowania ubiegłego roku. Wrzesień był miesiącem pełnym refleksji. Rocznica zamachu na World Trade Center zbiegła się z przygotowaniem nowej strategii afgańskiej przez administrację prezydenta Obamy. Zastanawialiśmy się także nad stosunkami polsko-ukraińskimi w prawie pięć lat od Pomarańczowej Rewolucji i zwycięstwa Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich. Powrócił także temat irańskiego programu atomowego.

Przygotowując podsumowania korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

1.  Afganistan osiem lat po WTC

"Kto byłby na tyle głupi, żeby atakować najpotężniejsze państwo na świecie?!", pytałem we wstępie do rocznicowego artykułu na temat zamachu z 11 września 2001 roku. Konsekwencje wojny w Afganistanie Amerykanie odczuwają do dziś. Szybkie "zwycięstwo" rozzuchwaliło administrację Busha, która parła do kolejnej konfrontacji - z Irakiem. Wizja obalania dyktatorów i demokratyzacji Bliskiego Wschodu za pośrednictwem amerykańskiej potęgi militarnej wydawała się atrakcyjna dla decydentów w Waszyngtonie.

Afganistan, choć szybko udało się rozbić reżim talibów, do dziś stanowi pole walki. Po święcie dziękczynienia prezydent Obama ogłosił, że wysyła do tego kraju dodatkowe 30 tysięcy żołnierzy. Końca walk nie widać. Do tego sytuacja w sąsiednim Pakistanie jest bardzo niestabilna, a na afgańsko-pakistańskim pograniczu od dłuższego czasu trwają regularne walki sił rządowych z rozmaitej maści rebeliantami i bojownikami (pro)talibskimi.

W artykule Afganistan: wojna bez celu pisałem m.in.: "Celem nie może już być budowa demokratycznego ani nawet silnego państwa afgańskiego. Może nim być natomiast powstrzymywanie terrorystów przed przygotowywaniem nowych ataków (...) Stąd nie można wycofać się i zapomnieć o Afganistanie, udając, że wszystko jest cacy. Nie dysponujemy jednak zasobami, a przede wszystkim determinacją, aby naprawić "upadły" Afganistan i postawić go na nogi. Warto już dziś zająć się opracowywaniem strategii wyjścia z Afganistanu".

2. Niewielkie zyski Polski z Pomarańczowej Rewolucji

Zwycięstwo Wiktora Juszczenki zostało powitane w Polsce (w przeciwieństwie do Moskwy) z wielkim entuzjazmem. Spodziewano się, że Ukraina znacząco zbliży się do Europy Zachodniej, a Polska miała być głównym adwokatem Kijowa. Patrząc z perspektywy pięciu lat od Pomarańczowej Rewolucji można śmiało stwierdzić, że nadzieje okazały się płonne, a stosunki polsko-ukraińskie uległy niewielkiej tylko poprawie.

W artykule Polska - Ukraina: stracona pięciolatka pisałem m.in.: "Wiele wydarzeń historycznych pozostaje powodem niezgody obu narodów, a niektóre wywołują żywy sprzeciw i oburzenie. Przyjęta przez władze Polski i Ukrainy taktyka przemilczenia trudnych chwil we wspólnej przeszłości nie przynosi spodziewanych rezultatów. Jak w każdej sytuacji, trudno na kłamstwach, półprawdach i przymuszonej historycznej amnezji zbudować trwałe, zdrowe i silne wzajemne relacje. Nie dość, że jest to kontrproduktywne, to jeszcze daje innym państwom do ręki jak najbardziej uzasadnione argumenty o hipokryzji i braku konsekwencji zachowań Warszawy".

Co więcej, bezpardonowa walka bohaterów Pomarańczowej Rewolucji między sobą oraz z Wiktorem Janukowyczem spowodowała, że Ukraina przez ostatnie pięć lat była w zasadzie sparaliżowana. Niedawna pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, że najwięcej na nieustannych sporach i woltach politycznych stracił Wiktor Juszczenko. Jego sześcioprocentowe poparcie należy pozostawić bez komentarza.

Rekomendacja dla polskiej dyplomacji, w obliczu lekcji wyciągniętej z prezydentury Juszczenki, jest następująca: "Polska, jeśli nadal będzie uważać, że silniejsze związki z Ukrainą są dla niej kluczowe, powinna utrzymywać intensywne kontakty ze wszystkimi siłami politycznymi na Ukrainie i promować kierunek europejski. Nie jesteśmy w stanie narzucić Ukraińcom naszego punktu widzenia i nie powinniśmy próbować tego robić. Musimy natomiast zrobić wszystko, aby - niezależnie do wyboru Kijowa - utrzymywać z Ukrainą jak najlepsze stosunki. Do tej pory stawialiśmy wyraźnie na jeden obóz, czy nawet jednego polityka".

3. Iran i jego program atomowy - niekończąca się historia

Jeśli brak gorącego newsa, zawsze można napisać o brodatych ajatollahach pracujących nad skonstruowaniem bomby atomowej oraz dzielnych izraelskich żołnierzach, którzy aż palą się do zniszczenia irańskich instalacji nuklearnych. Temat atomu powrócił we wrześniu jednak nie tylko za sprawą ewentualnego izraelskiego ataku, ale z powodu amerykańsko-rosyjskich ustaleń dotyczących Iranu. Amerykanie zrezygnowali z rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów systemu antyrakietowego, Moskwa zaś miała wywrzeć wpływ na Teheran i skłonić Persów do ustępstw.

"Wielokrotnie pisałem już na łamach niniejszego bloga, że wiara w możliwość wywarcia istotnego (ergo skutecznego) nacisku na Teheran przez Moskwę jest złudna i nie należy przeceniać rosyjskich wpływów w islamskiej republice". Przytoczony fragment pochodzi z artykułu Raz jeszcze o wpływie Rosji na Iran opublikowanego dnia 17 września 2009 r. Rosji nie zależy na załatwieniu sprawy irańskiego programu atomowego po myśli Amerykanów. Moskwa ma po temu kilka powodów.

Rosja "trzyma Iran z daleka od swojego miękkiego kaukaskiego podbrzusza", czerpie także doraźne korzyści gospodarcze z izolacji Iranu, ale "przede wszystkim odcina groźnego konkurenta od europejskiego rynku energetycznego". Zachód, z oczywistych powodów, nie może układać się z Iranem. Rosjanie tymczasem de facto kontrolują irańskie złoża surowców energetycznych (przynajmniej w kwestii blokowania kierunku Zachodniego), prowadzą dobre interesy gospodarcze z Iranem, zarabiają na sprzedaży Iranowi uzbrojenia. Każde zamieszanie na Bliskim Wschodzie podbija także cenę ropy naftowej (w konsekwencji także gazu ziemnego), dzięki czemu rosyjski skarbiec szybciej zapełnia się dolarami. W podobnym tonie wypowiada się na łamach Polityki Globalnej Maciej Pawłowski.

Więcej o irańskim programie atomowym i jego konsekwencjach w artykule Irak czy Iran?

Materiał bonusowy

Dzisiaj polecam artykuł Tomasza Wojdały z bloga Rossija zatytułowany Rosja według Miedwiediewa. Autor analizuje artykuł rosyjskiego prezydenta Go Russia!

Zachęcam do podzielenia się w komentarzach refleksjami dotyczącymi powyższych tematów i artykułów, a także wskazania własnych propozycji lipcowych wydarzeń, o których powinniśmy pamiętać.Wcześniejsze podsumowania: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień.

Piotr Wołejko

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook