Wpisy z tagiem: dyplomacja
czwartek, 02 lutego 2012
Do końca 2013 roku zmieni się rola amerykańskich wojsk w Afganistanie, zapowiedział sekretarz obrony Leon Panetta przed spotkaniem ministrów państw NATO w Lizbonie. Siły USA zaprzestaną prowadzenia działań bojowych, skupiając się na szkoleniu oraz wsparciu Afgańczyków. Utrzymany zostanie termin wycofania wszystkich wojsk zachodnich wraz z końcem 2014 roku. Szef Pentagonu wywołał burzę w Stanach Zjednoczonych, głównie w Partii Republikańskiej, przedstawiając nowe założenia strategii afgańskiej tuż po ujawnieniu kolejnych informacji potwierdzających, iż talibowie mają silne wsparcie Islamabadu, w szczególności pakistańskiego wywiadu wojskowego ISI. Atak na Panettę i Obamę, który rozpętali republikanie – z Mittem Romneyem i Johnem McCainem na czele – opiera się na argumencie, iż publiczne ogłaszanie informacji o zmianie roli wojsk zachodnich oraz podawanie terminarza wycofania sił dramatycznie osłabia pozycję USA i kontyngentu ISAF, w tym utrudnia negocjacje z talibami. Przeciwnik weźmie Amerykanów i Zachód na przetrzymanie, ma czas. Pozory mylą
Pakistan traktuje Afganistan jako zaplecze w ewentualnym konflikcie z Indiami. Gdyby zaistniała potrzeba wycofania się i reorganizacji sił, terytorium Afganistanu zapewnia bufor bezpieczeństwa. Warunkiem skorzystania ze strategicznej głębi są przyjazne Islamabadowi władze w Kabulu. Talibowie wyśmienicie spełniali ten warunek i utrzymywali przyjazne relacje ze swoimi patronami z Pakistanu. Po 11 września Pakistańczycy musieli opowiedzieć się po stronie USA (słynne słowa Busha: kto nie z nami, ten przeciwko nam), jednak nigdy nie zerwali więzów z talibami. Owszem, pakistańska armia walczy z różnej maści radykałami, być może nawet odłamami talibów, utrzymując przy tym ścisłe powiązania z przywódcami i watażkami zbyt cennymi, by sprzedać ich nawet za miliardy dolarów. Pakistan i talibowie doskonale rozumieją, iż Amerykanie kiedyś odejdą, a oni zostaną. Dla Pakistanu Hamid Karzaj nie jest wiarygodnym partnerem. Islamabad oraz Rawalpindi (gdzie mieści się kwatera główna pakistańskiej armii) podejrzewają Karzaja o sympatie proindyjskie. Obawa przed okrążeniem przez Indie przeważa nad jakimikolwiek innymi kalkulacjami geopolitycznymi. I tutaj płynnie przechodzimy do drugiej fałszywej przesłanki argumentu republikanów i pozostałych zwolenników kontynuowania misji afgańskiej. Karzaj i Amerykanie prowadzą negocjacje z talibami. Zdaniem wielu ekspertów, tylko takie „polityczne” rozwiązanie może doprowadzić do zakończenia trwającej ponad dekadę okupacji Afganistanu. Problem w tym, że z tych negocjacji nie wyniknie trwałe porozumienie. Spojrzenie w przeszłość pozwala poznać przyszłość Skąd tak kategoryczne przekonanie? Zawsze można się mylić, warto poczynić takie zastrzeżenie. Natomiast historia uczy, iż porozumienie z miejscowymi rebeliantami, zwalczającymi marionetkowy rząd narzucony przez okupanta, a w szczególności układy w Afganistanie, nie sprawdzają się. W tym miejscu można przypomnieć chociażby o brytyjskiej armii Indusu, o losie której przypomniała w jednym z ostatnich numerów Polityka. Jak słusznie zauważa autor tekstu Tomasz Targański, w Afganistanie „dane słowo nie znaczyło wiele, a występek zdawał się orężem równie skutecznym co muszkiet”. Brytyjski oddział został wybity do nogi, wraz z cywilami, których eskortował, mimo przyrzeczenia przez lidera rebeliantów Akbara Khana o zapewnieniu bezpiecznego przejścia. Podczas gdy jego ludzie nieustannie atakowali Brytyjczyków, Khan tłumaczył ich dowódcy, iż nie kontroluje on wszystkich powstańczych oddziałów. Brzmi znajomo? Od czasu brytyjskiego panowania w Indiach i walk o kontrolę nad Afganistanem niewiele się zmieniło. Nie można też nie pamiętać o Wietnamie, z którego Amerykanie wycofywali się po zawarciu porozumienia z komunistami z Północy. W zasadzie gdy patrzy się na dzisiejszy Afganistan, można dostrzec wykorzystanie wietnamskiego scenariusza. Długa, kosztowna i wycieńczająca walka, która w żaden sposób nie zbliża Amerykanów do zakończenia konfliktu po ich myśli. W międzyczasie próba lokalizacji wojny (wówczas wietnamizacji, dziś afganizacji – chodzi o to, by miejscowi przejęli ciężar walk na swoje barki, polegając na wsparciu doradczym, technicznym i finansowym ze strony USA) i szukania porozumienia z przeciwnikiem. W przypadku Wietnamu zawarto oficjalne porozumienie na międzynarodowej konferencji w Paryżu, a jego autorzy otrzymali pokojowego Nobla. Wiemy, co wydarzyło się później. Północ zaatakowała Południe i dość łatwo je pokonała, jednocząc Wietnam pod komunistycznymi rządami. Wyjść z Afganistanu najpóźniej z końcem 2012 roku Trudno nie odnieść wrażenia, że do podobnego scenariusza zmierza sytuacja w Afganistanie. W ostatecznym rozrachunku po władzę sięgną talibowie lub ich akolici, którym patronować będzie Pakistan. Być może Al-Kaida lub inne organizacje terrorystyczne nie znajdą ponownie przystani w Afganistanie, lecz nowe władze nie powinny znacząco różnić się od tych, które obalili Amerykanie po 11 września 2001 roku. Dlatego jak najbardziej zasadne jest domaganie się szybkiego zakończenia misji afgańskiej i wycofania zachodnich wojsk. Niewiele jest w Afganistanie do ugrania. Czas przestać narażać życie żołnierzy i wydawać mnóstwo pieniędzy na walkę, której nie można wygrać. O przyszłości Afganistanu zdecyduje Pakistan. Piotr Wołejko
grafika: unitednews.com.pk
niedziela, 08 stycznia 2012
Przez długi czas, bo od zakończenia Zimnej Wojny, zdawaliśmy się wierzyć w wielką ideę multilateralizmu. Koncepcja ta zakłada, iż wiele państw współpracuje, by osiągnąć wspólnie określony cel. Pisząc wiele, mam na myśli zdecydowaną większość spośród wszystkich państw świata. Nazwijmy to multilateralizmem sensu largo, a najlepszym jego przykładem są globalne negocjacje klimatyczne. Owszem, celem jest znalezienie konsensu pomiędzy największymi państwami, lecz ważne jest, by i mniejsze kraje przyłączyły się do nich.
Wyraźnie widać to podczas szczytów klimatycznych, gdzie interesy Stanów Zjednoczonych, Chin, Indii i Brazylii są na tyle rozbieżne, że niemożliwe jest zawarcie układu zastępującego protokół z Kioto. Widać to też na przykładzie rezolucji potępiającej reżim Baszara Assada w Syrii, wetowanej w RB ONZ przez Chiny i Rosję. O ile czasem, jak w przypadku Libii, udaje się osiągnąć porozumienie (rezolucja w sprawie wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Libią), to częściej interes narodowy bierze górę nad czymś uważanym za wspólny cel. W tej sytuacji, którą można uznać za patową, karierę może zrobić minilateralizm. Czym jest minilateralizm? Minilateralizm, w opozycji do multilateralizmu, zakłada konieczność porozumienia się tylko grupy państw chętnych do realizacji określonego celu, bez potrzeby szukania powszechnego konsensu (czy to wszystkich/większości państw, czy to koncertu mocarstw). Przykładów minilateralizmu w ostatnich miesiącach mieliśmy naprawdę sporo: operacja w Libii, gdzie NATO przy politycznym wsparciu Ligi Arabskiej wspomogło rebeliantów walczących z Kaddafim; przedłużenie przez Unię Afrykańską mandatu misji AMISOM w Somalii o 12 miesięcy; wymierzone w Syrię sankcje Ligi Arabskiej, czy decyzja Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) o wysłaniu wojsk (saudyjskich) do Bahrajnu, celem powstrzymania protestujących (głównie szyitów). Ciekawym przykładem minilateralizmu jest także procedura wzmocnionej współpracy w ramach Unii Europejskiej, którą uregulował Traktat Lizboński (strefa Schengen powstała przecież dużo wcześniej). Spośród podanych przykładów najciekawsza wydaje się aktualnie aktywna działalność Ligi Arabskiej. Wsparcie forsowanej przez Francję i Wielką Brytanię strefy zakazu lotów nad Libią pozwoliły de facto usankcjonować kampanię militarną wymierzoną w reżim Kaddafiego. Teraz Liga debatuje nad stanowiskiem w sprawie Syrii, gdzie inny dyktator, Baszar Assad, masakruje od miesięcy antyrządowe demonstracje (już ponad 5 tysięcy ofiar). Pracę zakończyli obserwatorzy Ligi wysłani do Syrii, a ich misja od początku budziła kontrowersje, chociażby z powodu stojącej na jej czele osoby sudańskiego bezpieczniaka, poplecznika Omara Baszira, generała Mustafy Dabiego - współodpowiedzialnego za pacyfikację Darfuru przez arabskie milicje dżandżawidów. Można się więc spodziewać, jakie spostrzeżenia przekazali obserwatorzy na forum Ligi Arabskiej. Jednak negowanie faktu, iż reżim Assada morduje własnych obywateli nie sprawi, że sytuacja w Syrii się unormuje. W Lidze Arabskiej wiatru w żagle zaczynają nabierać kraje takie jak Katar, zainteresowane wymianą autokratów starej szkoły (przynajmniej na oświeconych autokratów, za których usiłują uchodzić przywódcy tychże państw). Liga może więc, w ramach minilateralizmu, nałożyć sankcje na Syrię i będą one dużo bardziej bolesne od jakichkolwiek sankcji zachodnich, nakładanych przez USA czy UE. Ograniczone możliwości i zagrożenia W sytuacji wzrostu nowych potęg, jak Chiny, Indie czy Brazylia, a także nadal mocnej pozycji Rosji na arenie międzynarodowej, multilateralizm może doprowadzić głównie do sytuacji patowej. Trudno bowiem pogodzić rozbieżne interesy wspomnianych państw oraz USA i największych państw Europy. Co więcej, swoje trzy grosze pragną dorzucić potęgi regionalne, jak RPA, Meksyk czy Indonezja. Stąd coraz większy paraliż ogarnia Radę Bezpieczeństwa ONZ, główną instytucję multilateralizmu sensu stricto. Dlatego też minilateralizm, pozwalający rozwiązywać problemy na niższym szczeblu, będzie zyskiwał na znaczeniu. I mam tu na myśli zarówno minilateralizm w ramach istniejących bądź nowych organizacji międzynarodowych, jak i koalicje formowane ad hoc. Nie jest to może nic nowego, jednak w nieodległej przeszłości nie było praktykowane na szerszą skalę. Tymczasem ostatnimi czasy coraz lepiej mają się instytucje dość świeże, jak East Asia Summit, APEC, ASEAN+3 czy zupełnie nowe, jak planowane TPP. Czy oznacza to stopniowe odchodzenie od multilateralizmu, który coraz częściej tkwi w klinczu? Niekoniecznie. Pewne sprawy wymagają zgody najważniejszych aktorów i tutaj nic się nie zmieni. Ciekawą formułą jest w tej sytuacji G-20, lepiej odzwierciedlające realia gospodarcze od spotkań grupy G-7 wraz z zaproszonymi gośćmi (przywódcami Rosji, Chin, Indii, Brazylii, UE). Państwa doszły jednak do wniosku, że nie ma potrzeby rozstrzygania problemów na najwyższym szczeblu, gdzie szansa na sukces (porozumienie) jest ograniczona. Może to prowadzić do konfliktów, gdy na w ramach minilateralizmu zapadną decyzje sprzeczne z interesami głównych mocarstw. I to chyba największe ryzyko wynikające z rosnącej popularności minilateralizmu. Piotr Wołejko
grafika: risingsun.wordpress.com
sobota, 31 grudnia 2011
Forma bez treści. Tak wyglądają od blisko dekady wszelkie inicjatywy pokojowe na Bliskim Wschodzie. Czy można mówić o jakimkolwiek progresie, gdy nierozwiązane pozostają podstawowe problemy (granice, kwestie wody, prawo uchodźców do powrotu, status Jerozolimy), a jednocześnie tworzą się nowe, wraz z rozbudową kolejnych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu? Palestyńczycy są na etapie budowania porozumienia narodowego między umiarkowanym Fatahem prezydenta Abbasa, a radykalnym Hamasem, uznawanym przez Stany Zjednoczone, Izrael i Unię Europejską za organizację terrorystyczną. Izraelczycy z kolei mają stabilną koalicję, która nie chce pokoju, bo rządzi dzięki poparciu elektoratu niezainteresowanego porozumieniem.
Nie będzie pokoju bez ustępstw Czasami najprostsze konstrukcje najlepiej oddają rzeczywistość. Tutaj posłużmy się dwoma banałami. Po pierwsze, aby dojść do porozumienia, wszystkie strony muszą tego chcieć, a po drugie, zawarcie pokoju będzie wymagało niezwykłej odwagi od negocjatorów, ponieważ – niezależnie od okoliczności – będzie to decyzja niepopularna w społeczeństwa, którą opozycja będzie nazywać zdradą narodową (skąd my to znamy?). Z wolą „deklarowaną” jest całkiem nieźle. Premier Benjamin Netanjahu, a nawet minister Avigdor Lieberman zapewniają, że Izrael chciałby rozmawiać, ale .... nie ma z kim. Nie sposób odmówić im racji w tym miejscu, gdyż podział na Fatah rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu i Hamas panujący w Strefie Gazy uniemożliwia rozmowy, ponieważ strona palestyńska nie jest dostatecznie legitymowana. Palestyńczycy próbują rozwiązać ten problem przeprowadzając rozmowy „koalicyjne”, ale tutaj znowu wkraczają Izraelczycy mówiąc, że nie zaakceptują pojednania i z rządem wspieranym przez terrorystów negocjować nie będą. I tak w kółko. Najdobitniej oświadczył to premier Netanjahu zauważając, że Abbas ma do wyboru – albo negocjować z Izraelem albo z Hamasem. Hamas mógłby wejść do gry robiąc trzy rzeczy – (1) oficjalnie akceptując pozycje negocjacyjną jako granice z roku 1967 (to też stanowisko Fatahu), (2) wstrzymując atak na Izrael, (3) dokonując rewizji Karty Hamasu określającej w dość jednoznaczny sposób postulowany los Izraelczyków. Spełnienie pierwszych dwóch warunków zapowiedział lider Hamasu, Chaled Meszal. Oznacza to, że Hamas próbuje przejść na pozycję umiarkowaną. Czy Hamas dorośnie do kroku numer trzy czy cofnie się w rozwoju? Odpowie nam na to rok 2012. Niezbyt rokuje również rząd izraelski, zbudowany na prawicowych i skrajnie prawicowych fundamentów (religijna partia Szas, Nasz Dom Izrael), które nie wyobrażają sobie tego, że Jerozolimą trzeba będzie się podzielić (czego naturalnie nie chce żadna ze stron), a – co najmniej większość – izraelskich osadników będzie się musiała wyprowadzić z Zachodniego Brzegu Jordanu. Netanjahu, bohater osadników, nie tylko nie wstrzymał budowy nowych osiedli, ale jeszcze ją przyspieszył. Pokoju nie będzie, ale Likud może być spokojny o swój wynik wyborczy. Jedna i druga strona są nieskłonne do oficjalnych ustępstw, bo zapłaciłyby za to słono w polityce wewnętrznej. Zwłaszcza premierowi Netanjahu brakuje odwagi Ariela Szarona. To jak na polskiej scenie politycznej podczas ostatniej kampanii – my mieliśmy debaty na temat debat, a na Bliskim Wschodzie mają negocjacje na temat negocjacji. Kto i co musi zrobić, aby rozpoczęły się rozmowy. Pokój jest tylko dla odważnych, a tych brakuje. Co może zmienić sytuację na Bliskim Wschodzie? Diagnoza jest więc brutalna – jeżeli nie dojdzie do zmian w postawie jednej i drugiej strony – pokoju nie będzie. Wzajemne zrozumienie, podobnie jak zaufanie, jest obecnie zerowe. Co jednak mogło by zmienić rozgrywkę?
Nawet przy spełnieniu wszystkich tych warunków ciężko zagwarantować pokój. Na pewno jednak byłyby katalizatorem zmartwychwstania procesu pokojowego. Tymczasem najlepsze życzenia dla Piotra z okazji 5-lecia jego bloga Dyplomacja! Patryk Gorgol
Bloger i publicysta piszący o sprawach międzynarodowych, student prawa i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, prezes Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Autor bloga Kącik Dyplomatyczny.
grafika: ethicalcomment.wordpress.com
poniedziałek, 19 grudnia 2011
W dniu dzisiejszym media żyły jedną informacją ze świata - śmiercią północnokoreańskiego dyktatora Kim Dzong Ila, który zmarł w sobotę ok. trzydziestu minut po północy czasu polskiego. Od razu postawiono w gotowość armię w sąsiedniej Republice Korei, a Japonia i Seul są na gorącej linii z Waszyngtonem. Pyongyang tymczasem przeprowadził test rakiety krótkiego zasięgu, która spadła do morza. Podobno był on planowany wcześniej, jednak taka wymówka zazwyczaj towarzyszy wszelkiego rodzaju wydarzeniom o charakterze militarnym. Czego więc możemy się spodziewać w najbliższym czasie? Gułag z głowicami atomowymi Korea Północna słynie z tego, że jest nieprzewidywalna i zdolna praktycznie do wszystkiego. W ostatnim czasie Pyongyang m.in. zatopił południowokoreańską fregatę, a także ostrzelał wyspę należącą do swego sąsiada. Przeprowadzał także testy rakiet krótkiego i dalekiego zasięgu, a część z nich przelatywała bądź spadała w pobliżu Japonii. Wydarzenia te można zrzucić na karb przygotowywanej już wówczas sukcesji władzy, która zgodnie ze świecką tradycją komunistycznego reżimu spłynie z ojca na syna. Dla niezorientowanych ważna informacja - Koreą Północną będzie rządziło trzecie pokolenie dynastii Kimów. Mamy więc do czynienia z osobliwą formą ustrojową - monarchią totalitarną. Mało kto zwracałby uwagę na gułag zwany Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną, gdyby nie posiadał on kilku głowic jądrowych. Wokół nich od lat toczą się dyplomatyczne rozgrywki w ramach tzw. rokowań sześciostronnych (z udziałem obu Korei, Japonii, Rosji, Chin i USA), nie przynosząc żadnych rezultatów. Rodzina Kimów reprezentująca system władzy w Pyongyangu słusznie uważa, iż ostateczną gwarancją bezpieczeństwa jest posiadanie broni atomowej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaatakuje kraju, który posiada broń A oraz środki do jej przenoszenia. O ile Korei Północnej daleko do kraju mlekiem i miodem płynącego, to na rozwój technologii atomowych oraz rakietowych pieniądze zawsze się znajdowały. Gorzej z obywatelami KRLD, którzy żyją w permanentnym strachu (terrorze) i głodzie, utrzymywani przez zagranicznych donatorów i Chiny. Reżim musi trwać I to właśnie na Pekin należy patrzeć, jeśli myśli się o złagodzeniu kursu północnokoreańskiego reżimu. Tylko Chińczycy, a i to bez zbytniej przesady (relacja patron-klient, polecam szersze wyjaśnienia opublikowane na Dyplomacji w maju 2010 r.), mogą wpłynąć na poczynania władz w Pyongyangu. A władze te, których uosobieniem i reprezentantem (twarzą, mówiąc wprost) jest rodzina/klan Kimów, nie są chętne do przeprowadzania zmian. Obecny układ może nie jest idealny, lecz pozwala na przetrwanie, co pokazują kolejne dekady trwania Korei Północnej, bo o żadnym rozwoju (poza bronią A i rakietami) nie można w tym przypadku mówić.
System władzy to powiązania rodzinne klanu Kimów splecione z wierchuszką sił zbrojnych oraz siłami bezpieczeństwa. Jest to na pewno skomplikowana układanka, jednak stwierdzenie o rządach wojskowo-bezpieczniackiej junty można uznać za bezpieczne (dla jego autora). Ograniczone zasoby dzieli między siebie wąskie grono najwyższych dostojników wojskowych, bezpieczniackich i partyjnych. Im niżej, tym mniejszy strumień dóbr i pieniędzy. Najczęściej jednak ci, którzy są niżej, nie mają większego pojęcia o tym, że mogłoby im być lepiej. Cieszą się tym, co mają. A gdy awansują, stają się lojalnymi obrońcami skostniałego systemu. Czego można się spodziewać? Konkludując rozważania, nie spodziewałbym się zmian od wewnątrz, gdyż nikomu na nich nie zależy. Najważniejsi gracze w reżimowej układance mają się jak pączki w maśle. Społeczeństwo jest zindoktrynowane, sterroryzowane i zagłodzone. Nie w głowie mu bunty i rewolucje. Nadzieja na zmiany, jakkolwiek złudna, tkwi w fatalnym stanie gospodarki. Niestety twierdzenie, iż musi ona kiedyś upaść ciągle okazuje się fałszywe. Można tutaj patrzeć wymownie na Chiny, którym bardzo na rękę jest utrzymanie status quo na Półwyspie Koreańskim. Pekin nie chce, by na zmianach na Północy skorzystała Korea Południowa ani Stany Zjednoczone. Lepsze wydaje się utrzymywanie reżimu rodziny Kimów, który od teraz firmuje swoją twarzą najmłodszy syn Ukochanego Przywódcy, Kim Dzong Un, zwany już Wielkim Następcą. W sferze międzynarodowej utrzyma się podwyższone napięcie w regionie. Tym bardziej, że w najbliższych miesiącach dojdzie także do zmiany na szczytach władzy w Pekinie. Tandem Hu Jintao - Wen Jiabao ustąpi po dwóch kadencjach, a ich miejsce zajmie nowe pokolenie chińskich przywódców. Jakie będą ich poglądy na sprawę koreańską i stosunki z Koreą Północną, przydatnym narzędziem, a zarazem kłopotliwym sąsiadem? Nie wykluczałbym prowokacji militarnych o ograniczonym zasięgu autorstwa Korei Północnej. Wielki Następca może zechcieć pokazać swoją twardość i zagrać tym w rozgrywkach wewnętrznych. Powszechnie mówi się bowiem, iż z racji swego młodego wieku (mimo to jest już czterogwiazdkowym generałem) i braku doświadczenia będzie on pod swego rodzaju kuratelą najbliższej rodziny lub dowódców wojskowych. Jeśli zechce się usamodzielnić, najłatwiej będzie uczynić to poprzez pokaz siły wojskowej, najpewniej wymierzonej w południowego sąsiada. Piotr Wołejko
niedziela, 18 grudnia 2011
Artykuł specjalnie dedykowany p. Piotrowi Wołejko na rocznicę jego bloga. Polska podjęła się bardzo trudnej roli w międzynarodowej rozgrywce energetycznej. Przyjęła poprzez oficjalne rządowe dokumenty oraz przez działania polityczne i gospodarcze, które tę politykę konstytuują (już realną, nie na papierze). Przykładem efektu tej polityki jest najnowsza poważna rysa na energetycznej mapie Europy, czyli Nord Stream. Otwarcie Nord Streamu to nie „klęska”, ale poważna przegrana Polski. Widać już jej efekty: gaz, jaki kupujemy od Gazpromu jest drogi. Bo przegranej nie widać na polu bitewnym czy w gazetach. Widać ją w rachunkach.
W przedstawianych publiczności zestawieniach cen rosyjskiego gazu dla różnych krajów Polska wypada słabo. Płaciliśmy rok temu drożej od Niemiec o 24% (my 336 dolarów – oni 271). Tylko nikt nie przypomina, że cztery lata wcześniej płaciliśmy mniej - o 11% (my 240 dolarów – Niemcy - 266). Na Polską blokadę i ostre ataki na forum europejskim (zablokowanie negocjacji nowego porozumienia Unia – Rosja), Rosjanie odpowiedzieli twardą grą ekonomiczną. Gdy myśmy czytali o „zakręceniu kurka”, Gazprom po prostu podniósł rachunki. Wtedy o tym milczano. Dzisiaj, gdy już „najstarsi górale nie pamiętają...” jak do tego doszło - można śmiało udawać pokrzywdzonego. I domagać się niższych cen, udając zapominalskiego Greka, który nie wie, skąd się takie ceny wzięły. I zamiast usiąść do interesów, jak Niemcy czy Czesi – znowu się z Gazpromem będziemy ciągać po sądach. W słusznej sprawie – chcemy tańszego gazu. Jednak jak to dawniej mówiono: Cyryl jak Cyryl, ale te Metody... Dlaczego trudną rolę? Bo w każdej grze trzeba ważyć siły. Swoje, przeciwnika, sojuszników. W branży gazowej naszym głównym atutem nie jest rynek, bo ten jest mały, Porównajmy: Rosja produkuje 600 mld m3 gazu, eksportuje 200 mld. Niemcy zżywają 80 miliardów, importują 70 mld, z tego 34 z Rosji). Polska – zużycie 14 mld m3 (2,5% produkcji Rosji, 7% jej eksportu, 17% zużycia Niemiec). Jak widać proporcje sił dość dla nas niekorzystne – nie mamy tu szans prężyć muskułów. Mamy jednak pozycję tranzytową. Leżymy na Nizinie Europejskiej, gdzie jest najbardziej korzystny dostęp do bezmiaru euroazjatyckich przestrzeni. Rosjanie to też wiedzą, bo przez kilkaset ostatnich lat przez te tereny przeszły wszystkie ataki na nich. Co robimy z naszą pozycją i siłą? Po części wykorzystujemy, budując najpierw rurociąg naftowy („Przyjaźń”), ale to jeszcze za PRL-u. Potem, na początku niepodległości - pierwszą nitkę gazowego Jamału. Budowa nie szła najlepiej, bo w miarę oddalania się od czasów radzieckiej dominacji, robiliśmy się coraz bardziej anty-rosyjscy. Paradoks z rodzaju tych, które serwował Stalin - „walka klasowa narasta w miarę zbliżania się do komunizmu”. Mamy następną okazję być przy stoliku, gdzie toczy się gra (bardzo dziś popularne proeuropejskie powiedzenie). Przychodzą do nas w 2000 roku Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Włosi i mówią, że chcą drugą nitkę Jamału wybudować. My mówimy: jesteśmy bardzo otwarci, ale „wicie, rozumicie” – przyroda u nas wrażliwa na rurociągi... a poza tym, Ukrainy to wy nie obejdziecie przez polską ziemię. Po naszym trupie! Zabrali się, poszli. Poknuli, poknuli i wymyślili, że i Ukrainę i nas i Białoruś obejdą przez morze – na początek sami Rosjanie z Niemcami zdecydowali o budowie Nord Streamu. Za chwilę inni do nich dołączyli i projekt zrobił się „europejski”. No i zbudowali. A my o co graliśmy w tej grze? Graliśmy przeciw potędze energetycznej Rosji, największego na świecie producenta i eksportera węglowodorów. Graliśmy przeciw Niemcom, których dzisiaj nasz minister wychwala i błaga o europejskie przewodnictwo. Nawet pożyczymy im trochę pieniędzy, żeby to przewodnictwo raczyli sprawować. Ale ten sam minister 6 lat temu coś jęknął w kuluarach o tej bałtyckiej rurze, że to nowy „pakt Ribbentrop – Mołotow”. Więc graliśmy też przeciwko europejskiemu liderowi, tylko może wtedy jeszcze ten minister tego nie widział... Widzimy więc, że na dwóch frontach, na obu znacznie silniejszy od nas przeciwnik... Tak na marginesie, czy zdajesz sobie sprawę Czytelniku, że oba te państwa budżety wojskowe (uuu, niepoprawnie, mówi się: obronne) – mają sześciokrotnie większe od naszego? Powtórzę: 6-krotnie i to każde - i Rosja i Niemcy? Miałeś Czytelniku świadomość? Warto o takich rzeczach pamiętać. No dobrze, słabi jesteśmy. Ale może mamy silnych sojuszników? Mieliśmy. Amerykę, o której marzymy, ale łobuzy wiz nam nie chcą znieść. I ta Ameryka, światowa potęga, hegemon globalny, rzeczywiście nie chciała tego rurociągu. I zachęcała nas jak mogła, byśmy my też nie chcieli. Nie trzeba było nas aż tak zachęcać, sami chcieliśmy, nawet niczego za ten opór nie żądaliśmy. Podobnie zresztą jak za nasze wojska w Iraku, gdy Turcja za samo lotnisko zażyczyła sobie 10 miliardów dolarów. I dostał. My tak dla idei i przyjaźni transatlantyckiej to robiliśmy. Ale Amerykanie nie bardzo się chcieli zaangażować tak na poważniej. Woleli z tylnej ławki. I żeby choć tak jak w Libii, dostarczali te rakiety, choćby na kredyt. Nic, tylko zachęcali. Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki. A jedyne co potrafili zastosować, to metoda „wrzeszczącego dziecka”. Ot siedzi się i na cały głos wrzeszczy. Ryczy się, aż wszyscy mają tego dość. Zwolennikiem takiej taktyki w sprawie Gazociągu Północnego był poseł Paweł Kowal. Ostatnio w mowie dla transatlantyckiego think-tanku Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego przyznał, że choć taka prosta, to nie dała jednak efektu. Można powiedzieć, że jacy politycy, taka metoda, takie i efekty. No cóż, czasy mamy spokojniejsze niż w 30-tych latach XX wieku. Wtedy beznadziejny poziom naszych elit politycznych i ich pogubienie w wydarzeniach doprowadziły na największego nieszczęścia naszego narodu w historii. Dzisiejsze elity, które w polityce międzynarodowej błądzą jak dzieci we mgle, tyle szkód raczej nie narobią. Ale rachunki już płacimy słone. Andrzej Szczęśniak Ekspert rynku paliw i gazu, od 2005 roku prowadzi blog o sprawach energetycznych pod adresem: www.szczesniak.pl |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||