Wpisy z tagiem: wybory

piątek, 17 lutego 2012

W środę 15 lutego br. Nicolas Sarkozy publicznie ogłosił, iż zamierza ubiegać się o reelekcję. Na dziś wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się skazywać go na porażkę z kandydatem socjalistów Francois Hollandem. Niektórzy twierdzą nawet, że Sarko może w ogóle nie dotrwać do drugiej tury wyborów, przegrywając walkę o elektorat prawicy z Marine Le Pen (córką Jean-Marie Le Pena), liderką nacjonalistycznego Frontu Narodowego. Gdyby tak się stało, Hollande miałby zwycięstwo w kieszeni. Nie skreślałbym jednak Sarkozy’ego już teraz.

Marna ocena pierwszej kadencji Sarkozy’ego

Dorobek urzędującego prezydenta nie jest nadzwyczajny. Większość wiązanych z nim nadziei nie została spełniona, a sam Sarkozy nie był przesadnie przywiązany do obietnic, które składał.  Komentując w maju 2007 roku wynik poprzednich wyborów prezydenckich pisałem o oczekiwaniach wobec Sarko: „Wielu wybitnych intelektualistów (m.in. Andre Gluksmann) liczy, że pchnie on Francję do przodu po blisko 30 latach buksowania w miejscu. Liczą, iż przeprowadzi on reformę etatystycznego państwa i rozbuchanych przywilejów socjalnych; że zliberalizuje gospodarkę i obniży podatki; że odejdzie od tradycji gaullistowskich i diametralnie zmieni francuską politykę zagraniczną - zrewiduje proarabskie podejście Paryża, porzuci antyamerykanizm i realistycznie będzie patrzył na Rosję i jej politykę”. Powszechnie wiadomo, że poza porzuceniem antyamerykanizmu reszta postulatów pozostała w sferze pobożnych życzeń.

Miał jednak Sarkozy świetny PR, który wytworzył wokół niego atmosferę hiperaktywnego, naładowanego energią i nastawionego na działanie prezydenta. Gdy powie się „sprawdzam”, okazuje się, że ta piękna narracja jest blefem. Owszem, Sarko wielokrotnie próbował podejmować trudne reformy, jednak niewiele z nich wyszło poza fazę planów i dyskusji. Przy silniejszym sprzeciwie związków zawodowych Sarkozy tracił grunt pod nogami i rakiem wycofywał reformatorskie propozycje.

Hiperaktywny Sarkozy musiał więc znaleźć inne pole do popisu. Wewnętrzną stagnację starał się maskować poczynaniami za granicą. Tutaj rzeczywiście wszędzie było go pełno. Szczyty G-20 czy Unii Europejskiej były jego żywiołem. Za francuskiej prezydencji w UE Sarkozy negocjował rozejm między Rosją a Gruzją, który oddawał Rosji kontrolę nad dwiema autonomicznymi prowincjami gruzińskimi. Sarkozy wyraźnie nie chciał podejmować żadnych wymierzonych w Rosję kroków, podtrzymując paryską tradycję przychylnego spoglądania w kierunku Moskwy. Wracając do forum UE, ranga Francji malała wprost proporcjonalnie do pogłębiania się kryzysu finansowego. Wraz z obcięciem przez agencję S&P najwyższego ratingu AAA Francja traciła wpływ na kształt formującego się ładu fiskalnego strefy euro. Dziś sprowadza się on do ogłaszania przez Paryż własnych propozycji, a następnie przyjęcia w pełni (bądź zdecydowanej większości) stanowiska zaprezentowanego przez Berlin.

Rywale prezydenta

Średnio udana kadencja Sarkozy’ego jest główną przyczyną jego aktualnej sytuacji w sondażach. Od początku prowadzi w nich kandydat socjalistów Francois Hollande (obecnie 30% poparcia). Sarko zajmuje nieustannie drugą pozycję (obecnie 25% poparcia). Trzecie miejsce okupuje Marine Le Pen (ok. 17-18% poparcia). Może mieć ona jednak problem z wystartowaniem w wyborach, gdyż opornie idzie jej zbieranie podpisów 500 wybranych w powszechnych wyborach polityków, chociaż trudno spodziewać się, by ostatecznie nie dopięła swego i odpadła z tak błahej przyczyny. Tym bardziej, że poparcie dla Frontu Narodowego ma tendencję wzrostową. Dwucyfrowym poparciem legitymuje się również centrysta Francois Bayrou, który może liczyć na ok. 12-13% głosów. Widać wyraźnie, że bez drugiej tury się nie obejdzie.

grafika

Gra toczy się o Pałac Elizejski, który jest oficjalną rezydencją prezydenta Francji (źródło: Wikimedia Commons)

Wspomniany we wstępie scenariusz, w którym Sarkozy przegrywa z Marine Le Pen i ta ostatnia wchodzi do drugiej tury z socjalistą Hollandem zakłada powtórkę sytuacji z 2002 roku, gdy Jean-Marie Le Pen rywalizował z Jacquesem Chirakiem. Wybierając między przeziębieniem a cholerą wszyscy nienacjonalistyczni wyborcy oddali głos na Chiraca. Teraz zagłosowaliby na Hollande’a, gdyż Marine Le Pen prezentuje całkowicie abstrakcyjny program polityczno-gospodarczo-społeczny, którego realizacja oznaczałaby transformację Francji w międzynarodowego pariasa, protekcjonizm ekonomiczny i rozpad UE. A przede wszystkim, nacjonaliści nie mają we Francji poparcia większego niż 20-25% (w porywach).

A może jednak powtórka z rozrywki?

Mimo rosnącego powoli poparcia dla nacjonalistów, batalia rozegra się między dwoma głównymi nurtami polityki: socjalistami Hollande’a i gaullistyczną prawicą Sarkozy’ego. Chociaż Hollande prowadzi we wszystkich sondażach od dobrych kilku miesięcy, Sarkozy nie stoi na straconej pozycji. W kampanii w 2007 roku przez pierwsze tygodnie Sarko przegrywał w sondażach z socjalistką Segolene Royal, by – po wyprzedzeniu rywalki – nie oddać już prowadzenia. W przypadku drugiej tury wyniki były wówczas bardziej wyrównane; przez większą część kampanii różnica między Sarko a Royal nie była większa niż 4-5 pkt. proc. Teraz różnica wynosi 15 pkt. proc. na korzyść Hollande’a, a zdarzają się badania wskazujące na nawet 20-proc. przewagę socjalisty.

W czym, wobec takich wyników sondaży, Sarkozy może upatrywać swojej szansy? Na pewno potrafi prowadzić kampanię wyborczą i zjednywać sobie w jej trakcie poparcie wyborców. Zapewne powtórzy manewr z 2007 roku i uderzy w populistyczno-nacjonalistyczne tony, by uszczknąć głosy Marine Le Pen. Jednocześnie nie powinien zapominać o centrum (Bayrou), które najbardziej interesuje się gospodarką. Tutaj Sarko nie ma się za bardzo czym pochwalić, będzie więc musiał składać ambitne obietnice. Zapowiedzi z chwili zgłoszenia chęci walki o reelekcję, iż kapitan nie opuszcza okrętu w trakcie sztormu nie wystarczą.

Jednak największym atutem Sarkozy’ego jest sam Francois Hollande. Cytując eurosceptycznego euro deputowanego z Wielkiej Brytanii Nigela Farage’a, Hollande ma „charyzmę mokrej ścierki i wygląd niskiego rangą urzędnika bankowego”. Czego jak czego, ale charyzmu Sarkozy’emu odmówić nie można. Hollande będzie musiał pokazać w trakcie kampanii, iż posiada cojones. W innym przypadku Sarkozy spróbuje stłamsić kandydata socjalistów.

Nie przywiązałbym natomiast większej roli do wsparcia udzielonego Sarkozy’emu przez Angelę Merkel. O wyborze prezydenta zdecydują sprawy wewnętrzne. Warto jednak zapamiętać ten moment, gdyż dotychczas układ Merkozy był raczej tworem powstałym z przymusu, a tandem Nicolas i Angela nie pałał do siebie szczególną sympatią. Nie wnikając w osobiste relacje prezydenta Francji i kanclerz Niemiec należy zauważyć, że nagła sympatia Merkel do Sarkozy’ego wynika z pomysłów Hollande’a. Zamierza on wycofać poparcie Paryża dla paktu fiskalnego, rzekomo ratującego strefę euro, a skrojonego przez Berlin.

Kalendarz wyborczy

Pierwsza tura wyborów odbędzie się w niedzielę 22 kwietnia, dogrywka 6 maja. Kampania potrwa więc 10 tygodni i należy spodziewać się zażartej walki Sarkozy’ego o odwrócenie niepomyślnych dla niego sondaży. Chociaż znużenie urzędującym prezydentem jest duże, a przewaga Hollande’a do tej pory nie podległa dyskusji, nie wykluczałbym ostatecznego zwycięstwa Sarkozy’ego. Bezbarwnego Hollande’a czekają trudne chwile i czas pokaże, czy będzie on w stanie wytrzymać presję, nie popełnić istotnych błędów i obronić posiadaną przewagę.

Piotr Wołejko

niedziela, 12 lutego 2012

Ostatni raz pisałem o filmie w 2007 roku (Bunt. Sprawa Litwinienki), co dobitnie pokazuje, iż nie jestem krytykiem filmowym, a Dyplomacja to nie blog kinomana. Kiedy jednak polityka przeplata się z kinematografią, jak w Idach marcowych, warto napisać o tym kilka słów. Idy pokazują politykę od środka, dają wgląd w kuchnię polityczną. Konkretnie w amerykańską kuchnię wyborczą.

grafikaGłównym bohaterem filmu wyreżyserowanego przez Georga Clooney'a jest wiceszef kampanii demokratycznego kandydata do partyjnej nominacji prezydenckiej Stephen Myers, którego postać brawurowo gra Ryan Gosling. Aktor ten zupełnie nie przypadł mi do gustu w fatalnym filmie "Drive", jednak teraz już wiem, że była to wina beznadziejnego scenariusza i jeszcze gorszej pracy reżysera. Gosling jest świetny. Wracając do Id marcowych, Stephen to zdolny i ambitny młody wilk, wybitny strateg i PRowiec, który prezentuje dość idealistyczne podejście do polityki. Wielokrotnie podkreśla, że nie mógłby promować kogoś ani czegoś, w co/kogo nie wierzy. Jak można się spodziewać, jego podejście zostanie wystawione na ciężką próbę.

Kandydat, na chwałę którego pracuje Stephen (oraz jego przełożony Paul - całkiem dobry Philip Seymour Hoffman) to gubernator Mike Morris (w tej roli Clooney), postać daleka od kryształowej. Stephen z biegiem czasu odkrywa kolejne tajemnice Morrisa, które stara się jak najlepiej tuszować przed opinią publiczną. Błyskotliwa kariera Stephena staje jednak pod znakiem zapytania w chwili, gdy decyduje się on na spotkanie z Duffym, szefem sztabu rywala Morrisa w walce o demokratyczną nominację. Przeciwnik proponuje Stephenowi opuszczenie Morrisa i przejście na stronę przeciwnika, czyli po prostu zdradę. Spotkanie okazało się pułapką, w efekcie której Stephen zostaje wyrzucony ze sztabu Morrisa, a następnie wystawiony do wiatru przez sprytnego sztabowca Duffy'ego.

W międzyczasie reżyser Clooney przypomina "operację chaos", czyli sprytny chwyt republikanów sprzed 4 lat, polegający na udziale wyborców republikańskich w demokratycznych prawyborach w stanach, gdzie głosować mogli nie tylko sympatycy demokratów, lecz wszyscy chętni wyborcy. Operacja miała na celu przedłużenie demokratycznych prawyborów i wykrwawianie się Obamy i Clinton aż do prawyborów w ostatnich stanach. W Idach marcowych mamy do czynienia z prawyborami w kluczowym stanie Ohio, który wielokrotnie rozstrzygał o wyniku ostatecznej, listopadowej elekcji. W wyniku operacji chaos kandydat Stephena - Mike Morris - może stracić Ohio na rzecz przeciwnika. Jeśli jednak zdobędzie poparcie senatora Thompsona, który odpadł już z wyścigu, lecz posiada ponad 300 "zaklepanych" delegatów, porażka w Ohio okaże się bez znaczenia. Problem w tym, że rywal Morrisa zaproponował Thompsonowi tekę sekretarza stanu, a Morris odmawia jakichkolwiek negocjacji z Thompsonem. Po ludzku go nie znosi.

Uczucia ani poglądy polityczne nie są jednak najważniejsze, gdy w grę wchodzi władza. Morris ostatecznie zawiera układ z Thompsonem proponując mu wiceprezydenturę (a wiceprezydent ma spore szanse na przejęcie schedy po swoim przełożonym). W międzyczasie wyautowany z kampanii Stephen powraca odradzając się jak feniks z popiołów. Używając szantażu zmusza Morrisa do przywrócenia go do sztabu, do tego jako szefa całego biznesu. Czym szantażuje Morrisa? Samobójstwo popełnia młoda stażystka w sztabie gubernatora, która - o czym Stephen dowiedział się wcześniej - zaszła w ciążę z Morrisem. Stephen zachęcił ją do dokonania aborcji i cichego odejścia ze sztabu, lecz przybita młoda kobieta nie poradziła sobie z trudną sytuacją.

Trupy z szafy, czyli przeszłość kandydata i jego wcześniejsze wypowiedzi czy stanowiska to tylko jeden z elementów kuchni politycznej pokazanej w Idach marcowych w pełnej krasie. Warto przyjrzeć się relacjom polityków oraz ich spindoktorów z mediami. Określenie "czysta patologia" od razu ciśnie się na usta. Politycy szantażują się na wzajem, a wszyscy są szantażowani przez media. Przecieki i ploteczki rozsiewane przez żądnych władzy polityków rujnują kariery i niszczą życie wszystkich, którzy zdają się stać na ich drodze.

Amerykańska demokracja uchodzi za jedną z najbardziej doskonałych. Jest to jednak piękna fasada, za którą stoją nieograniczona ambicja i żądza władzy oraz gotowość do poświęcenia wszystkiego w pogoni za nią. Polityką żądzą pieniądze, a te spływają od grup interesów i zamożnych sponsorów, a wszyscy darczyńcy wystawiają politykom słone rachunki. Trwająca właśnie w Stanach Zjednoczonych kampania wyborcza po raz kolejny pobije rekordy w ilości wydanych pieniędzy oraz brutalności spotów telewizyjnych.

Teraz mogą finansować je nie tylko sztaby konkretnych kandydatów, lecz tzw. Super PACs, czyli teoretycznie niezależne komitety polityczne. Mogą one (i najczęściej tak się dzieje) utrzymywać nieoficjalne więzi ze sztabami i komitetami kandydatów, jednak nie muszą ujawniać, za kim stoją. Brak wymogu autoryzacji spotów wyborczych przez kandydatów oznacza eldorado dla telewizji, które zarobią krocie oraz osiąganie kolejnych szczytów agresji i chamstwa. Przełamane zostaną kolejne bariery, a ludzie tacy jak Stephen, Paul czy Duffy zadbają o to, by na rywali ich klientów wylane zostały kubły pomyj.

Idy marcowe to film, po którym wychodzi się z kina z niesmakiem. Jest to niesmak wynikający nie ze słabości obrazu, lecz z celnego uchwycenia rzeczywistości. Przykro dowiedzieć się (lub podtrzymać w przekonaniu), że w polityce cynizm nie zna granic i nie można nic na to poradzić. Mądrość ta znajduje odbicie w transformacji Stephena ze zdolnego naiwnego idealisty w brutalnego bezideowego gracza. Otwarta końcówka filmu pozostawia nadzieję, że Stephen nie poddał się regułom gry, ale czy można w to wierzyć?

Piotr Wołejko

 

grafika: students.pl

środa, 18 stycznia 2012

Wszyscy, którzy liczą na powtórkę tytanicznych zmagań z 2008 roku mogą się rozczarować, jeśli chodzi o prawybory GOP. Wszystko bowiem wskazuje na to, że prawybory skończą się zanim na dobre się rozpoczęły.

grafikaPrzyczyny są dość oczywiste. Po minimalnym sukcesie (albo minimalnej porażce, chodzi dosłownie o kilka głosów) w Iowa i przekonywującym zwycięstwie w New Hampshire, Mitt Romney jest w doskonałej sytuacji. Ma szansę, by zakończyć walkę o nominację już w styczniu – po głosowaniu na Florydzie.

Wcześniej, bo już w najbliższą sobotę, czeka go test w Karolinie Południowej. Jeśli wygra tutaj, jego droga do koronacji na Florydzie będzie już ustalona. Jeśli przegra, wiele zależy od tego z kim przegra i w jakim stylu. Jednak najnowsze sondaże pokazują, iż szansę na zwycięstwo, acz niewielką, ma w zasadzie tylko były spiker Izby Reprezentantów Newt Gingrich. Mimo bardzo ostrych ataków, Mitt Romney utrzymuje jednak około 10-procentową przewagę.

Z czego wynika cała ta sytuacja? Trzeba cofnąć się do grudnia 2011 roku. Wtedy też Gingrich miał swój „moment” – tryumfował w sondażach, zwłaszcza w kluczowym stanie Iowa. Ale wtedy też do gry wkroczył Super PAC, teoretycznie niezależna organizacja polityczna, która może zbierać nieograniczone w żaden sposób pieniądze, popierający Romneya. Za pomocą milionów dolarów przeznaczonych na negatywne spoty marsz Gingricha do zwycięstwa w Iowa został powstrzymany. Tymczasem sztab Romneya emitował w Iowa tylko pozytywne klipy mające zachęcić do głosowania na byłego gubernatora Massachusetts.

Co więcej, doradcy Romneya dzięki swoim doświadczeniom z 2008 roku, gdy walczył on o zwycięstwo z Huckabeem, dysponowali ogromną ilością informacji o potencjalnych uczestnikach caucuses (sejmików) w Iowa. Dzięki skomplikowanemu i wyrafinowanemu programowi „namierzającemu” potencjalnych głosujących, Romney po cichu zbudował w Iowa maszynę, które musiała w noc caucuses dać mu co najmniej dobry wynik. A ponieważ Gingrich nie potrafił stworzyć i nie miał pieniędzy na emisję przekonującej odpowiedzi na zalew negatywnych spotów SuperPACa Romneya, jego notowania w Iowa znacząco się pogorszyły.

Ta sytuacja została wykorzystana przez Ricka Santorum – kandydata który niemal zamieszkał w Iowa, prowadził tam kampanię non stop, a którego specyficzny rodzaj konserwatywnego populizmu trafił w tym stanie na podatny grunt. W ten sposób w Iowa Gingrich nie mógł zbudować momentum, które pozwoliłoby mu na zebranie wystarczającej ilości pieniędzy by skutecznie walczyć w New Hampshire,  i dalszych stanach.

Teraz wszystko zależy od Płd. Karoliny. Jeśli Romney wygra – niezależnie od tego czy 1 głosem czy też znaczącą przewagą – walka o nominację będzie praktycznie rozstrzygnięta. Jeśli przegra, da to szansę jednemu z jego konkurentów. Pod warunkiem że będzie to Gingrich, albo Rick Perry, i pod warunkiem że ich zwycięstwo będzie przygniatające. Tylko oni są w stanie zjednoczyć konserwatystów – mających duże wątpliwości co do Romneya – w opozycji przeciwko niemu.

Jednak szanse na taki rozwój wypadków są minimalne. Wszystko wskazuje na to, że czeka nas wiele miesięcy zmagań Romney-Obama. A najnowszy sondaż Public Policy Polling daje urzędującemu prezydentowi na starcie tej kampanii 5 punktów procentowych przewagi.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - bloger (blog Spinroom) i komentator, członek zespołu USA 2008, specjalizuje się w tematyce wykorzystania nowych technologii w polityce, głównie amerykańskiej, lecz nie tylko. 


Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:



grafika: conservativenewssources.wordpress.com

wtorek, 17 stycznia 2012

Stany Zjednoczone, Francja, Rosja, Meksyk. W tych krajach odbędą się w tym roku wybory prezydenckie. Na Tajwanie już się odbyły, natomiast w kontynentalnych Chinach rozpocznie się proces wymiany kierownictwa, który dobiegnie końca na początku 2013 roku. Tak ważne wydarzenia jak wybór przywódców w czterech z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz dynamicznie rozwijającym się Meksyku (tuż za pierwszą dziesiątką największych gospodarek świata) muszą znaleźć swoje miejsce na Dyplomacji.

Prawybory w USA, a później także kampanię wyborczą, relacjonuje Michał Kolanko z bloga spinroom.pl, a wcześniej członek ekipy USA2008.blox.pl. Wkrótce kolejny odcinek z jego cyklu Wyścig o Biały Dom 2012. Ja zajmę się dzisiaj Meksykiem, gdzie 1 lipca br., wraz z wyborami prezydenckimi odbędą się także wybory do Izby Deputowanych i Senatu.

Kampania i wybory w 2006 roku

Dobiega końca 6-letnia kadencja prezydencka Felipe Calderona z Partii Akcji Narodowej (PAN), który przejął stery władzy z rąk Vicente Foxa (również PAN) w drugiej połowie 2006 roku. Calderon wygrał bardzo równy wyścig o prezydenturę z Andresem Manuelem Lopezem Obradorem z Partii Rewolucji Demokratycznej (PRD), zdobywając zaledwie o 0,5% więcej głosów. Obrador przez wiele miesięcy kontestował rezultat elekcji mówiąc, że został on sfałszowany. Pokonany kandydat przez miesiące zazwyczaj prowadził w sondażach, a dopiero na tygodnie przed wyborami poparcie dla Calderona się ustabilizowało i zaczął wyprzedzać Obradora w niektórych badaniach.

Tak szczegółowo wspominam o sondażach przedwyborczych, gdyż wyrównana walka do końca może się powtórzyć. Oficjalna kampania wyborcza może ruszyć dopiero na przełomie lutego i marca, a do tego czasu prowadzący w badaniach opinii publicznej kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI) może stracić swoją ogromną przewagę. Na dziś Enrique Pena Nieto, 45-letni prawnik reprezentujący barwy PRI (wywodzący się z PRI prezydenci rządzili w latach 1928-2000) może liczyć na czterdzieści-kilka do 50% głosów. Drugie miejsce w sondażach zajmuje kandydat z partii Calderona (PAN), przy czym na czele wyścigu o nominację jest Josefina Vazquez Mota, w latach 2006-2009 sekretarz edukacji w rządzie Calderona. Trzeci jest wielki przegrany poprzednich wyborów, Andres Manuel Lopez Obrador (PRD).

Troje rywali w walce o prezydenturę

Nie powinniśmy się przyzwyczajać do kolejności kandydatów ani wysokości poparcia w sondażach, gdyż historia uczy, że wszystko może ulec zmianie. Na dziś wydaje się, że Enrique Pena Nieto z PRI jest murowanym zwycięzcą. Sześć lat temu to samo dotyczyło Lopeza Obradora (PRD). Najważniejsze pytanie dotyczy tego, czy wyborcy nie są już znudzeni 12 latami rządów PAN (mam na myśli prezydenta, gdyż w parlamencie z większością bywało różnie, aktualnie w Izbie Deputowanych najwięcej deputowanych ma PRI, w Senacie PAN). Jeśli odpowiedź jest przecząca, pojawia się kwestia gotowości wyboru pierwszej kobiety-prezydenta.

grafika

Od lewej: Andres Manuel Lopez Obrador (PRD), Enrique Pena Nieto (PRI) oraz Josefina Vazquez Mota (PAN); źródło: laprimeraplana.com.mx

Przedbiegi do kampanii pokazują, że największym wrogiem faworyta z PRI może być on sam. Dał się już poznać jako ignorant w kwestii książek, myląc tytuł książki największego z żyjących meksykańskich pisarzy, Carlosa Fuentesa. W odpowiedzi Fuentes, murowany kandydat do literackiego Nobla, odpowiedział, że „ten dżentelmen ma prawo mnie nie czytać, natomiast nie prawa wygrać wyborów prezydenckich w oparciu o ignorancję”. Pena Neto nie potrafił też podać ceny tak podstawowego produktu jak tortilla, pokazując zupełne oderwanie od problemów większości obywateli Meksyku. Później tłumaczył, że „nie jest panią domu”. Seksistowska wypowiedź pogorszyła tylko sprawę.

Kandydatka Partii Akcji Narodowej prezydenta Calderona może odpowiedzieć za średnio udaną wojnę z kartelami narkotykowymi, którą od początku urzędowania prowadzi Calderon. W jej wyniku zginęło już ponad 40 tys. ludzi, w dużej mierze niezaangażowanych w walkę po żadnej ze stron. Josefina Vazquez Mota jest bizneswoman z dużym, 9-letnim doświadczeniem w rządzie. Kompetencji jej więc nie brakuje. Jako kobieta może zebrać głosy innych kobiet, niezależnie od ich poglądów politycznych.

Ciekawym kandydatem jest również Lopez Obrador, który objeżdża kraj wzdłuż i wszerz ugruntowując swoje poparcie i licząc na zdobycie nowych wyborców. Sześć lat temu zebrał ponad 13,5 miliona głosów, niespełna pół miliona mniej od zwycięskiego Calderona. Interesującym ruchem ze strony reprezentanta PRD jest przedstawienie kandydatów do ewentualnego rządu. Będzie on też przedstawiał PAN i PRI jako dwie strony tej samej monety zapewniając, że tylko jego wybór na stanowisko prezydenta zapewni rzeczywistą zmianę.

Scenariusz na najbliższe sześć miesięcy

Jakie będą główne tematy kampanii? Na pewno jednym z nich będzie wspomniana wojna z narkobiznesem – kosztowna, długotrwała, krwawa i nie zakończona, jak na razie, sukcesem. Lopez Obrador będzie wzywał do jej zakończenia i zaprowadzenia pokoju wewnętrznego. Innym tematem poruszanym w kampanii będzie państwowy gigant naftowy PEMEX. Kandydaci PAN i PRI otwarcie rozważają dopuszczenie prywatnego kapitału do firmy, a nawet jej częściową prywatyzację na wzór brazylijskiego Petrobrasu. Wymaga to zmian w prawie, które zabrania dziś zagranicznym firmom udziału w wydobyciu ropy naftowej. Tymczasem PEMEX, który w 2008 roku zapewniał blisko 40% dochodów budżetu państwa (oddając prawie 80% z każdego zarobionego peso fiskusowi) boryka się z problemem spadającego wydobycia, niedoinwestowania i braku technologii [więcej we wpisie z 15 kwietnia 2008 r.].

Podczas kampanii ważna powinna być także kwestia rosnących nierówności społecznych. Wzrost cen żywności (w tym tak ważnej dla Meksykan kukurydzy) w połączeniu z załamaniem gospodarczym w USA sprawił, że wielu meksykańskim rodzinom żyje się dzisiaj gorzej niż trzy lata temu. Trudno natomiast spodziewać się tego, by polityka zagraniczna odegrała istotną rolę w zbliżających się wyborach. W zasadzie jedyny przewidywalny aspekt tego zagadnienia to spór o meksykańskich (głównie nielegalnych) imigrantów w USA. Może on przybrać ostrzejszy wymiar z powodu kampanii prezydenckiej w USA, gdzie kwestie imigracji oraz głosów latynoskiej mniejszości będą bardzo ważne. Kandydaci w wyborach prezydenckich w Meksyku poczują konieczność obrony praw i dobrego imienia swoich rodaków.

Piotr Wołejko

wtorek, 27 grudnia 2011

Trzeciego stycznia konwencja republikanów w Iowie rozpocznie wyłanianie kandydata, który zmierzy się w listopadzie z Barackiem Obamą. Przypomnijmy: w 2010 r. GOP wygrała wybory do Kongresu, a ruch Tea Party dał populistycznego wigoru ugrupowaniu kojarzonemu do tej pory z wielkim biznesem i establishmentem w Waszyngtonie. Czy dzięki temu kandydat partii, na której już nie ciążą wojny George’a W. Busha i kryzys z 2008 r. ma szansę na zwycięstwo?

Nie. Co więcej – uważam, że perspektywa zdobycia Białego Domu przed republikanina jest nawet odleglejsza niż cztery lata temu. Partia Republikańska coraz bardziej bowiem przypomina ugrupowanie dowodzone w Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego – we własnej niszy mogące liczyć na dozgonną wierność, natomiast coraz bardziej obce dla reszty wyborców.

W 2008 r. John McCain, mimo Sary Palin u boku, był kandydatem dalekim od konserwatywnej ortodoksji. Teraz, wykluczając jakiś sensacyjny powrót, z trójki kandydatów liczących się w sondażach dwójka przytula się do prawej ściany jak może. Newt Gingrich i Ron Paul z pewnością są atrakcyjni dla wyraziście republikańskiego elektoratu – ale czy ortodoksyjny konserwatysta z bagażem zdrad i rozwodów bądź 76-letni libertarianin pociągną za sobą masy? Mitt Romney, jedyny z faworytów trójki mający coś wspólnego z elektoratem środka, jest natomiast bez pardonu atakowany przez samych republikanów, zarzucających mu chwiejne poglądy i przynależność do zepsutego politycznego establishmentu.

Przebieg kampanii

Jak będzie wyglądać sama kampania? Kandydat republikanów, niezależnie, kto nim zostanie, będzie wytykał Obamie, że jego administracja nie przyniosła wybawienia od kryzysu. Wskaże na wciąż wysokie bezrobocie, marne wyniki produkcji przemysłowej i wezwie do cofnięcia reformy ubezpieczeń zdrowotnych, która – jego zdaniem – wysysa pieniądze z budżetu i nie przyniosła poprawy stanu zdrowia Amerykanów. Ale prezydent może w tych sprawach się bronić, a nawet atakować konkurencję.

grafikaChoć gospodarce USA wciąż daleko jest do powrotu do dobrej formy, obecna administracja daleka jest od socjalistycznych eksperymentów o jakie była oskarżana. Co więcej, to republikanie w ostatnim czasie wychodzą na oszołomów, których ekonomiczne doktrynerstwo zagraża portfelom zwykłych Amerykanów. Przykładem była awantura o payroll tax cut – przedłużenie ulgi w podatkach od wynagrodzeń, co forsował Obama, a na co w imię bilansowania budżetu nie chciała się zgodzić republikańska Izba Reprezentantów. Biały Dom wytoczył propagandowe działa, pytając na Twitterze, co dla zwykłych ludzi oznaczać będzie utrata 40 dolarów miesięcznie (bo tyle na uporze republikanów miała stracić przeciętnie zarabiająca rodzina). Odzew był ogromny, republikanie w Kongresie w końcu ulegli, a Obama wyszedł z sytuacji w glorii polityka, który chce obniżać podatki. Czego chcieć więcej?

Obecny prezydent USA może też bronić się uspokojeniem polityki zagranicznej. W ostatnich latach Stany Zjednoczone nie rozpętały żadnej awantury międzynarodowej, a przeciwnie – dokończyły sprawy rozpoczęte przez George’a W. Busha. To za rządów Obamy komandosi zabili Osamę bin Ladena, a ostatni żołnierze wyszli z Iraku (choć rząd w Bagdadzie będzie mógł liczyć na dyskretną pomoc jeszcze pewnie przez jakiś czas). Ostatnia większa kampania z udziałem wojsk Zachodu, czyli wojna w Libii, została przeprowadzona głównie przy udziale Wielkiej Brytanii i Francji, a Obama nie musiał się tłumaczyć z wysłania wojsk na drugi koniec świata, by okupować kraj ze złożami ropy.

Obama 2016

Dlatego, wykluczając scenariusz nagłego załamania gospodarki lub kryzysu międzynarodowego, Amerykanie w listopadzie, z zaciśniętymi zębami, ale jednak znowu wybiorą  czarnoskórego prezydenta. Kampanię będzie się jak zwykle miło oglądało, lecz sensacji nie będzie.

Maciej Józefowicz

 

Członek ekipy bloga USA2008, opisującej poprzednią kampanię prezydencką w Stanach Zjednoczonych

 

grafika: journeymagonline.com

 
1 , 2 , 3
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook