Wpisy z tagiem: geopolityka

środa, 08 lutego 2012

Nowe-stare władze Birmy/Myanmaru/Mjanmy/Mianmy (ja będę posługiwał się pierwszą nazwą), czyli generałowie przebrani w garnitury, krok po kroku demontują autorytarny system władzy funkcjonujący od 1962 roku. Można więc spiąć okrągłą klamrą 50-lecie rządów wojska i powrót do demokracji. Jednak czy aby na pewno wojskowi zamierzają całkowicie oddać władzę, przeprowadzając kompletną liberalizację polityczną? A może to tylko miraż tworzony na potrzeby Zachodu, uzasadniający z jego strony zakończenie izolacji dyplomatycznej?

Krótkie kalendarium zmian politycznych

grafikaNiezmiernie ciężko jest dokonać ostatecznej oceny transformacji, która niewątpliwie trwa w Birmie. W roku 2010 wojskowa junta postanowiła o rozpoczęciu procesu demokratyzacji. Przeprowadzono wybory (w zasadzie parodię wyborów), w których zdecydowaną większość zdobyła partia reżimu. Tydzień po wyborach z aresztu domowego, w którym spędziła większą część z ostatniego dwudziestolecia, została zwolniona liderka opozycji, laureatka pokojowego Nobla Aung San Suu Kyi. W marcu 2011 roku dotychczasowy szef junty gen. Thein Sein został wybrany na prezydenta kraju, już jako cywil.

Kolejne miesiące przyniosły następne wydarzenia, które pokazały, iż transformacja w Birmie idzie w najlepsze. Aung San Suu Kyi otrzymała zgodę na wystąpienie na wiecu o charakterze politycznym, a władze w Naypidaw zablokowały chiński projekt elektrowni wodnej. Jest to o tyle istotne, iż inwestycja była jednym z najbardziej widocznych przejawów bliskich relacji na linii Birma-Chiny, a nawet - nie jest to ryzykowne twierdzenie - stosunku patron-klient w tychże relacjach. Izolowana przez Zachód Birma, przez dekady prześladująca wszelką opozycję (i krwawo tłumiąca rewolty: studentów w 1988, mnichów w 2007 roku), mogła liczyć co najwyżej na Chiny i kraje swojego bezpośredniego sąsiedztwa.

Spieniężyć demokrację?

Zasobna w surowce naturalne Birma była atrakcyjnym kąskiem dla Pekinu czy Nowego Dehli. Junta robiła interesy ze wszystkimi, którzy chcieli płacić, inwestować w kraju i dostarczać reżimowi uzbrojenie. Stąd niezłe relacje Naypidaw z Moskwą. Jak się jednak zazwyczaj okazuje, potrzebne są także przynajmniej robocze relacje z państwami zachodnimi. Rozumiem przez to brak entuzjazmu dla sposobu sprawowania władzy przez państwo trzecie, przy jednoczesnej akceptacji takiego stanu rzeczy - a to pozwala już prowadzić, przy otwartej kurtynie, wymianę handlową. Można bez problemu posiadać relacje gospodarcze z dyktaturą, jednak słabo wypada to w oczach opinii publicznej. Birmańska liberalizacja polityczna pozwala Zachodowi ogłosić nowe otwarcie.

Z nowych realiów, które cały czas się formują, skorzystały już - co nie zaskakuje, skoro postawiły wyraźnie na Azję i Pacyfik - Stany Zjednoczone. W grudniu 2011 roku Birmę odwiedza sekretarz stanu Hillary Clinton. Chwali postępy w reformach politycznych, przypomina o tym, jak ważne jest poszanowanie praw człowieka, a za kulisami prowadzi rozmowy o gospodarce oraz geopolityce. Birma bowiem odgrywa istotną rolę w wielkiej grze toczącej się między USA a Chinami (z Indiami w tle), w której Waszyngton stara się ograniczyć strefę wpływów Pekinu i obstawić chińskie granice państwami sprzyjającymi Stanom Zjednoczonym. Nowe rozdanie w Naypidaw pozwoliło Ameryce zastosować nowe zagrywki i wywołało zgrzytanie zębów chińskiego kierownictwa.

W co gra Thein Sein i jego towarzysze broni?

Wydaje się, że birmański scenariusz wygląda następująco. Rządząca przez dekady junta doszła do wniosku, że obecny model polityczno-gospodarczy wyczerpuje się i niezbędne są zmiany. Nie chcąc oddać kraju pod kuratelę Pekinu (nacjonalizm i suwerenność to bardzo ważne zagadnienia w Azji), wojskowi postanowili przeprowadzić kontrolowaną liberalizację polityczną. Na razie nie oddali zbyt wiele władzy i nie stracili wpływów.

Wykonali kilka znaczących gestów, m.in. zwalniając więźniów, w tym politycznych oraz zezwalając Aung San Suu Kyi i jej partii na udział w wyborach uzupełniających (które już w kwietniu) oraz podpisując zawieszenie broni z głównymi mniejszościami etnicznymi, prowadzącymi z juntą długoletnią wojnę partyzancką. Należy to docenić, natomiast czy można przyjąć za dobrą monetę? W realnej polityce nie ma nic za darmo.

Dotychczasowe tempo transformacji demokratycznej jest imponujące, natomiast otwarte pozostaje pytanie o rzeczywiste zamiary wojskowych. Czy naprawdę chcą doprowadzić do oddania władzy w ręce opozycji? A może liberalizacja to tylko fasada, potrzebna do spozycjonowania Birmy jako partnera możliwego do przyjęcia przez Zachód? Może po prostu wojsko wystawia kraj na licytację i chciało poszerzyć grono oferentów? Kto da więcej - Chiny, Indie czy Zachód? Posiadając surowce naturalne, w tym energetyczne, Birma może pozwolić sobie na takie postępowanie.

Chwaląc postępy demokratyzacji należy uważnie przyglądać się sytuacji w Birmie. Być może kraj ten zmierza ku azjatyckiemu modelowi demokracji znanej z Tajlandii, Singapuru czy Malezji - ułomnej, czasem fasadowej, ale potrafiącej odnosić sukcesy. W szczególności gospodarcze. Nadal jednak nie powinniśmy wykluczać scenariusza egipskiego, czyli kontynuacji rządów wojska, przebranego dla niepoznaki w garnitury i kontrolującego najbardziej dochodowe sektory gospodarki.

Piotr Wołejko

 

Artykuł powstał przy współpracy ze znaną Czytelnikom bloga Magdaleną Chodownik, podróżniczką, publicystką i reporterką specjalizującą się w tematyce Azji Południowo-Wschodniej

 

grafika: Wikimedia Commons

wtorek, 24 stycznia 2012

Gdy w mediach powraca temat zbliżającego się wielkimi krokami ataku na Iran, nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, iż - jak powiedział Talleyrand - byłoby to gorsze niż zbrodnia, byłby to błąd. Decyzja o ataku na Iran, którą uzasadnia się prowadzeniem przez ten kraj prac nad programem nuklearnym (najpewniej jednocześnie cywilnym i wojskowym), opiera się na szeregu błędnych przesłanek. Co więcej, zwolennicy uderzenia w sposób istotny minimalizują negatywne konsekwencje takiego obrotu zdarzeń. Głównym problemem wydaje się niezrozumienie myślenia irańskich elit władzy. Entuzjaści ataku uważają, i taką narrację sprzedają w mediach, że irańskie władze składają się z szaleńców ogarniętych wizją zniszczenia Izraela i siania niepokoju w regionie.

O ile prezentowanie przeciwnika w taki sposób jest bardzo wygodne, a przy tym efektowne, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ajatollahowie potrafią chłodno kalkulować i podejmować bardzo racjonalne decyzje. Pisałem o tym w artykule dla Polski Zbrojnej z połowie ubiegłego roku (Iran - racjonalny oportunista, PZ 23/2011). Przywoływałem w tym tekście dwóch amerykańskich ekspertów od polityki międzynarodowej, Raya Takeyha i Valiego Nasra, którzy twierdzą, iż "Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie".

Meandry irańskiej dyplomacji

grafikaW podobnym tonie wypowiedział się Ali Alfoneh, irański politolog i ekspert konserwatywnego think-tanku American Enterprise Institute w rozmowie z Rzeczpospolitą (wydanie z 24 stycznia br.): "Wbrew temu, co często się o Iranie pisze, Republika Islamska systematycznie podejmowała racjonalne decyzje w obliczu egzystencjalnych zagrożeń". Dalej Alfoneh podaje przykłady takiego zachowania ze strony Teheranu: "[Republika - przyp. P.W.] potrafiła współpracować (...) z wrogiem - Izraelem - aby się obronić przed agresją Iraku w latach 80., a w obliczu porażki w tej wojnie zaakceptowała niekorzystne zawieszenie broni. Nie poszła w ślady III Rzeszy (do której jest często porównywana) i nie walczyła do końca, co pewnie skończyłoby się zbiorowym samobójstwem".

Jednocześnie irański ekspert z AEI zauważa ciekawą prawidłowość, na którą należy zwrócić większą uwagę. Alfoneh mówi, iż: "(...) kiedy sytuacja nie zagraża istnieniu państwa, Iran ma skłonność do popełniania rażących politycznych błędów i często się przelicza w swoich zamiarach". Politolog słusznie dostrzega, iż "Teheran ma szczególną skłonność do interpretowania normalnych, cywilizowanych zachowań jego przeciwników jako oznak słabości. To stało się coraz bardziej widoczne, od kiedy prezydentem USA został Barack Obama, który postawił na łagodniejsze stanowisko względem Iranu". Nic dziwnego, że nie okazało się ono skuteczne. Teheran błędnie je zinterpretował, a przeciwnicy zmiany twardego kursu wobec Iranu na konstruktywne zaangażowanie tylko przyklasnęli postawie ajatollahów i przedstawiają Obamę jako mięczaka i nieudacznika.

Warto przy tym pamiętać, że Irańczycy nie tylko nie potrafią odczytać gestów swoich przeciwników, lecz niekoniecznie zależy im na prawidłowym odbiorze wysyłanych sygnałów. Reżim znalazł się pod kontrolą konserwatystów, rośnie rola militarnej ostoi teokratycznego systemu władzy - Korpusu Strażników Rewolucji. Wśród irańskiej elity władzy dominuje aktualnie pogląd, iż jakiekolwiek otwarcie na świat i ustępstwa wobec presji Zachodu mogą doprowadzić do wybuchu buntu społecznego i obalenia reżimu. Skostniałe struktury nastawione są na trwanie, aparat represji coraz bardziej pracowicie prześladuje nieprawomyślnych obywateli, nawet tak wysoko postawionych w hierarchii władz jak eks-prezydent Mohammed Chatami czy eks-premier Mir-Hosejn Mousawi.

Oportuniści, nie szaleńcy

Jednocześnie, chociaż w Teheranie dominują twardogłowi, "trzeba jasno powiedzieć, że przywódcy Iranu nie są samobójcami" - jak mówi wspomniany wyżej Ali Alfoneh z American Enterprise Institute. Nie wierzy on w to, że jeśli Iran zbuduje bombę jądrową, będzie dążył do wymazania Izraela z mapy świata. Jego zdaniem bardziej realistyczny jest scenariusz, w którym "Iran coraz agresywniej rzuca wyzwania swoim sąsiadom i przeciwnikom", co będzie podsycało napięcie w regionie.

Uważam dokładnie tak samo, o czym zresztą pisałem w sierpniu 2010 r. we wpisie Implikacje irańskiego atomu dla Bliskiego Wschodu. Przytoczę fragment tego wpisu, gorąco zachęcając do lektury całego tekstu: "stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę".

Nawet atomowy Iran można łatwo powstrzymać

Świat nie skończył się, gdy ZSRR wszedł w posiadanie bomby atomowej, ani gdy podzielił się tym odkryciem z Chinami. Kolejne państwa, choć jednak nieliczne, wchodziły w posiadanie broni A i nie doprowadziło to do przemiany globu w atomową pustynię. Atomowe odstraszanie wśród potęg jądrowych jest bardzo skuteczne. W przypadku Iranu również zadziała (Iran musi jeszcze skonstruować odpowiednie rakiety oraz umieścić bombę w tejże rakiecie, co nie jest takie proste).

Dodatkowo, Stany Zjednoczone zapewne obejmą sojusznicze kraje Zatoki Perskiej parasolem atomowym, gwarantując ich bezpieczeństwo. Uwolni je to spod presji Iranu i powstrzyma przed chęcią zbudowania własnego arsenału atomowego. Iran może pójść dwiema drogami: pierwszą, w której spróbuje wywrócić obecny ład regionalny do góry nogami i zwiększyć swoje wpływy; bądź drugą, w której reżim czując się wreszcie bezpiecznie skupi się na rozwoju gospodarczym i, w dalszej przyszłości, pójdzie drogą liberalizacji politycznej. Obecne wierzganie Iranu, w tym straszenie blokadą Cieśniny Ormuz, może wynikać ze strachu reżimu przed utratą władzy. Zabezpieczenie w postaci broni A powinno uspokoić myśli ajatollahów. Na co wtedy skierują swoją  uwagę?

To Ty, Czytelniku, zapłacisz za atak na Iran

Na koniec krótka uwaga dotycząca entuzjazmu dla uderzenia na Iran. Wszyscy już dziś odczuwamy na stacjach paliwowych koszty przymiarek do zaatakowania Iranu. Jeśli on jednak nastąpi, krótkofalowo ceny wystrzelą w górę. Iran może zareagować przesadnie, nie tyle próbując zablokować Ormuz, co zasypując gradem rakiet instalacje naftowe państw Zatoki oraz zatapiając tankowce. Wówczas wyższe ceny będą nam towarzyszyć dłużej. Jest jasne, co to oznacza dla światowej gospodarki, ledwo zipiącej po drugiej fali kryzysu finansowego.

Atak nie powstrzyma Iranu od prac nad bronią jądrową, nad którą pracują od połowy lat 70., czyli rządów obalonego przez rewolucję islamską szacha Pahlaviego. Reżim skonsoliduje władzę, gdyż program nuklearny (szeroko rozumiany, raczej cywilny niż wojskowy) ma poparcie zdecydowanej większości Irańczyków. Opozycja będzie musiała poprzeć władze, a te będą mogły przeprowadzić kolejną falę prześladowań i aresztowań, czyszcząc sobie przedpole polityczne na kilka następnych lat. O wariancie zmiany reżimu drogą zbrojną, czyli operacji na wzór iracki nie warto nawet myśleć. Amerykanie już zrozumieli, że tego się nie da zrobić.

Piotr Wołejko

 

grafika: warnewsupdates.blogspot.com

niedziela, 08 stycznia 2012

Przez długi czas, bo od zakończenia Zimnej Wojny, zdawaliśmy się wierzyć w wielką ideę multilateralizmu. Koncepcja ta zakłada, iż wiele państw współpracuje, by osiągnąć wspólnie określony cel. Pisząc wiele, mam na myśli zdecydowaną większość spośród wszystkich państw świata. Nazwijmy to multilateralizmem sensu largo, a najlepszym jego przykładem są globalne negocjacje klimatyczne. Owszem, celem jest znalezienie konsensu pomiędzy największymi państwami, lecz ważne jest, by i mniejsze kraje przyłączyły się do nich.

grafikaDrugą odmianą multilateralizmu jest multilateralizm sensu stricto, który zakłada porozumienie się głównych światowych potęg - jest to współczesna odmiana znanego nam z XIX w. koncertu mocarstw. Multilateralizm sensu stricto stanowi oficjalną doktrynę dyplomacji Chin czy Rosji, które otwarcie kontestują postzimnowojenną hegemonię Stanów Zjednoczonych. Wspomniana dominacja USA powoli dobiega końca z powodu kryzysu gospodarczego oraz dynamicznego wzrostu Chin i innych państw tzw. grupy BRIC(S). Administracja Baracka Obamy od początku urzędowania zmieniła politykę wobec z Chin z konfrontacji na poszukiwanie konsensu. Ów konsens, będący kwintesencją multilateralizmu (sensu largo i sensu stricto), próbują znaleźć stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Jak pokazuje ilość zawetowanych rezolucji, koncert mocarstw w układzie: USA, Chiny, Rosja, Wielka Brytania i Francja często nie jest w stanie dojść do porozumienia. Interesy mocarstw w zbyt wielu sprawach po prostu się wykluczają.

Wyraźnie widać to podczas szczytów klimatycznych, gdzie interesy Stanów Zjednoczonych, Chin, Indii i Brazylii są na tyle rozbieżne, że niemożliwe jest zawarcie układu zastępującego protokół z Kioto. Widać to też na przykładzie rezolucji potępiającej reżim Baszara Assada w Syrii, wetowanej w RB ONZ przez Chiny i Rosję. O ile czasem, jak w przypadku Libii, udaje się osiągnąć porozumienie (rezolucja w sprawie wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Libią), to częściej interes narodowy bierze górę nad czymś uważanym za wspólny cel. W tej sytuacji, którą można uznać za patową, karierę może zrobić minilateralizm.

Czym jest minilateralizm?

Minilateralizm, w opozycji do multilateralizmu, zakłada konieczność porozumienia się tylko grupy państw chętnych do realizacji określonego celu, bez potrzeby szukania powszechnego konsensu (czy to wszystkich/większości państw, czy to koncertu mocarstw). Przykładów minilateralizmu w ostatnich miesiącach mieliśmy naprawdę sporo: operacja w Libii, gdzie NATO przy politycznym wsparciu Ligi Arabskiej wspomogło rebeliantów walczących z Kaddafim; przedłużenie przez Unię Afrykańską mandatu misji AMISOM w Somalii o 12 miesięcy; wymierzone w Syrię sankcje Ligi Arabskiej, czy decyzja Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) o wysłaniu wojsk (saudyjskich) do Bahrajnu, celem powstrzymania protestujących (głównie szyitów). Ciekawym przykładem minilateralizmu jest także procedura wzmocnionej współpracy w ramach Unii Europejskiej, którą uregulował Traktat Lizboński (strefa Schengen powstała przecież dużo wcześniej).

Spośród podanych przykładów najciekawsza wydaje się aktualnie aktywna działalność Ligi Arabskiej. Wsparcie forsowanej przez Francję i Wielką Brytanię strefy zakazu lotów nad Libią pozwoliły de facto usankcjonować kampanię militarną wymierzoną w reżim Kaddafiego. Teraz Liga debatuje nad stanowiskiem w sprawie Syrii, gdzie inny dyktator, Baszar Assad, masakruje od miesięcy antyrządowe demonstracje (już ponad 5 tysięcy ofiar). Pracę zakończyli obserwatorzy Ligi wysłani do Syrii, a ich misja od początku budziła kontrowersje, chociażby z powodu stojącej na jej czele osoby sudańskiego bezpieczniaka, poplecznika Omara Baszira, generała Mustafy Dabiego - współodpowiedzialnego za pacyfikację Darfuru przez arabskie milicje dżandżawidów.

Można się więc spodziewać, jakie spostrzeżenia przekazali obserwatorzy na forum Ligi Arabskiej. Jednak negowanie faktu, iż reżim Assada morduje własnych obywateli nie sprawi, że sytuacja w Syrii się unormuje. W Lidze Arabskiej wiatru w żagle zaczynają nabierać kraje takie jak Katar, zainteresowane wymianą autokratów starej szkoły (przynajmniej na oświeconych autokratów, za których usiłują uchodzić przywódcy tychże państw). Liga może więc, w ramach minilateralizmu, nałożyć sankcje na Syrię i będą one dużo bardziej bolesne od jakichkolwiek sankcji zachodnich, nakładanych przez USA czy UE.

Ograniczone możliwości i zagrożenia

W sytuacji wzrostu nowych potęg, jak Chiny, Indie czy Brazylia, a także nadal mocnej pozycji Rosji na arenie międzynarodowej, multilateralizm może doprowadzić głównie do sytuacji patowej. Trudno bowiem pogodzić rozbieżne interesy wspomnianych państw oraz USA i największych państw Europy. Co więcej, swoje trzy grosze pragną dorzucić potęgi regionalne, jak RPA, Meksyk czy Indonezja. Stąd coraz większy paraliż ogarnia Radę Bezpieczeństwa ONZ, główną instytucję multilateralizmu sensu stricto.

Dlatego też minilateralizm, pozwalający rozwiązywać problemy na niższym szczeblu, będzie zyskiwał na znaczeniu. I mam tu na myśli zarówno minilateralizm w ramach istniejących bądź nowych organizacji międzynarodowych, jak i koalicje formowane ad hoc. Nie jest to może nic nowego, jednak w nieodległej przeszłości nie było praktykowane na szerszą skalę. Tymczasem ostatnimi czasy coraz lepiej mają się instytucje dość świeże, jak East Asia Summit, APEC, ASEAN+3 czy zupełnie nowe, jak planowane TPP.

Czy oznacza to stopniowe odchodzenie od multilateralizmu, który coraz częściej tkwi w klinczu? Niekoniecznie. Pewne sprawy wymagają zgody najważniejszych aktorów i tutaj nic się nie zmieni. Ciekawą formułą jest w tej sytuacji G-20, lepiej odzwierciedlające realia gospodarcze od spotkań grupy G-7 wraz z zaproszonymi gośćmi (przywódcami Rosji, Chin, Indii, Brazylii, UE). Państwa doszły jednak do wniosku, że nie ma potrzeby rozstrzygania problemów na najwyższym szczeblu, gdzie szansa na sukces (porozumienie) jest ograniczona. Może to prowadzić do konfliktów, gdy na w ramach minilateralizmu zapadną decyzje sprzeczne z interesami głównych mocarstw. I to chyba największe ryzyko wynikające z rosnącej popularności minilateralizmu.

Piotr Wołejko

 

grafika: risingsun.wordpress.com

wtorek, 20 grudnia 2011

Od dawna już wszyscy wiedzą, że potworna wojna między Rosją a Japonią spowodowana została głównie koncesją drzewną.

“The Causes of the Russo-Japanese War” w: The Advocate of Peace 70/9 (październik 1908), s. 212

Pod koniec wieku XIX, Wielki Książę Murawjow (1845-1900) stał się orędownikiem idei przeniesienia ciężaru polityki zagranicznej Rosji na tereny Azji Wschodniej. Ważnym elementem politycznej strategii było rozszerzenie wpływów rosyjskich w Chinach i Korei, oraz pozyskanie dla floty rosyjskiej niezamarzających portów na wschodnim wybrzeżu kontynentu. Jednym ze skutków działań rosyjskich był nieuchronnych konflikt z modernizującą się Japonią, która przystąpiła do budowy własnych wpływów na tym terenie.

grafika

„Usiądziemy nad brzegiem morza, poczekamy na pogodę”, karykatura z prasy rosyjskiej około 1900.

Zainteresowanie Rosji Koreą zaczęło się w roku 1858, kiedy w efekcie Traktatu z Aihun, Car uzyskał tereny chińskie na lewym brzegu i otwarcie Amuru, Ussuru i Sungari. Cesarz Xianfeng odmówił podpisania traktatu, jednak większość jego ustaleń została potwierdzona podczas Konwencji Pekińskiej z 1860. Zdobycze terytorialne doprowadziły Rosjan w bezpośrednie sąsiedztwo Korei i pozwoliły na kontemplację korzyści z posiadania tam niezamarzającego portu dla carskiej floty. W 1866 roku wysłannicy Cara przybyli do portu Wonsan, żądając przywilejów handlowych i otwarcia portów Królestwa. Koreańczycy tradycyjnie powołali się na status trybutariuszy i odesłali Rosjan do pekińskich mandarynów. Kolejne próby napotkały sprzeciw Brytyjczyków, którzy zajęli Port Hamilton (Geomundo), blokując ruch statków rosyjskich w regionie.

Niepowodzenie zabiegów militarnych zrekompensował Rosjanom król Gojong, który za radą swej małżonki, królowej Myeongseong, przyznał im koncesje handlowe. Wojna zakończyła się w kwietniu 1895 spektakularną porażką Chin, a 8 października agenci japońscy zamordowali królową Myeongseong. Król Gojong schronił się w Legacji Rosyjskiej.

W roku 1896, gdy król Gojong wciąż przebywał na terenie Legacji, Jurii Iwanowicz Briner, kupiec rosyjski z Władywostoku uzyskał od korony Korei koncesję na eksploatację wyrobisk drewna w rejonie wyspy Ulleungdo na Morzu Wschodnim, rzeki Tumen (dzielącej Chiny, Koreę i Rosję), oraz wzdłuż Yalu, głównej rzeki Korei.

Briner miał pod dostatkiem pomysłów, cierpiał jednak na chroniczny brak gotówki i rok później, w obawie przed zbliżającym się wygaśnięciem nieaktywnej koncesji postanowił sprzedać ją nabywcy związanemu z Domem Rothschildów. Transakcją zainteresował się rosyjski Charge d'Affaires Mikołaj Matiunin, ówczesny zwierzchnik Legacji. Widząc potencjalne zyski, zarówno finansowe i ekonomiczne, powołał kartel, w skład którego weszli między innymi Wielki Książę Aleksander Michaiłowicz, Generał Książę Hilarion Woroncow-Daszkow i Książe Feliks Jusupow. Rzecznikiem i dyrektorem wykonawczym grupy został Aleksander Michaiłowicz Biezobrazow, były oficer carskiej kawalerii, znakomicie ustosunkowany na dworze carskim i od jego nazwiska kartel tradycyjnie nazywa się „Spółką Biezobrazowa”.

Wspólnicy postanowili przejąć koncesję Brinera i użyć jej dla wzmocnienia rosyjskiej obecności w Korei. Zadanie pozyskania funduszy inwestycyjnych wziął na siebie Bieobrazow. Nie było to łatwe, jako że minister finansów Siergiej Witte,  wpływowy zastępca ministra spraw zagranicznych Władimir Lamsdorf i minister wojny Aleksiej Kurpatkin stanowczo sprzeciwiali się rozszerzaniu wpływów rosyjskich w Korei, obawiając się wojny na Dalekim Wschodzie, której Rosja, zdaniem Kuropatkina, nie mogła wygrać. Biezobrazow i Woroncow-Daszkow uzyskali jednak audiencję u Mikołaja II, któremu przedstawili projekt rosyjskiej Kompanii Rozwoju Azji Wschodniej, wzorowanej na brytyjskiej Kompanii Indii Wschodnich. Ich Kompania miała rozszerzyć znaczenie Rosji na Dalekim Wschodzie i wyprzeć wpływy japońskie. Był to w istocie plan „uratowania Korei” przed japońską ekspansją – dla ekspansji rosyjskiej. Car przedsięwzięcie pochwalił i sam zainwestował znaczną na ówczesne czasy sumę 200 tys. funtów. Wg planów Spółki Biezobrazowa, powołanie Kompanii i planowane zaproszenie inwestorów zagranicznych miało ukryć przed Japończykami rzeczywiste, polityczne cele operacji.

Lekceważenie Japonii

Twórcom koncepcji nie przyszło do głowy, iż Japończycy mogą przejrzeć tak subtelne posunięcie, nawet jeśli włączył się doń Wielki Książę Michał Murawjow, zwolennik przeniesienia ciężaru działań międzynarodowych Rosji z Europy na Daleki Wschód. Niezależnie od modnego w sztuce japonizmu, większość elit rosyjskich postrzegała wciąż Japonię jako peryferyjne, pogańskie państewko, które zdołało pokonać Chiny wyłącznie dzięki rzeszy zachodnich doradców.

W ciągu najbliższych trzech lat zespoły Kompanii przygotowały geograficzne, gospodarcze i wojskowe analizy rejonu, opracowały mapy i określiły proponowane trasy linii kolejowych łączących Seul z Mandżurią i z Koleją Chińsko-Wschodnią, co, obok korzyści ekonomicznych, miało zapewnić możliwość szybkiego przerzucania do Korei rosyjskich sił wojskowych. Spółka Biezobrazowa rozwijała przyczółki i faktorie, pozyskiwała wpływy i zatrudniała coraz więcej ludzi.

Kuropatkin gorzko pisał w swych dziennikach: „parweniusze, tacy jak Biezobrazow, wplątują Najjaśniejszego Pana w działania niegodne Rosji, oczywiście bez Jego zgody i zezwolenia”. Mikołaj II przyznał wprawdzie, że działalność Spółki absolutnie nie może powodować trudności politycznych, ale jednocześnie polecił otworzyć Biezobrazowowi kredyt w Banku Rosyjsko-Chińskim na sumę 2 milionów rubli.

W tym samym czasie Witte, jak to było wówczas we zwyczaju, nakazał pracownikom ministerstwa szpiegować Biezobrazowa. Ten ostatni podkreślał przy każdej okazji słabość rosyjskich wpływów na Dalekim Wschodzie, niezrozumienie i animozje ministerstw, a także konieczność znalezienia szybkich rozwiązań. Jednym z nich było stworzenie ośrodka Kompanii w rejonie rzeki Yalu, z kwaterami, sklepami, wysuniętymi faktoriami i brygadą wojska, dla niepoznaki przebraną w ubrania cywilne. Na przełomie 1901 i 1902 Biezobrazow,  dobrze już zakorzeniony w Korei, skoncentrował swe działania na ekspansji Spółki w Mandżurii. Poprzez listy i audiencje zaprzyjaźnionych osobistości zdołał ostatecznie przekonać Cara, iż problemy na Dalekim Wschodzie wynikają ze sporów jego rywali, Ministerstwa Wojny i Ministerstwa Finansów, nie mają natomiast nic wspólnego z Japończykami.

Wielkie plany Cara

W rzeczywistości Witte i Kuropatkin, choć skłóceni, byli całkowicie zgodni w kwestii Azji Wschodniej. 26 stycznia 1902 roku Witte spotkał się z Kuropatkinem i poinformował go, że Biezobrazow wysyła Carowi tajne, szyfrowane depesze. Mikołaj stanowczo zaprzeczył. Kuropatkin zapisał w swych dziennikach, że w tym momencie Car ufał już Biezobrazowowi bardziej niż swym ministrom, i że Najjaśniejszy Pan zaczął snuć ogromne plany. Rosja miała w nich zająć Mandżurię, zaanektować Koreę, przejąć Tybet, a następnie przejść do podobnych operacji w rejonie Persji i tureckich cieśnin.

Rozwój obecności rosyjskiej w Korei i Mandżurii był przez cały czas monitorowany przez Japonię, której pozycja w polityce międzynarodowej uległa wzmocnieniu dzięki Sojuszowi Angielsko-Japońskiemu z 30 stycznia 1902. W efekcie politycznej ofensywy Japonii, wspartej przez część rządów europejskich, w Petersburgu przeważyło chwilowo zdanie Wittego i działalność Kompanii została zamknięta. Równocześnie, pod wpływem Lamsdorfa, rozpoczęto rozmowy z Japonią.

Triumf pokojowego triumwiratu był pozorny. Car, urażony polityczną porażką, zaczął bardziej jeszcze polegać na zdaniu Biezobrazowa, który w 1903, z błogosławieństwem Najjaśniejszego Pana i funduszami w wysokości 2 mln rubli przyznanymi „na cele znane Jego Carskiemu Majestatowi”, odtworzył Spółkę jako „Kompanię Drzewną Rzeki Yalu”. Biezobrazow otrzymał tytuł Sekretarza Stanu i zadanie utrzymywania ścisłej łączności między Kompanią a Petersburgiem. W maju 1903, oddziały rosyjskie przebrane w ubrania cywilne i wsparte najemnikami chińskimi zajęły Yongampo u ujścia rzeki Yalu.

Mała przystań w Yongampo leżała wprawdzie daleko od dotychczasowych terenów wycinki drzew, ale za to miała doskonałe położenie strategiczne, umożliwiając przyszłe połączenie Kolei Transsyberyjskiej i planowanej linii Seoul-Uiju. Yongampo, już jako Port Mikołaj, jeszcze w tym samym roku stało się silnym ośrodkiem wojskowo-ekonomicznym. Mimo sprzeciwów Japonii i Korei, Rosja podjęła decyzję o zamknięciu wszystkich portów na Yalu dla statków japońskich. Zarzewie przyszłego konfliktu płonęło już otwartym ogniem.

Marlow


Prowadzi bloga na portalu opinii Newsweeka - Redakcja, zajmuje się problematyką Azji Wschodniej

niedziela, 11 grudnia 2011

Reset w relacjach rosyjsko-amerykańskich był jednym z pierwszych posunięć nowowybranego prezydenta USA Baracka Obamy. Słusznie uznał on, że trwanie w klinczu "zimnego pokoju", który zastał po republikańskiej administracji Busha juniora, nie przynosi Ameryce żadnych korzyści, a Rosji sprawia istotną satysfakcję. Idea resetu była banalnie prosta: dogadajmy się w tych kilku punktach, gdzie jest to możliwe i gdzie mamy chociaż w miarę spójne interesy, zamiast toczyć spory na wszystkich możliwych frontach. W ograniczonym zakresie układ zaproponowany przez Obamę można uznać za sukces. Jednak trudna sytuacja wewnętrzna w Rosji sprawia, że polityka resetu dobiega końca.

grafikaźródło: english.ruvr.ru

Co udało się dogadać? Obama wycofał się z pierwotnego projektu tarczy antyrakietowej, z radarem w Czechach i silosami rakietowymi w Polsce i zdawał się kupować liberalną i modernizacyjną retorykę prezydenta Dmitrija Miedwiediewa. Za tarczę Rosjanie przystali kilkakrotnie na kolejne rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ nakładające sankcje na Iran. Moskwa przystała też na transport zaopatrzenia dla amerykańskich sił walczących w Afganistanie przez własną przestrzeń powietrzną, tworząc niezbędną alternatywę dla kłopotliwego (z punktu widzenia politycznego, a także z powodu wątpliwości związanych z bezpieczeństwem) szlaku lądowego z Pakistanu, wiodącego przez górzyste tereny afgańsko-pakistańskiego pogranicza. Wreszcie Rosja nie oponowała zbyt głośno przeciwko wprowadzeniu strefy zakazu lotów w Libii, nie wetując stosownej rezolucji RB ONZ. Amerykanie, oprócz tarczy, wyciszyli swoją krytykę dotyczącą demokracji i praw człowieka. Główną nagrodą za udaną politykę resetu był nowy traktat START podpisany w kwietniu 2010 r. w Pradze, który wszedł w życie 5 lutego br. START traktuje o redukcji nuklearnych głowic bojowych, zobowiązując do redukcji ogromnych zimnowojennych arsenałów.

Reset wyczerpany wewnętrznie

Wskazanie momentu, w którym potencjał resetu zaczął wygasać nie jest łatwe. Na pewno jednak na zamknięcie tego etapu rosyjsko-amerykańskiej współpracy istotny wpływ wywarły czynniki czysto wewnętrzne. Wybory do Dumy, niższej izby rosyjskiego parlamentu, które odbyły się w ubiegłą niedzielę, 4 grudnia, wydają się momentem granicznym. Od ogłoszenia wyników wyborów, czyli od 5 grudnia, reset został zresetowany, czyli de facto wyrzucony do kosza. Wybory przyniosły bowiem, wygląda na to, że niespodziewane dla władzy, wyniki. Gdyby nie fałszerstwa i cuda nad urnami, partia władzy, Jedna Rosja, dostałaby nie ok. 50% głosów, a zapewne ok. 30-35%. Frekwencja wyborcza w Czeczenii czy Dagestanie na poziomie bliskim 100% (i ogromna przewaga głosów Jednej Rosji w tychże) mówi sama za siebie. Władze zaskoczyła również skala niezadowolenia społecznego w postaci licznych, jak na rosyjskie warunki, demonstracji. Ludzie, często dotychczas biernie przyglądający się polityce poczuli, że zostali bezczelnie okradzeni.

W obliczu zagrożenia stabilności układu władzy i, nagle niepewnego wyniku wyborów prezydenckich w marcu 2012 r., w których Putin chciał zamienić się miejscami z Miedwiediewem, należało szybko wskazać winnego. Niezawodny w takich kwestiach premier Putin bez mrugnięcia okiem wskazał na Hillary Clinton, amerykańską sekretarz stanu oraz na Stany Zjednoczone. Zdaniem Putina tylko setki milionów dolarów z USA mogły zmobilizować dziesiątki tysięcy Rosjan do ulicznych wystąpień przeciwko władzy. Zdefiniowanie wroga, w szczególności zagranicznego, to stara taktyka pozwalająca na zastosowanie brutalnych metod tłumienia wystąpień w kraju i używanie retoryki zagrożenia suwerenności i ingerencji w sprawy wewnętrzne. Ale nie martwcie się, obywatele - zdaje się mówić Putin - władza przejrzała ten karygodny spisek i przetrąciła kark jego wykonawcom. Nie dajcie się zwieść, wszystko będzie po staremu. Musicie tylko jeszcze bardziej uwierzyć władzy i polegać na niej jak na opiekuńczej matce, która czasem karci, lecz potrafi zapewnić stabilność i bezpieczeństwo.

Reset wyczerpany zewnętrznie

Jak wspominałem, wybory były istotnym, lecz nie jedynym powodem, dla którego polityka resetu wyczerpała swoje możliwości. Oto bowiem Stany Zjednoczone nie wycofały się z koncepcji tarczy antyrakietowej i, w odmienionej postaci, kontynuują realizację projektu. Kilka tygodni temu Turcja zgodziła się na rozmieszczenie na własnym terytorium mobilnego amerykańskiego radaru, który miałby stanowić element systemu przeciwrakietowego. Rosjanie, z biegiem miesięcy, coraz ostrzej wypowiadali się o tarczy, a prezydent Miedwiediew w orędziu na niespełna dwa tygodnie przed wyborami do dumy straszył wręcz Amerykę i NATO nowym wyścigiem zbrojeń. Z racji trwającej wówczas kampanii wyborczej wystąpienie było skierowane głównie do wewnątrz (do wyborców), jednak zostało z uwagą wysłuchane za granicą.

W tym samym czasie Amerykanie omyłkowo ostrzelali na pakistańskim terytorium pakistańskich żołnierzy. Zginęło blisko 30 wojskowych, a Pakistan zamknął jedyną lądową drogę zaopatrującą zachodnią koalicję w Afganistanie. Rosjanie przypomnieli zaś Amerykanom, że ich zgoda na transporty lotnicze przez rosyjską przestrzeń powietrzną to miła przysługa, z której mogą się wycofać. Mogą też wyrzucić Amerykanów z kirgiskiej bazy w Manas. Wówczas siły zachodnie musiałyby niechybnie wycofać się z Afganistanu i to bardzo szybko. Armia pozbawiona zaopatrzenia jest narażona na wyniszczenie.

Rosjanie, pomni libijskiej lekcji obalenia Kaddafiego (czemu mogli zapobiec, przynajmniej pozbawiając operację NATO stempla ONZ), teraz ostro sprzeciwiają się jakimkolwiek sankcjom wymierzonym w reżim Baszara al-Asada w Syrii. Asad masakruje protestujących przeciw niemu obywateli przy użyciu ciężkiego sprzętu, snajperów, sił bezpieczeństwa i uzbrojonych lojalistycznych band. Robi to samo, co mógłby robić Kaddafi, gdyby NATO nie powstrzymało jego zamiarów. Rosjanie uznali jednak, że dość już panoszenia się Zachodu, a najwyższy czas na zadbanie o własne interesy. A plany związane z Syrią są znaczące, chociażby wykorzystanie portu Tartus jako bazy morskiej dla rosyjskiej floty operującej na Morzu Śródziemnym. 

Nowy reset czy "zimny pokój" od 2012 roku?

Reset dobiegł końca. Kilka spraw udało się załatwić. Jednak przyczyny zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne (tutaj także po stronie USA) sprawiły, że resetu nie udało się utrzymać. Amerykanie dalej realizują projekt tarczy antyrakietowej i rozważają rozmieszczenie jego elementów w pobliżu rosyjskich granic, próbują wydostać kaspijskie i środkowoazjatyckie surowce energetyczne spod kurateli Moskwy i coraz mniej liczą się ze zdaniem Rosji, co jest szczególnie widoczne na Bliskim Wschodzie. Wkrótce (marzec 2012 r.) w Rosji zmieni się prezydent, a w listopadzie tego samego roku odbędą się wybory w USA. Nowi przywódcy lub nowi-starzy przywódcy będą mieli podobny wybór jak Obama i Miedwiediew: kolejny reset albo "zimny pokój". Która opcja tym razem zwycięży?

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook