Wpisy z tagiem: rewolucja
poniedziałek, 07 marca 2011
Wszystko zaczęło się w połowie lutego, a więc około trzech tygodni temu. Na początku, standardowo, demonstracje i transparenty. Nagle przerodziło się to w bunt przeciwko Muammarowi Kaddafiemu, w prawdziwą rewolucję. Przeciwnicy rządzącego od ponad czterech dekad dyktatora przejęli kontrolę nad Bengazi, stolicą Cyrenajki. Wkrótce zaczęły padać kolejne miasta, wpierw na wschodzie kraju, a następnie w centrum i na zachodzie. Niespokojnie zaczęło być w Trypolisie. I wtedy wszystko wyhamowało. Kaddafi nie zamierza bowiem podzielić losu Ben Alego z Tunezji, czy Mubaraka z Egiptu i nie odda władzy bez walki. I teraz właśnie walka trwa. Siły wierne dyktatorowi, część armii, siły specjalne i najemnicy, rzuciły się do szturmu na utracone pozycje. Lotnictwo, artyleria oraz doświadczenie i organizacja są po stronie Kaddafiego. Nadal dysponuje on siłą, która może zdławić rebelię. Tymczasem opozycjoniści wyraźnie utracili impet, który pozwalał im wcześniej osiągać błyskawiczne postępy. Co grozi Libii? W tej chwili waży się, czy Kaddafi będzie w stanie w miarę szybko odbić stracone miasta i siłą zaprowadzić względny porządek. Na rychły sukces rebeliantów nie ma raczej co liczyć. Dysponują mniejszą siłą ognia, ich logistyka i zaopatrzenie są prowizoryczne, brakuje im dyscypliny i zorganizowanych struktur. Z ich strony najbardziej sensowna wydaje się gra na czas, która pozwoliłaby z jednej strony wykrwawić wierne dyktatorowi siły, a z drugiej usprawnić własne oddziały, wyposażyć je oraz przeszkolić chociaż w podstawowym zakresie.
Kto kontroluje libijskie miasta? Grafika: english.aljazeera.net Możliwe więc, że szykuje się dłuższa (tygodnie, miesiące) wojna domowa, w której wszystkie chwyty będą dozwolone. Kaddafi nie cofnie się przed niczym, natomiast rebelianci nie mają innego wyjścia jak zwycięstwo. Ich klęska oznaczałaby wyrok śmierci dla setek, a może i tysięcy ludzi. Czy należy spodziewać się pata i rozpadu państwa na dwie (lub więcej) części - wierną Kaddafiemu i drugą, wrogą dyktatorowi? Eksperci wspominają o sztucznej unifikacji dwóch krain - Trypolitanii i Cyrenajki, które razem utrzymywała żelazna pięść Kaddafiego (i pieniądze z ropy). Rozpadu bym nie wykluczał, jednak gorzej może być z międzynarodowym uznaniem nowopowstałego bytu. Z drugiej strony warto nadmienić, iż zmiany granic w Afryce są konieczne i nieuchronne. Niedawno narodziło się nowe państwo - Sudan Południowy (oficjalnie trzeba poczekać na to kilka miesięcy), inne "są w drodze". Jak w każdej rewolucji, najtrudniejszy jest los populacji cywilnej. To ona wycierpi się najbardziej i to spośród cywili będzie wywodziła się większa część ofiar. To na cywili wreszcie spadnie fala represji, niezależnie od tego, kto ostatecznie wygra batalię o Libię. Trzeba o tym pamiętać. W szczególności wtedy, gdy słyszymy kolejne obawy o stabilność dostaw ropy naftowej czy stabilizację w krajach arabskich. Piotr Wołejko
Co dzieje się w Libii - blog na żywo na stronie Al-Jazeery.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Trzydziesta rocznica podpisania porozumień sierpniowych nie stała się wielkim świętem Solidarności. Zamiast godnego uczczenia historycznego wydarzenia cała Polska obserwowała kolejną erupcję sporów w łonie dawnych rewolucjonistów. Brak kultury politycznej i, niestety, osobistej jest od kilkudziesięciu godzin aż nadto widoczny. Na łamach niniejszego bloga nie zajmujemy się sprawami wewnętrznymi Polski, jednak smutne okoliczności pozwalają uświadomić sobie, iż dawnych "towarzyszy broni" niewiele dziś łączy. Nie tylko nad Wisłą.
Na Ukrainie też skłóceni Wielka, często gorsząca kłótnia jest stałym elementem nie tylko polskiego krajobrazu politycznego. Również Ukraina przeżywa konwulsje wywołane rozpadem ruchu, który wyniósł do władzy Wiktora Juszczenkę. Koalicja wymierzona w tandem Kuczma-Janukowycz zakładała uniemożliwienie przeprowadzenia sukcesji władzy z prezydenta Lenida Kuczmy na premiera Wiktora Janukowycza, co oznaczałoby kontynuację post-sowieckiego miękkiego autorytaryzmu. Pomarańczowa Rewolucja, opierająca się głównie na Juszczence oraz Julii Tymoszenko zwyciężyła, choć dopiero po powtórce drugiej tury wyborów. Pomarańczowi dali wielu Ukraińcom nadzieję na lepsze jutro, na modernizację kraju. Niestety, podobnie jak w Polsce, niedługo trzeba było czekać aż niedawni sojusznicy skoczą sobie do gardeł. Duet Juszczenko-Tymoszenko (odpowiednio prezydent i premier) szybko się rozpadł, czyniąc z popularnych liderów rewolucji zaprzysięgłych wrogów. Zamiast demokratyzacji i reform na Ukrainie trwała brutalna i wyniszczająca walka polityczna. Trudno się dziwić, że pięć lat po sukcesie Pomarańczowych zmęczeni Ukraińcy oddali władzę Janukowyczowi. Czyż w Polsce dawni post-komuniści nie odzyskali szybko władzy po tym, jak "przyjaciele" z Solidarności skłócili się i podzielili na wiele zwalczających się obozów? Lepiej niż w Iranie Niszczycielska siła sporów w Polsce czy na Ukrainie to jednak pikuś w porównaniu do rozwoju wypadków po obaleniu szaha Pahlaviego przez Rewolucję Islamską w 1979 roku. Koalicja ugrupowań, środowisk i instytucji, której celem było pozbawienie władzy irańskiego monarchy śmiało mogłaby nosić miano tęczowej. Skupiała bowiem ludzi o poglądach od lewa do prawa, od lewicy po zatwardziałych konserwatystów, od niepiśmiennych chłopów po miejską inteligencję, od drobnych przedsiębiorców po kler szyicki. Jedynym wspólnym dla tych różnorodnych środowisk celem było obalenie szaha. Pomysłów na to, jak powinien wyglądać Iran po Pahlavim było już jednak wiele. Zwyciężyła koncepcja ajatollaha Chomeiniego, który dążył do islamizacji życia politycznego oraz budowy quasi-teokratycznego państwa z fasadową demokracją i instytucjami republikańskimi. Chomeini osiągnął swój cel nie dlatego, że udało mu się zawrzeć kompromis z pozostałymi frakcjami rewolucji. On nie przekonał swoich rewolucyjnych sojuszników do własnej koncepcji. On ich po prostu spacyfikował. Gdy Pahlavi w pośpiechu opuszczał Iran, koalicja zawiązana w celu jego obalenia zaczęła trzeszczeć w szwach. Wizje przyszłości kraju były zbyt odmienne, by udało się je pogodzić. Zawierając sojusze z jednymi, by osłabić innych, a następnie eliminując dotychczasowych przyjaciół, Chomeini zyskiwał coraz większą siłę. Jego metody były brutalne, a kolejne wydarzenia (zajęcie ambasady amerykańskiej, atak Iraku na Iran) sprawiały, że ajatollah miał wymówkę do ostrej rozprawy z "opozycją" i "wrogami rewolucji". Przejęcie przez Chomeinego monopolu władzy kosztowało życie tysięcy ludzi. Bolesny i nieunikniony rozpad? Powyższe przykłady pokazują, że szerokie ruchy polityczne obliczone na obalenie dotychczasowej władzy nie mają większych szans na zachowanie spoistości po doprowadzeniu swojej sprawy do szczęśliwego finału. Z natury rzeczy nie mogą być to ruchy jednolite światopoglądowo, gdyż tylko różnorodność zapewnia im szeroką reprezentatywność. Odniesiony sukces niemalże determinuje rozpad szerokiego sojuszu i jego fragmentację na węższe ugrupowania. Przykre tylko, że już po podziale dawni sprzymierzeńcy używają przeciwko sobie najostrzejszych epitetów, a czasem sięgają także po przemoc. O czymś tak naturalnym jak walka o interpretację dawnych wydarzeń nie będę nawet wspominał. Przecież historia to nic innego jak polityka. Piotr Wołejko
grafika: infolinia.org/fot. B. Nieznalski
poniedziałek, 15 lutego 2010
"W tym momencie przed reżimem stoi kilka wyzwań: powszechne rozczarowanie, fragmentacja elity władzy, presja międzynarodowa i trudności ekonomiczne. Posiada on także pewne możliwości stosowania przymusu i nie ma przesłanek do twierdzenia, że jutro upadnie" - opisuje sytuację Islamskiej Republiki Iranu Ray Takeyh z Council on Foreign Relations. Słowa te Takeyh wypowiedział 11 lutego br., ale równie dobrze pasują do irańskiej rzeczywistości z 1990 roku. Rok po śmierci ajatollaha Chomeiniego, przywódcy Rewolucji z 1979 roku, a także rok po zakończeniu dewastującej, ośmioletniej wojny z Irakiem, Islamska Republika miała przed sobą podobne do dzisiejszych problemy. Lata wojny nie tylko wyniszczyły społeczeństwo i gospodarkę, ale także podkopały lojalność obywateli do teokratycznego reżimu. Śmierć Chomeiniego spowodowała, że spierające się dotychczas frakcje wyszły spod przysłowiowego dywanu i rozpoczęła się twarda rywalizacja o wpływy i władzę.
Nowy rahbar (najwyższy przywódca) - Ali Chamenei - nie dysponował nawet cieniem autorytetu swego poprzednika. Jako kandydat kompromisowy godził główne frakcje elity władzy. Szybko związał się z konserwatystami, a oni znaleźli w nim wiarygodnego sojusznika. Chamenei zmodyfikował sposób sprawowania urzędu rahbara, skupiając się głównie na bieżącym zarządzaniu (miał doświadczenie, gdyż pełnił wcześniej urząd prezydenta), wchodząc w kompetencje wybieranego w powszechnych wyborach prezydenta, a także wraz z Radą Strażników blokował modernizacyjne i reformatorskie pomysły kolejnych parlamentów. Pod rządami Chameneiego konserwatyści systematycznie zyskiwali wpływy, a kulminacja ich siły nastąpiła po wyborach z 12 czerwca 2009 r., gdy ostatecznie przejęli wszystkie bastiony władzy. Niestety dla nich, społeczeństwo jest coraz mniej zadowolone z konserwatywnych rządów, skupiających się bardziej na podtrzymaniu surowych nakazów i zakazów w sferze obyczajowej, niż na rozwoju gospodarczym i tworzeniu miejsc pracy. Gospodarka irańska nie rozwija się wystarczająco szybko, aby zapewnić wystarczającą ilość miejsc pracy dla młodej populacji, a PKB per capita nadal jest niższe od tego sprzed Rewolucji w 1979 roku. Sankcje ekonomiczne nałożone na Iran utrudniają reformy gospodarcze. Nie jest to jednak instrument, który może zmusić mocno okopany reżim do ustępstw, rzucić władze kraju na kolana czy wywołać powszechną rewoltę przeciwko rządzącym. Islamska Republika nauczyła się żyć z bagażem sankcji ekonomicznych, a co sprytniejsi gracze (także państwowi) nauczyli się dobrze zarabiać na pomocy Teheranowi w omijaniu sankcji oraz handlu z Iranem. Podobnie jak sankcje, presja międzynarodowa zdaje się nie mieć większego wpływu na elitę władzy. Obecnie wydaje się nawet, że rządzący konserwatyści celową podkręcają temperaturę sporu, aby wykorzystać zagraniczne naciski i retorykę na własną korzyść. U władzy znajdują się ludzie, dla których antyamerykanizm i - szerzej - przeciwstawianie się Zachodowi to podstawa legitymacji, ich własnej oraz Islamskiej Republiki. Dlatego właśnie Stany Zjednoczone stoją przed bardzo trudnym i mało atrakcyjnym wyborem: odrzuceniu pogróżek o opcji militarnej i trwaniu przy otwartości na negocjacje albo przygotowaniu się nawet na użycie siły, czyli zbombardowanie irańskich instalacji nuklearnych. Można się obawiać, że reformatorzy (dzisiejsza opozycja, choć nadal część elity władzy) znajdą się pod silną presją w razie wprowadzenia w życie opcji militarnej. Może dojść do represji na wielką skalę. Chamenei i konserwatyści prowokują atak, moim zdaniem, głównie w celu rozprawy z opozycją. Nie na darmo od czerwca przedstawia się Zielony Ruch jako agentów Wielkiego Szatana (Ameryki) i zgniłego, dekadenckiego Zachodu. Chomeini przeprowadził podobny manewr, gdy wybuchała wojna iracko-irańska. Przyjął on wieść o agresji Saddama Husajna z radością. Mógł skonsolidować władzę, wyeliminować coraz bardziej wrogie elementy koalicji, która obaliła szacha oraz liczył na eksport rewolucji poza granice Iranu. Teraz celem konserwatystów jest tylko utrzymanie się przy władzy, a nic bardziej im nie pomoże niż skupianie uwagi społeczeństwa oraz świata na programie atomowym. Odwraca to uwagę publiki wewnątrz kraju od problemów gospodarczych (choć jest co coraz mniej skuteczne) i daje nadzieję na przedłużenie okresu rządów w wypadku amerykańskiego lub izraelskiego ataku. Zachęcający do wojskowego rozwiązania wieloletnich dyskusji nad irańskim programem nuklearnym powinni mieć przedstawiony powyżej obraz sytuacji na uwadze. Piotr Wołejko
grafika: 3.bp.blogspot.com
Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:
|
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||