Wpisy z tagiem: sprawy globalne
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Dziś publikuję przedruk mojego artykułu opublikowanego w tygodniku "Polska Zbrojna" (48/2011) z myślą o tych, którzy nie mogli przeczytać tekstu w wersji drukowanej. Jednocześnie zachęcam do zakupu najnowszego numeru "Polski Zbrojnej" (50/2011), w którym znajdziecie mój artykuł zatytułowany "Wojna na pustyni", poświęcony skomplikowanej sytuacji wewnętrznej w Algierii. Dwudzieste pierwsze stulecie ma być wiekiem Azji. Jednak nie tylko kraje Dalekiego Wschodu będą dynamicznie się rozwijać i rosnąć w polityczną siłę. Nie można pominąć takich państw jak Turcja, RPA czy Brazylia, które już dziś pretendują do miana regionalnych mocarstw. Najsilniejsze z tego grona jest najludniejsze i największe państwo Ameryki Południowej. I będzie o nim najgłośniej, ponieważ w najbliższych latach będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej (2014 r.) oraz letnich Igrzysk Olimpijskich (2016 r.). Te dwa wydarzenia sprzyjają modernizacji kraju rządzonego przez pierwszą w historii kobietę-prezydent - Dilmę Rouseff, wybraną w 2010 roku następczynię popularnego Luli da Silvy. Siódma gospodarka świata
Z boomu gospodarczego korzysta też największa na kontynencie latynoamerykańskim, licząca ponad 300 tys. żołnierzy armia. W roku 2010 budżet wojskowy wyniósł 2,6% PKB. Brazylia podpisała umowy o strategicznym partnerstwie z Francją i Rosją, zbliżyła się także do Stanów Zjednoczonych (kolejna umowa, tym razem dotycząca współpracy wojskowej), otwierając sobie tym samym drzwi do zakupów u tych czołowych producentów uzbrojenia. Francja sprzedaje Brazylii sześć okrętów podwodnych o napędzie nuklearnym, Rosjanie liczą na sprzedaż takich okrętów o napędzie konwencjonalnym. Amerykanie i Francuzi ostrzą sobie zęby na duży kontrakt na zakup kilkudziesięciu samolotów bojowych, jednak jego rozstrzygnięcie przełożono najwcześniej na 2012 rok. Swoją armię Brazylia wykorzystuje w licznych misjach zagranicznych pod banderą ONZ (Haiti, DRK) oraz zabezpieczając własne interesy w Amazonii, chroniąc liczącą ponad 16 tys. km. granicę lądową. Brazylia jest też czynnikiem stabilizującym w regionie, paraliżując swoją potęgą wszelkie posunięcia prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza. Przechył na Południe Brazylijczycy są zainteresowani kooperacją w dziedzinie technologii kosmicznych oraz nuklearnych, zamierzają w tym celu współpracować m.in. z Rosją. Zainteresowanie akurat tymi dziedzinami pokazuje skalę ambicji oraz rosnące możliwości Brasilii. A te są coraz większe również na arenie międzynarodowej. Zdaniem badaczki Kellie Meiman z think-tanku Center for American Progress: "Brazylia uczy się w bezprecedensowy sposób balansować sensowną dyplomację handlową z dyplomacją polityczną". Głównym partnerem handlowym kraju jest Unia Europejska, a spośród państw – Chiny. Brazylijska polityka handlowa służy, jak twierdzi Matias Spektor, ekspert z brazylijskiego centrum badawczego CPDOC, "nie tylko bogaceniu się państwa, ale także uczynieniu go silniejszym”. Brazylia jest nastawiona na rozwijanie współpracy z krajami tzw. Południa: azjatyckimi i afrykańskimi. Uczestniczy w prestiżowym klubie BRIC(S), wraz z Rosją, Indiami i Rosją (ostatnio dokooptowano do grupy Republikę Południowej Afryki). Należy też podkreślić ostrożność prezentowaną przez Brazylię w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Pozwala to Brazylii odgrywać rolę pośrednika pomiędzy krajami Ameryki Południowej a USA, a także utrzymywać poprawne lub dobre relacje z antyamerykańsko nastawionymi rządami, chociażby takimi jak Wenezuela. Brazylijczycy są bardzo wyczuleni na wszelkie oznaki służalczości wobec Ameryki. Prawdziwie globalne mocarstwo Rosnąca gospodarka zwiększa apetyt do odgrywania istotniejszej roli w świecie. Zdaniem Davida Rothkopfa, specjalisty ds. międzynarodowych: "Brazylia nie chce być dłużej postrzegana wyłącznie jako największe państwo Ameryki Łacińskiej". Podobnie uważa Paulo Sotero z think-tanku Wilson Center: "Brazylia chce, aby jej głos był słyszalny na arenie międzynarodowej". Dlatego też Brazylia domaga się uznania zwiększenia swej roli w międzynarodowych instytucjach, takich jak Rada Bezpieczeństwa ONZ (uzyskanie statusu stałego członka tego gremium) czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Zeszłoroczna próba, podjęta wraz z innym wschodzącym mocarstwem – Turcją, rozwiązania problemu irańskiego programu nuklearnego pokazuje, że Brazylia zaczyna zachowywać się jak świadomy swej siły podmiot na arenie międzynarodowej. Dziś Brazylijczycy krytykują politykę monetarną Stanów Zjednoczonych i rozważają udział w ratowaniu strefy euro, stojąc w jednym szeregu z takimi państwami jak Chiny czy Japonia. A to dopiero początek. Piotr Wołejko
grafika: paraibaparadise.com
czwartek, 03 listopada 2011
Dziś mija 54. rocznica umieszczenia na orbicie okołoziemskiej pierwszego żywego stworzenia, jakim była suczka Łajka. Na orbitę wyniósł ją rosyjski satelita Sputnik 2. Wkrótce Amerykanie zrozumieli, że niedoceniany Związek Radziecki czyni istotne postępy w wyścigu zbrojeń i podjęli stosowne środki zaradcze, z powołaniem do istnienia NASA w 1958 roku na czele. Efektem wysiłków i nakładów był ogromny program kosmiczny, którego kulminacyjnym punktem było postawienie przez człowieka stopy na powierzchni Księżyca w 1969 roku. Smok w przestworzach
W ciągu kilku dni ze stacją połączy się bezzałogowy statek Shenzhou-8. Przeprowadzona zostanie seria połączeń i odłączeń, a po kilku tygodniach przewidziano powrót na Ziemię. W przyszłym roku Pekin zaplanował kolejne wyprawy statków Shenzhou, w tym załogowy lot i pobyt załogi w "Niebiańskim Pałacu". Dalsze plany to umieszczenie kolejnych stacji załogowych do roku 2016, a ok. 2020 na orbicie ma znaleźć się nowa, dwuipółkrotnie większa od "Niebiańskiego Pałacu" stacja załogowa. Chiny wkraczają do kosmosu spokojnie, bez większego rozmachu. Działają jednak metodycznie i z wielką determinacją. Nie może to zresztą dziwić, gdyż władcy Chin doskonale zdają sobie sprawę z tego, iż przyszłość ludzkości w dużej mierze zależeć będzie od wykorzystania kosmosu. Już dziś zależymy od kosmosu w sferze komunikacji, nawigacji czy meteorologii. Powiększa się także grono satelitów o charakterze szpiegowskim, których zadaniem jest robienie bardzo dokładnych zdjęć i przesyłanie ich do siedzib wywiadów. Powszechnie uważa się, iż bez systemu satelitów amerykańskie wojsko miałoby ogromne problemy z normalnym funkcjonowaniem, gdyż sparaliżowana zostałaby łączność i wymiana informacji pomiędzy oddziałami i sztabami. Bezpieczeństwo kosmiczne I tu dochodzimy do sedna sprawy. Militarne wykorzystanie przestrzeni kosmicznej to raczej nieuchronna przyszłość, i właściwe pytanie brzmi nie czy, a kiedy rozpocznie się kosmiczny wyścig zbrojeń. Za pomocą systemu satelitów i innych obiektów umieszczonych na orbicie okołoziemskiej, chociażby rakiet balistycznych bądź dział laserowych o wielkiej mocy, możliwe byłoby kontrolowanie sytuacji na powierzchni Ziemi. Broń jądrowa nie straciłaby swojego znaczenia, jednak broń kosmiczna byłaby szczebel nad nią, a ten, kto kontrolowałby kosmos, mógłby dyktować warunki na Ziemi. Zbyt pociągająca to perspektywa, by nikt nie próbował z niej skorzystać. Na tym przekonaniu opiera swoją analizę George Friedman, szef prywatnego ośrodka analitycznego Stratfor, w swojej książce "Następne 100 lat". Jego zdaniem już w latach 30. i 40. obecnego stulecia Stany Zjednoczone rozpoczną gigantyczną operację militaryzacji kosmosu, której celem będzie zyskanie strategicznej przewagi nad wszystkimi państwami świata. Zdaniem Amerykanów będzie to działanie czysto defensywne, gdyż zechcą oni bronić stanu posiadania i sytuacji, w której wiodą prym na globalnej szachownicy. Jak zwykle jednak, co dla jednych stanowi działanie defensywne, przez innych zostanie odebrane jako działanie agresywne, do tego prowadzone z wrogim zamiarem. Wyścig zbrojeń stanie się faktem. W książce Friedmana rękawicę podejmie Japonia, natomiast na dziś wydaje się, że kosmiczną potęgą planują zostać Chiny. Realizują, opisany wyżej, program cywilny, nie zapominając przy tym o militariach. Szerokim echem w świecie odbiła się bowiem udana próba zestrzelenia starego satelity meteorologicznego przy wykorzystaniu rakiety balistycznej wystrzelonej z kosmodromu Xichang w prowincji Syczuan w dniu 11 stycznia 2007 roku. - "Była to pierwsza eskalacja militaryzacji kosmosu jaką widziałem w ostatnich dwudziestu latach", powiedział nowojorskiemu Timesowi Jonathan McDowell, astronom z Uniwersytetu Harvarda. W sytuacji, w której prawo kosmiczne jest tak słabe i niedookreślone jak dziś, w kosmosie można de facto robić wszystko. Zresztą, czy ktoś dostatecznie potężny, by samodzielnie militaryzować kosmos, przejmowałby się nawet dobrym traktatem czy ustaleniami dyplomatycznymi? Amerykanie, całkiem rozsądnie, przyjęli chińskie prężenie muskułów z odpowiednią powagą. Ówczesny prezydent George W. Bush zapewnił, iż "Stany Zjednoczone zrobią wszystko, aby zabezpieczyć swoje prawa, możliwości i wolności w kosmosie". Po przeprowadzeniu próby Pekin nie krył dumy, tonując przy tym nastroje. Chińskie MSZ wysłało w świat komunikat, iż Chiny są przywiązane do "pokojowego wykorzystania kosmosu". Zyski nie tylko dla wojska Aktualna sytuacja przedstawia się następująco: Amerykanie mają dużą przewagę nad resztą świata w wykorzystaniu kosmosu i posiadanych technologiach. W związku z problemami budżetowymi obcinają jednak wydatki na eksplorację przestrzeni kosmicznej. Rosjanie nie posiadają odpowiednich zasobów, by rzucić Amerykanom wyzwanie, starają się utrzymać to, co mają. Na ich korzyść działa fakt, że tylko ich Sojuzy mogą obecnie wynieść na Międzynarodową Stację Kosmiczną jej załogę, a także sprowadzić ją na Ziemię. Chińczycy dopiero zaczynają i są daleko za dotychczasowymi liderami. Nie brakuje im jednak ambicji, determinacji ani pieniędzy, by nadrabiać zaległości. Wydatki wojskowe związane z kosmosem i środki przeznaczone na NASA zaowocowały wieloma przydatnymi technologiami, które z sukcesem zagospodarował sektor prywatny. Jeśli Chiny będą inwestować duże fundusze w badania i rozwój (R&D), mogą na tym tylko zyskać. Zaangażowanie w kosmosie nie jest tanie, nie przynosi też natychmiastowych rezultatów. Jest jednak niezbędnym atrybutem państwa, które aspiruje do roli mocarstwa w XXI wieku. Piotr Wołejko
grafika: defensetech.org
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Tom Friedman, komentator New York Times'a, powiedział prawie dekady temu, iż istnieją dwa supermocarstwa - Stany Zjednoczone i agencja ratingowa Moody's. Ameryka może zniszczyć cię bombami, Moody's obniżając rating twojego długu. Uwierzcie mi, iż czasem nie jest jasne, które z nich [mocarstw - przyp. P.W.] jest silniejsze. Dziś oprócz Moody's liczą się jeszcze dwie agencje, Fitch i S&P. Ta ostatnia obniżyła rating USA, zadając pierwszy cios supermocarstwu. Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni?
Przecież to agencje ratingowe do samego końca podtrzymywały najwyższe oceny instrumentów finansowych, które później zyskały miano toksycznych, tj. przynoszących gigantyczne straty. To agencje ratingowe długo nie dostrzegały problemów banku Lehman Brothers, którego upadek w 2008 roku stał się rozsadnikiem kryzysu na cały świat. To również agencje ratingowe wzięły się za obniżanie ratingów państw w chwili, gdy próbowały one uniknąć zalania kryzysową falą. To agencje zdają się decydować dziś o być albo nie być kilku państw Unii Europejskiej, a teraz wzięły się za Stany Zjednoczone. Zabawne, ile trzeba mieć w sobie pychy i arogancji, żeby zachowywać się tak, jak czynią to dzisiaj agencje ratingowe. Umyły ręce od kryzysu i stoją dziś na straży moralności i dyscypliny fiskalnej, rozliczając zadłużone państwa z każdego euro bądź dolara oszczędności. Owszem, państwa nie są bez winy i wiele razy o tym pisałem na łamach Dyplomacji, jednak nie sposób nie ocenić krytycznie zachowania agencji ratingowych. One także są współwinne kryzysu, a ich wiarygodność nie tyle nie odbiega od portugalskiej, irlandzkiej czy greckiej, lecz jest nawet niższa. Agencje nie wypełniły bowiem swojego obowiązku rzetelnej oceny sytuacji, nie ostrzegły inwestorów na czas, a po wystąpieniu problemów broniły się twierdzeniami, iż ich stanowiska są niemal bezwartościowymi opiniami, które każdy może z łatwością puszczać mimo uszu. Supermocarstwa na ścieżce wojennej Teraz jedna z agencji, S&P, wzięła się za rating USA. Amerykańska agencja atakuje więc amerykański rząd. Czy ujdzie jej to płazem? O ile Europa niewiele mogła w kwestii agencji uregulować, o tyle Waszyngton ma tutaj duże pole do popisu. Nie mam na myśli odwetu. Takie działania wywołałyby ogromną panikę w świecie gospodarki. Można jednak troszkę ustawić do pionu firmy, które mają tak wielki wpływ na bieg wydarzeń na całym globie, a nie poczuwają się przy tym do żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Czekający na wielkie starcie korporacji ze strukturami państwa raczej obejdą się smakiem. Agencje ratingowe, choć dziś wydają się wszechpotężne, nie mają wystarczających pieniędzy ani siły, aby mierzyć się z państwami. Obecna sytuacja pokazuje jednak, że państwa coraz bardziej muszą liczyć się z prywatnymi firmami. Dotyczy to nawet takiej superpotęgi jak Stany Zjednoczone. Ważne pytania Prezydent Obama przed chwilą uspokajał podczas konferencji prasowej w Białym Domu, iż Ameryka zawsze była i zawsze będzie krajem z ratingiem potrójnego A. Wskazywał też na konieczność zawarcia kompromisu przez polityczne frakcje w Waszyngtonie. Tymczasem Chiny, największy wierzyciel Ameryki (ponad bilion dolarów), wzywają Stany Zjednoczone do poważnego podejścia do problemu zadłużenia. Czy to znak nowych czasów, w których to USA są coraz częściej pouczane, co i jak mają robić? Nim opadnie bitewny kurz należałoby się zastanowić, czy rynki finansowe nie są zbyt uzależnione od niewiążących (o czym przekonywali. jak jeden mąż, przedstawiciele ratingowych gigantów podczas pokryzysowych przesłuchań w Kongresie) opinii mało wiarygodnych i bardzo omylnych podmiotów? Piotr Wołejko
grafika: forsal.pl/ShutterStock
niedziela, 03 kwietnia 2011
Dwa lata kadencji za pasem, a przygotowania do walki o reelekcję już w drodze. Barack Obama znajduje się w takim momencie prezydentury, w której kluczowe zasady działania administracji powinny być już klarowne. Patrząc na podejście prezydenta do libijskiej operacji "Świt Odysei" można odnieść wrażenie, że powstały zręby polityki zagranicznej. Warto przy tym pamiętać o nadrzędnym imperatywie - poważnym problemie deficytu budżetowego i długu publicznego. Irak, Afganistan i Libia
W przypadku Iraku i Afganistanu nacisk należy położyć na wycofanie amerykańskich żołnierzy z tych państw i przekazanie odpowiedzialności za kraj miejscowym władzom. W Iraku to już się w zasadzie udało, natomiast w Afganistanie najpierw zwiększono ilość żołnierzy, by w określonym czasie móc dokonać istotnych redukcji kontyngentu. Przekazywanie odpowiedzialności Afgańczykom zostało już zapowiedziane, a perspektywa wycofywania sił z Afganistanu jest w miarę jasno zarysowana. Mniej baz, mniej paternalizmu Jednocześnie Ameryka dokonuje przeglądu i reorganizacji potężnego systemu rozsianych po całym świecie baz wojskowych. O ile zmniejszenie ilości żołnierzy stacjonujących na Półwyspie Koreańskim wydaje się dzisiaj wątpliwe, o tyle w Europie należy spodziewać się dalszych redukcji. Amerykanie zostawią sobie bazy przerzutowe, które pozwolą im dotrzeć do miejsc konfliktu w krótkim tempie, natomiast w samych bazach pozostanie tylko niezbędny personel. Większe zgrupowania wojsk pozostaną tylko w absolutnie kluczowych lokalizacjach. Przed konkluzją należy przypomnieć o jeszcze jednym istotnym fakcie. Obama od początku kadencji naciska na rządy państw europejskich, aby te w większym stopniu wzięły na siebie ciężar zapewnienia sobie bezpieczeństwa, by nie dokonywały radykalnych oszczędności na siłach zbrojnych i dbały o zachowanie potencjału obronnego. Było to aktualne w chwili, gdy Obama zabiegał w Europie o dodatkowe oddziały na misję afgańską, jest aktualne teraz, gdy przygniecione zadłużeniem kraje Starego Kontynentu dramatycznie poszukują oszczędności. Nowa polityka zagraniczna Obserwując posunięcia prezydenta USA odnoszę wrażenie, iż w polityce zagranicznej zamierza realizować założenia koncepcji offshore balancing. Oznacza to, że Obama będzie unikał znaczącego zaangażowania, a już w szczególności długoterminowego zaangażowania, sił zbrojnych w operacje zamorskie. Zamiast wysyłania żołnierzy, Obama skorzysta z potęgi floty i lotnictwa, które są rozlokowane (lub mogą być szybko rozlokowane) na miejscu zdarzeń (np. wojna domowa w Libii). Okręty, samoloty i rakiety pokażą przeciwnikom Ameryki, że konkretne działania się jej nie podobają. W tym samym czasie główny ciężar polityczny, a także wojskowy, spoczywa na lokalnych bądź regionalnych sojusznikach (partnerach). Libią mają zająć się Europejczycy, w szczególności Francja Sarkozy'ego, która aż wyrywała się, aby przejąć od Amerykanów gorącego kartofla, jakim jest operacja "Świt Odysei". Interwencja USA będzie następować tylko wówczas, gdy miejscowi partnerzy nie będą w stanie poradzić sobie sami. I raczej będzie to krótkotrwałe zaangażowanie. Od przedstawionych wyżej założeń mogą oczywiście występować wyjątki. Zresztą jak od każdej reguły. Różne mogą być uzasadnienia tych odstępstw - od zasad moralnych do ważnych interesów narodowych. Możliwy jest także bardziej banalny powód, jakim jest bieżąca sytuacja polityczna (wewnątrz USA). Zdaje się, że nie będzie to też tylko polityka Obamy, ale również następnego lokatora Białego Domu. Na rzeczywistość zewnętrzną silnie oddziałuje bowiem rzeczywistość wewnętrzna, konkretnie finansowa. Zagraniczne ekspedycje są kosztowne i nie Waszyngtonu nie stać już na pełnienie roli globalnego żandarma. Duma nie pozwoli Amerykanom całkowicie zrezygnować z tej roli, jednak odwrót za Ocean jest nieunikniony. Stany Zjednoczone jeszcze nie oddają pola, ale - choć nie przyznają tego wprost - sygnalizują taką możliwość. Piotr Wołejko
grafika: prisonplanet.com
poniedziałek, 24 stycznia 2011
"Dla Europy i innych globalnych graczy rozpoczyna się nowa gra. Uprzemysłowione demokracje nie mają już monopolu na decydowanie o losach świata. Kraje "rozwijające się" teraz chcą zaistnieć na światowej scenie. Moim zdaniem tej zmianie sił musi towarzyszyć zmiana globalnej odpowiedzialności. Będzie to kluczowa kwestia w roku 2011 (...)" - napisał w The World In 2011 przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. Warto pochylić się nie tylko nad powyższym fragmentem, ale nad całym artykułem Belga, ponieważ porusza on wiele istotnych dla przyszłości Europy i świata tematów. Europa nie do końca zjednoczona Nowa gra to sprawa oczywista. Niewielu dostrzegało to jeszcze w roku 2000, choć już wówczas Chiny miały za sobą dwie dekady dynamicznego rozwoju gospodarczego, a Indie zacierały wizerunek skostniałego kolosa. Dziś nie ma wątpliwości, że anomalia w postaci dominacji gospodarczej Zachodu (Europy i Stanów Zjednoczonych) dobiega końca. Azja powraca na naturalne dla niej miejsce. Wraz z wzrostem potęgi gospodarczej rośnie jej znaczenie polityczne, a także chęć kształtowania otaczającej ją rzeczywistości międzynarodowej. W tym nowym świecie pozycja Europy, zjednoczonej Europy, jest dobra. Von Rompuy określa pozycję startową jako korzystną. I podaje dane potwierdzające taką tezę - "Choć stanowimy zaledwie 7 proc. populacji świata, wytwarzamy niemal 22 proc. światowego PKB. Razem jesteśmy pierwszą komercyjną potęgą świata, większą niż USA, Chiny czy Japonia". Proste równanie, w którym siła gospodarki równa się sile politycznej - stanowiące fundament realistycznej teorii stosunków międzynarodowych - nie znajduje jednak przełożenia w sytuacji, gdy mowa o organizacji międzynarodowej. Unii brak woli politycznej, aby wykorzystać we właściwy sposób połączoną siłę gospodarczą. Nadal najwięksi, głównie Paryż, Berlin i Londyn, preferują grę pod siebie, za nic mając interesy bloku jako całości. Trudno w ogóle zdefiniować wspólny interes polityczny całej unii, ponieważ państwa członkowskie mają zbyt dużo zbyt odległych od siebie priorytetów. Gdyby spisać na kartce interesy 27 członków UE wyszedłby z tego misz-masz, z którego trudno byłoby wyłowić wspólne stanowisko. Zastrzegam przy tym, że trudności te nie dotyczą absolutnie wszystkich kwestii. Jakie jednak ma być wspólne stanowisko Unii Europejskiej wobec Rosji czy Chin? Często słychać narzekania, że Rosja rozgrywa unię rozmawiając z niektórymi ponad głowami pozostałych. Jednak to przecież unia daje się rozgrywać - trudno czynić zarzut Rosji (czy komukolwiek innemu), że wykorzystuje okazję. Przewodniczący Rady Europejskiej zwraca uwagę, że Europa coraz bardziej się integruje, a nowe ramy Traktatu Lizbońskiego sprzyjają ucieraniu wspólnego stanowiska. Brak jednak zgody na wspólne stanowisko w relacjach z partnerami strategicznymi (USA, Kanada, Rosja, Chiny, Japonia, Indie, Brazylia), które to relacje Van Rompuy chciałby wzmocnić, wypełnić je konkretniejszą treścią. Obawiam się, że będą to nadal treści narodowe, a więc francuskie, niemieckie czy polskie, a nie europejskie (unijne). W efekcie UE nadal będzie wypowiadać się z pełną mocą o szlachetnych zasadach i abstrakcyjnych wartościach. Problemem dla UE może być także dynamiczny wzrost znaczenia G20, organizacji skupiającej największe gospodarki świata. Daleko jeszcze do nazwania G20 rządem światowym, czy nawet globalnym dyrektoriatem, jednak to właśnie na forum tej organizacji przywódcy najważniejszych państw prowadzą dialog i próbują podejmować wspólne działania - na razie dotyczące gospodarki. Kto wie, czy G20 to nie odpowiedź na malejące znaczenie skostniałej Rady Bezpieczeństwa ONZ, która z woli swych stałych członków (głównie Rosji i Chin) twardo broni się przed reformami, w tym bardzo istotną - bo dotykającą reprezentatywności tego gremium - kwestią poszerzenia rady o nowych członków. W ramach G20 spotykają się z grubsza przywódcy tych państw, które widziałyby dla siebie miejsce w RB ONZ. Twardy orzech do zgryzienia
Pytanie, jakie nieuchronnie pojawia się przy tego typu dywagacjach jest następujące: dlaczego Chiny czy Indie miałyby postąpić tak, jak spodziewa się Zachód? Dlaczego miałyby w pełni zaakceptować obecny ład międzynarodowy? Ład, którego zasady stworzyły kraje Zachodu. Aktualna pozycja rosnących potęg przynosi im ogromne korzyści. Nie podważają systemu i czerpią wszelkie profity z jego funkcjonowania, natomiast nie robią wiele, by partycypować w kosztach utrzymania tegoż systemu (powołując się sprytnie na to, że są krajami na dorobku). Chiny bardzo oburzają się na wszelkie sugestie, że zamierzają tworzyć własny, konkurencyjny do obecnie istniejącego, ład międzynarodowy. Gdyby powstał, Chiny i USA (jako główny gwarant teraźniejszego systemu) znalazłyby się na prostej drodze do konfrontacji. Dotychczasowe doświadczenia dotyczące globalnej, czy też regionalnej odpowiedzialności - a szerzej, ładu międzynarodowego - pokazują, że bardzo trudno doprowadzić do zmiany układu sił w drodze pokojowej. Wojna Trzydziestoletnia i pokój westfalski, wojny napoleońskie i kongres wiedeński, I wojna światowa i traktat wersalski, II wojna światowa i układy w Jałcie i Poczdamie - najistotniejsze zmiany następowały po tragicznych, często wieloletnich wojnach. Czy tym razem uda się przewartościować udziały poszczególnych potęg w inny sposób? Piotr Wołejko
grafika: sanderwesterduin.blogspot.com http://1.bp.blogspot.com/_Ew9_xL9xDDk/R-fLo_jwvrI/AAAAAAAAAGg/GloG85dqYy8/s200/dead%2Bglobe.jpghttp://1.bp.blogspot.com/_Ew9_xL9xDDk/R-fLo_jwvrI/AAAAAAAAAGg/GloG85dqYy8/s200/dead%2Bglobe.jpg
|
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||