Wpisy z tagiem: chiny
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Ma Ying-jeou został ponownie wybrany na prezydenta Tajwanu, wygrywając wybory, które odbyły się dn. 14 stycznia br. Reelekcja kandydata Kuomintangu (KMT) była oczekiwana zarówno w Pekinie, jak i Waszyngtonie. Prezydent Ma zapewnia bowiem stabilizację w Cieśninie Tajwańskiej, dążąc do powolnego zbliżenia, głównie gospodarczego z Chinami (na co czekają towarzysze z KPCh), nie podnosząc haseł niepodległościowych (co przysporzyłoby Amerykanom bólu głowy).
Cenna "mała stabilizacja" Tajwańska układanka ułożyła się po myśli głównych mocarstw, tj. Stanów Zjednoczonych i Chin. Zwycięstwo kandydatki DPP mogłoby wprowadzić niepotrzebne napięcie w trójkącie Pekin-Tajpei-Waszyngton. Amerykanie, chociaż sprzedają Tajwanowi broń (w ostatnich trzech latach uzgodniono sprzedaż sprzętu o wartości kilkunastu miliardów dolarów) i są ustawowo (Taiwan Relations Act z 1979 r.) zobowiązani do obrony wyspy (przed Chinami), nie potrzebują teraz nowych problemów z rosnącym gigantem z Pekinu. Wystarczą spory o wartość juana, dumping cenowy, rywalizacja o surowce energetyczne oraz spór o kontrolę nad Morzem Południowochińskim. Gdy dodać do tego konieczny udział Chin w powściąganiu Iranu czy Korei Północnej jasno widać, że nie ma już miejsca dla Tajwanu. Stąd reelekcja Ma jest idealnym rozwiązaniem. Dla Chin sukces Ma to oznaka, że spokojna polityka przyciągania Tajwanu działa i jest doceniana na wyspie. Gdyby sukces odniosła kandydata DPP, Pekin mógłby zmienić front, stawiając na twardszą retorykę i ograniczyć koncesje gospodarcze. Warto pamiętać, że 1500-2000 chińskich rakiet jest wycelowanych w Tajwan, a Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych uchwaliło prawo, które nakazuje zaatakować wyspę w razie ogłoszenia przez nią niepodległości. Utrzymać status quo Powstają pytania, jak sytuacja będzie wyglądać za 4 lata, gdy dobiegnie końca druga i ostatnia kadencja prezydenta Ma. Po pierwsze, jak bardzo Tajwan zbliży się gospodarczo do Chin w tym okresie? Po drugie, czy po 8 latach rządów KMT nie nastąpi znużenie wyborców tym ugrupowaniem i oddanie władzy niechętnej Chinom DPP? Po trzecie, czy Stany Zjednoczone będą stały za Tajwanem, broniąc jego niezależności, głównie poprzez sprzedawanie broni? Cztery lata w polityce międzynarodowej to wieczność w dzisiejszych czasach. Krajobraz geopolityczny może ulec istotnym przekształceniom. Może też utrzymać się status quo. Ten drugi scenariusz będzie chciał realizować prezydent Ma, ku uciesze zarówno Chin, jak i Stanów Zjednoczonych. Piotr Wołejko
grafika: risingpowers.wordpress.com
poniedziałek, 02 stycznia 2012
W ubiegły rok wchodziliśmy z nabierającymi rozmachu protestami w Tunezji. Zaczęło się od tragicznego samospalenia Mohameda Bouaziziego, dwudziestokilkuletniego bezrobotnego, zarabiającego na życie nielegalnym handlem owocami. Policja skonfiskowała jego stragan i wlepiła karę, a funkcjonariuszka policji uderzyła go w twarz. W komendzie miasta Sidi Bu Zajd odmówiono wysłuchania go. Zrozpaczony Bouazizi zdecydował się targnąć na swoje życie. Zmarł w szpitalu 4 stycznia 2011 roku. Trudno twierdzić, że śmierć młodego Tunezyjczyka wywołała rewoltę, która zmiotła skostniałe reżimy w, według kolejności, Tunisie, Kairze i Trypolisie, przyczyniła się do zamieszek w Jemenie, Bahrajnie i Syrii. Poruszyła ona jednak serca i umysły połowy świata, a w krajach arabskich zdopingowała ludzi do ulicznych demonstracji. Arabowie protestowali nie przeciwko skandalicznemu potraktowaniu Bouaziziego, a przeciwko skorumpowanym reżimom, prześladowaniom politycznym, biedzie i brakowi perspektyw na lepsze życie. Protestom sprzyjały rosnące wówczas ceny podstawowych produktów żywnościowych, a rozkręcali je głównie ludzie w wieku do lat 30, stanowiący największą, a jednocześnie najbardziej pozbawioną widoków na przyszłość część społeczeństw państw arabskich. Rok 2011: protesty zmieniają świadomość i rzeczywistość Fala niezadowolenia zmiotła część arabskich reżimów, a innymi mocno zachwiała. Gdyby nie interwencja saudyjskich żołnierzy (działających pod auspicjami Rady Współpracy Państw Zatoki – GCC), sunnicka monarchia w Bahrajnie zostałaby obalona. W Jemenie już przed arabską wiosną trwało coś na kształt wojny domowej, a w jej efekcie walki nabrały tylko rozmachu. W Syrii reżim Baszara al-Asada usiłuje zdławić demonstracje siłą, co kosztowało już życie 5-6 tysięcy osób, w zdecydowanej większości cywili. Protesty miały miejsce także w dotkniętych kryzysem Grecji czy Hiszpanii, przy czym te hiszpańskie odbyły się pod bannerem „ruchu oburzonych”. Jest to o tyle istotne, że w drugiej połowie roku w USA, a potem w kilkudziesięciu innych państwach, odbywały się demonstracje wymierzone w instytucje finansowe/rynki finansowe i uległych im polityków – pod hasłem Okupuj Wall Street. W międzyczasie masowe protesty wstrząsnęły też Izraelem, gdzie młodzi ludzie wystąpili przeciwko podwyżkom cen żywności oraz wysokim cenom mieszkań. Na koniec roku protesty ogarnęły Rosję, a ich przyczyną było sfałszowanie wyników wyborów parlamentarnych z 4 grudnia, w których putinowska Jedna Rosja „zdobyła” 50 proc. głosów. Dzień później na ulice Moskwy wyszło kilka tysięcy osób, a w kolejnych tygodniach frekwencja wzrosła do ponad 50 tysięcy. Nic dziwnego, że magazyn TIME uznał anonimowego demonstranta Człowiekiem Roku 2011. Zwykli ludzie, organizujący się przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii mobilnych i serwisów społecznościowych, rozpoczęli proces zmian w wielu krajach na różnych szerokościach geograficznych. Do spontanicznie organizowanych protestów dołączali inni, tworząc efekt kuli śniegowej. Co przyniesie Nowy Rok?
Tymczasem, ludzie na ulicach Moskwy, Petersburga, ale też Władywostoku i mniejszych miast nie tworzą siły politycznej, a są już zirytowani powszechnie panującą korupcją, przywilejami dla nielicznych, przejadaniem dochodów z bogactw naturalnych oraz brakiem modernizacji i perspektyw na poprawę własnego losu. Przedstawianie protestujących jako zblazowanej elity, która domaga się większego udziału w torcie narodowym nie znajduje podstawy w faktach. Protestuje nie tylko Moskwa czy Petersburg, czyli miasta zamieszkane przez zwesternizowaną i otwartą na świat elitę. Zmiana reżimu w Syrii kołem zamachowym zmian na Bliskim Wschodzie Pisząc o Nowym Roku tak wiele miejsca poświęciłem poprzednim dwunastu miesiącom, gdyż trudno przewidywać cokolwiek w oderwaniu od tak istotnych wydarzeń roku 2011. Nowy Rok powinien przynieść bowiem rozwiązanie polityczne w Syrii i skłaniałbym się tutaj ku zakończeniu rządów alawickiego reżimu Asadów. Jeśli tak się rzeczywiście stanie, istotnej zmianie ulegnie geopolityka regionu. Znacznie ograniczone zostaną wpływy Iranu (nowe władze Syrii niekoniecznie będą zainteresowane sojuszem z Teheranem, znacznie większe możliwości dają bliższe relacje z Turcją), Hezbollah straci oparcie w Syrii i może zacząć tracić grunt w Libanie. Osłabnie też siła Hamasu, wspieranego obecnie przez Iran, a zatem mogą powstać bardziej sprzyjające warunki do prowadzenia rozmów o pokoju z Izraelem po palestyńskiej stronie (niestety, po izraelskiej stronie nie widać na razie takiej gotowości). Kruszeje system Putina Protesty w Rosji nie sprawią, że Putin nie zasiądzie na Kremlu, jednak dobre czasy dla niego i jego reżimu dobiegają końca. Mała stabilizacja była dobra kilka lat temu, teraz jednak czas na modernizację. Nie dał jej Miedwiediew, który okazał się skrajnie niesamodzielny, nie da jej patron Miedwiediewa – Putin. Modernizacja systemu zagraża bowiem jego istnieniu, a przede wszystkim istocie reżimu, czyli korupcji i patronażowi, a także centralizacji władzy. Pan i władca Kremla może więc próbować trwać, negować rzeczywistość i lekceważyć protestujących bądź uciekać do przodu, proponując pewne ustępstwa. Pojawiła się już koncepcja powrotu do wyborów gubernatorów przez mieszkańców regionów. Ustępstwa oznaczają jednak demontaż systemu władzy, który będzie postępował metodą salami, plasterek po plasterku. Chyba, że Putin zaskoczy mnie, Rosjan i cały świat, zapowiadając i realizując (słowo-klucz) szeroko zakrojony program reform polityczno-gospodarczo-społecznych. Orzechy przeciwko dolarom, że Putin tak się nie zachowa. Obama pozostanie w Białym Domu W Stanach Zjednoczonych, gdzie ruch Okupuj Wall Street przykuł uwagę nie tylko mediów, ale także polityków i części społeczeństwa, na drugą kadencję wybrany zostanie Barack Obama. Nie będzie to tak wielki sukces jak cztery lata temu. Teraz Obama wjedzie do Białego Domu nie na fali entuzjazmu i nadziei na wielkie pozytywne zmiany, a w wyniku pragmatycznej kalkulacji. Wyborcy nie dadzą się nabrać na republikański radykalizm i polityczny populizm reprezentowany przez któregokolwiek ze słabych w tym cyklu wyborczym kandydatów. Najlepszy z nich, Mitt Romney, musi w prawyborach wykonać salto w tył o tyczce i wylądować telemarkiem, przez co rozumiem zaprzeczenie swoim poglądom i przekonaniom, by zyskać przychylność prawicowej bazy swojej partii, a następnie powrócić do centrowej, umiarkowanej retoryki, która mogłaby przynieść mu sukces w starciu z Obamą. W ten sposób sam dostarczy amunicji Obamie, co w połączeniu z przewagą finansową prezydenta pozwoli na dokonanie medialnej egzekucji Romneya. Inni kandydaci, a na czele stawki są skompromitowany wieloma skandalami były szef Izby Reprezentantów Newt Gingrich i libertarianin i izolacjonista Ron Paul, nie zasługują na poważne traktowanie. Najsłabszy Obama zmiażdży ich z rękami w kieszeniach, o ile nie nastąpi poważne tąpnięcie w gospodarce. W przypadku problemów gospodarczych wszelkie kalkulacje polityczne, w tym powyższe, biorą w łeb i los Obamy będzie bardzo niepewny. Atak na Iran mało prawdopodobny, ale niewykluczony Znowu dochodzą nas pogłoski o ataku na Iran, który podobno jest coraz bliżej skonstruowania bomby atomowej. Od kilkudziesięciu godzin trwają manewry militarno-polityczne wokół Cieśniny Ormuz, przez którą płynie 1/3 światowego zużycia ropy naftowej. Co rok, przynajmniej, słyszymy o ataku na Iran, a plotki nie materializują się. Tak będzie i tym razem, gdyż główny gracz – Obama, nie będzie ryzykował uderzenia, chociażby przez wzgląd na kampanię wyborczą. Jedyna szansa na wojnę to uderzenie Izraela, które – nawet jeśli Ameryka nie weźmie w nim udziału – wciągnie Waszyngton, a przez to i Unię Europejską w konflikt i zmusi do poniesienia konsekwencji. Swoją drogą śmieszny jest rzekomy strach przed niewielkim krajem z niedorozwiniętą gospodarką i nikłym potencjałem militarnym, położonym hen za górami i morzami, a w przypadku USA daleko za Oceanem. Niestety, w przypadku Iranu trudno przebić się z racjonalną oceną sytuacji. Dominuje propaganda i panikarstwo, w czym radośnie biorą udział media i dziennikarze, także w Polsce. Sukcesja władzy w Pekinie Na koniec, choć przewidywać można by dalece więcej, warto zwrócić uwagę na Chiny. Druga potęga gospodarcza świata przechodzić będzie w tym roku przez niezwykle delikatny, choć sprawdzony w praktyce, proces wymiany kierownictwa. Przetasowania na szczytach władzy mogą sprawić, że polityka Chin, w tym zagraniczna, będzie się w tym roku (a może i pierwszej połowie następnego) wydawała niespójna, pełna sprzeczności, a może nawet chaotyczna. Różne elementy systemu władzy mają bowiem różne poglądy na kluczowe sprawy i te różnice będą bardziej widoczne. Zmiana władzy utrudni Chinom zajęcie się wewnętrznymi problemami gospodarczymi, takimi jak bańka na rynku nieruchomości, presja na wzrost wynagrodzeń w przemyśle i zadłużenie regionów. Nie mówiąc już o znalezieniu właściwej, innej niż przemoc i prześladowania, odpowiedzi na protesty społeczne. To będzie ciekawy rok. Śledźmy go razem na Dyplomacji oraz Dyplomacji na Facebooku. Piotr Wołejko
grafika: http://bmwblog.com/
wtorek, 20 grudnia 2011
Od dawna już wszyscy wiedzą, że potworna wojna między Rosją a Japonią spowodowana została głównie koncesją drzewną. “The Causes of the Russo-Japanese War” w: The Advocate of Peace 70/9 (październik 1908), s. 212 Pod koniec wieku XIX, Wielki Książę Murawjow (1845-1900) stał się orędownikiem idei przeniesienia ciężaru polityki zagranicznej Rosji na tereny Azji Wschodniej. Ważnym elementem politycznej strategii było rozszerzenie wpływów rosyjskich w Chinach i Korei, oraz pozyskanie dla floty rosyjskiej niezamarzających portów na wschodnim wybrzeżu kontynentu. Jednym ze skutków działań rosyjskich był nieuchronnych konflikt z modernizującą się Japonią, która przystąpiła do budowy własnych wpływów na tym terenie.
„Usiądziemy nad brzegiem morza, poczekamy na pogodę”, karykatura z prasy rosyjskiej około 1900. Zainteresowanie Rosji Koreą zaczęło się w roku 1858, kiedy w efekcie Traktatu z Aihun, Car uzyskał tereny chińskie na lewym brzegu i otwarcie Amuru, Ussuru i Sungari. Cesarz Xianfeng odmówił podpisania traktatu, jednak większość jego ustaleń została potwierdzona podczas Konwencji Pekińskiej z 1860. Zdobycze terytorialne doprowadziły Rosjan w bezpośrednie sąsiedztwo Korei i pozwoliły na kontemplację korzyści z posiadania tam niezamarzającego portu dla carskiej floty. W 1866 roku wysłannicy Cara przybyli do portu Wonsan, żądając przywilejów handlowych i otwarcia portów Królestwa. Koreańczycy tradycyjnie powołali się na status trybutariuszy i odesłali Rosjan do pekińskich mandarynów. Kolejne próby napotkały sprzeciw Brytyjczyków, którzy zajęli Port Hamilton (Geomundo), blokując ruch statków rosyjskich w regionie. Niepowodzenie zabiegów militarnych zrekompensował Rosjanom król Gojong, który za radą swej małżonki, królowej Myeongseong, przyznał im koncesje handlowe. Wojna zakończyła się w kwietniu 1895 spektakularną porażką Chin, a 8 października agenci japońscy zamordowali królową Myeongseong. Król Gojong schronił się w Legacji Rosyjskiej. W roku 1896, gdy król Gojong wciąż przebywał na terenie Legacji, Jurii Iwanowicz Briner, kupiec rosyjski z Władywostoku uzyskał od korony Korei koncesję na eksploatację wyrobisk drewna w rejonie wyspy Ulleungdo na Morzu Wschodnim, rzeki Tumen (dzielącej Chiny, Koreę i Rosję), oraz wzdłuż Yalu, głównej rzeki Korei. Briner miał pod dostatkiem pomysłów, cierpiał jednak na chroniczny brak gotówki i rok później, w obawie przed zbliżającym się wygaśnięciem nieaktywnej koncesji postanowił sprzedać ją nabywcy związanemu z Domem Rothschildów. Transakcją zainteresował się rosyjski Charge d'Affaires Mikołaj Matiunin, ówczesny zwierzchnik Legacji. Widząc potencjalne zyski, zarówno finansowe i ekonomiczne, powołał kartel, w skład którego weszli między innymi Wielki Książę Aleksander Michaiłowicz, Generał Książę Hilarion Woroncow-Daszkow i Książe Feliks Jusupow. Rzecznikiem i dyrektorem wykonawczym grupy został Aleksander Michaiłowicz Biezobrazow, były oficer carskiej kawalerii, znakomicie ustosunkowany na dworze carskim i od jego nazwiska kartel tradycyjnie nazywa się „Spółką Biezobrazowa”. Wspólnicy postanowili przejąć koncesję Brinera i użyć jej dla wzmocnienia rosyjskiej obecności w Korei. Zadanie pozyskania funduszy inwestycyjnych wziął na siebie Bieobrazow. Nie było to łatwe, jako że minister finansów Siergiej Witte, wpływowy zastępca ministra spraw zagranicznych Władimir Lamsdorf i minister wojny Aleksiej Kurpatkin stanowczo sprzeciwiali się rozszerzaniu wpływów rosyjskich w Korei, obawiając się wojny na Dalekim Wschodzie, której Rosja, zdaniem Kuropatkina, nie mogła wygrać. Biezobrazow i Woroncow-Daszkow uzyskali jednak audiencję u Mikołaja II, któremu przedstawili projekt rosyjskiej Kompanii Rozwoju Azji Wschodniej, wzorowanej na brytyjskiej Kompanii Indii Wschodnich. Ich Kompania miała rozszerzyć znaczenie Rosji na Dalekim Wschodzie i wyprzeć wpływy japońskie. Był to w istocie plan „uratowania Korei” przed japońską ekspansją – dla ekspansji rosyjskiej. Car przedsięwzięcie pochwalił i sam zainwestował znaczną na ówczesne czasy sumę 200 tys. funtów. Wg planów Spółki Biezobrazowa, powołanie Kompanii i planowane zaproszenie inwestorów zagranicznych miało ukryć przed Japończykami rzeczywiste, polityczne cele operacji. Lekceważenie Japonii Twórcom koncepcji nie przyszło do głowy, iż Japończycy mogą przejrzeć tak subtelne posunięcie, nawet jeśli włączył się doń Wielki Książę Michał Murawjow, zwolennik przeniesienia ciężaru działań międzynarodowych Rosji z Europy na Daleki Wschód. Niezależnie od modnego w sztuce japonizmu, większość elit rosyjskich postrzegała wciąż Japonię jako peryferyjne, pogańskie państewko, które zdołało pokonać Chiny wyłącznie dzięki rzeszy zachodnich doradców. W ciągu najbliższych trzech lat zespoły Kompanii przygotowały geograficzne, gospodarcze i wojskowe analizy rejonu, opracowały mapy i określiły proponowane trasy linii kolejowych łączących Seul z Mandżurią i z Koleją Chińsko-Wschodnią, co, obok korzyści ekonomicznych, miało zapewnić możliwość szybkiego przerzucania do Korei rosyjskich sił wojskowych. Spółka Biezobrazowa rozwijała przyczółki i faktorie, pozyskiwała wpływy i zatrudniała coraz więcej ludzi. Kuropatkin gorzko pisał w swych dziennikach: „parweniusze, tacy jak Biezobrazow, wplątują Najjaśniejszego Pana w działania niegodne Rosji, oczywiście bez Jego zgody i zezwolenia”. Mikołaj II przyznał wprawdzie, że działalność Spółki absolutnie nie może powodować trudności politycznych, ale jednocześnie polecił otworzyć Biezobrazowowi kredyt w Banku Rosyjsko-Chińskim na sumę 2 milionów rubli. W tym samym czasie Witte, jak to było wówczas we zwyczaju, nakazał pracownikom ministerstwa szpiegować Biezobrazowa. Ten ostatni podkreślał przy każdej okazji słabość rosyjskich wpływów na Dalekim Wschodzie, niezrozumienie i animozje ministerstw, a także konieczność znalezienia szybkich rozwiązań. Jednym z nich było stworzenie ośrodka Kompanii w rejonie rzeki Yalu, z kwaterami, sklepami, wysuniętymi faktoriami i brygadą wojska, dla niepoznaki przebraną w ubrania cywilne. Na przełomie 1901 i 1902 Biezobrazow, dobrze już zakorzeniony w Korei, skoncentrował swe działania na ekspansji Spółki w Mandżurii. Poprzez listy i audiencje zaprzyjaźnionych osobistości zdołał ostatecznie przekonać Cara, iż problemy na Dalekim Wschodzie wynikają ze sporów jego rywali, Ministerstwa Wojny i Ministerstwa Finansów, nie mają natomiast nic wspólnego z Japończykami. Wielkie plany Cara W rzeczywistości Witte i Kuropatkin, choć skłóceni, byli całkowicie zgodni w kwestii Azji Wschodniej. 26 stycznia 1902 roku Witte spotkał się z Kuropatkinem i poinformował go, że Biezobrazow wysyła Carowi tajne, szyfrowane depesze. Mikołaj stanowczo zaprzeczył. Kuropatkin zapisał w swych dziennikach, że w tym momencie Car ufał już Biezobrazowowi bardziej niż swym ministrom, i że Najjaśniejszy Pan zaczął snuć ogromne plany. Rosja miała w nich zająć Mandżurię, zaanektować Koreę, przejąć Tybet, a następnie przejść do podobnych operacji w rejonie Persji i tureckich cieśnin. Rozwój obecności rosyjskiej w Korei i Mandżurii był przez cały czas monitorowany przez Japonię, której pozycja w polityce międzynarodowej uległa wzmocnieniu dzięki Sojuszowi Angielsko-Japońskiemu z 30 stycznia 1902. W efekcie politycznej ofensywy Japonii, wspartej przez część rządów europejskich, w Petersburgu przeważyło chwilowo zdanie Wittego i działalność Kompanii została zamknięta. Równocześnie, pod wpływem Lamsdorfa, rozpoczęto rozmowy z Japonią. Triumf pokojowego triumwiratu był pozorny. Car, urażony polityczną porażką, zaczął bardziej jeszcze polegać na zdaniu Biezobrazowa, który w 1903, z błogosławieństwem Najjaśniejszego Pana i funduszami w wysokości 2 mln rubli przyznanymi „na cele znane Jego Carskiemu Majestatowi”, odtworzył Spółkę jako „Kompanię Drzewną Rzeki Yalu”. Biezobrazow otrzymał tytuł Sekretarza Stanu i zadanie utrzymywania ścisłej łączności między Kompanią a Petersburgiem. W maju 1903, oddziały rosyjskie przebrane w ubrania cywilne i wsparte najemnikami chińskimi zajęły Yongampo u ujścia rzeki Yalu. Mała przystań w Yongampo leżała wprawdzie daleko od dotychczasowych terenów wycinki drzew, ale za to miała doskonałe położenie strategiczne, umożliwiając przyszłe połączenie Kolei Transsyberyjskiej i planowanej linii Seoul-Uiju. Yongampo, już jako Port Mikołaj, jeszcze w tym samym roku stało się silnym ośrodkiem wojskowo-ekonomicznym. Mimo sprzeciwów Japonii i Korei, Rosja podjęła decyzję o zamknięciu wszystkich portów na Yalu dla statków japońskich. Zarzewie przyszłego konfliktu płonęło już otwartym ogniem. Marlow Prowadzi bloga na portalu opinii Newsweeka - Redakcja, zajmuje się problematyką Azji Wschodniej
poniedziałek, 19 grudnia 2011
W dniu dzisiejszym media żyły jedną informacją ze świata - śmiercią północnokoreańskiego dyktatora Kim Dzong Ila, który zmarł w sobotę ok. trzydziestu minut po północy czasu polskiego. Od razu postawiono w gotowość armię w sąsiedniej Republice Korei, a Japonia i Seul są na gorącej linii z Waszyngtonem. Pyongyang tymczasem przeprowadził test rakiety krótkiego zasięgu, która spadła do morza. Podobno był on planowany wcześniej, jednak taka wymówka zazwyczaj towarzyszy wszelkiego rodzaju wydarzeniom o charakterze militarnym. Czego więc możemy się spodziewać w najbliższym czasie? Gułag z głowicami atomowymi Korea Północna słynie z tego, że jest nieprzewidywalna i zdolna praktycznie do wszystkiego. W ostatnim czasie Pyongyang m.in. zatopił południowokoreańską fregatę, a także ostrzelał wyspę należącą do swego sąsiada. Przeprowadzał także testy rakiet krótkiego i dalekiego zasięgu, a część z nich przelatywała bądź spadała w pobliżu Japonii. Wydarzenia te można zrzucić na karb przygotowywanej już wówczas sukcesji władzy, która zgodnie ze świecką tradycją komunistycznego reżimu spłynie z ojca na syna. Dla niezorientowanych ważna informacja - Koreą Północną będzie rządziło trzecie pokolenie dynastii Kimów. Mamy więc do czynienia z osobliwą formą ustrojową - monarchią totalitarną. Mało kto zwracałby uwagę na gułag zwany Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną, gdyby nie posiadał on kilku głowic jądrowych. Wokół nich od lat toczą się dyplomatyczne rozgrywki w ramach tzw. rokowań sześciostronnych (z udziałem obu Korei, Japonii, Rosji, Chin i USA), nie przynosząc żadnych rezultatów. Rodzina Kimów reprezentująca system władzy w Pyongyangu słusznie uważa, iż ostateczną gwarancją bezpieczeństwa jest posiadanie broni atomowej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaatakuje kraju, który posiada broń A oraz środki do jej przenoszenia. O ile Korei Północnej daleko do kraju mlekiem i miodem płynącego, to na rozwój technologii atomowych oraz rakietowych pieniądze zawsze się znajdowały. Gorzej z obywatelami KRLD, którzy żyją w permanentnym strachu (terrorze) i głodzie, utrzymywani przez zagranicznych donatorów i Chiny. Reżim musi trwać I to właśnie na Pekin należy patrzeć, jeśli myśli się o złagodzeniu kursu północnokoreańskiego reżimu. Tylko Chińczycy, a i to bez zbytniej przesady (relacja patron-klient, polecam szersze wyjaśnienia opublikowane na Dyplomacji w maju 2010 r.), mogą wpłynąć na poczynania władz w Pyongyangu. A władze te, których uosobieniem i reprezentantem (twarzą, mówiąc wprost) jest rodzina/klan Kimów, nie są chętne do przeprowadzania zmian. Obecny układ może nie jest idealny, lecz pozwala na przetrwanie, co pokazują kolejne dekady trwania Korei Północnej, bo o żadnym rozwoju (poza bronią A i rakietami) nie można w tym przypadku mówić.
System władzy to powiązania rodzinne klanu Kimów splecione z wierchuszką sił zbrojnych oraz siłami bezpieczeństwa. Jest to na pewno skomplikowana układanka, jednak stwierdzenie o rządach wojskowo-bezpieczniackiej junty można uznać za bezpieczne (dla jego autora). Ograniczone zasoby dzieli między siebie wąskie grono najwyższych dostojników wojskowych, bezpieczniackich i partyjnych. Im niżej, tym mniejszy strumień dóbr i pieniędzy. Najczęściej jednak ci, którzy są niżej, nie mają większego pojęcia o tym, że mogłoby im być lepiej. Cieszą się tym, co mają. A gdy awansują, stają się lojalnymi obrońcami skostniałego systemu. Czego można się spodziewać? Konkludując rozważania, nie spodziewałbym się zmian od wewnątrz, gdyż nikomu na nich nie zależy. Najważniejsi gracze w reżimowej układance mają się jak pączki w maśle. Społeczeństwo jest zindoktrynowane, sterroryzowane i zagłodzone. Nie w głowie mu bunty i rewolucje. Nadzieja na zmiany, jakkolwiek złudna, tkwi w fatalnym stanie gospodarki. Niestety twierdzenie, iż musi ona kiedyś upaść ciągle okazuje się fałszywe. Można tutaj patrzeć wymownie na Chiny, którym bardzo na rękę jest utrzymanie status quo na Półwyspie Koreańskim. Pekin nie chce, by na zmianach na Północy skorzystała Korea Południowa ani Stany Zjednoczone. Lepsze wydaje się utrzymywanie reżimu rodziny Kimów, który od teraz firmuje swoją twarzą najmłodszy syn Ukochanego Przywódcy, Kim Dzong Un, zwany już Wielkim Następcą. W sferze międzynarodowej utrzyma się podwyższone napięcie w regionie. Tym bardziej, że w najbliższych miesiącach dojdzie także do zmiany na szczytach władzy w Pekinie. Tandem Hu Jintao - Wen Jiabao ustąpi po dwóch kadencjach, a ich miejsce zajmie nowe pokolenie chińskich przywódców. Jakie będą ich poglądy na sprawę koreańską i stosunki z Koreą Północną, przydatnym narzędziem, a zarazem kłopotliwym sąsiadem? Nie wykluczałbym prowokacji militarnych o ograniczonym zasięgu autorstwa Korei Północnej. Wielki Następca może zechcieć pokazać swoją twardość i zagrać tym w rozgrywkach wewnętrznych. Powszechnie mówi się bowiem, iż z racji swego młodego wieku (mimo to jest już czterogwiazdkowym generałem) i braku doświadczenia będzie on pod swego rodzaju kuratelą najbliższej rodziny lub dowódców wojskowych. Jeśli zechce się usamodzielnić, najłatwiej będzie uczynić to poprzez pokaz siły wojskowej, najpewniej wymierzonej w południowego sąsiada. Piotr Wołejko
piątek, 18 listopada 2011
Dyskusji o rywalizacji na Pacyfiku ciąg dalszy. Dziś druga część artykułu specjalizującego się w polityce australijskiej Jarosława Błaszczaka, który na moją prośbę odniósł się do opublikowanego w dniu 16 listopada wpisu pt. Wielka Gra o Pacyfik. Pierwszą część artykułu przeczytacie tutaj. Cztery fazy stosunków Australia-Chiny
Po wydarzeniach z czerwca 1989 w Australii następuje okres gorzkiej refleksji nad własnym postrzeganiem Chin – wielu wpływowych komentatorów przyznaje się czy oskarża współobywateli o zbudowanie sobie wyidealizowanego, wręcz naiwnego obrazu Chin, który w jednej chwili rozsypał się jak domek z kart. Nie trwa to jednak długo. Już w 1991 były premier Australii Gough Whitlam, znany sinofil, jako pierwszy tej rangi zachodni polityk składa wizytę w Chinach i przełamuje ich izolację dyplomatyczną, w jakiej znalazły się po krwawym stłumieniu studenckich protestów. W tym samym roku na czele australijskiego rządu staje Paul Keating, dla którego stosunki z szeroko rozumianym basenem Pacyfiku są absolutnym priorytetem polityki zagranicznej – dość powiedzieć, że był on współtwórcą APEC. Te wydarzenia otwierają trwającą do dziś fazę czwartą stosunków z Chinami – fazę bardzo dynamicznie rozwijających się i coraz bliższych relacji. Być może zbyt bliskich. Relacje dzisiaj – dwa strategiczne partnerstwa I tak idąc przez historię doszliśmy do sytuacji współczesnej, a zarazem do sedna problemu, który analizował już w tekście Wielka Gra o Pacyfik Piotr Wołejko. Gdyby chcieć ująć ten problem maksymalnie lakonicznie i prosto, można powiedzieć tak: Australia ma obecnie dwóch absolutnie kluczowych partnerów, Stany Zjednoczone i Chińską Republikę Ludową. W obu przypadkach są to zupełnie inne relacje, co za chwilę rozwinę, ale każdy z tych partnerów ma dla Australii fundamentalne znaczenie. Z żadnego z nich Australia nie chciałaby rezygnować, z oboma chce pielęgnować jak najlepsze relacje. Ale co się stanie, jeśli wydarzenia na regionalnej i globalnej arenie politycznej sprawią, że te dwie lojalności będą nie do pogodzenia? W moim odczuciu jest to najważniejsze pytanie w analizie współczesnej polityki zagranicznej Australii. Podczas wizyty prezydenta Obamy w Australii ogłoszono, iż w Darwin powstanie baza amerykańskiej piechoty morskiej. Darwin jest stolicą i największym miastem najbardziej zapadłego i słabo rozwiniętego spośród stanów i terytoriów Australii, Terytorium Północnego. Wybór tego miejsca ma znaczenie zarówno praktyczne, jak i symboliczne. Co do względów praktycznych, Darwin jest także największym miastem i portem północnego wybrzeża Australii, co w oczywisty sposób ułatwia szybkie przerzucenie niezbędnych sił w zasadzie w całej Azji Południowo-Wschodniej czy na zachodnim Pacyfiku. Jeśli chodzi o symbolikę, Darwin było w czasie II wojny światowej jedynym spośród większych miast Australii, które mocno ucierpiało w wyniku japońskich nalotów, przeprowadzonych w lutym 1942 roku, a przypomnianych niedawno w filmowej superprodukcji „Australia”. Rozmieszczając swoich żołnierzy właśnie tam, Ameryka symbolicznie wysyłka sygnał, że z jej pomocą tak dramatyczne wydarzenia już się w historii Australii nie powtórzą. Warto jednak pamiętać, iż nawet bez nowej bazy w Darwin, na terenie Australii istnieją trzy ważne, choć ze swej natury mało eksponowane instalacje. Najsłynniejszą z nich jest wspólna baza wojskowa w Pine Gap, na pustyni na pograniczu Terytorium Północnego i stanu Australia Południowa, niemalże na geograficznym środku kontynentu. Oficjalnie charakter tego miejsca jest objęty ścisłą tajemnicą. Jest to jedyne miejsce w Australii, gdzie żadnemu samolotowi nie wolno przelatywać poniżej wysokości 5500 metrów. Jakiekolwiek próby nawet podejścia pod bramę przez osoby nieuprawnione kończą się, w najlepszym razie, odwiezieniem do najbliższego miasteczka przez policję lub żandarmerię. Nieoficjalnie, jest to jeden z największych na świecie ośrodków wywiadu elektronicznego, gdzie znajduje się osiem ogromnych anten działających w ramach programu ECHELON, prowadzonego przez wojskowe służby specjalne USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Jeśli wierzyć doniesieniom medialnym i spekulacjom ekspertów, dzięki sieci co najmniej kilku takich ośrodków na świecie, ECHELON potrafi przechwycić każdą formę komunikacji elektronicznej na Ziemi – telefony, faksy czy wszystko, co przechodzi przez Internet. Podobny charakter, choć na mniejszą skalę, mają także dwie wspólne bazy w stanie Australia Zachodnia. Dodatkowo bazy w Australii są jednym z miejsc, gdzie Amerykanie odbierają dane ze swoich satelitów szpiegowskich. Gdyby chcieć jakoś zaszufladkować charakter więzów łączących obecnie USA i Australię, jest to przede wszystkim bardzo bliski sojusz wojskowy, będący wciąż fundamentem bezpieczeństwa Australii, zwłaszcza bezpieczeństwa rozumianego bardzo tradycyjnie – jako wolność od fizycznych zagrożeń dla terytorium Australii i jej ludności. Naturalnie nie można też zapominać o więzach kulturowych. Co prawda specyficzna australijska odmiana języka angielskiego jest zdecydowanie bliższa oryginałowi brytyjskiemu niż mutacji amerykańskiej, tym niemniej oddziaływanie amerykańskiej kultury na Australię jest ogromne, bez wątpienia większe nawet niż na Polskę. W mniejszym stopniu działa to też w drugą stronę, wszak takie gwiazdy jak Nicole Kidman, Hugh Jackman, Russell Crowe, Kylie Minogue, Geoffrey Rush czy Cate Blanchett, by wymienić tylko kilka nazwisk, to sami Australijczycy. Tego rodzaju relacje bywają ignorowane zwłaszcza przez miłośników realistycznego spojrzenia na stosunki międzynarodowe (mam oczywiście na myśli realizm jako prąd myślowy, a nie cechę w znaczeniu potocznym), a niesłusznie, bo więzi kulturowe bywają znacznie trwalsze od politycznych czy wojskowych. Stosunki z Chinami nie dają się zdefiniować tak łatwo. Na pierwszy rzut oka ich najbardziej oczywistym wymiarem są więzy ekonomiczne. Niekiedy zapominamy, że choć niewątpliwie Australia jest państwem wysokorozwiniętym w sensie cywilizacyjnym, to jednak jej struktura eksportu nie różni się specjalnie np. od Demokratycznej Republiki Konga, będąc opartą przede wszystkim na surowcach kopalnych, a w mniejszym stopniu także na rolnictwie. Chiny są dla Australii wymarzonym odbiorcą eksportu, ponieważ ich wciąż bardzo dynamicznie rozwijająca się gospodarka jest w stanie wchłonąć właściwie nieograniczone ilości surowców, zwłaszcza energetycznych. Choć wzbudza to duże emocje wśród opinii publicznej, Australia sprzedaje Chinom nawet uran, warto zresztą pamiętać, że jest ona czymś w rodzaju uranowej Arabii Saudyjskiej, mając ogromne i wciąż słabo wykorzystane złoża. Nie bez znaczenia jest także widoczna zmiana w polityce energetycznej Chin w ostatniej dekadzie. Wcześniej Państwo Środka zadowalało się zakupem tego, co inni gracze oferowali na rynku. Obecnie jednak Chiny starają zabezpieczyć się przed rynkowymi zawirowaniami, wywołanymi przez czynniki ekonomiczne czy też polityczne. W ramach tej polityki inwestują ogromne pieniądze w branże wydobywczą w wielu krajach. W ten sposób oczywiście nie przeniosą złóż do siebie, ale roztaczają nad nimi pieczołowitą kontrolę i zapewniają sobie stabilność oraz korzystne warunki dostaw na dziesięcioleci. Znaczącym beneficjentem tej polityki jest także Australia, która ma ze swoim interiorem problem podobny, jak Rosja z Syberią – zostało tam jeszcze pod ziemią całe mnóstwo bogactw, ale ich wydobycie wymaga ogromnego kapitału inwestycyjnego, przekraczającego chęci i możliwości rodzimych firm. Chiny chętnie przychodzą tu z pomocą, co najbardziej widoczne jest obecnie w sektorze gazu ziemnego. Ma to również duże znaczenie społeczno-politycznej w samej Australii, bowiem inwestycje te bardzo ożywiają najsłabiej rozwinięte części kraju, dając pracę tysiącom ich mieszkańców. Ale nie można sprowadzać tych stosunków tylko do gospodarki. Australia zdaje sobie sprawę, że w najbliższych dekadach to właśnie Chiny będą mocarstwem nadającym ton jej części świata. Nie jest jeszcze do końca jasne, czy będą w tej roli samodzielnie, czy też w konkurencji z USA, ale na pewno od ich postawy będzie zależeć w regionie bardzo wiele. W tym kontekście często pada określenie responsible stakeholder („odpowiedzialny udziałowiec”), które co prawda zostało wypracowane w kręgach dyplomacji amerykańskiej, ale dobrze oddaje politycznej oczekiwania Australii wobec Chin. Chodzi o to, aby były gotowe być jednym z liderów regionu nie tylko poprzez realizację własnych interesów i gospodarcze podporządkowywanie sobie sąsiadów, lecz także przez współudział w rozwiązywaniu problemów w tej części świata, zwłaszcza politycznych. Niewątpliwie najważniejszym jak dotąd testem, na ile Chiny chcą i mogą pełnić taką rolę, jest ich zaangażowanie w negocjacje z północnokoreańskim reżimem. Zamiast pointy, nawiążę po raz ostatni do tekstu Wielka Gra o Pacyfik, w którym Piotr Wołejko zwracał uwagę na to, iż Chiny mogą czuć się okrążane przez pierścień sojuszników USA. Scenariusz taki jest analizowany wśród politologów od co najmniej kilku lat i być może faktycznie Waszyngton dąży do jego realizacji, choć nie bez przeszkód (moim zdaniem obecnie klucz do jego powodzenia znajduje się w Indiach, z którymi należy zbudować relacje jeszcze bliższe niż dotąd, a historia stosunków Dehli-Waszyngton wcale nie jest łatwa). Ale co do Australii, kluczową kwestią jest ta, iż Canberra w gruncie rzeczy wcale nie chce być w żadnym układzie wycelowanym w Chiny. Cała polityka zagraniczna tego państwa od kilkunastu lat balansuje między oboma mocarstwami. W jej interesie są jak najlepsze relacje chińsko-amerykańskie, zaś wszelkie ich zaognianie jest dla Australii niekorzystne i potencjalnie niebezpieczne. Jarosław Błaszczak Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej. Pierwsza część artykułu Rozdarta Australia grafika: monash.edu.au |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||