Wpisy z tagiem: Polska
niedziela, 18 grudnia 2011
Artykuł specjalnie dedykowany p. Piotrowi Wołejko na rocznicę jego bloga. Polska podjęła się bardzo trudnej roli w międzynarodowej rozgrywce energetycznej. Przyjęła poprzez oficjalne rządowe dokumenty oraz przez działania polityczne i gospodarcze, które tę politykę konstytuują (już realną, nie na papierze). Przykładem efektu tej polityki jest najnowsza poważna rysa na energetycznej mapie Europy, czyli Nord Stream. Otwarcie Nord Streamu to nie „klęska”, ale poważna przegrana Polski. Widać już jej efekty: gaz, jaki kupujemy od Gazpromu jest drogi. Bo przegranej nie widać na polu bitewnym czy w gazetach. Widać ją w rachunkach.
W przedstawianych publiczności zestawieniach cen rosyjskiego gazu dla różnych krajów Polska wypada słabo. Płaciliśmy rok temu drożej od Niemiec o 24% (my 336 dolarów – oni 271). Tylko nikt nie przypomina, że cztery lata wcześniej płaciliśmy mniej - o 11% (my 240 dolarów – Niemcy - 266). Na Polską blokadę i ostre ataki na forum europejskim (zablokowanie negocjacji nowego porozumienia Unia – Rosja), Rosjanie odpowiedzieli twardą grą ekonomiczną. Gdy myśmy czytali o „zakręceniu kurka”, Gazprom po prostu podniósł rachunki. Wtedy o tym milczano. Dzisiaj, gdy już „najstarsi górale nie pamiętają...” jak do tego doszło - można śmiało udawać pokrzywdzonego. I domagać się niższych cen, udając zapominalskiego Greka, który nie wie, skąd się takie ceny wzięły. I zamiast usiąść do interesów, jak Niemcy czy Czesi – znowu się z Gazpromem będziemy ciągać po sądach. W słusznej sprawie – chcemy tańszego gazu. Jednak jak to dawniej mówiono: Cyryl jak Cyryl, ale te Metody... Dlaczego trudną rolę? Bo w każdej grze trzeba ważyć siły. Swoje, przeciwnika, sojuszników. W branży gazowej naszym głównym atutem nie jest rynek, bo ten jest mały, Porównajmy: Rosja produkuje 600 mld m3 gazu, eksportuje 200 mld. Niemcy zżywają 80 miliardów, importują 70 mld, z tego 34 z Rosji). Polska – zużycie 14 mld m3 (2,5% produkcji Rosji, 7% jej eksportu, 17% zużycia Niemiec). Jak widać proporcje sił dość dla nas niekorzystne – nie mamy tu szans prężyć muskułów. Mamy jednak pozycję tranzytową. Leżymy na Nizinie Europejskiej, gdzie jest najbardziej korzystny dostęp do bezmiaru euroazjatyckich przestrzeni. Rosjanie to też wiedzą, bo przez kilkaset ostatnich lat przez te tereny przeszły wszystkie ataki na nich. Co robimy z naszą pozycją i siłą? Po części wykorzystujemy, budując najpierw rurociąg naftowy („Przyjaźń”), ale to jeszcze za PRL-u. Potem, na początku niepodległości - pierwszą nitkę gazowego Jamału. Budowa nie szła najlepiej, bo w miarę oddalania się od czasów radzieckiej dominacji, robiliśmy się coraz bardziej anty-rosyjscy. Paradoks z rodzaju tych, które serwował Stalin - „walka klasowa narasta w miarę zbliżania się do komunizmu”. Mamy następną okazję być przy stoliku, gdzie toczy się gra (bardzo dziś popularne proeuropejskie powiedzenie). Przychodzą do nas w 2000 roku Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Włosi i mówią, że chcą drugą nitkę Jamału wybudować. My mówimy: jesteśmy bardzo otwarci, ale „wicie, rozumicie” – przyroda u nas wrażliwa na rurociągi... a poza tym, Ukrainy to wy nie obejdziecie przez polską ziemię. Po naszym trupie! Zabrali się, poszli. Poknuli, poknuli i wymyślili, że i Ukrainę i nas i Białoruś obejdą przez morze – na początek sami Rosjanie z Niemcami zdecydowali o budowie Nord Streamu. Za chwilę inni do nich dołączyli i projekt zrobił się „europejski”. No i zbudowali. A my o co graliśmy w tej grze? Graliśmy przeciw potędze energetycznej Rosji, największego na świecie producenta i eksportera węglowodorów. Graliśmy przeciw Niemcom, których dzisiaj nasz minister wychwala i błaga o europejskie przewodnictwo. Nawet pożyczymy im trochę pieniędzy, żeby to przewodnictwo raczyli sprawować. Ale ten sam minister 6 lat temu coś jęknął w kuluarach o tej bałtyckiej rurze, że to nowy „pakt Ribbentrop – Mołotow”. Więc graliśmy też przeciwko europejskiemu liderowi, tylko może wtedy jeszcze ten minister tego nie widział... Widzimy więc, że na dwóch frontach, na obu znacznie silniejszy od nas przeciwnik... Tak na marginesie, czy zdajesz sobie sprawę Czytelniku, że oba te państwa budżety wojskowe (uuu, niepoprawnie, mówi się: obronne) – mają sześciokrotnie większe od naszego? Powtórzę: 6-krotnie i to każde - i Rosja i Niemcy? Miałeś Czytelniku świadomość? Warto o takich rzeczach pamiętać. No dobrze, słabi jesteśmy. Ale może mamy silnych sojuszników? Mieliśmy. Amerykę, o której marzymy, ale łobuzy wiz nam nie chcą znieść. I ta Ameryka, światowa potęga, hegemon globalny, rzeczywiście nie chciała tego rurociągu. I zachęcała nas jak mogła, byśmy my też nie chcieli. Nie trzeba było nas aż tak zachęcać, sami chcieliśmy, nawet niczego za ten opór nie żądaliśmy. Podobnie zresztą jak za nasze wojska w Iraku, gdy Turcja za samo lotnisko zażyczyła sobie 10 miliardów dolarów. I dostał. My tak dla idei i przyjaźni transatlantyckiej to robiliśmy. Ale Amerykanie nie bardzo się chcieli zaangażować tak na poważniej. Woleli z tylnej ławki. I żeby choć tak jak w Libii, dostarczali te rakiety, choćby na kredyt. Nic, tylko zachęcali. Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki. A jedyne co potrafili zastosować, to metoda „wrzeszczącego dziecka”. Ot siedzi się i na cały głos wrzeszczy. Ryczy się, aż wszyscy mają tego dość. Zwolennikiem takiej taktyki w sprawie Gazociągu Północnego był poseł Paweł Kowal. Ostatnio w mowie dla transatlantyckiego think-tanku Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego przyznał, że choć taka prosta, to nie dała jednak efektu. Można powiedzieć, że jacy politycy, taka metoda, takie i efekty. No cóż, czasy mamy spokojniejsze niż w 30-tych latach XX wieku. Wtedy beznadziejny poziom naszych elit politycznych i ich pogubienie w wydarzeniach doprowadziły na największego nieszczęścia naszego narodu w historii. Dzisiejsze elity, które w polityce międzynarodowej błądzą jak dzieci we mgle, tyle szkód raczej nie narobią. Ale rachunki już płacimy słone. Andrzej Szczęśniak Ekspert rynku paliw i gazu, od 2005 roku prowadzi blog o sprawach energetycznych pod adresem: www.szczesniak.pl
czwartek, 15 grudnia 2011
Kiedy zostałem zaproszony do grona autorów mających „wystąpić” ze swoimi tekstami podczas piątych urodzin Dyplomacji, w pierwszym odruchu przyszły mi na myśl takie pojęcia jak geostrategia, soft power, zagrożenia asymetryczne, interwencje humanitarne czy instytucje transnarodowe. Ale zaraz potem złapałem się za głowę i pomyślałem: kto używa takich słów na imprezie urodzinowej? Dlatego mój rocznicowy tekst będzie serio, ale jego temat nie do końca. Polityka to nie tylko jedna z najważniejszych dziedzin życia społecznego. To także pożywka dla autorów dzieł literackich, filmów, a nawet seriali. I właśnie o trzech bardzo ważnych, przynajmniej dla mnie, serialach politycznych chciałbym dzisiaj trochę opowiedzieć. Niedościgniony wzór Zacznijmy od telewizyjnego political fiction traktowanego zupełnie serio. Mam wrażenie, że od co najmniej kilku lat ogromna większość zarówno ludzi mediów, jak i politologów, na pytanie o serial będący wzorcem gatunku, odpowiedziałaby bez wahania: The West Wing. W Polsce produkcja ta była pokazywana przez TVN jako Prezydencki poker, przy czym można tam było obejrzeć jedynie część odcinków. Na początek kilka danych encyklopedycznych. Serial był produkcją wytwórni Warner Brothers dla sieci telewizyjnej NBC, która emitowała go przez siedem sezonów, od jesieni 1999 do wiosny 2006. Wyprodukowano 156 odcinków. Pomysłodawcą serialu i jego scenarzystą wiodącym przez pierwsze cztery serie był Aaron Sorkin. W głównej obsadzie znalazły się takie gwiazdy minionych dekad jak Martin Sheen, Rob Lowe czy Alan Alda, ale także liczna grupa aktorów, którym dopiera ta produkcja przyniosła zaszczyty, sławę i pieniądze. W tej grupie na pewno należy wymienić takie nazwiska jak John Spencer, Bradley Whitford, Allison Janney, Richard Schiff czy Janel Moloney. Serial otrzymał łącznie 27 nagród Emmy, czyli telewizyjnych Oscarów, co daje mu pozycję czwartej najbardziej obsypanej tymi statuetkami produkcji w dziejach.
Nie zanudzając już nikogo dalszymi szczegółami fabuły, warto postawić sobie zasadnicze pytanie. Jak to się stało, że serial rozgrywający się głównie w rządowych gabinetach i korytarzach, gdzie bohaterów oglądamy niemal wyłącznie w garniturach i żakietach, zdobył taką popularność wśród masowej publiczności? Odpowiedź jest dość prosta. Sorkin niezwykle precyzyjnie i skutecznie zmieszał dwa składniki. Zaprosił do współpracy wielu autentycznych byłych urzędników prezydenckich, na czele z byłą rzeczniczką prezydenta Clintona Dee Dee Myers, dzięki którym z niezwykłym realizmem oddał mechanizmy władzy. The West Wing może z powodzeniem służyć za podręcznik amerykańskiego systemu politycznego. Ale z drugiej strony potrafił tak uzupełnić i udramatyzować ten materiał, że mogły to oglądać z zapartym tchem nawet osoby będące lata świetlne od polityki. Służyły temu liczne zwroty akcji i nieoczekiwane wydarzenia, ale także świetne ukazanie całego ludzkiego wymiaru polityki. Dramatów ludzi, którzy na ołtarzu służby publicznej kładą swoje osobiste szczęście, zdrowie, najlepsze lata życia, a nierzadko też własną moralność. Jednocześnie Sorkin pokazał obraz nieco wyidealizowany, w którym nawet ci lekko zblazowani niekiedy polityczni zawodowcy, w głębi serca naprawdę chcą coś zmienić, wierzą w bardzo głęboki sens swojej pracy, nie są tam dla zaszczytów. Biały Dom po naszemu W polskiej telewizji political fiction jest gatunkiem niezwykle egzotycznym, w ostatnim dwudziestoleciu mieliśmy chyba tylko jedną poważną próbę zmierzenia się z nim. Była nim Ekipa, emitowana jesienią 2007 przez Polsat. Projektem kierowały Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik. Obie panie spędziły wiele lat w USA, doskonale znały The West Wing i nawet nie próbowały ukrywać daleko idącej inspiracji tym serialem. Scenarzystami byli zajmujący się tym zawodowo Dominik Wieczorkowski-Rettinger oraz dziennikarz polityczny Wawrzyniec Smoczyński, obecnie związany z tygodnikiem „Polityka”. W przeciwieństwie do swojego pierwowzoru, Ekipa nie zdołała połączyć sukcesu artystycznego z komercyjnym. Choć została bardzo ciepło przyjęta przez krytykę, w ostatnich tygodniach emisji nie była w stanie przekroczyć progu nawet miliona widzów, co dla serialu o takim budżecie było straszną klęską. O kontynuacji nie było nawet co marzyć. Ogólna idea Ekipy jest zbliżona do serialu amerykańskiego – jest to bardzo optymistyczna w gruncie rzeczy próba ukazania niezwykle ideowych ludzi, którzy starają się wcielać swoje ideały w życie w bardzo brutalnym, bezwzględnym świecie polskiej polityki. Choć grany przez Marcina Perchucia główny bohater, premier Konstanty Turski, jest o jakieś trzydzieści lat młodszy od prezydenta Bartletta, również jest naukowcem z głową pełną marzeń o lepszym świecie, który w nieoczekiwany dla siebie sposób nagle ląduje w oku politycznego cyklonu. Scenarzyści polskiego serialu stosują opisany już wyżej patent – mieszają politykę z życiowymi dramatami. Być może jest tu trochę mniej realizmu niż w serialu amerykańskim, ale za to aspekt „ludzki” wypada co najmniej równie dobrze. Smaczku i głębi dodaje serialowi trafne pokazanie odmiennych postaw dwóch pokoleń ludzi obecnych w polskiej polityce. O ile dla pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatków zaszłości z czasów PRL wciąż są bardzo ważnym elementem ich życia i świadomości (kłania się tu tematyka lustracyjna), ich koledzy z pokolenia trzydziestolatków żyją już bez tych obciążeń, choć również bez tak rozwiniętej świadomości moralnej czy po prostu sumienia. Mam nadzieję, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że w jednym z finałowych odcinków Ekipy katastrofie ulega samolot, w którym na wizytę zagraniczną udał się prezydent RP, grany przez Andrzeja Seweryna. Muszę się do czegoś przyznać: kiedy dwa i pół roku po obejrzeniu serialu, 10 kwietnia 2010, włączyłem rano telewizor, moja pierwsza myśl dotyczyła właśnie tego odcinka. Trochę mniej poważnie Na koniec kilka zdań o komedii politycznej. Choć próby tworzenia seriali w tej konwencji pojawiały się w różnych państwach, w Polsce mieliśmy np. kultowe Polskie Zoo, osobiście za najciekawszy uważam tu dorobek brytyjski. Siła tamtejszych seriali śmiejących się z polityki polega na tym, iż nie są one tylko satyrą na bieżące wydarzenia, o których za pięć lat nikt nie będzie pamiętał i serial straci aktualność. Pokazują raczej sytuacje, które są w pewnym sensie ponadczasowe, bo wynikają z kwestii bardzo głęboko wpisanych w politykę od co najmniej dziesięcioleci. Jest co najmniej kilka brytyjskich seriali, o których można by tu wspomnieć. W naszym kraju ukazały się na DVD niektóre odcinki Naszego człowieka w parlamencie (The New Statesman), w którym główną rolę grał Rik Mayall. To na pewno produkcja bardzo ciekawa, zwłaszcza że zdołała powstać w telewizji komercyjnej, ale jednak operująca dość grubą kreską i raczej brutalnym humorem. W samej Wielkiej Brytanii za wzór politycznego sitcomu uznaje się jednak inny serial, a mianowicie Yes Minister, później przemianowany na Yes Prime Minister. Produkcja niezwykle finezyjna, wyrafinowana scenariuszowo, ale mimo tego przystępna i popularna. Emitowany przez BBC w latach 1980-88 serial był ulubionym programem rozrywkowym ówczesnej premier Margaret Thatcher, która – mimo swojego zdystansowanego stosunku do mediów jako takich – wystąpiła na jednej z imprez charytatywnych u boku aktorów serialu w specjalnym skeczu. Osią fabuły jest walka między dwoma bardzo silnymi żywiołami, jaka rozgrywa się w każdym brytyjskim ministerstwie: między politykami a służbą cywilną. Politycy odpowiadają przed wyborcami, mają często głowy pełne pomysłów, ale brakuje im realnych kompetencji. Panicznie boją się także politycznej degradacji, chociażby przy okazji rekonstrukcji rządu. Z kolei służba cywilna szczyci się swoimi dyplomami najlepszych uczelni oraz faktem, iż jest niemalże nieusuwalna. Jej urzędnicy czują się jak pączki w maśle, status quo to ich ulubiony stan, zaś na wszelkie zmiany patrzą niechętnie, bo mogą potencjalnie zagrozić ich pozycji. Nie ponoszą przy tym praktycznie żadnej odpowiedzialności. Żywioły te reprezentują oczywiście żywi ludzie: minister spraw administracyjnych Wielkiej Brytanii oraz szef służby cywilnej w jego resorcie. Grający ich Paul Eddington i Nigel Hawthorne, obaj niestety już nieżyjący, co tydzień toczyli niezwykle barwne ekranowe pojedynki, zaś wiele dialogów z serialu weszło do historii. Oto przykład: najbardziej zasłużone osoby ze świata brytyjskiej dyplomacji otrzymują Order św. Michała i św. Jerzego, którego kawalerowie mogą dopisywać sobie po nazwisku skrót CMG. Minister poprosił swojego asystenta o wyjaśnienie, co znaczy ten skrót. Usłyszał: Call Me God (nazywaj mnie Bogiem). Wszystkie opisane wyżej seriale są dostępne na DVD – jeśli nawet nie wszystkie w Polsce, to od czego zagraniczne sklepy wysyłkowe czy serwisy aukcyjne. Kończąc tę nietypową dla tych łamów wycieczkę w świat fikcji, życzę Dyplomacji i jej autorowi kolejnych lat wytrwałego mówienia o sprawach ważnych, nawet jeśli nie zawsze popularnych, a także prowokowania ciekawych dyskusji. Wszystkiego najlepszego! Jarosław Błaszczak Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.
czwartek, 13 października 2011
„(…) to Putin, a nie Dymitr Miedwiediew stał za pomysłem polepszenia stosunków z Warszawą. Co więcej, Putin zrozumiał trochę z polskiej specyfiki, pojął że psychologiczna relacja Polaków do Rosjan jest skomplikowana, że to jest coś na kształt syndromu „kocham i nienawidzę. I zrozumiał, że polityką gestów w sferze symbolicznej można w relacjach z Polską sporo uzyskać.” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Dymitr Babicz, komentator rosyjskiej agencji RIA-Nowosti, komentując wyniki wyborów w Polsce. To niezwykle ważne zdanie umknęło, czego można się było spodziewać, w nawale „ważniejszych” spraw typu: żegnamy Napieralskiego, Kalisz za niego? Kaczyński albo śmierć, itp. Warto się jednak nad wypowiedzią Babicza pochylić, gdyż dotyczy ona nie tylko polskiej polityki wobec Rosji, ale generalnie polskiej dyplomacji. Z góry uprzedzam, że nie traktuję poważnie twierdzeń, podzielanych przez istotną część rodzimej sceny politycznej, iż Polska stanowi niemiecko-rosyjskie kondominium. W związku z tym, pominę w swojej analizie ten abstrakcyjny pogląd. Za garść dolarów Powtórzmy, co powiedział Dymitr Babicz. Twierdzi on, że Putin „(…) zrozumiał, że polityką gestów w sferze symbolicznej można w relacjach z Polską sporo uzyskać”. Czy nie brzmi to znajomo, jeśli weźmiemy pod uwagę stosunki z innym mocarstwem? A jak zachowujemy się w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi? Ostatnio ulega to stopniowej poprawie, jednak miniona dekada to niemalże wasalny stosunek każdego rządu Rzeczypospolitej Polskiej wobec Stanów Zjednoczonych.
Każdy rząd, ogłaszając wszem i wobec, że zależy mu na uprzywilejowanych relacjach z USA, przy oczywistej dysproporcji sił i możliwości, skazywał się na rolę proszącego o nadanie przywileju petenta. Gdy minister Sikorski pojechał do Waszyngtonu z pakietem „żądań” w sferze modernizacji uzbrojenia polskiej armii, w stolicy USA uniesiono brwi w zadumie, a następnie odprawiono ministra z kwitkiem i kilkoma przestarzałymi Herculesami, które po dość kosztownym remoncie mogą nam szczęśliwie służyć przez wiele lat. Dobry, zły i brzydki Nie uzyskaliśmy nic konkretnego w zamian za udział w misji w Afganistanie, a tkwimy w tym kraju do dziś podporządkowując nasze interesy zmiennej, i do niedawna całkowicie niejasnej strategii Stanów Zjednoczonych. Wyprawa iracka również nie przyniosła nam spodziewanych profitów. Za bycie „strategicznym sojusznikiem” dostaliśmy slogan „You forgot Poland” podczas walki o Biały Dom między Bushem juniorem a demokratycznym senatorem Kerrym. Tarcza antyrakietowa, która przez dłuższy czas była cierniem w oku Rosji, została przesunięta na dalszą przyszłość (druga połowa tej dekady), a Polska zyskała rotacyjny pobyt jednej baterii przeciwrakiet Patriot – w wersji szkoleniowej. Amerykanom do pozyskania Polski do realizacji amerykańskich interesów wystarczyło kilka komplementów, na które Polacy są bardzo łasi. Nic dziwnego, że tak utalentowany polityczny gracz, jakim bezsprzecznie jest Władimir Putin, dostrzegł tę prawidłowość i postanowił ją wykorzystać dla swoich celów. Najbardziej spektakularnym przykładem zmiany atmosfery na linii Warszawa-Moskwa było porzucenie Litwy na placu boju, gdy ważyły się losy układu Rosji z Unią Europejską. Kilka gestów Putina, spośród których najbardziej pamiętany jest udział w ceremonii ku pamięci obrońców Westerplatte w ubiegłym roku, pozwoliło Moskwie przywrócić relacje z Polską do stanu względnej normalności. Warto pamiętać, że gesty pojawiły się dopiero po wyborach z 2007 roku, w których antyrosyjski PiS został odsunięty od władzy. Za kilka dolarów więcej Wydźwięk powyższych akapitów mógłby wprowadzić Czytelnika w fatalny nastrój. Oto obce mocarstwa przy użyciu kilku masek z ładnym uśmiechem rozgrywają swoje interesy kosztem umęczonej Ojczyzny. Należy w tym miejscu poczynić istotne uwagi:
Życzyłbym rządowi, dyplomatom i nam wszystkim, aby epoka działania w zamian za ładny uśmiech czy klepnięcie po plecach definitywnie odeszła w przeszłość. Ładne uśmiechy i klepanie po plecach ładnie wyglądają na zdjęciach ze spotkań liderów państw, natomiast za kulisami toczy się normalna walka o interesy. Nie zawsze, a w zasadzie bardzo rzadko, udaje się osiągnąć maksimum. Trzeba to zrozumieć, a tyczy się to głównie opinii publicznej – oceniającej „dzięki” mediom wszystko w kategorii „sukcesu” bądź „klęski”. W dyplomacji króluje stan pośredni, który słabo sprzedaje się w mediach. Piotr Wołejko
grafika: naszrynek.pl
piątek, 30 września 2011
Partnerstwo Wschodnie to inicjatywa, której celem jest europeizacja państw wchodzących dwie dekady temu w skład Związku Radzieckiego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdowy i Ukrainy. Inicjatywa powstała dzięki Polsce i Szwecji (przy wsparciu Niemiec) realizuje geopolityczny paradygmat, zgodnie z którym jeśli chcesz cieszyć się dobrobytem we własnym domu, zadbaj też o dobrobyt u sąsiadów. Zła prasa Partnerstwa
Jeśli myślimy kategoriami dzisiejszych mediów, dla których warte uwagi i czasu antenowego są tylko spektakularne sukcesy (na mniejsze nie ma miejsca) bądź klęski, a sprawy ważne dziś są już zupełnie zapomniane po jutrze, Partnerstwo Wschodnie nigdy nie będzie projektem z naszej bajki. Trzeba pamiętać, że PW to inicjatywa z połowy 2009 roku, której cele są bardzo długofalowe. Rozliczanie Partnerstwa już dziś jest przedwczesne i nierozsądne, podobnie jak grzebanie innej cennej inicjatywy, jaką jest Trójkąt Weimarski. Oba mechanizmy mają głębokie uzasadnienie geopolityczne, jednak mogą nie być we właściwy sposób wykorzystywane. Przy PW trudno już teraz dokonać oceny. Więcej realizmu = więcej sukcesów Przy analizowaniu PW trudno uciec od stanowiska Rosji wobec tego projektu. Moskwa odebrała go negatywnie. Uznaje, po części słusznie, iż Unia próbuje wepchnąć się politycznie na obszar tradycyjnie zdominowany przez Rosję. Odbiera to jako grę o sumie zerowej, w której każdy zysk Unii oznacza stratę po stronie Rosji. Jakkolwiek nie obudujemy propagandą PW, podejście Federacji Rosyjskiej jest jak najbardziej uzasadnione. Dlatego między bajki można włożyć twierdzenia, iż PW w żaden sposób nie jest wymierzone w Moskwę. Jest i będzie, dopóki Rosjanie nie zdecydują się wreszcie, czy główne wektory geopolityki ukierunkować na Zachód, ku Europie, czy na Wschód, ku krajom azjatyckim. Trwanie w bezruchu petryfikuje politykę obrony własnych interesów w byłych republikach i walkę z wpływami innych mocarstw i podmiotów. Na koniec jeszcze jedna uwaga: w podejściu UE do PW jak na dłoni widać problemy demokracji w układaniu sobie relacji z krajami o innych ustrojach politycznych. Wybrzydzamy na autorytaryzm na Białorusi czy w Azerbejdżanie (choć w przypadku Baku mniej, gdyż posiada ropę i gaz), kręcimy nosem na oligarchiczny układ na Ukrainie. Trudno nam zaakceptować różnice i pogodzić się z tym, że wymuszenie zmian będzie trudne. Henry Kissinger powiedział, że mając do wyboru niestabilność i sprawiedliwość albo stabilność i niesprawiedliwość, zawsze wybierze to drugie połączenie. Twardy realizm na granicy cynizmu. Jednak Europa akceptowała taki układ w krajach arabskich Morza Śródziemnego, a Kaddafi mógł rozbijać swój namiot w Rzymie czy Paryżu. Czy warto zastosować te same standardy do państw PW, dbając przede wszystkim o ich pomyślność gospodarczą, a mniej zajmować się problematyką ustrojową? Może wtedy uda się więcej zyskać, a trudniej będzie krytykować PW jako nieefektywne i w zasadzie bezcelowe przedsięwzięcie? Piotr Wołejko
Tekst jest polemiką z artykułem Piotra Maciążka, redaktora naczelnego portalu Polityka Wschodnia: Wydmuszka Partnerstwa Wschodniego grafika: polish.ruvr.ru
niedziela, 03 lipca 2011
To, co oczywiste dla jednych, dla innych jest niezrozumiałe. Stąd niektóre państwa wspierają swoje firmy lepiej od pozostałych. Zapewniają im tym samym przewagę konkurencyjną, w szczególności w sektorach, które w większym niż zazwyczaj stopniu zależą od decyzji politycznych. Przykłady z ostatnich miesięcy pokazują, jak najwięksi gracze zabiegają o interesy przedsiębiorców - Francja i Wielka Brytania w Chinach, Chiny na Ukrainie, Francja i Stany Zjednoczone w Indiach, Chiny w USA. Władza trzyma biznes na dystans Na próżno szukać analogicznych, ze zrozumiałych względów na o wiele mniejszą skalę, informacji dotyczących Polski i polskich przedsiębiorstw. Co zadziwiające, kolejne polskie rządy przyjęły wobec rodzimego biznesu taktykę "byle jak najdalej" - trzymając się od przedsiębiorców z daleka. Ba, można śmiało stwierdzić, iż choroba ta postępuje, a władza wręcz szczyci się odseparowaniem od biznesu. Ta anormalna sytuacja znajduje uzasadnienie w obawie polityków i urzędników o posądzenie o korupcję. W Polsce przedsiębiorca, w powszechnym odbiorze, to złodziej lub, w najlepszym przypadku, cwaniak, który swój sukces zawdzięcza znajomościom lub kopertom wręczanym politycznym bądź urzędniczym decydentom. W związku z tym władza pielęgnuje tradycję nieutrzymywania stosunków z biznesem, mając w pamięci doświadczenie tzw. afery Rywina. Pobocznym efektem postępowania władzy wobec biznesu jest całkowity brak wsparcia dla ekspansji zagranicznej polskich przedsiębiorców. Podczas gdy we Francji, Wielkiej Brytanii czy Indiach czymś zupełnie naturalnym jest zabieranie przez premiera lub ministra towarzyszącej mu delegacji biznesowej, w Polsce szef rządu i jego ministrowie "nie hańbią" się podróżami z przedsiębiorcami i wsparciem ich działalności zagranicznej. Podcinają tym samym gałąź, na której siedzą, o czym pisałem we wstępie. Co ciekawe, zapytani wprost przez Dziennik Gazetę Prawną (z dn. 20-22 maja br.) o pomoc polskiemu biznesowi we wchodzeniu na rynki wschodzące politycy dość zgodnie odpowiadają, iż dyplomacja powinna takiej pomocy udzielić. Tomasz Poręba z PiS stwierdzi, iż "należy opracować strategię zaangażowania polskiej dyplomacji w pomoc naszym firmom", a Maciej Raś z SLD dodaje, iż "dyplomacji powinni być przygotowani do promocji firm". Zdaniem Rasia, "biznesowi powinna także służyć kultura". Klarowane "tak" dla wsparcia zagranicznej ekspansji biznesu przez dyplomację mówią również Andrzej Halicki z PO oraz Marek Migalski z PJN. Ten ostatni uważa, iż udzielanie wsparcia "powinno być jednym z podstawowych zadań polskich placówek dyplomatycznych. Taka polityka przynosi profity zarówno państwu, jak i przedsiębiorcom". Migalski wyraża więc myśl, którą sformułowałem we wstępie artykułu i którą staram się w sposób przekonujący uzasadnić. Skoro więc wszystkie główne partie polityczne obecnej kadencji polskiego parlamentu zgadzają się w kwestii konieczności uczynienia ze wsparcia biznesu jednego z głównych celów naszej dyplomacji, dlaczego realia są całkiem inne? Dlaczego zamyka się placówkę w Mongolii, która staje się jednym z głównych zagłębi surowcowych świata? Dyplomacja dla biznesu Większe nakłady na dyplomację, choć konieczne, nie wystarczą, jeśli nie zmieni się filozofia polityczna. Globalizujący się świat wymaga elastycznego podejścia od wszystkich, publicznych i prywatnych aktorów. Rywalizacja o rynki, kontrakty i pozycję biznesową zaostrza się. W tym wyścigu, z powodu niezrozumiałych przesłanek i braku odwagi decydentów, polskie firmy - a przez to i polska gospodarka - tracą dystans do konkurentów. Istnieje pilna potrzeba zmiany polityki i znalezienia synergii pomiędzy władzą a biznesem. W grę wchodzi tutaj bowiem interes narodowy - siła gospodarki, miejsca pracy, poprawa poziomu życia obywateli. Dla niektórych zabrzmi to jak herezja, jednak osobiście uważam, iż można znaleźć odpowiedni balans w relacjach biznes-władza, który nie będzie równoznaczny ze zgodą na patologie, m.in. korupcję. Czy polscy politycy są w stanie taki balans wypracować? Piotr Wołejko
grafika: Alex Slobodkin/iStockphoto.com/lawyersweekly.ca |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||