Wpisy z tagiem: polityka wewnętrzna

piątek, 17 lutego 2012

W środę 15 lutego br. Nicolas Sarkozy publicznie ogłosił, iż zamierza ubiegać się o reelekcję. Na dziś wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się skazywać go na porażkę z kandydatem socjalistów Francois Hollandem. Niektórzy twierdzą nawet, że Sarko może w ogóle nie dotrwać do drugiej tury wyborów, przegrywając walkę o elektorat prawicy z Marine Le Pen (córką Jean-Marie Le Pena), liderką nacjonalistycznego Frontu Narodowego. Gdyby tak się stało, Hollande miałby zwycięstwo w kieszeni. Nie skreślałbym jednak Sarkozy’ego już teraz.

Marna ocena pierwszej kadencji Sarkozy’ego

Dorobek urzędującego prezydenta nie jest nadzwyczajny. Większość wiązanych z nim nadziei nie została spełniona, a sam Sarkozy nie był przesadnie przywiązany do obietnic, które składał.  Komentując w maju 2007 roku wynik poprzednich wyborów prezydenckich pisałem o oczekiwaniach wobec Sarko: „Wielu wybitnych intelektualistów (m.in. Andre Gluksmann) liczy, że pchnie on Francję do przodu po blisko 30 latach buksowania w miejscu. Liczą, iż przeprowadzi on reformę etatystycznego państwa i rozbuchanych przywilejów socjalnych; że zliberalizuje gospodarkę i obniży podatki; że odejdzie od tradycji gaullistowskich i diametralnie zmieni francuską politykę zagraniczną - zrewiduje proarabskie podejście Paryża, porzuci antyamerykanizm i realistycznie będzie patrzył na Rosję i jej politykę”. Powszechnie wiadomo, że poza porzuceniem antyamerykanizmu reszta postulatów pozostała w sferze pobożnych życzeń.

Miał jednak Sarkozy świetny PR, który wytworzył wokół niego atmosferę hiperaktywnego, naładowanego energią i nastawionego na działanie prezydenta. Gdy powie się „sprawdzam”, okazuje się, że ta piękna narracja jest blefem. Owszem, Sarko wielokrotnie próbował podejmować trudne reformy, jednak niewiele z nich wyszło poza fazę planów i dyskusji. Przy silniejszym sprzeciwie związków zawodowych Sarkozy tracił grunt pod nogami i rakiem wycofywał reformatorskie propozycje.

Hiperaktywny Sarkozy musiał więc znaleźć inne pole do popisu. Wewnętrzną stagnację starał się maskować poczynaniami za granicą. Tutaj rzeczywiście wszędzie było go pełno. Szczyty G-20 czy Unii Europejskiej były jego żywiołem. Za francuskiej prezydencji w UE Sarkozy negocjował rozejm między Rosją a Gruzją, który oddawał Rosji kontrolę nad dwiema autonomicznymi prowincjami gruzińskimi. Sarkozy wyraźnie nie chciał podejmować żadnych wymierzonych w Rosję kroków, podtrzymując paryską tradycję przychylnego spoglądania w kierunku Moskwy. Wracając do forum UE, ranga Francji malała wprost proporcjonalnie do pogłębiania się kryzysu finansowego. Wraz z obcięciem przez agencję S&P najwyższego ratingu AAA Francja traciła wpływ na kształt formującego się ładu fiskalnego strefy euro. Dziś sprowadza się on do ogłaszania przez Paryż własnych propozycji, a następnie przyjęcia w pełni (bądź zdecydowanej większości) stanowiska zaprezentowanego przez Berlin.

Rywale prezydenta

Średnio udana kadencja Sarkozy’ego jest główną przyczyną jego aktualnej sytuacji w sondażach. Od początku prowadzi w nich kandydat socjalistów Francois Hollande (obecnie 30% poparcia). Sarko zajmuje nieustannie drugą pozycję (obecnie 25% poparcia). Trzecie miejsce okupuje Marine Le Pen (ok. 17-18% poparcia). Może mieć ona jednak problem z wystartowaniem w wyborach, gdyż opornie idzie jej zbieranie podpisów 500 wybranych w powszechnych wyborach polityków, chociaż trudno spodziewać się, by ostatecznie nie dopięła swego i odpadła z tak błahej przyczyny. Tym bardziej, że poparcie dla Frontu Narodowego ma tendencję wzrostową. Dwucyfrowym poparciem legitymuje się również centrysta Francois Bayrou, który może liczyć na ok. 12-13% głosów. Widać wyraźnie, że bez drugiej tury się nie obejdzie.

grafika

Gra toczy się o Pałac Elizejski, który jest oficjalną rezydencją prezydenta Francji (źródło: Wikimedia Commons)

Wspomniany we wstępie scenariusz, w którym Sarkozy przegrywa z Marine Le Pen i ta ostatnia wchodzi do drugiej tury z socjalistą Hollandem zakłada powtórkę sytuacji z 2002 roku, gdy Jean-Marie Le Pen rywalizował z Jacquesem Chirakiem. Wybierając między przeziębieniem a cholerą wszyscy nienacjonalistyczni wyborcy oddali głos na Chiraca. Teraz zagłosowaliby na Hollande’a, gdyż Marine Le Pen prezentuje całkowicie abstrakcyjny program polityczno-gospodarczo-społeczny, którego realizacja oznaczałaby transformację Francji w międzynarodowego pariasa, protekcjonizm ekonomiczny i rozpad UE. A przede wszystkim, nacjonaliści nie mają we Francji poparcia większego niż 20-25% (w porywach).

A może jednak powtórka z rozrywki?

Mimo rosnącego powoli poparcia dla nacjonalistów, batalia rozegra się między dwoma głównymi nurtami polityki: socjalistami Hollande’a i gaullistyczną prawicą Sarkozy’ego. Chociaż Hollande prowadzi we wszystkich sondażach od dobrych kilku miesięcy, Sarkozy nie stoi na straconej pozycji. W kampanii w 2007 roku przez pierwsze tygodnie Sarko przegrywał w sondażach z socjalistką Segolene Royal, by – po wyprzedzeniu rywalki – nie oddać już prowadzenia. W przypadku drugiej tury wyniki były wówczas bardziej wyrównane; przez większą część kampanii różnica między Sarko a Royal nie była większa niż 4-5 pkt. proc. Teraz różnica wynosi 15 pkt. proc. na korzyść Hollande’a, a zdarzają się badania wskazujące na nawet 20-proc. przewagę socjalisty.

W czym, wobec takich wyników sondaży, Sarkozy może upatrywać swojej szansy? Na pewno potrafi prowadzić kampanię wyborczą i zjednywać sobie w jej trakcie poparcie wyborców. Zapewne powtórzy manewr z 2007 roku i uderzy w populistyczno-nacjonalistyczne tony, by uszczknąć głosy Marine Le Pen. Jednocześnie nie powinien zapominać o centrum (Bayrou), które najbardziej interesuje się gospodarką. Tutaj Sarko nie ma się za bardzo czym pochwalić, będzie więc musiał składać ambitne obietnice. Zapowiedzi z chwili zgłoszenia chęci walki o reelekcję, iż kapitan nie opuszcza okrętu w trakcie sztormu nie wystarczą.

Jednak największym atutem Sarkozy’ego jest sam Francois Hollande. Cytując eurosceptycznego euro deputowanego z Wielkiej Brytanii Nigela Farage’a, Hollande ma „charyzmę mokrej ścierki i wygląd niskiego rangą urzędnika bankowego”. Czego jak czego, ale charyzmu Sarkozy’emu odmówić nie można. Hollande będzie musiał pokazać w trakcie kampanii, iż posiada cojones. W innym przypadku Sarkozy spróbuje stłamsić kandydata socjalistów.

Nie przywiązałbym natomiast większej roli do wsparcia udzielonego Sarkozy’emu przez Angelę Merkel. O wyborze prezydenta zdecydują sprawy wewnętrzne. Warto jednak zapamiętać ten moment, gdyż dotychczas układ Merkozy był raczej tworem powstałym z przymusu, a tandem Nicolas i Angela nie pałał do siebie szczególną sympatią. Nie wnikając w osobiste relacje prezydenta Francji i kanclerz Niemiec należy zauważyć, że nagła sympatia Merkel do Sarkozy’ego wynika z pomysłów Hollande’a. Zamierza on wycofać poparcie Paryża dla paktu fiskalnego, rzekomo ratującego strefę euro, a skrojonego przez Berlin.

Kalendarz wyborczy

Pierwsza tura wyborów odbędzie się w niedzielę 22 kwietnia, dogrywka 6 maja. Kampania potrwa więc 10 tygodni i należy spodziewać się zażartej walki Sarkozy’ego o odwrócenie niepomyślnych dla niego sondaży. Chociaż znużenie urzędującym prezydentem jest duże, a przewaga Hollande’a do tej pory nie podległa dyskusji, nie wykluczałbym ostatecznego zwycięstwa Sarkozy’ego. Bezbarwnego Hollande’a czekają trudne chwile i czas pokaże, czy będzie on w stanie wytrzymać presję, nie popełnić istotnych błędów i obronić posiadaną przewagę.

Piotr Wołejko

niedziela, 12 lutego 2012

Ostatni raz pisałem o filmie w 2007 roku (Bunt. Sprawa Litwinienki), co dobitnie pokazuje, iż nie jestem krytykiem filmowym, a Dyplomacja to nie blog kinomana. Kiedy jednak polityka przeplata się z kinematografią, jak w Idach marcowych, warto napisać o tym kilka słów. Idy pokazują politykę od środka, dają wgląd w kuchnię polityczną. Konkretnie w amerykańską kuchnię wyborczą.

grafikaGłównym bohaterem filmu wyreżyserowanego przez Georga Clooney'a jest wiceszef kampanii demokratycznego kandydata do partyjnej nominacji prezydenckiej Stephen Myers, którego postać brawurowo gra Ryan Gosling. Aktor ten zupełnie nie przypadł mi do gustu w fatalnym filmie "Drive", jednak teraz już wiem, że była to wina beznadziejnego scenariusza i jeszcze gorszej pracy reżysera. Gosling jest świetny. Wracając do Id marcowych, Stephen to zdolny i ambitny młody wilk, wybitny strateg i PRowiec, który prezentuje dość idealistyczne podejście do polityki. Wielokrotnie podkreśla, że nie mógłby promować kogoś ani czegoś, w co/kogo nie wierzy. Jak można się spodziewać, jego podejście zostanie wystawione na ciężką próbę.

Kandydat, na chwałę którego pracuje Stephen (oraz jego przełożony Paul - całkiem dobry Philip Seymour Hoffman) to gubernator Mike Morris (w tej roli Clooney), postać daleka od kryształowej. Stephen z biegiem czasu odkrywa kolejne tajemnice Morrisa, które stara się jak najlepiej tuszować przed opinią publiczną. Błyskotliwa kariera Stephena staje jednak pod znakiem zapytania w chwili, gdy decyduje się on na spotkanie z Duffym, szefem sztabu rywala Morrisa w walce o demokratyczną nominację. Przeciwnik proponuje Stephenowi opuszczenie Morrisa i przejście na stronę przeciwnika, czyli po prostu zdradę. Spotkanie okazało się pułapką, w efekcie której Stephen zostaje wyrzucony ze sztabu Morrisa, a następnie wystawiony do wiatru przez sprytnego sztabowca Duffy'ego.

W międzyczasie reżyser Clooney przypomina "operację chaos", czyli sprytny chwyt republikanów sprzed 4 lat, polegający na udziale wyborców republikańskich w demokratycznych prawyborach w stanach, gdzie głosować mogli nie tylko sympatycy demokratów, lecz wszyscy chętni wyborcy. Operacja miała na celu przedłużenie demokratycznych prawyborów i wykrwawianie się Obamy i Clinton aż do prawyborów w ostatnich stanach. W Idach marcowych mamy do czynienia z prawyborami w kluczowym stanie Ohio, który wielokrotnie rozstrzygał o wyniku ostatecznej, listopadowej elekcji. W wyniku operacji chaos kandydat Stephena - Mike Morris - może stracić Ohio na rzecz przeciwnika. Jeśli jednak zdobędzie poparcie senatora Thompsona, który odpadł już z wyścigu, lecz posiada ponad 300 "zaklepanych" delegatów, porażka w Ohio okaże się bez znaczenia. Problem w tym, że rywal Morrisa zaproponował Thompsonowi tekę sekretarza stanu, a Morris odmawia jakichkolwiek negocjacji z Thompsonem. Po ludzku go nie znosi.

Uczucia ani poglądy polityczne nie są jednak najważniejsze, gdy w grę wchodzi władza. Morris ostatecznie zawiera układ z Thompsonem proponując mu wiceprezydenturę (a wiceprezydent ma spore szanse na przejęcie schedy po swoim przełożonym). W międzyczasie wyautowany z kampanii Stephen powraca odradzając się jak feniks z popiołów. Używając szantażu zmusza Morrisa do przywrócenia go do sztabu, do tego jako szefa całego biznesu. Czym szantażuje Morrisa? Samobójstwo popełnia młoda stażystka w sztabie gubernatora, która - o czym Stephen dowiedział się wcześniej - zaszła w ciążę z Morrisem. Stephen zachęcił ją do dokonania aborcji i cichego odejścia ze sztabu, lecz przybita młoda kobieta nie poradziła sobie z trudną sytuacją.

Trupy z szafy, czyli przeszłość kandydata i jego wcześniejsze wypowiedzi czy stanowiska to tylko jeden z elementów kuchni politycznej pokazanej w Idach marcowych w pełnej krasie. Warto przyjrzeć się relacjom polityków oraz ich spindoktorów z mediami. Określenie "czysta patologia" od razu ciśnie się na usta. Politycy szantażują się na wzajem, a wszyscy są szantażowani przez media. Przecieki i ploteczki rozsiewane przez żądnych władzy polityków rujnują kariery i niszczą życie wszystkich, którzy zdają się stać na ich drodze.

Amerykańska demokracja uchodzi za jedną z najbardziej doskonałych. Jest to jednak piękna fasada, za którą stoją nieograniczona ambicja i żądza władzy oraz gotowość do poświęcenia wszystkiego w pogoni za nią. Polityką żądzą pieniądze, a te spływają od grup interesów i zamożnych sponsorów, a wszyscy darczyńcy wystawiają politykom słone rachunki. Trwająca właśnie w Stanach Zjednoczonych kampania wyborcza po raz kolejny pobije rekordy w ilości wydanych pieniędzy oraz brutalności spotów telewizyjnych.

Teraz mogą finansować je nie tylko sztaby konkretnych kandydatów, lecz tzw. Super PACs, czyli teoretycznie niezależne komitety polityczne. Mogą one (i najczęściej tak się dzieje) utrzymywać nieoficjalne więzi ze sztabami i komitetami kandydatów, jednak nie muszą ujawniać, za kim stoją. Brak wymogu autoryzacji spotów wyborczych przez kandydatów oznacza eldorado dla telewizji, które zarobią krocie oraz osiąganie kolejnych szczytów agresji i chamstwa. Przełamane zostaną kolejne bariery, a ludzie tacy jak Stephen, Paul czy Duffy zadbają o to, by na rywali ich klientów wylane zostały kubły pomyj.

Idy marcowe to film, po którym wychodzi się z kina z niesmakiem. Jest to niesmak wynikający nie ze słabości obrazu, lecz z celnego uchwycenia rzeczywistości. Przykro dowiedzieć się (lub podtrzymać w przekonaniu), że w polityce cynizm nie zna granic i nie można nic na to poradzić. Mądrość ta znajduje odbicie w transformacji Stephena ze zdolnego naiwnego idealisty w brutalnego bezideowego gracza. Otwarta końcówka filmu pozostawia nadzieję, że Stephen nie poddał się regułom gry, ale czy można w to wierzyć?

Piotr Wołejko

 

grafika: students.pl

wtorek, 17 stycznia 2012

Stany Zjednoczone, Francja, Rosja, Meksyk. W tych krajach odbędą się w tym roku wybory prezydenckie. Na Tajwanie już się odbyły, natomiast w kontynentalnych Chinach rozpocznie się proces wymiany kierownictwa, który dobiegnie końca na początku 2013 roku. Tak ważne wydarzenia jak wybór przywódców w czterech z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz dynamicznie rozwijającym się Meksyku (tuż za pierwszą dziesiątką największych gospodarek świata) muszą znaleźć swoje miejsce na Dyplomacji.

Prawybory w USA, a później także kampanię wyborczą, relacjonuje Michał Kolanko z bloga spinroom.pl, a wcześniej członek ekipy USA2008.blox.pl. Wkrótce kolejny odcinek z jego cyklu Wyścig o Biały Dom 2012. Ja zajmę się dzisiaj Meksykiem, gdzie 1 lipca br., wraz z wyborami prezydenckimi odbędą się także wybory do Izby Deputowanych i Senatu.

Kampania i wybory w 2006 roku

Dobiega końca 6-letnia kadencja prezydencka Felipe Calderona z Partii Akcji Narodowej (PAN), który przejął stery władzy z rąk Vicente Foxa (również PAN) w drugiej połowie 2006 roku. Calderon wygrał bardzo równy wyścig o prezydenturę z Andresem Manuelem Lopezem Obradorem z Partii Rewolucji Demokratycznej (PRD), zdobywając zaledwie o 0,5% więcej głosów. Obrador przez wiele miesięcy kontestował rezultat elekcji mówiąc, że został on sfałszowany. Pokonany kandydat przez miesiące zazwyczaj prowadził w sondażach, a dopiero na tygodnie przed wyborami poparcie dla Calderona się ustabilizowało i zaczął wyprzedzać Obradora w niektórych badaniach.

Tak szczegółowo wspominam o sondażach przedwyborczych, gdyż wyrównana walka do końca może się powtórzyć. Oficjalna kampania wyborcza może ruszyć dopiero na przełomie lutego i marca, a do tego czasu prowadzący w badaniach opinii publicznej kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI) może stracić swoją ogromną przewagę. Na dziś Enrique Pena Nieto, 45-letni prawnik reprezentujący barwy PRI (wywodzący się z PRI prezydenci rządzili w latach 1928-2000) może liczyć na czterdzieści-kilka do 50% głosów. Drugie miejsce w sondażach zajmuje kandydat z partii Calderona (PAN), przy czym na czele wyścigu o nominację jest Josefina Vazquez Mota, w latach 2006-2009 sekretarz edukacji w rządzie Calderona. Trzeci jest wielki przegrany poprzednich wyborów, Andres Manuel Lopez Obrador (PRD).

Troje rywali w walce o prezydenturę

Nie powinniśmy się przyzwyczajać do kolejności kandydatów ani wysokości poparcia w sondażach, gdyż historia uczy, że wszystko może ulec zmianie. Na dziś wydaje się, że Enrique Pena Nieto z PRI jest murowanym zwycięzcą. Sześć lat temu to samo dotyczyło Lopeza Obradora (PRD). Najważniejsze pytanie dotyczy tego, czy wyborcy nie są już znudzeni 12 latami rządów PAN (mam na myśli prezydenta, gdyż w parlamencie z większością bywało różnie, aktualnie w Izbie Deputowanych najwięcej deputowanych ma PRI, w Senacie PAN). Jeśli odpowiedź jest przecząca, pojawia się kwestia gotowości wyboru pierwszej kobiety-prezydenta.

grafika

Od lewej: Andres Manuel Lopez Obrador (PRD), Enrique Pena Nieto (PRI) oraz Josefina Vazquez Mota (PAN); źródło: laprimeraplana.com.mx

Przedbiegi do kampanii pokazują, że największym wrogiem faworyta z PRI może być on sam. Dał się już poznać jako ignorant w kwestii książek, myląc tytuł książki największego z żyjących meksykańskich pisarzy, Carlosa Fuentesa. W odpowiedzi Fuentes, murowany kandydat do literackiego Nobla, odpowiedział, że „ten dżentelmen ma prawo mnie nie czytać, natomiast nie prawa wygrać wyborów prezydenckich w oparciu o ignorancję”. Pena Neto nie potrafił też podać ceny tak podstawowego produktu jak tortilla, pokazując zupełne oderwanie od problemów większości obywateli Meksyku. Później tłumaczył, że „nie jest panią domu”. Seksistowska wypowiedź pogorszyła tylko sprawę.

Kandydatka Partii Akcji Narodowej prezydenta Calderona może odpowiedzieć za średnio udaną wojnę z kartelami narkotykowymi, którą od początku urzędowania prowadzi Calderon. W jej wyniku zginęło już ponad 40 tys. ludzi, w dużej mierze niezaangażowanych w walkę po żadnej ze stron. Josefina Vazquez Mota jest bizneswoman z dużym, 9-letnim doświadczeniem w rządzie. Kompetencji jej więc nie brakuje. Jako kobieta może zebrać głosy innych kobiet, niezależnie od ich poglądów politycznych.

Ciekawym kandydatem jest również Lopez Obrador, który objeżdża kraj wzdłuż i wszerz ugruntowując swoje poparcie i licząc na zdobycie nowych wyborców. Sześć lat temu zebrał ponad 13,5 miliona głosów, niespełna pół miliona mniej od zwycięskiego Calderona. Interesującym ruchem ze strony reprezentanta PRD jest przedstawienie kandydatów do ewentualnego rządu. Będzie on też przedstawiał PAN i PRI jako dwie strony tej samej monety zapewniając, że tylko jego wybór na stanowisko prezydenta zapewni rzeczywistą zmianę.

Scenariusz na najbliższe sześć miesięcy

Jakie będą główne tematy kampanii? Na pewno jednym z nich będzie wspomniana wojna z narkobiznesem – kosztowna, długotrwała, krwawa i nie zakończona, jak na razie, sukcesem. Lopez Obrador będzie wzywał do jej zakończenia i zaprowadzenia pokoju wewnętrznego. Innym tematem poruszanym w kampanii będzie państwowy gigant naftowy PEMEX. Kandydaci PAN i PRI otwarcie rozważają dopuszczenie prywatnego kapitału do firmy, a nawet jej częściową prywatyzację na wzór brazylijskiego Petrobrasu. Wymaga to zmian w prawie, które zabrania dziś zagranicznym firmom udziału w wydobyciu ropy naftowej. Tymczasem PEMEX, który w 2008 roku zapewniał blisko 40% dochodów budżetu państwa (oddając prawie 80% z każdego zarobionego peso fiskusowi) boryka się z problemem spadającego wydobycia, niedoinwestowania i braku technologii [więcej we wpisie z 15 kwietnia 2008 r.].

Podczas kampanii ważna powinna być także kwestia rosnących nierówności społecznych. Wzrost cen żywności (w tym tak ważnej dla Meksykan kukurydzy) w połączeniu z załamaniem gospodarczym w USA sprawił, że wielu meksykańskim rodzinom żyje się dzisiaj gorzej niż trzy lata temu. Trudno natomiast spodziewać się tego, by polityka zagraniczna odegrała istotną rolę w zbliżających się wyborach. W zasadzie jedyny przewidywalny aspekt tego zagadnienia to spór o meksykańskich (głównie nielegalnych) imigrantów w USA. Może on przybrać ostrzejszy wymiar z powodu kampanii prezydenckiej w USA, gdzie kwestie imigracji oraz głosów latynoskiej mniejszości będą bardzo ważne. Kandydaci w wyborach prezydenckich w Meksyku poczują konieczność obrony praw i dobrego imienia swoich rodaków.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 19 grudnia 2011

W dniu dzisiejszym media żyły jedną informacją ze świata - śmiercią północnokoreańskiego dyktatora Kim Dzong Ila, który zmarł w sobotę ok. trzydziestu minut po północy czasu polskiego. Od razu postawiono w gotowość armię w sąsiedniej Republice Korei, a Japonia i Seul są na gorącej linii z Waszyngtonem. Pyongyang tymczasem przeprowadził test rakiety krótkiego zasięgu, która spadła do morza. Podobno był on planowany wcześniej, jednak taka wymówka zazwyczaj towarzyszy wszelkiego rodzaju wydarzeniom o charakterze militarnym. Czego więc możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Gułag z głowicami atomowymi

Korea Północna słynie z tego, że jest nieprzewidywalna i zdolna praktycznie do wszystkiego. W ostatnim czasie Pyongyang m.in. zatopił południowokoreańską fregatę, a także ostrzelał wyspę należącą do swego sąsiada. Przeprowadzał także testy rakiet krótkiego i dalekiego zasięgu, a część z nich przelatywała bądź spadała w pobliżu Japonii. Wydarzenia te można zrzucić na karb przygotowywanej już wówczas sukcesji władzy, która zgodnie ze świecką tradycją komunistycznego reżimu spłynie z ojca na syna. Dla niezorientowanych ważna informacja - Koreą Północną będzie rządziło trzecie pokolenie dynastii Kimów. Mamy więc do czynienia z osobliwą formą ustrojową - monarchią totalitarną.

Mało kto zwracałby uwagę na gułag zwany Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną, gdyby nie posiadał on kilku głowic jądrowych. Wokół nich od lat toczą się dyplomatyczne rozgrywki w ramach tzw. rokowań sześciostronnych (z  udziałem obu Korei, Japonii, Rosji, Chin i USA), nie przynosząc żadnych rezultatów. Rodzina Kimów reprezentująca system władzy w Pyongyangu słusznie uważa, iż ostateczną gwarancją bezpieczeństwa jest posiadanie broni atomowej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaatakuje kraju, który posiada broń A oraz środki do jej przenoszenia. O ile Korei Północnej daleko do kraju mlekiem i miodem płynącego, to na rozwój technologii atomowych oraz rakietowych pieniądze zawsze się znajdowały. Gorzej z obywatelami KRLD, którzy żyją w permanentnym strachu (terrorze) i głodzie, utrzymywani przez zagranicznych donatorów i Chiny.

Reżim musi trwać

I to właśnie na Pekin należy patrzeć, jeśli myśli się o złagodzeniu kursu północnokoreańskiego reżimu. Tylko Chińczycy, a i to bez zbytniej przesady (relacja patron-klient, polecam szersze wyjaśnienia opublikowane na Dyplomacji w maju 2010 r.), mogą wpłynąć na poczynania władz w Pyongyangu. A władze te, których uosobieniem i reprezentantem (twarzą, mówiąc wprost) jest rodzina/klan Kimów, nie są chętne do przeprowadzania zmian. Obecny układ może nie jest idealny, lecz pozwala na przetrwanie, co pokazują kolejne dekady trwania Korei Północnej, bo o żadnym rozwoju (poza bronią A i rakietami) nie można w tym przypadku mówić.

grafikaźródło: tokfm.pl (kliknij w obrazek, by przeczytać artykuł o rodzinie Kimów)

System władzy to powiązania rodzinne klanu Kimów splecione z wierchuszką sił zbrojnych oraz siłami bezpieczeństwa. Jest to na pewno skomplikowana układanka, jednak stwierdzenie o rządach wojskowo-bezpieczniackiej junty można uznać za bezpieczne (dla jego autora). Ograniczone zasoby dzieli między siebie wąskie grono najwyższych dostojników wojskowych, bezpieczniackich i partyjnych. Im niżej, tym mniejszy strumień dóbr i pieniędzy. Najczęściej jednak ci, którzy są niżej, nie mają większego pojęcia o tym, że mogłoby im być lepiej. Cieszą się tym, co mają. A gdy awansują, stają się lojalnymi obrońcami skostniałego systemu.

Czego można się spodziewać?

Konkludując rozważania, nie spodziewałbym się zmian od wewnątrz, gdyż nikomu na nich nie zależy. Najważniejsi gracze w reżimowej układance mają się jak pączki w maśle. Społeczeństwo jest zindoktrynowane, sterroryzowane i zagłodzone. Nie w głowie mu bunty i rewolucje. Nadzieja na zmiany, jakkolwiek złudna, tkwi w fatalnym stanie gospodarki. Niestety twierdzenie, iż musi ona kiedyś upaść ciągle okazuje się fałszywe. Można tutaj patrzeć wymownie na Chiny, którym bardzo na rękę jest utrzymanie status quo na Półwyspie Koreańskim. Pekin nie chce, by na zmianach na Północy skorzystała Korea Południowa ani Stany Zjednoczone. Lepsze wydaje się utrzymywanie reżimu rodziny Kimów, który od teraz firmuje swoją twarzą najmłodszy syn Ukochanego Przywódcy, Kim Dzong Un, zwany już Wielkim Następcą.

W sferze międzynarodowej utrzyma się podwyższone napięcie w regionie. Tym bardziej, że w najbliższych miesiącach dojdzie także do zmiany na szczytach władzy w Pekinie. Tandem Hu Jintao - Wen Jiabao ustąpi po dwóch kadencjach, a ich miejsce zajmie nowe pokolenie chińskich przywódców. Jakie będą ich poglądy na sprawę koreańską i stosunki z Koreą Północną, przydatnym narzędziem, a zarazem kłopotliwym sąsiadem?

Nie wykluczałbym prowokacji militarnych o ograniczonym zasięgu autorstwa Korei Północnej. Wielki Następca może zechcieć pokazać swoją twardość i zagrać tym w rozgrywkach wewnętrznych. Powszechnie mówi się bowiem, iż z racji swego młodego wieku (mimo to jest już czterogwiazdkowym generałem) i braku doświadczenia będzie on pod swego rodzaju kuratelą najbliższej rodziny lub dowódców wojskowych. Jeśli zechce się usamodzielnić, najłatwiej będzie uczynić to poprzez pokaz siły wojskowej, najpewniej wymierzonej w południowego sąsiada.

Piotr Wołejko

środa, 14 grudnia 2011

Iowa to stan który co najmniej od lat 70. jest kluczowym punktem na politycznej mapie Stanów Zjednoczonych. Ale mimo tego, że w tym cyklu wyborczym uwaga mediów i opinii publicznej skierowana jest tylko na GOP, nadal nie ma pewności kto wygra 3 stycznia 2012 r.

W zasadzie tylko jedno jest pewne – któryś z obecnych kandydatów 3 stycznia będzie zwycięzcą. Pół żartem, pół serio można powiedzieć że reguły caucuses uniemożliwiają remis. Na ten moment sytuacja jest bardziej niż skomplikowana. Tak jak pisałem w poprzednim tekście na łamach Dyplomacji, Mitt Romney zyskał wreszcie godnego siebie rywala, Newta Gingricha, byłego spikera Izby Reprezentantów - polityka z wieloletnim doświadczeniem, wieloma wadami, ale też wieloma istotnymi zaletami.

grafikaNewt Gingrich, Ron Paul, Mitt Romney [źródło: Getty Images (degreesofmoderation.blogspot.com)]

Gingrich zyskał w ostatnim miesiącu we wszystkich stanach, a w Iowa stał się faworytem sondaży. Romney miał zawsze problem z Iowa i jest sztab przez wiele miesięcy nie chciał angażować tam sił i środków, ale w końcu postanowił jednak grać w tym stanie o zwycięstwo. Gingrich szybko wysforował się na czoło sondaży w tym stanie, mimo jego licznych stwierdzeń i zachowań odbiegających od konserwatywnej ortodoksji. Dla chrześcijańskich aktywistów jego rozwody, niewierność małżeńska okazują się jednak łatwiejsze do „przełknięcia” niż Romney z całym jego bagażem flip-flopów na temat aborcji.

Ale i Gingrich ma się kogo obowiać. W najnowszym sondażu Public Policy Polling gwałtownie traci poparcie na rzecz… Rona Paula. To właśnie Paul może okazać się niespodziewanym zwycięzcą kampanii w Iowa. Ma znakomitą strategię, dobrą organizację, bardzo oddanych zwolenników i wolontariuszy, no i prowadzi brutalną kampanię telewizyjną przeciwko Gingrichowi. Wystarczy spojrzeć na jego ostatni spot negatywny w Iowa, „Selling Access”, w którym Gingrich oskarżany jest o wszystko co najgorsze – w tym spocie odmalowano go jako lobbystę, hipokrytę, waszyngtońskiego politykiera i kłamcę w jednym. Ron Paul nie jest w tym roku ciekawostką jak 2008 roku. W Iowa gra żeby wygrać.

Paul jest też najlepszym sojusznikiem Romneya. Jeśli Paul wygra w Iowa, to zastopuje impet (momentum) Gingricha. W New Hampshire Romney jest pewniakiem. Później czek nas Płd. Karolina i Floryda. W sytuacji, w której Gingrich traci blask gwiazdy, te stany mogą trafić do każdego.

Jeśli jednak Gingrich wygra w Iowa, to dostanie wiatr w żagle. Może zbliżyć się do Romneya w New Hampshire i wygrać w Płd. Karolinie i na Florydzie. Wtedy wyścig zmieni się w długotrwałą wojnę na wyczerpanie. Ale do Iowa zostały jeszcze ponad dwa tygodnie. W obecnym środowisku medialnym jedno wydarzenie, nawet jeden dobry spot mogą zmienić bardzo dużo.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - bloger (blog Spinroom) i komentator, członek zespołu USA 2008, specjalizuje się w tematyce wykorzystania nowych technologii w polityce, głównie amerykańskiej, lecz nie tylko. 


Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook