Wpisy z tagiem: Izrael

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Po raz 14. od wybuchu rewolucji przeciwko Hosniemu Mubarakowi nieznani sprawcy wysadzili w powietrze gazociąg z Egiptu do Izraela przebiegający przez Półwysep Synaj. Kair jak na razie nie potrafi, a może i nie specjalnie nie chce, zapewnić rurociągowi odpowiedniej ochrony, a Izrael musi szukać gazu z innych źródeł.

Odpowiedzialność za niszczenie infrastruktury energetycznej spada na zamieszkujących Synaj Beduinów. W porewolucyjnej rzeczywistości zaczęli się domagać poszanowania ich praw, przede wszystkim własności ziemi, na której reżim wznosił ekskluzywne kurorty turystyczne. Sprzeciwiają się też dyskryminacji w państwie egipskim. Jednak wybryki Beduinów to tylko część odpowiedzi na pytanie, co dzieje się na Synaju. A dzieje się wiele i nie są to wydarzenia, które powinny wzbudzać naszą radość.

Na mocy traktatu pokojowego między Izraelem a Egiptem z 1979 roku Półwysep Synaj został w dużej mierze zdemilitaryzowany. Podzielono go na kilka stref, w których egipskie siły bezpieczeństwa mogą przebywać za zgodą Izraela. Do tego ograniczono ich liczebność. Izrael asekurował się, co było uzasadnione, na ewentualność ataku ze strony Egiptu. Dziś tamte ustalenia mszczą się zarówno na Izraelu, jak i na Egipcie. Synaj stał się krainą bezprawia, w której panoszą się nie tylko roszczeniowo nastawieni Beduini, lecz również terroryści z Al-Kaidy (i zapewne innych podobnych jej ugrupowań). Sytuacji nie poprawia fakt, iż porewolucyjny Egipt został niemalże zalany bronią, przemycaną z Libii oraz Sudanu. Premier Egiptu mówi o nawet 10 milionach sztuk nielegalnej broni. To prawdziwie wstrząsająca liczba.

grafika

źródło: sabbah.biz

Nic dziwnego, że w Kairze coraz głośniej mówi się o konieczności renegocjacji traktatu pokojowego z Izraelem. W innym wypadku uporządkowanie sytuacji na Synaju wydaje się zadaniem niemożliwym do wykonania. Izrael zgodził się co prawda na zwiększenie liczebności egipskich sił bezpieczeństwa, lecz mowa tutaj o setkach, a nie tysiącach potrzebnych żołnierzy i funkcjonariuszy. Izrael obawia się jednak, iż zgoda na renegocjacje traktatu położy fundament pod jego wypowiedzenie. W Izraelu bardzo ostrożnie patrzą na rosnące w siłę Bractwo Muzułmańskie. Nie brakuje głosów, iż Bractwo doprowadzi do zerwania traktatu, a kolejne udane próby wysadzenia w powietrze gazociągu nie stanowią dla polityków Bractwa powodu do zmartwienia.

Dlatego też Izrael, jak to ma w zwyczaju, zagroził Egipcjanom przeprowadzeniem odwetowych uderzeń militarnych na cele na Półwyspie Synaj. Groźby pojawiły się po tym, gdy z terytorium Egiptu wystrzelono w kierunku Izraela kilka rakiet. Izrael w żadnej mierze nie może pogodzić się z sytuacją, gdy jego terytorium będzie ostrzeliwane zarówno z północy, przez Hezbollah, jak i z południa, przez palestyński Hamas oraz bliżej nieokreślone grupy z egipskiego Synaju. Obecne ostrzeżenia Izraela traktowałbym poważnie, natomiast Jerozolima/Tel Awiw pozostawi Egipcjanom trochę czasu na załatwienie problemu własnymi siłami. Mimo ostrożności w podejściu do Bractwa, Izrael bardzo ceni sobie pokój z Egiptem i nie będzie podejmował radykalnych kroków, do jakich z pewnością należałoby zaliczyć przeprowadzenie ataku na cele w Egipcie.

Wszystko to pokazuje jednak, że sytuacja na Bliskim Wschodzie coraz bardziej się zagęszcza, a - przewidywane już w chwili trwania rewolucji - pogorszenie sytuacji geopolitycznej Izraela staje się faktem. Zadziwiające jest to, że Izrael, zamiast skupić się na problemach z Egiptem, próbuje wplątać region i wiele państw świata w awanturę z Iranem. Wygląda to na lekceważenie aktualnych problemów w bezpośrednim sąsiedztwie kosztem zajęcia się ewentualnymi przyszłymi problemami w sąsiedztwie dość odległym. Skupianie zasobów na niewłaściwym problemie nie stawia izraelskiego rządu w dobrym świetle.

Piotr Wołejko

sobota, 31 grudnia 2011

Forma bez treści. Tak wyglądają od blisko dekady wszelkie inicjatywy pokojowe na Bliskim Wschodzie. Czy można mówić o jakimkolwiek progresie, gdy nierozwiązane pozostają podstawowe problemy (granice, kwestie wody, prawo uchodźców do powrotu, status Jerozolimy), a jednocześnie tworzą się nowe, wraz z rozbudową kolejnych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu? Palestyńczycy są na etapie budowania porozumienia narodowego między umiarkowanym Fatahem prezydenta Abbasa, a radykalnym Hamasem, uznawanym przez Stany Zjednoczone, Izrael i Unię Europejską za organizację terrorystyczną. Izraelczycy z kolei mają stabilną koalicję, która nie chce pokoju, bo rządzi dzięki poparciu elektoratu niezainteresowanego porozumieniem.

grafikaProszę wyobrazić sobie taką sytuację – w  europejsko-amerykańskiej restauracji siedzi Izraelczyk i Palestyńczyk. Obaj – zgodnie – przed wspólną kolacją są optymistami co do jej przebiegu. Opowiadają o swojej otwartości do zapłacenia rachunku, a – w najgorszym przypadku – do podzielania się kosztami. Na koniec, gdy już kolacja została skonsumowana – przez minutę trwa kurtuazyjny cyrk pt. „ja zapłacę”, „nie, może jednak ja”, „ależ nalegam”. Tymczasem jednak żaden z rozmówców nie chce w rzeczywistości płacić i nagle okazuje się, że ... nikt tego rachunku zapłacić nie zamierza – rozpoczyna się awantura. Kto pokryje rachunek? Unia Europejska, Stany Zjednoczone. Po powrocie do domów Izraelczyk i Palestyńczyk opowiadają o tym, że oni chcieli zapłacić większość rachunku, ale ta skąpa druga strona.... Jak się nie bierze portfela na kolację to trudno liczyć na to, że uda się za nią zapłacić.

Nie będzie pokoju bez ustępstw

Czasami najprostsze konstrukcje najlepiej oddają rzeczywistość. Tutaj posłużmy się dwoma banałami. Po pierwsze, aby dojść do porozumienia, wszystkie strony muszą tego chcieć, a po drugie, zawarcie pokoju będzie wymagało niezwykłej odwagi od negocjatorów, ponieważ – niezależnie od okoliczności – będzie to decyzja niepopularna w społeczeństwa, którą opozycja będzie nazywać zdradą narodową (skąd my to znamy?).

Z wolą „deklarowaną” jest całkiem nieźle. Premier Benjamin Netanjahu, a nawet minister Avigdor Lieberman zapewniają, że Izrael chciałby rozmawiać, ale .... nie ma z kim. Nie sposób odmówić im racji w tym miejscu, gdyż podział na Fatah rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu i Hamas panujący w Strefie Gazy uniemożliwia rozmowy, ponieważ strona palestyńska nie jest dostatecznie legitymowana.  Palestyńczycy próbują rozwiązać ten problem przeprowadzając rozmowy „koalicyjne”, ale tutaj znowu wkraczają Izraelczycy mówiąc, że nie zaakceptują pojednania i z rządem wspieranym przez terrorystów negocjować nie będą. I tak w kółko.  Najdobitniej oświadczył to premier Netanjahu zauważając, że Abbas ma do wyboru – albo negocjować z Izraelem albo z Hamasem. Hamas mógłby wejść do gry robiąc trzy rzeczy – (1)  oficjalnie akceptując pozycje negocjacyjną jako granice z roku 1967 (to też stanowisko Fatahu), (2) wstrzymując atak na Izrael, (3) dokonując rewizji Karty Hamasu określającej w dość jednoznaczny sposób postulowany los Izraelczyków.  Spełnienie pierwszych dwóch warunków zapowiedział lider Hamasu, Chaled Meszal. Oznacza to, że Hamas próbuje przejść na pozycję umiarkowaną. Czy Hamas dorośnie do kroku numer trzy czy cofnie się w rozwoju? Odpowie nam na to rok 2012.

Niezbyt rokuje również rząd izraelski, zbudowany na prawicowych i skrajnie prawicowych fundamentów (religijna partia Szas, Nasz Dom Izrael), które nie wyobrażają sobie tego, że Jerozolimą trzeba będzie się podzielić (czego naturalnie nie chce żadna ze stron), a – co najmniej większość – izraelskich osadników będzie się musiała wyprowadzić z Zachodniego Brzegu Jordanu. Netanjahu, bohater osadników, nie tylko nie wstrzymał budowy nowych osiedli, ale jeszcze ją przyspieszył. Pokoju nie będzie, ale Likud może być spokojny o swój wynik wyborczy.

Jedna i druga strona są nieskłonne do oficjalnych ustępstw, bo zapłaciłyby za to słono w polityce wewnętrznej. Zwłaszcza premierowi Netanjahu brakuje odwagi Ariela Szarona. To jak na polskiej scenie politycznej podczas ostatniej kampanii – my mieliśmy debaty na temat debat, a na Bliskim Wschodzie mają negocjacje na temat negocjacji. Kto i co musi zrobić, aby rozpoczęły się rozmowy. Pokój jest tylko dla odważnych, a tych brakuje.

Co może zmienić sytuację na Bliskim Wschodzie?

Diagnoza jest więc brutalna – jeżeli nie dojdzie do zmian w postawie jednej i drugiej strony – pokoju nie będzie. Wzajemne zrozumienie, podobnie jak zaufanie, jest obecnie zerowe.

Co jednak mogło by zmienić rozgrywkę?

  1. odważna polityka Baracka Obamy wobec Izraela – albo zaczniecie poważnie rozmawiać, albo będziemy obcinać fundusze – bardzo mało prawdopodobne ze względu na Republikanów wspierających jeszcze mocniej Izrael oraz przyszłoroczne wybory prezydenckie
  2. analogiczna groźba UE, Stanów Zjednoczonych i sponsorów arabskich wobec Palestyńczyków – ten punkt w przypadku dojścia do skutku punktu numer 1;
  3. zmiana koalicji w Izraelu – Kadima wchodzi na miejsce Szasu i Naszego Domu Izrael;
  4. Hamas wyrzekający się terroryzmu i zmieniający swoją Kartę;
  5. uświadomienie sobie przez Izrael, że środowisko międzynarodowe zmienia się na jego niekorzyść – protesty w Syrii, Egipt, zdecydowana Turcja.

Nawet przy spełnieniu wszystkich tych warunków ciężko zagwarantować pokój. Na pewno jednak byłyby katalizatorem zmartwychwstania procesu pokojowego.

Tymczasem najlepsze życzenia dla Piotra z okazji 5-lecia jego bloga Dyplomacja!

Patryk Gorgol

 

Bloger i publicysta piszący o sprawach międzynarodowych, student prawa i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, prezes Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Autor bloga Kącik Dyplomatyczny.

 

grafika: ethicalcomment.wordpress.com

piątek, 23 września 2011

grafikaDziś w godzinach popołudniowych lider Organizacji Wyzwolenia Palestyny i prezydent Palestinian Authority Mahmud Abbas złożył na ręce Sekretarza Generalnego ONZ Ban Ki-Muna wniosek o przyjęcie Palestyny do grona członków ONZ. Wnioskiem, zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych zajmie się Rada Bezpieczeństwa. W tej chwili, podobnie jak podczas ostatnich tygodni, trwają gorączkowe dyskusje dyplomatów. Stany Zjednoczone robią co w ich mocy, żeby wniosek nie przeszedł, grożąc w ostateczności użyciem prawa weta. Poniżej mój komentarz do przedmiotowej sprawy, który ukazał się w środę w ramach Stanowiska Pułaskiego na stronie www Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego:

Pokój w Ziemi Świętej od dekad stanowi coś na kształt Świętego Graala – jest nieosiągalnym trofeum, o którym dużo się mówi. Robi się jeszcze więcej, jednak niewiele z tej ciężkiej pracy wynika. Od czasu porozumień z Oslo, które podpisali w 1993 roku Mahmud Abbas po stronie palestyńskiej, Szymon Peres po stronie izraelskiej oraz przedstawiciele USA i Rosji, odpowiednio Warren Christopher i Andriej Kozyriew, proces pokojowy stoi w miejscu.

Podejmowano wiele prób dojścia do finału, jakim byłoby powstanie niepodległego Państwa Palestyńskiego (dziś istnieje namiastka państwowości, Autonomia Palestyńska – co stanowi bardzo niefortunne tłumaczenie z angielskiej nazwy Palestinian Authority), m.in. Camp David, kolejne mapy drogowe przygotowywane przez tzw. Bliskowschodni Kwartet (USA, Rosja, UE, ONZ), a także wielokrotne wywieranie presji przez Stany Zjednoczone na strony konfliktu. Wszystko bez rezultatu. Kolejnym aktem sztuki pt. „Powstanie Państwa Palestyńskiego” jestpróba zyskania uznania Palestyny na forum Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych, które rozpoczęło doroczne posiedzenie 21 września. Co prawda przyjęcie państwa do grona ONZ leży w gestii Rady Bezpieczeństwa (a w niej Stany Zjednoczone na pewno zawetowałyby takie rozwiązanie), jednak uznanie przez Zgromadzenie miałoby wymiar symboliczny.

W kościach czuć zmianę
Sytuacja jest patowa, a nadzieje na zmianę raczej umiarkowane. Jedynie Stany Zjednoczone mogłyby wymusić na Izraelu i Palestyńczykach podjęcie poważnej próby dogadania się. Poważnej, gdyż kilka niepoważnych podjęto w ostatnich latach i wszystkie zakończyły się fiaskiem. Tymczasem wiatr historii zdaje się transformować geopolityczny krajobraz regionu. Arabskie rewolucje obalają autorytarne reżimy (Egipt, Tunezja, Libia) bądź sygnalizują poważne kłopoty dyktatorów (Syria, Bahrajn, Jemen). Turcja, grając na zwiększenie własnej roli w regionie i zyskanie poklasku arabskich sąsiadów, wydaliła właśnie izraelskiego ambasadora z Ankary i zerwała z Izraelem stosunki wojskowe i wywiadowcze. W samym Izraelu mamy do czynienia z największą w historii falą protestów wymierzonych w politykę społeczno - gospodarczą prawicowego rządu Beniamina Netanjahu. Krajobraz polityczny Bliskiego Wschodu ulega istotnym zmianom, co wywrze oczywiście wpływ na konflikt izraelsko - palestyński.

Z tego stanu rzeczy zdaje sobie sprawę amerykański prezydent Barack Obama. 19 maja wygłosił on w Departamencie Stanu USA przemówienie, w którym wezwał do zawarcia pokoju pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Porozumienie miałoby opierać się na granicach z 1967 roku, z wzajemnie uzgodnionymi wymianami terytoriów – kwestie bezpieczeństwa, izraelskie osiedla i inne powody sprawiają, że w pewnych miejscach konieczne będą istotne korekty. Wypowiedź Obamy najcelniej ocenił Leslie Gelb, amerykański ekspert ds. międzynarodowych i zdobywca nagrody Pulitzera: „Przemówienie było rozsądnym (…) pragmatycznym oświadczeniem amerykańskich interesów i wartości, a także w realistyczny sposób oceniało to, co Stany Zjednoczone mogą, a czego nie mogą zrobić [by pomóc stronom wyjść z ich trudnej przeszłości – przyp. P.W.]”.

Unia Europejska, co nie dziwi, jest w tej sprawie podzielona. Wsparcie dla niepodległościowych aspiracji Palestyńczyków jest oczywiste, jednak kilka państw (głównie Niemcy) uzależnia decyzje polityczne od osiągnięcia porozumienia z Izraelem. Pytanie, czy Izrael chce porozumienia, gdyż obserwując politykę obecnego gabinetu można odnieść wrażenie, że niekoniecznie. Obecnie, pod przewodnictwem Polski, kraje unijne próbują wypracować stanowisko wobec zbliżającej się palestyńskiej próby sił na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zadanie jest karkołomne i nie zakończy się sukcesem. Unia nie przemówi jednym głosem, podobnie jak w przypadku Kosowa.

Trudna i daleka droga do pokoju
Trudno spodziewać się, by przy nieugiętej postawie rządu Izraela – na który składają się prawicowcy i ultraprawicowcy, w tym partie ultraortodoksyjnych Żydów – udało się posunąć proces pokojowy do przodu. Izraelska demografia, znaczący przyrost populacji w rodzinach religijnych i bardzo religijnych (w tym osadniczych, a osiedla znajdują się najczęściej na terytoriach, które przypadłyby w wyniku pokoju Palestyńczykom), nie wróżą rokowaniom dobrej przyszłości. Izrael przesuwa się na prawo i jest niezbyt skory do kompromisów. Palestyńska próba zyskania uznania Narodów Zjednoczonych pokazuje ich bezsilność i jest bardziej obliczona na wywarcie presji na Izraelu, niż osiągnięcie konkretnego rezultatu. Premier Netanjahu, nie zgadzając się dziś w zasadzie na żadne ustępstwa, ryzykuje brakiem szans na porozumienie jutro i pojutrze. W tym kontekście mniej istotne jest to, na co celnie zwrócił uwagę publicysta CNN i „Time’a” Fareed Zakaria, iż „Netanjahu przeistacza się w kogoś na wzór sowieckiego ministra spraw zagranicznych Andrieja Gromyko, zwanego „Panem Niet”, który zostanie pominięty przez historię”. Najważniejszy jest bowiem fakt, iż utrzymanie obecnego stanu będzie bardzo kosztowne i szkodliwe, przede wszystkim dla Izraela i jego mieszkańców, lecz także dla Stanów Zjednoczonych i całego świata zachodniego.

Wywrzeć nacisk na silniejszego
W kontekście polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, zważywszy na szczególnie bliskie relacje Polski i Izraela, warto byłoby przekazać Izraelowi jasne przesłanie. Moglibyśmy liczyć tutaj także na wsparcie administracji USA. Powinniśmy wyrazić przekonanie, iż nie można dłużej zwlekać z dokończeniem rozpoczętego w 1993 roku w Oslo procesu pokojowego. Zaprzestanie okupacji palestyńskiej ziemi i powstanie niepodległej Palestyny w znaczący sposób odmieni regionalną politykę. Zniknie jeden z punktów zapalnych świata, a także jeden z przykładów „starcia cywilizacji”, wykorzystywanych przez terrorystów występujących pod płaszczykiem islamu.

Piotr Wołejko

piątek, 09 września 2011

Wydalenie izraelskiego ambasadora z Turcji było, zgodnie z zapowiedziami Ankary, tylko pierwszym krokiem podjętym przeciwko Izraelowi w związku z izraelską postawą wobec zeszłorocznego abordażu statków tzw. Flotylli Wolności, mającej na celu przełamanie izraelskiej blokady Strefy Gazy. Efektem ataku komandosów na statki flotylli była śmierć 9 obywateli Turcji. W ślad za wydaleniem ambasadora Turcja zerwała stosunki wojskowe i wywiadowcze z Izraelem, a teraz premier Erdogan zapowiada eskortowanie kolejnych tureckich statków, jeśli te będą próbowały przełamać blokadę Strefy Gazy.

grafikaIzrael uważa wspomnianą blokadę za w pełni uzasadnioną i zgodną z prawem międzynarodowym. Niedawny raport ONZ nt. zeszłorocznego incydentu potwierdza legalność blokady, potępiając jednocześnie izraelską operację wojskową, która zakończyła się abordażem statków i śmiercią cywili. Co więcej, Izrael aktualnie ma prawo kontrolować wody terytorialne wokół Strefy Gazy. Oznacza to, iż wkroczenie okrętu wojennego państwa trzeciego na te wody będzie równoznaczny z aktem wojny wymierzonym w Izrael. Czy Turcja jest gotowa podnieść stawkę tak wysoko?

Możliwe scenariusze rozwoju sytuacji

Rozważania militarno-polityczne na świetnym blogu poświęconym głównie marynarce wojennej Information Dissemination sprowadzają się do tego, iż Turcja może przelicytować. Wysłanie jednego okrętu może zakończyć się kompromitacją i ewentualnym pojmaniem go przez Izraelczyków, natomiast wysłanie więcej niż jednego okrętu może przerodzić się w starcie zbrojne. O ile turecka flota jest większa od izraelskiej, to o sukcesie w dzisiejszych konfliktach zbrojnych decyduje lotnictwo. Tutaj mało kto może się równać z Izraelem.

Nie ulega wątpliwości, że Izrael nie ma ani chęci ani zamiaru dążyć do jakiegokolwiek starcia zbrojnego z Turcją. Izraelscy decydenci nie komentują, na razie, zapowiedzi tureckiego premiera. Sytuacja jest jednak napięta i grozi eskalacją. Wyobraźmy sobie, że Erdogan wysyła jeden okręt, który następnie zostaje przejęty przez Izraelczyków. Byłoby to ogromnym policzkiem dla premiera i wszystkich Turków. Presja ze strony społeczeństwa, by zmyć hańbę mogłaby wymusić reakcję tureckiego wojska. Izrael na pewno nie pozostałby dłużny. I tak, krok po kroku, następuje eskalacja konfliktu.

Drugi scenariusz zakłada, że turecki okręt wdaje się w bitwę morską z siłami izraelskimi, w efekcie której okręt jednej ze stron zostaje zatopiony. Jeśli będzie to okręt turecki, scenariusz z powyższego akapitu jest jeszcze bardziej realny. Jeśli będzie to okręt izraelski, Izrael nie puści tego płazem. Nie może, gdyż okazanie słabości na choćby minutę stanowi dla tego kraju śmiertelne wręcz zagrożenie – zachętę do ataku dla wszystkich, licznych przecież, wrogów tego kraju. Stąd Izrael konsekwentnie odpowiada na wszelkie ataki wymierzone we własnych obywateli lub na własne terytorium. Często zresztą odpowiedź ta jest przesadna, jednak Izrael uważa, że nie w sytuacji zagrożenia nie ma czasu na subtelność, co oczywiście nie przysparza Izraelowi popularności globalnej opinii publicznej.

Scenariusz eskalacji konfliktu, choć nadal wydaje się mało prawdopodobny, ma także istotne konsekwencje polityczne. Jeśli, w razie jakiegokolwiek incydentu, Turcja poniesie straty, nawet wyłącznie wizerunkowe, premier Erdogan znajdzie się w trudnej sytuacji – po prostu straci twarz. Będzie musiał zareagować albo zostanie politycznym trupem, uznanym za przywódcę słabego i nieudolnego. Ktoś będzie musiał go zastąpić. Czy to nie wymarzona okazja dla armii, żeby pozbyć się groźnego przeciwnika i jego potężnej partii? Mimo coraz słabszej pozycji, aresztowań, procesów i czystek na stanowiskach kierowniczych, trudno uznać wojsko za w pełni lojalne wobec premiera Erdogana, Prezydenta Gula i ich partii AKP. Czy Erdogan zdaje sobie sprawę z ryzyka? A może liczy na to, że wojskowi dadzą się sprowokować, spodziewając się, że wreszcie zdusi sprzeciw armii wobec siebie i obejmie władzę absolutną?

Marketingowy blef? Oby.

Reasumując, premier Erdogan stąpa po bardzo kruchym lodzie. Brnąc w konfrontację z Izraelem może dojść do miejsca, z którego nie będzie odwrotu. Rozumiejąc, że Erdogan kapitalizuje niechęć społeczeństwa tureckiego i Arabów wobec Izraela, należy postawić pytanie, czy racjonalna kalkulacja nie nakazuje zachować większej powściągliwości.

Podbijanie stawki w bliskowschodniej grze może przysporzyć chwilowej popularności, jednak po przekroczeniu pewnej granicy trzeba będzie zapłacić cenę za podejmowane decyzje. Erdogan rządzi już trzecią kadencję i powinien zdawać sobie z tego sprawę. Stąd skłaniam się do tego, iż obiecując eskortę kolejnych statków próbujących przełamać izraelską blokadę Strefy Gazy najzwyczajniej w świecie kłamie, licząc na zdobycie poklasku. Kłamstwo jest przecież jednym z narzędzi w polityce, także międzynarodowej.

Piotr Wołejko



grafika: en.trend.az

piątek, 02 września 2011

Turecki minister spraw zagranicznych Ahmet Davutoglu zapowiedział wydalenie izraelskiego ambasadora z Ankary oraz zawieszenie współpracy wojskowej z Izraelem. Uzasadnieniem dla tak drastycznego posunięcia jest brak stosownej (czyli zgodnej z oczekiwaniami Turcji) reakcji na zeszłoroczny incydent, podczas którego tzw. Flotylla Wolności próbowała przełamać izraelską blokadę morską Strefy Gazy. Ankara domagała się przeprosin oraz finansowej rekompensaty dla rodzin dziewięciu tureckich ofiar ataku izraelskich komandosów na statki flotylli. Izrael nie jest skory do przeprosin, gdyż obawia się okazania w ten sposób swej słabości, natomiast nie wyklucza wypłaty odszkodowań.

Sprawę zaognił przygotowany przez ONZ raport, zgodnie z którym Izrael miał prawo prowadzić blokadę morską kontrolowanej przez Hamas Strefy Gazy, celem której było powstrzymanie dopływu broni do organizacji terrorystycznych. Do podobnej konkluzji doszli Izraelczycy we własnym raporcie. Tymczasem Turcja stoi na stanowisku, iż blokada jest bezprawna i nakierowana na uciskanie palestyńskiej ludności cywilnej. Prezydent Turcji Abdullah Gul stwierdził, iż oenzetowski raport jest dla Ankary bez znaczenia dodając, iż wydalenie izraelskiego ambasadora może być tylko pierwszym z kroków, które zostaną przez Turcję podjęte. 

Turcja usamodzielnia się w regionie

grafikaWydalenie izraelskiego ambasadora to bardzo poważne posunięcie, które może mieć daleko idące konsekwencje. Wydaje się, iż ostatecznie rozpada się tradycyjny sojusz turecko-izraelski, który przez dekady Zimnej wojny stanowił o układzie sił na Bliskim Wschodzie. Jest to przy okazji kolejny krok na drodze do zajęcia niezależnej pozycji Ankary w regionie oraz, szerzej, w świecie arabskim.

Warto poczynić przy tym istotne zastrzeżenie – w dniu dzisiejszym Turcja poinformowała o wydaniu zgody na rozmieszczenie na swoim terytorium mobilnego amerykańskiego radaru, który ma służyć do wykrywania irańskich rakiet dalszego zasięgu. Dziennik Wall Street Journal ocenia, iż „przyspiesza to rozwój natowskiego systemu wczesnego wykrywania”. Turcja pozycjonuje się więc coraz bardziej jednoznacznie w opozycji do Izraela, pozostając przy tym w bliskich relacjach z USA, głównym patronem Izraela. Jest to ciekawa próba zyskania na znaczeniu w stosunkach z Ameryką i uniezależnienia własnej pozycji w Waszyngtonie od relacji USA-Izrael.

Realizm podpowiada: płyń z wiatrem

Ochłodzenie w stosunkach turecko-izraelskich nie jest czymś nowym i było widoczne od kilku już lat. Nabrało wyraźnie na sile od objęcia przez Ahmeta Davutoglu stanowiska szefa dyplomacji w 2009 roku. Uprzednio był on doradcą premiera Recepa Erdogana. Davutoglu realizuje doktrynę „zero problemów z sąsiadami”, otwiera Turcję na arabskich partnerów w regionie i gra na wzrost znaczenia Turcji na arenie międzynarodowej. Wydalenie ambasadora Izraela zostanie świetne odebrane w arabskich państwach regionu, gdzie premier Erdogan już teraz cieszy się dużym poparciem.

Dla Izraela drastyczne pogorszenie stosunków z Turcją stanowi poważny problem. Po rewolucji w Egipcie nowe-stare władze wojskowe nie są już tak przychylne polityce Izraela, w szczególności wobec Palestyńczyków. W Libanie władzę przejął szyicki Hezbollah w koalicji z częścią lokalnych ugrupowań chrześcijańskich, natomiast w Syrii dyktator Baszar al-Asad krwawo tłumi demonstracje antyrządowe. Nie można jednak liczyć na to, iż w razie obalenia Asada w Damaszku zaczną rządzić ludzie Izraelowi przychylni. Tym bardziej należy zastanowić się nad polityką Izraela, który odrzucał czynione przez Turcję próby wypracowania porozumienia pokojowego pomiędzy Izraelem a Syrią. Izrael popada w coraz większą izolację w regionie, mogąc liczyć w zasadzie tylko na słabiutką Jordanię i, wyłącznie po cichu, na Arabię Saudyjską. A i to ostatnie tylko dlatego, iż Rijad obawia się Iranu, z którym Izrael także ma na pieńku.

Trudno przewidywać, czy wydalenie izraelskiego ambasadora zwiastuje długotrwały kryzys, czy jest tylko chwilową demonstracją. Na pewno jest to sygnał oznaczający poważne zmiany w geopolityce Bliskiego Wschodu. Pamiętając o  planowanej na wrzesień debacie o uznaniu niepodległości Państwa Palestyńskiego, która odbędzie się na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, najbliższe tygodnie zapowiadają się bardzo interesująco.

Piotr Wołejko

 

grafika: uprootedpalestinian.wordpress.com

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook