Wpisy z tagiem: Ukraina
piątek, 30 września 2011
Partnerstwo Wschodnie to inicjatywa, której celem jest europeizacja państw wchodzących dwie dekady temu w skład Związku Radzieckiego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdowy i Ukrainy. Inicjatywa powstała dzięki Polsce i Szwecji (przy wsparciu Niemiec) realizuje geopolityczny paradygmat, zgodnie z którym jeśli chcesz cieszyć się dobrobytem we własnym domu, zadbaj też o dobrobyt u sąsiadów. Zła prasa Partnerstwa
Jeśli myślimy kategoriami dzisiejszych mediów, dla których warte uwagi i czasu antenowego są tylko spektakularne sukcesy (na mniejsze nie ma miejsca) bądź klęski, a sprawy ważne dziś są już zupełnie zapomniane po jutrze, Partnerstwo Wschodnie nigdy nie będzie projektem z naszej bajki. Trzeba pamiętać, że PW to inicjatywa z połowy 2009 roku, której cele są bardzo długofalowe. Rozliczanie Partnerstwa już dziś jest przedwczesne i nierozsądne, podobnie jak grzebanie innej cennej inicjatywy, jaką jest Trójkąt Weimarski. Oba mechanizmy mają głębokie uzasadnienie geopolityczne, jednak mogą nie być we właściwy sposób wykorzystywane. Przy PW trudno już teraz dokonać oceny. Więcej realizmu = więcej sukcesów Przy analizowaniu PW trudno uciec od stanowiska Rosji wobec tego projektu. Moskwa odebrała go negatywnie. Uznaje, po części słusznie, iż Unia próbuje wepchnąć się politycznie na obszar tradycyjnie zdominowany przez Rosję. Odbiera to jako grę o sumie zerowej, w której każdy zysk Unii oznacza stratę po stronie Rosji. Jakkolwiek nie obudujemy propagandą PW, podejście Federacji Rosyjskiej jest jak najbardziej uzasadnione. Dlatego między bajki można włożyć twierdzenia, iż PW w żaden sposób nie jest wymierzone w Moskwę. Jest i będzie, dopóki Rosjanie nie zdecydują się wreszcie, czy główne wektory geopolityki ukierunkować na Zachód, ku Europie, czy na Wschód, ku krajom azjatyckim. Trwanie w bezruchu petryfikuje politykę obrony własnych interesów w byłych republikach i walkę z wpływami innych mocarstw i podmiotów. Na koniec jeszcze jedna uwaga: w podejściu UE do PW jak na dłoni widać problemy demokracji w układaniu sobie relacji z krajami o innych ustrojach politycznych. Wybrzydzamy na autorytaryzm na Białorusi czy w Azerbejdżanie (choć w przypadku Baku mniej, gdyż posiada ropę i gaz), kręcimy nosem na oligarchiczny układ na Ukrainie. Trudno nam zaakceptować różnice i pogodzić się z tym, że wymuszenie zmian będzie trudne. Henry Kissinger powiedział, że mając do wyboru niestabilność i sprawiedliwość albo stabilność i niesprawiedliwość, zawsze wybierze to drugie połączenie. Twardy realizm na granicy cynizmu. Jednak Europa akceptowała taki układ w krajach arabskich Morza Śródziemnego, a Kaddafi mógł rozbijać swój namiot w Rzymie czy Paryżu. Czy warto zastosować te same standardy do państw PW, dbając przede wszystkim o ich pomyślność gospodarczą, a mniej zajmować się problematyką ustrojową? Może wtedy uda się więcej zyskać, a trudniej będzie krytykować PW jako nieefektywne i w zasadzie bezcelowe przedsięwzięcie? Piotr Wołejko
Tekst jest polemiką z artykułem Piotra Maciążka, redaktora naczelnego portalu Polityka Wschodnia: Wydmuszka Partnerstwa Wschodniego grafika: polish.ruvr.ru
wtorek, 31 sierpnia 2010
Trzydziesta rocznica podpisania porozumień sierpniowych nie stała się wielkim świętem Solidarności. Zamiast godnego uczczenia historycznego wydarzenia cała Polska obserwowała kolejną erupcję sporów w łonie dawnych rewolucjonistów. Brak kultury politycznej i, niestety, osobistej jest od kilkudziesięciu godzin aż nadto widoczny. Na łamach niniejszego bloga nie zajmujemy się sprawami wewnętrznymi Polski, jednak smutne okoliczności pozwalają uświadomić sobie, iż dawnych "towarzyszy broni" niewiele dziś łączy. Nie tylko nad Wisłą.
Na Ukrainie też skłóceni Wielka, często gorsząca kłótnia jest stałym elementem nie tylko polskiego krajobrazu politycznego. Również Ukraina przeżywa konwulsje wywołane rozpadem ruchu, który wyniósł do władzy Wiktora Juszczenkę. Koalicja wymierzona w tandem Kuczma-Janukowycz zakładała uniemożliwienie przeprowadzenia sukcesji władzy z prezydenta Lenida Kuczmy na premiera Wiktora Janukowycza, co oznaczałoby kontynuację post-sowieckiego miękkiego autorytaryzmu. Pomarańczowa Rewolucja, opierająca się głównie na Juszczence oraz Julii Tymoszenko zwyciężyła, choć dopiero po powtórce drugiej tury wyborów. Pomarańczowi dali wielu Ukraińcom nadzieję na lepsze jutro, na modernizację kraju. Niestety, podobnie jak w Polsce, niedługo trzeba było czekać aż niedawni sojusznicy skoczą sobie do gardeł. Duet Juszczenko-Tymoszenko (odpowiednio prezydent i premier) szybko się rozpadł, czyniąc z popularnych liderów rewolucji zaprzysięgłych wrogów. Zamiast demokratyzacji i reform na Ukrainie trwała brutalna i wyniszczająca walka polityczna. Trudno się dziwić, że pięć lat po sukcesie Pomarańczowych zmęczeni Ukraińcy oddali władzę Janukowyczowi. Czyż w Polsce dawni post-komuniści nie odzyskali szybko władzy po tym, jak "przyjaciele" z Solidarności skłócili się i podzielili na wiele zwalczających się obozów? Lepiej niż w Iranie Niszczycielska siła sporów w Polsce czy na Ukrainie to jednak pikuś w porównaniu do rozwoju wypadków po obaleniu szaha Pahlaviego przez Rewolucję Islamską w 1979 roku. Koalicja ugrupowań, środowisk i instytucji, której celem było pozbawienie władzy irańskiego monarchy śmiało mogłaby nosić miano tęczowej. Skupiała bowiem ludzi o poglądach od lewa do prawa, od lewicy po zatwardziałych konserwatystów, od niepiśmiennych chłopów po miejską inteligencję, od drobnych przedsiębiorców po kler szyicki. Jedynym wspólnym dla tych różnorodnych środowisk celem było obalenie szaha. Pomysłów na to, jak powinien wyglądać Iran po Pahlavim było już jednak wiele. Zwyciężyła koncepcja ajatollaha Chomeiniego, który dążył do islamizacji życia politycznego oraz budowy quasi-teokratycznego państwa z fasadową demokracją i instytucjami republikańskimi. Chomeini osiągnął swój cel nie dlatego, że udało mu się zawrzeć kompromis z pozostałymi frakcjami rewolucji. On nie przekonał swoich rewolucyjnych sojuszników do własnej koncepcji. On ich po prostu spacyfikował. Gdy Pahlavi w pośpiechu opuszczał Iran, koalicja zawiązana w celu jego obalenia zaczęła trzeszczeć w szwach. Wizje przyszłości kraju były zbyt odmienne, by udało się je pogodzić. Zawierając sojusze z jednymi, by osłabić innych, a następnie eliminując dotychczasowych przyjaciół, Chomeini zyskiwał coraz większą siłę. Jego metody były brutalne, a kolejne wydarzenia (zajęcie ambasady amerykańskiej, atak Iraku na Iran) sprawiały, że ajatollah miał wymówkę do ostrej rozprawy z "opozycją" i "wrogami rewolucji". Przejęcie przez Chomeinego monopolu władzy kosztowało życie tysięcy ludzi. Bolesny i nieunikniony rozpad? Powyższe przykłady pokazują, że szerokie ruchy polityczne obliczone na obalenie dotychczasowej władzy nie mają większych szans na zachowanie spoistości po doprowadzeniu swojej sprawy do szczęśliwego finału. Z natury rzeczy nie mogą być to ruchy jednolite światopoglądowo, gdyż tylko różnorodność zapewnia im szeroką reprezentatywność. Odniesiony sukces niemalże determinuje rozpad szerokiego sojuszu i jego fragmentację na węższe ugrupowania. Przykre tylko, że już po podziale dawni sprzymierzeńcy używają przeciwko sobie najostrzejszych epitetów, a czasem sięgają także po przemoc. O czymś tak naturalnym jak walka o interpretację dawnych wydarzeń nie będę nawet wspominał. Przecież historia to nic innego jak polityka. Piotr Wołejko
grafika: infolinia.org/fot. B. Nieznalski
sobota, 10 lipca 2010
Patrząc na wschód z politycznego punktu widzenia trudno uciec od cienia rzucanego przez dwie legendarne już postaci - Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Porzucenie marzeń o odzyskaniu Kresów oraz dbanie o suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (tzw. ULB) - filary koncepcji Giedroycia - legły u podstaw polityki zagranicznej rządów demokratycznej już Rzeczypospolitej. Niestety, sprytni polityczni macherzy pominęli kolejny, bardzo istotny element myśli Redaktora z Maisons-Laffitte. Jaki? Otóż Giedroyć był daleki od antyrosyjskości i z Rosją, rozumiejąc dzielące nas różnice (w tym, co oczywiste, różnice interesów) chciał rozmawiać. Co jest nie tak z polską polityką wschodnią? Dzisiejsi apologeci myśli Giedroycia używają go jak młota na politycznych oponentów, którzy mają czelność negować konieczność antyrosyjskiego nastawienia Warszawy. Tymczasem, rusofobia nie jest cnotą. Jest raczej bardzo istotną wadą, negatywnie wpływającą na pozycję Polski na arenie międzynarodowej, wymuszającą trwanie w klinczu z silnym i przebiegłym rywalem. Według niektórych z Rosją nie tyle nie trzeba, co nie wolno rozmawiać, a wszelkie układy są niemalże równoznaczne ze zdradą. Z Targowicą. Problemy są jednak nie tylko z Rosją, ale także z obszarem ULB. Po pierwsze, prowadzenie jednolitej polityki wobec nich jest już niemożliwe. Litwa zakotwiczyła się już w NATO i Unii Europejskiej, Ukraina nadal dryfuje między Wschodem a Zachodem, natomiast Białoruś jest niezależna, ale jednocześnie rządzona w sposób autorytarny. To ostatnie nie powinno stanowić problemu dla polskiej dyplomacji. W postradzieckiej rzeczywistości demokracja to nadal anomalia, a standardem są różne formy autorytarno-oligarchiczne. Ustrój nie powinien decydować o możliwości współpracy z danym państwem. Tutaj liczą się interesy. Mniejsze i większe niepowodzenia
Z Ukrainą wcale nie jest lepiej. Polska i polskie partie polityczne obstawiły in gremio jednego konia w Kijowie, który w dniu dzisiejszym znajduje się w rozsypce. Sympatie sympatiami i trudno było nie sprzyjać Pomarańczowym, jednak w polityce nie mogą decydować emocje, a interes. To właśnie interes ma znaczenie nadrzędne w podejmowaniu decyzji politycznych i w polskim interesie leżało utrzymywanie kontaktów z przegranymi pięć lat temu Niebieskimi Janukowycza. Dla Polski ważne jest, by Ukraina była niezależna, a jej gospodarka dynamicznie się rozwijała. Nie powinniśmy sympatyzować z Ukrainą Pomarańczową czy Ukrainą Niebieską, a z każdą Ukrainą. Ostatni element układanki, Białoruś, trudno uważać za klęskę naszej polityki zagranicznej. Możliwości Warszawy są ograniczone. Stosowanie zasady kija i marchewki wydaje się najbardziej właściwe, jednak mamy związane ręce w sytuacji zaostrzenia kursu, głównie wobec Polaków mieszkających na Białorusi, przez prezydenta Łukaszenkę. Nie można bowiem dopuścić do sytuacji zerwania dialogu i zamrożenia kontaktów, a możliwości blefu skryte za ostrą retoryką są niewielkie. Warto pamiętać, że Białoruś Łukaszenki jest jednak suwerenną Białorusią, co odpowiada polskiej racji stanu. Chyba nie byłoby lepiej, gdyby Białoruś znalazła się pod administracją Moskwy? Rosja jest już wystarczająco silna bez Białorusi. Ostatnim elementem polityki wschodniej, wykształconym całkiem niedawno, jest zaangażowanie Rzeczypospolitej na Kaukazie, głównie w Gruzji i Azerbejdżanie. Łatwo się domyślić, że spojrzenie na tak odległy od granic Polski obszar uzasadniają kalkulacje energetyczne. Obszar Morza Kaspijskiego to jeden z najbardziej zasobnych w ropę naftową i gaz ziemny regionów świata. Kraj właściwie pozbawiony tych surowców musi szukać ich często bardzo daleko. Z drugiej strony, chcąc uczestniczyć w grze o ropę i gaz musimy zdawać sobie sprawę z realiów geopolitycznych. Rosja, Chiny i Stany Zjednoczone to gracze, którzy walczą o kontrolę kaspijskich bogactw energetycznych. Ani samodzielnie ani wspólnie z Gruzją, Ukrainą czy krajami bałtyckimi nie jesteśmy w stanie skutecznie rywalizować z wymienionymi wyżej państwami. Tylko w ramach UE możliwe jest włączenie się do gry. Jaka polityka wobec Wschodu? Czego najbardziej brakuje polskiej polityce wschodniej? Odpowiedź nie będzie oryginalna ani zaskakująca - realizmu i pragmatyzmu. Rozsądne byłoby porzucenie haseł o polityce jagiellońskiej, która m.in. drażni potencjalnych partnerów, a przy okazji jest kompletnie nieaktualna oraz powstrzymanie się od rusofobii, która nie przynosi zysków a naraża nas na straty w wielu wymiarach (politycznym, gospodarczym). Zamiast tego należy postawić na politykę braku problemów z sąsiadami, sprzyjania rozwojowi dobrobytu sąsiednich społeczeństw oraz konsekwentną realizację naszych interesów (m.in. praw Polaków mieszkających za granicą). Powinniśmy być dla sąsiadów i państw wschodu inspiracją i wzorem do naśladowania. Aby tak było, niezbędne jest uporządkowanie wielu spraw wewnątrz kraju. Dobrobyt w Polsce powinien promieniować na państwa sąsiednie, stwarzać innym szanse na szybszy rozwój. Celem takiego kulturowo-gospodarczo-społecznego oddziaływania jest "zejście" z pozycji wysuniętego najbardziej na Wschód bastionu cywilizacji zachodniej. Nie jest w naszym interesie wieczne odgrywanie roli czyjegoś przedmurza. Jest to zbyt kosztowne zadanie. Rozsądna i realistyczna polityka wschodnia, wolna od fobii i uprzedzeń, pozwoliłaby na optymalne wykorzystanie ograniczonych zasobów, a także miałaby większe szanse na pozytywny odbiór w państwach nią objętych. Wysiłki polskiej dyplomacji powinny być bowiem nakierowane na działania, nie zaś na retorykę czy szermierkę słowną.
grafika: hit1.pl
PS. Jest to pierwszy wpis po dłuższej przerwie, a kolejna przerwa jest już na horyzoncie. Wybaczcie proszę zmniejszoną aktywność, która potrwa do 21 lipca. Piotr Wołejko
sobota, 12 czerwca 2010
Na początku bieżącego roku wiele osób w Polsce emocjonowało się wyborczą rywalizacją o fotel prezydenta Ukrainy. Zwycięzcą okazał się Wiktor Janukowycz, lider tak zwanych Niebieskich, a przegraną Julia Tymoszenko, reprezentująca mocno poobijany obóz Pomarańczowych. Komentując w lutym wyniki wyborów napisałem, iż nie ma dramatu w związku z sukcesem Janukowycza, a oczekiwany przez niektórych całkowity zwrot ku Moskwie nie nastąpi. Pod koniec kwietnia przekonywałem natomiast, iż zgoda Ukrainy na przedłużenie stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie nie oznacza sprzedaży suwerenności w zamian za tymczasową obniżkę ceny importowanego z Rosji gazu. Było to bardzo pragmatyczne, choć wymuszone okolicznościami (trudna sytuacja finansów państwa, zapaść gospodarcza) posunięcie, które pozwoliło zyskać chwilowy oddech. Przy obecnym poziomie zależności Ukrainy od rosyjskiego gazu trudno spodziewać się wycofania rosyjskiej floty z Sewastopola.
"Ukraina pod rządami Pomarańczowych nie przeprowadziła reform, które pozwoliłyby jej rzeczywiście, a nie deklaratywnie, ubiegać się o członkostwo w Pakcie [a propos rezygnacji ze starań o NATO - przyp. P.W.]. Nie miała na to szans, co potwierdził szczyt Sojuszu w Bukareszcie, większość ludności kraju - jak pokazują sondaże - opowiadała się ponadto przeciwko akcesji. W takiej sytuacji obóz Janukowycza niczego nie zmienił, nazwał tylko rzeczy po imieniu. Władze nie zerwały jednak współpracy z Sojuszem, w czasie wizyty Miedwiediewa w Kijowie Rada Najwyższa przegłosowało zgodę na wspólne manewry z NATO, uznała też za cel strategiczny wstąpienie do Unii Europejskiej". Czy można uznać te posunięcia za prorosyjskie? Jak pisze Talaga, "Moskwa będzie zadowolona z rzekomego wyrwania Ukrainy z natowskich objęć, w których faktycznie nigdy nie była". Janukowycz zarówno ws. rosyjskiej floty, jak i NATO, nie oddał Rosji nic, czego wcześniej nie miała. Jednocześnie, w żadnej innej istotnej kwestii rzekomo prorosyjski prezydent Moskwie nie ustąpił. Podsumowując pierwsze sto dni prezydentury Janukowycza, brytyjski The Economist zauważył niewielki entuzjazm lidera Niebieskich w nawiązywaniu bliższej współpracy z rosyjskim Wielkim Bratem. W kwestii gazowej, a więc najbardziej drażliwej, Janukowycz odrzucił rosyjską propozycję połączenia Gazpromu z Naftohazem, sprzeciwia się także budowie podwodnego odpowiednika Gazociągu Północnego - South Stream. Płacz nad "utratą Ukrainy", dość popularny w Polsce w ostatnich miesiącach, okazał się przedwczesny. Można to było przewidzieć, jednak niektórzy zamiast realistycznej analizy woleli dramatyzować i posługiwać się daleko idącymi uproszczeniami. Piotr Wołejko
grafika: Wikimedia Commons
wtorek, 27 kwietnia 2010
Dantejskie sceny w ukraińskiej Radzie Najwyższej towarzyszyły ratyfikacji umowy przedłużającej stacjonowanie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie do 2042 roku (z opcją na kolejne pięć lat). Na sali obrad scenariusz niczym z azjatyckich parlamentów, coś potocznie zwanego wolną amerykanką. W Kijowie spotkali się demonstranci wspierający rząd i prezydenta (a więc także umowę z Rosją) oraz ci popierający opozycję (sprzeciwiający się przedłużeniu stacjonowania floty na Krymie). Flota za tańszy gaz
Dla Rosji sytuacja stawała się dramatyczna. Gdyby umowa z Ukrainą wygasła, Flota Czarnomorska musiałaby się wynieść w 2017 roku - jednak nie bardzo wiadomo gdzie, gdyż Rosjanie nie posiadają odpowiedniej alternatywnej bazy dla swojej floty. Czy mogliby zostać na Krymie bez nowej umowy, wbrew woli ukraińskich władz? Trudno dziś o tym gdybać, ale scenariusz naruszenia suwerenności Ukrainy wydawał się mało prawdopodobny. Rosjanom upiekło się i ich flota pozostanie na Krymie przez kolejne lata. Sukces Rosji, ale Ukraina nadal niepodległa W związku z ukraińsko-rosyjskim porozumieniem pojawił się w Polsce szereg komentarzy w iście alarmistycznym tonie: Ukraina przestała być suwerenna, tracimy Ukrainę, Rosja przejmuje Ukrainę etc. Przy okazji dało się także usłyszeć oskarżenia skierowane w stronę polskiego rządu, który rzekomo sprzedaje Ukrainę na ołtarzu poprawy stosunków z Rosją. Choć wszystko składa się w piękny obraz, warto uporządkować sytuację i powiedzieć, co się dzieje: Ukraina potrzebowała gotówki - dzięki obniżce ceny gazu zaoszczędzi sporo pieniędzy. Rosji zależało na przedłużeniu stacjonowania jej floty w Sewastopolu. Obie strony miały więc coś, na czym im zależało. I po prostu się dogadały. Pragmatyczny deal. Przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie to strategiczny sukces Rosji. Jeśli chce odgrywać istotną rolę w basenie Morza Czarnego, musi utrzymywać silną flotę i posiadać rozbudowaną bazę. Moskwa wykorzystała z jednej strony słabość Ukrainy (trudna sytuacja finansowa), a z drugiej sprzyjające okoliczności polityczne (nowi prezydent i rząd o nastawieniu raczej prorosyjskim), ale ustępstwo Ukrainy nie jest równoznaczne z jej całkowitą kapitulacją i rezygnacją z suwerenności. Ukraina nie stała się dzisiaj rosyjskim gubernatorstwem. Zaskakujące jest tylko to, że nowe ukraińskie władze ustąpiły Rosji, w priorytetowej dla niej sprawie, w tak szybkim tempie. Nie wynikało to raczej z prorosyjskich skłonności Janukowycza, a z fatalnej sytuacji finansowej Ukrainy. Rosjanie zagrali twardo, a Ukraińcy najwidoczniej uznali, że nie ma sensu się stawiać, że mogą tutaj ustąpić. Jednocześnie Kijów zapewnia Unię Europejską, że Ukraina będzie szła w stronę integracji z Europą, a nowy budżet na 2010 rok jest krokiem w tym kierunku. Interesy Ukrainy leżą w coraz większym stopniu na Zachodzie i obecne władze zdają sobie z tego sprawę. Dyrektywy dla Warszawy Polska także nie przehandlowała Ukrainy z Rosją. Takie oskarżenia są niedorzeczne. Polskie wpływy w Kijowie są obecnie niewielkie, a polityka Warszawy zależy od samookreślenia się przez Ukrainę. Powinniśmy dbać w Brukseli o podtrzymanie europejskiej oferty dla Ukrainy, dbając przy tym - już samodzielnie - o dobre relacje z głównymi ukraińskimi ugrupowaniami politycznymi. Poprzednio postawiliśmy zdecydowanie na jedną opcję (Pomarańczowych) i zakończyło się to spektakularną klęską. Bardziej realistyczne podejście do stosunków międzynarodowych pozwoliłoby niektórym uniknąć zbędnych emocji i egzaltowania się z byle powodu. Rosja zyskała, Ukraina częściowo zyskała, a częściowo straciła, ale dzisiejsza ratyfikacja umowy o stacjonowaniu Floty Czarnomorskiej nie jest decyzją o dobrowolnej wasalizacji Ukrainy. Wiktor Janukowycz nie będzie klękał przed Dmitrijem Miedwiediewem i całował go w pierścień, a Kijów nie staje się moskiewskim satelitą. Dualistyczne podejście do Zachodu Co najwyżej marzenia o NATO zostały poważnie odłożone w czasie, ale czy realnie rzecz biorąc, to bardziej Polacy śnili o ukraińskim członkostwie w Pakcie. Teraz można porzucić już te mrzonki, a sytuacja stała się bardziej klarowna. Jednocześnie nie można łączyć integracji z NATO z integracją z UE, gdyż obie kwestie są przez Ukraińców traktowane rozłącznie. Kijów potrzebuje bliższej współpracy gospodarczej z Europą (Zachodem), natomiast nie odczuwa jeszcze potrzeby bliższej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z tym samym Zachodem. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla naszej polityki zagranicznej. Piotr Wołejko
grafika: nrcu.gov.ua |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||