Wpisy z tagiem: atom

wtorek, 24 stycznia 2012

Gdy w mediach powraca temat zbliżającego się wielkimi krokami ataku na Iran, nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, iż - jak powiedział Talleyrand - byłoby to gorsze niż zbrodnia, byłby to błąd. Decyzja o ataku na Iran, którą uzasadnia się prowadzeniem przez ten kraj prac nad programem nuklearnym (najpewniej jednocześnie cywilnym i wojskowym), opiera się na szeregu błędnych przesłanek. Co więcej, zwolennicy uderzenia w sposób istotny minimalizują negatywne konsekwencje takiego obrotu zdarzeń. Głównym problemem wydaje się niezrozumienie myślenia irańskich elit władzy. Entuzjaści ataku uważają, i taką narrację sprzedają w mediach, że irańskie władze składają się z szaleńców ogarniętych wizją zniszczenia Izraela i siania niepokoju w regionie.

O ile prezentowanie przeciwnika w taki sposób jest bardzo wygodne, a przy tym efektowne, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ajatollahowie potrafią chłodno kalkulować i podejmować bardzo racjonalne decyzje. Pisałem o tym w artykule dla Polski Zbrojnej z połowie ubiegłego roku (Iran - racjonalny oportunista, PZ 23/2011). Przywoływałem w tym tekście dwóch amerykańskich ekspertów od polityki międzynarodowej, Raya Takeyha i Valiego Nasra, którzy twierdzą, iż "Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie".

Meandry irańskiej dyplomacji

grafikaW podobnym tonie wypowiedział się Ali Alfoneh, irański politolog i ekspert konserwatywnego think-tanku American Enterprise Institute w rozmowie z Rzeczpospolitą (wydanie z 24 stycznia br.): "Wbrew temu, co często się o Iranie pisze, Republika Islamska systematycznie podejmowała racjonalne decyzje w obliczu egzystencjalnych zagrożeń". Dalej Alfoneh podaje przykłady takiego zachowania ze strony Teheranu: "[Republika - przyp. P.W.] potrafiła współpracować (...) z wrogiem - Izraelem - aby się obronić przed agresją Iraku w latach 80., a w obliczu porażki w tej wojnie zaakceptowała niekorzystne zawieszenie broni. Nie poszła w ślady III Rzeszy (do której jest często porównywana) i nie walczyła do końca, co pewnie skończyłoby się zbiorowym samobójstwem".

Jednocześnie irański ekspert z AEI zauważa ciekawą prawidłowość, na którą należy zwrócić większą uwagę. Alfoneh mówi, iż: "(...) kiedy sytuacja nie zagraża istnieniu państwa, Iran ma skłonność do popełniania rażących politycznych błędów i często się przelicza w swoich zamiarach". Politolog słusznie dostrzega, iż "Teheran ma szczególną skłonność do interpretowania normalnych, cywilizowanych zachowań jego przeciwników jako oznak słabości. To stało się coraz bardziej widoczne, od kiedy prezydentem USA został Barack Obama, który postawił na łagodniejsze stanowisko względem Iranu". Nic dziwnego, że nie okazało się ono skuteczne. Teheran błędnie je zinterpretował, a przeciwnicy zmiany twardego kursu wobec Iranu na konstruktywne zaangażowanie tylko przyklasnęli postawie ajatollahów i przedstawiają Obamę jako mięczaka i nieudacznika.

Warto przy tym pamiętać, że Irańczycy nie tylko nie potrafią odczytać gestów swoich przeciwników, lecz niekoniecznie zależy im na prawidłowym odbiorze wysyłanych sygnałów. Reżim znalazł się pod kontrolą konserwatystów, rośnie rola militarnej ostoi teokratycznego systemu władzy - Korpusu Strażników Rewolucji. Wśród irańskiej elity władzy dominuje aktualnie pogląd, iż jakiekolwiek otwarcie na świat i ustępstwa wobec presji Zachodu mogą doprowadzić do wybuchu buntu społecznego i obalenia reżimu. Skostniałe struktury nastawione są na trwanie, aparat represji coraz bardziej pracowicie prześladuje nieprawomyślnych obywateli, nawet tak wysoko postawionych w hierarchii władz jak eks-prezydent Mohammed Chatami czy eks-premier Mir-Hosejn Mousawi.

Oportuniści, nie szaleńcy

Jednocześnie, chociaż w Teheranie dominują twardogłowi, "trzeba jasno powiedzieć, że przywódcy Iranu nie są samobójcami" - jak mówi wspomniany wyżej Ali Alfoneh z American Enterprise Institute. Nie wierzy on w to, że jeśli Iran zbuduje bombę jądrową, będzie dążył do wymazania Izraela z mapy świata. Jego zdaniem bardziej realistyczny jest scenariusz, w którym "Iran coraz agresywniej rzuca wyzwania swoim sąsiadom i przeciwnikom", co będzie podsycało napięcie w regionie.

Uważam dokładnie tak samo, o czym zresztą pisałem w sierpniu 2010 r. we wpisie Implikacje irańskiego atomu dla Bliskiego Wschodu. Przytoczę fragment tego wpisu, gorąco zachęcając do lektury całego tekstu: "stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę".

Nawet atomowy Iran można łatwo powstrzymać

Świat nie skończył się, gdy ZSRR wszedł w posiadanie bomby atomowej, ani gdy podzielił się tym odkryciem z Chinami. Kolejne państwa, choć jednak nieliczne, wchodziły w posiadanie broni A i nie doprowadziło to do przemiany globu w atomową pustynię. Atomowe odstraszanie wśród potęg jądrowych jest bardzo skuteczne. W przypadku Iranu również zadziała (Iran musi jeszcze skonstruować odpowiednie rakiety oraz umieścić bombę w tejże rakiecie, co nie jest takie proste).

Dodatkowo, Stany Zjednoczone zapewne obejmą sojusznicze kraje Zatoki Perskiej parasolem atomowym, gwarantując ich bezpieczeństwo. Uwolni je to spod presji Iranu i powstrzyma przed chęcią zbudowania własnego arsenału atomowego. Iran może pójść dwiema drogami: pierwszą, w której spróbuje wywrócić obecny ład regionalny do góry nogami i zwiększyć swoje wpływy; bądź drugą, w której reżim czując się wreszcie bezpiecznie skupi się na rozwoju gospodarczym i, w dalszej przyszłości, pójdzie drogą liberalizacji politycznej. Obecne wierzganie Iranu, w tym straszenie blokadą Cieśniny Ormuz, może wynikać ze strachu reżimu przed utratą władzy. Zabezpieczenie w postaci broni A powinno uspokoić myśli ajatollahów. Na co wtedy skierują swoją  uwagę?

To Ty, Czytelniku, zapłacisz za atak na Iran

Na koniec krótka uwaga dotycząca entuzjazmu dla uderzenia na Iran. Wszyscy już dziś odczuwamy na stacjach paliwowych koszty przymiarek do zaatakowania Iranu. Jeśli on jednak nastąpi, krótkofalowo ceny wystrzelą w górę. Iran może zareagować przesadnie, nie tyle próbując zablokować Ormuz, co zasypując gradem rakiet instalacje naftowe państw Zatoki oraz zatapiając tankowce. Wówczas wyższe ceny będą nam towarzyszyć dłużej. Jest jasne, co to oznacza dla światowej gospodarki, ledwo zipiącej po drugiej fali kryzysu finansowego.

Atak nie powstrzyma Iranu od prac nad bronią jądrową, nad którą pracują od połowy lat 70., czyli rządów obalonego przez rewolucję islamską szacha Pahlaviego. Reżim skonsoliduje władzę, gdyż program nuklearny (szeroko rozumiany, raczej cywilny niż wojskowy) ma poparcie zdecydowanej większości Irańczyków. Opozycja będzie musiała poprzeć władze, a te będą mogły przeprowadzić kolejną falę prześladowań i aresztowań, czyszcząc sobie przedpole polityczne na kilka następnych lat. O wariancie zmiany reżimu drogą zbrojną, czyli operacji na wzór iracki nie warto nawet myśleć. Amerykanie już zrozumieli, że tego się nie da zrobić.

Piotr Wołejko

 

grafika: warnewsupdates.blogspot.com

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Dyplomacja energetyczna Rosji robi wiele, aby powstrzymać budowę elektrowni jądrowej w litewskim Visaginas, która ma zastąpić zamknięty z końcem 2009 roku obiekt w Ignalinie. Zabezpieczał on ok. 70% potrzeb na energię elektryczną na Litwie. Podczas gdy rząd w Wilnie próbuje doprowadzić do podpisania kontraktu na nowe reaktory, Rosja proponuje budowę elektrowni w Obwodzie Kaliningradzkim, a także – choć to raczej blef – sugeruje powstanie siłowni na Białorusi.

Pomagamy Rosjanom

Dla Rosjan wykorzystanie energetyki w polityce zagranicznej to nie pierwszyzna. Od lat grają z wspomnianą wcześniej Białorusią czy Ukrainą w gazowe szachy w sezonie zimowym. Budowa gazociągu Nord Stream to nic innego jak projekt polityczny, w którym racjonalny rachunek zysków i strat zawsze stał na drugim miejscu. Moskwa robi co w jej mocy, aby utrzymać kraje tzw. bliskiej zagranicy, swoich dawnych satelitów i byłe republiki, w orbicie swoich wpływów. Chce też jak najbardziej uzależnić państwa zachodnie od własnych surowców energetycznych.

Będąca efektem katastrofy w Fukushimie decyzja niemieckiego rządu o definitywnym zamknięciu wszystkich elektrowni atomowych do końca 2022 roku okazała się gigantycznym prezentem dla Gazpromu. Ogłoszone w ostatnich dniach wyniki niemieckiego koncernu E.ON – ponad miliard euro strat – i podobne problemy jego głównego konkurenta RWE zmuszają te firmy do nagłej zmiany strategii biznesowej. Alternatywą dla atomu, wobec piętnowania przez Unię Europejską korzystania z łatwo dostępnego i najtańszego w użyciu węgla, jest gaz ziemny. Gazprom zaciera ręce i szykuje się na intensywną penetrację niemieckiego rynku energetycznego. A docelowo również i innych.

Test skuteczności i determinacji

Wracając do litewskiej elektrowni w Visaginas, Wilno ogłosiło chęć podpisania do końcu bieżącego roku umowy z konsorcjum GE i Hitachi na budowę dwóch reaktorów o mocy 1300 MW każdy. Projekt ma być finansowany przez Litwę, pozostałe kraje bałtyckie i Polskę, która zamierza w nim uczestniczyć niezależnie od budowy własnych siłowni. Krajom trudno się jednak porozumieć, a projekt jest odkładany w czasie.

Na tym grają Rosjanie, którzy doskonale wiedzą, że nieopłacalne będzie budowanie drugiej elektrowni w regionie. Liczą też na zapotrzebowanie na tanią energię z Niemiec i Polski. Wydaje się, że wyścig atomowy wykazuje pewne podobieństwa do rywalizacji gazowej pomiędzy rurociągami South Stream i Nabucco. Pierwszy lansują Rosjanie, drugi ma poparcie USA i UE. W obu przypadkach wygra ten, kto wyprzedzi konkurentów i przejdzie z fazy planowania do realizacji.

Możliwe są trzy scenariusze: każda ze stron może wygrać wszystko i zrealizować oba projekty albo będą musiały zadowolić się jednym z nich. Patrząc na trudności w Visaginas oraz przy rurociągu Nabucco, a także na determinację Moskwy w realizacji Nord Streamu, w tej energetycznej rywalizacji obstawiałbym raczej zwycięstwo Rosji z podpórką. Dla bezpieczeństwa energetycznego Europy taki rezultat nie byłby najlepszy.

Piotr Wołejko



piątek, 06 sierpnia 2010

Irańczycy plączą się w zeznaniach na temat swojego programu nuklearnego. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Nie ma natomiast dowodów potwierdzających z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, iż państwo ajatollahów pracuje nad skonstruowaniem bomby atomowej. Wiele elementów układanki pozwala wysnuć wniosek, iż takie prace trwają, jednak nie ma ostatecznego potwierdzenia. I może go nie być, aż do chwili, gdy Iran ogłosi, iż posiada już bombę atomową lub przeprowadzi test potężnej broni. Być może Teheran w ogóle nic nie powie, wybierając opcję trzymania sąsiadów i świata w niepewności.

Trzy opcje na atomowy Iran

Załóżmy jednak, że Iranowi uda się skonstruować broń atomową. Jak zareagują na to sąsiedzi i inne państwa regionu? W roboczym dokumencie zatytułowanym "A Nuclear-Armed Iran", przygotowanym przez Mitchella B. Reissa dla think-tanku Council on Foreign Relations znajdziemy trzy możliwe scenariusze rozwoju zdarzeń: samopomoc, przyłączenie się do Irańczyków oraz stworzenie koalicji balansującej Iran. Na czym wspomniane scenariusze polegają?

grafika

grafika: theredhunter.com

Samopomoc zakłada, iż państwa, które poczują się zagrożone przez wzmocniony bombą jądrową Teheran zaczną przeznaczać znacznie większe środki na wojsko, siły bezpieczeństwa oraz uzbrojenie. Autor dokumentu roboczego wątpi w nuklearny wyścig zbrojeń w regionie, jaki rzekomo miałby rozpocząć się po dołączeniu Iranu do grona potęg atomowych. Dalsza proliferacja to operacja na długie lata, do tego kosztowna ekonomicznie i politycznie. Co więcej, może okazać się zbędna w przypadku stworzenia koalicji balansującej bądź zagwarantowania bezpieczeństwa przez zewnętrzną potęgę - najpewniej przez Stany Zjednoczone. Samopomoc w dużej mierze już funkcjonuje, a kraje regionu Zatoki Perskiej znacząco zwiększyły swoje budżety obronne na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Drugi scenariusz opiera się na założeniu, iż mniejsze zarówno terytorialnie jak i ludnościowo państewka Zatoki stwierdzą, że trudno będzie przeciwstawić się silniejszemu niż dotychczas Iranowi. Za cenę pewnych ustępstw politycznych można przyłączyć się do Teheranu i grać z nim do jednej bramki. W politologii sytuację taką określa się mianem bandwagon, dodając przy tym, iż takie zachowanie występuje w rzeczywistości niezwykle rzadko. Najczęściej różnice pomiędzy słabszymi a silniejszym są tak duże, że "poddanie się" się jest politycznie lub ekonomicznie niemożliwe. Tak właśnie jest w przypadku sunnickich arabskich państewek Zatoki oraz szyickiego perskiego Iranu. Co więcej, słabsi partnerzy mają w zwyczaju porzucanie swoich silniejszych patronów, o ile karta zaczyna się zwracać przeciwko nim.

Ostatnia opcja zakłada stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę.

A wybór padnie na...

Która opcja zaistniałaby w sytuacji, gdyby założenie o atomowym Iranie przestało być tylko założeniem, a stałoby się faktem? Mitchell B. Reiss twierdzi, że byłaby to najpewniej kombinacja samopomocy i balansowania, czyli z grubsza kontynuacja obecnego kursu. Przyłączenie się do Iranu należy raczej wykluczyć, jednak jakaś forma rozgrywki w trójkącie Iran-Stany Zjednoczone-państwa Zatoki, w której te ostatnie będą starały się uzyskać jak najwięcej korzyści z ostrej rywalizacji dwóch pierwszych, jest całkiem prawdopodobna. Ba, byłaby jak najbardziej racjonalna.

Z drugiej strony, ryzyko rozgrywania opisanego wyżej trójkąta dla swojej korzyści jest całkiem duże. Irańczycy mogą bowiem, immunizowani od presji militarnej ze strony USA, zacząć mocniej mieszać w krajach regionu. Na dziś niepokoje w Jemenie, Iraku, Libanie etc. stanowią dla Teheranu wygodną zasłonę dymną dla kontynuowania programu atomowego, wiążąc jednocześnie znaczne siły wrogich ajatollahom państw. Nie ma gwarancji, że atomowy Iran nie zechce redefiniować swojej roli w regionie, próbując dokonać istotnych zmian politycznych w krajach sąsiednich. Może być jednak tak, że ewentualne pozyskanie broni jądrowej spowoduje wyciszenie konfliktów inspirowanych i wspieranych przez Irańczyków, gdyż posiadając polisę w postaci bomby atomowej stwierdzą, że ich Islamska Republika jest bezpieczna.

grafikaByć może program atomowy Iranu dozna w najbliższym czasie istotnego uszczerbku. Niedawno pojawiły się informacje, iż sankcje oraz akcje sabotażowe wymierzone w Teheran powstrzymują postępy prac nad wzbogacaniem uranu. Co więcej, nie można wykluczyć izraelskiego ataku lotniczego na irańskie instalacje nuklearne. Niektórzy kongresmani z Izby Reprezentantów przygotowali nawet rezolucję, która przyznaje Izraelowi carte blanche wobec Iranu. Rezolucja H.Res. 1553 zezwala bowiem Izraelowi na skorzystanie z wszelkich dostępnych środków celem eliminacji nuklearnego zagrożenia ze strony Islamskiej Republiki. To na razie tylko propozycja, a nawet gdyby dokument udało się przyjąć, jego moc jest wyłącznie deklaratywna. Rezolucja stanowiłaby jednak istotne wsparcie dla Izraela, a może byłaby zachętą do siłowego rozprawienia się ze znienawidzonym reżimem ajatollahów.

Gra nerwów i taniec z zapałkami wokół beczki z prochem trwają na Bliskim Wschodzie w najlepsze. Więcej artykułów o regionie oraz irańskim programie atomowym pod tagiem Bliski Wschód.

Piotr Wołejko

 

grafika: niacblog.files.wordpress.com

niedziela, 14 marca 2010

grafika

Najważniejszym wydarzeniem poprzedniego tygodnia była wizyta amerykańskiego wiceprezydenta Joe Bidena w Izraelu, a właściwie przyjęcie, jakie zgotowali mu gospodarze. Biden jechał do Izraela, aby wesprzeć proces pokojowy, a Izraelczycy powitali go ogłoszeniem o budowie kolejnych domów we Wschodniej Jerozolimie, czyli rozwoju osadnictwa na ziemiach nie należących do Izraela. Co oczywiste, wiele polecanych przeze mnie na Dyplomacji na Facebooku materiałów dotyczy tego właśnie wydarzenia:

1. Amerykańskie Politico przywołuje fragment artykułu izraelskiej gazety Maariv, w którym możemy przeczytać o doradcach premiera Izraela Beniamina Netaniahu, którzy od dłuższego czasu wskazywali, że żadnego porozumienia nie będzie, a żydowscy osadnicy mogą spać spokojnie.

2. Profesor Stephen M. Walt na swoim blogu na portalu magazynu Foreign Policy wskazuje, że powitanie Bidena w Izraelu nie powinno nikogo dziwić, gdyż rząd Netaniahu od początku robi wszystko, aby włożyć kij w szprychy bliskowschodniej polityki prezydenta Obamy. O policzku i obrazie Amerykanów pisałem także w oddzielnym artykule.

3. David Brooks, publicysta amerykańskiego dziennika New York Times, apeluje o zrozumienie prezydenta Obamy. Jest on ostro krytykowany przez prawicę za skrajną lewicowość, a przez lewicę za wstrzemięźliwość w realizacji ambitnych reform i zbytnią skłonność do kompromisu z prawicą. Brooks przypomina, kim tak naprawdę jest Obama.

4. Brytyjski dziennik The Times informuje o zadziwiającej scysji dyplomatycznej pomiędzy Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi, której przyczyną stała się brytyjska suwerenność nad Falklandami. Stany Zjednoczone zdają się popierać stanowisko argentyńskiej prezydent Cristiny Fernandez de Kirchner, według której o przyszłości Malwinów (inna nazwa Falklandów) powinny zadecydować rozmowy pomiędzy zainteresowanymi. Oba kraje stoczyły w 1982 roku krótką wojnę o wyspy, a spór na nowo rozgrzały informacje o eksploatacji złóż ropy  w okolicy wysp, do której przymierzają się Brytyjczycy.

5. Rosyjska agencja informacyjna ITAR-TASS donosi o możliwości rychłego ustalenia terminu podpisania nowego porozumienia o redukcji arsenałów nuklearnych. Układ mógłby zostać podpisany nawet w ciągu najbliższych tygodni.

6. Brytyjski tygodnik The Economist rozważa, czy powrót byłego szefa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Mohameda ElBaradei do Egiptu oznacza, że będzie on w stanie włączyć się do walki o prezydenturę w 2011 roku. Obecnie obowiązujące prawo eliminuje go z udziału w wyścigu, a elita władzy nie zamierza oddawać pola i ułatwiać laureatowi pokojowej nagrody Nobla działalności politycznej.

Powyższe materiały stanowią wartościową strawę intelektualną dla każdej osoby zainteresowanej polityką międzynarodową. Zapraszam codziennie na Dyplomację na Facebooku. Podsumowanie zbliżającego się tygodnia w przyszły weekend na blogu Dyplomacja. Zachęcam także do dołączenia do społeczności Dyplomacji na Facebooku, do której należy już ponad 160 osób. Bądź zawsze na bieżąco z polityką międzynarodową, komentuj, dyskutuj, polecaj interesujące artykuły - dołącz do Dyplomacji na Facebooku!

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

 

niedziela, 14 lutego 2010

Tydzień temu Indie przeprowadziły test rakiety balistycznej Agni-III, zasięg ok. 3,500 kilometrów, zdolnej przenosić głowice atomowe. Tym samym w zasięgu indyjskich rakiet znalazłyby się Szanghaj i Pekin. Zaledwie kilka dni później New Dehli ogłosiło, że już za rok gotowa do testu będzie rakieta Agni-V, o zwiększonym do ponad 5,000 kilometrów zasięgu. Trudno spodziewać się, aby indyjskie plany zostały odebrane z radością przez sąsiadów, głównie przez Pakistan i Chińską Republikę Ludową.

Jak Indie z Chinami

Na indyjskie zapewnienia, iż ich technologia rakietowa prześcignęła osiągnięcia sąsiadów szybko odpowiedziały Chiny. Jeden z chińskich admirałów, Zhang Zhaozhong ogłosił, że różnica technologiczna wynosi 10-15 lat na korzyść Chin. Jednocześnie Zhang stwierdził, że Pekin nie postrzega Indii jako strategicznego zagrożenia. Takie tendencje dostrzega natomiast po drugiej stronie Himalajów. Tak czy owak, inny admirał - Yang Li, kilka tygodni temu podobno poinformował o pomyślnym teście pierwszego chińskiego systemu antyrakietowego.

grafikaHindusi nie chcą pozostawać w tyle, tak jak w kosmicznym wyścigu zbrojeń, i także pracują nad własnym systemem przeciwrakietowym. Zajmie to jednak kilka lat, podobnie jak wprowadzenie do użytku rakiety Agni-V. Zresztą, Chińczycy poddają w wątpliwość fakt wprowadzenia do powszechnego użytku posiadających mniejszy zasięg rakiet Agni-III. Ponownie, tak czy owak, indyjskimi pracami nad rakietami balistycznymi zdolnymi przenosić głowice atomowe, zaniepokojony jest Pakistan. Islamabad ostrzega przed regionalnym wyścigiem zbrojeń. Nie przestrasza to jednak Indii, gdyż ich budżet obronny przekracza już 30 miliardów dolarów.

Atomowa rywalizacja

Indie, które podpisały umowę o cywilnej współpracy nuklearnej ze Stanami  Zjednoczonymi wyprzedzają w tej kwestii Pakistan o kilka długości. Układ z Amerykanami, mimo sprzeciwu New Dehli wobec przystąpienia do traktatu o nieproliferacji broni jądrowej (NPT), stanowi wyłom w systemie powstrzymywania proliferacji broni jądrowej. Waszyngton przeforsował na forum Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej układ z Indiami, postrzegając to jako pierwszy krok ku strategicznemu zbliżeniu dwóch największych demokracji na świecie. Jak łatwo się domyślić, Chiny i Pakistan nie były tym faktem zachwycone.

grafikaKolejny układ z Indiami podpisali niedawno Brytyjczycy. Coraz bardziej zaniepokojeni Pakistańczycy zaapelowali do państw europejskich, aby traktowały Pakistan na równi z Indiami. Amerykański dziennik The Wall Street Journal zaapelował do administracji Baracka Obamy o jak najszybsze rozpoczęcie z Pakistanem rozmów, których efektem byłoby podpisanie podobnej umowy jak w przypadku Indii.  Jest to potrzebne, aby nie alienować kluczowego dla Ameryki sojusznika.

Marne szanse na postęp

W cieniu opisanej powyżej nuklearnej rozgrywki pozostają trudne relacje pakistańsko-indyjskie. Pod koniec lutego miały odbyć się pierwsze od kilkunastu miesięcy rozmowy pokojowe między Islamabadem a New Dehli, jednak niedawny zamach na piekarnię w mieście Pune stawia przyszłość negocjacji pod znakiem zapytania. Amerykanie naciskają na obie strony, aby wznowiły rozmowy, jednak Indie pozostają nieufne wobec Pakistanu, a głównym problemem są organizacje terrorystyczne znajdujące schronienie i wsparcie na terytorium pakistańskim.

Piotr Wołejko

 

grafika: topnews.in, acus.org

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

 
1 , 2
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook