Wpisy z tagiem: Bliski Wschód

poniedziałek, 02 stycznia 2012

W ubiegły rok wchodziliśmy z nabierającymi rozmachu protestami w Tunezji. Zaczęło się od tragicznego samospalenia Mohameda Bouaziziego, dwudziestokilkuletniego bezrobotnego, zarabiającego na życie nielegalnym handlem owocami. Policja skonfiskowała jego stragan i wlepiła karę, a funkcjonariuszka policji uderzyła go w twarz. W komendzie miasta Sidi Bu Zajd odmówiono wysłuchania go. Zrozpaczony  Bouazizi zdecydował się targnąć na swoje życie. Zmarł w szpitalu 4 stycznia 2011 roku.

Trudno twierdzić, że śmierć młodego Tunezyjczyka wywołała rewoltę, która zmiotła skostniałe reżimy w, według kolejności, Tunisie, Kairze i Trypolisie, przyczyniła się do zamieszek w Jemenie, Bahrajnie i Syrii. Poruszyła ona jednak serca i umysły połowy świata, a w krajach arabskich zdopingowała ludzi do ulicznych demonstracji. Arabowie protestowali nie przeciwko skandalicznemu potraktowaniu Bouaziziego, a przeciwko skorumpowanym reżimom, prześladowaniom politycznym, biedzie i brakowi perspektyw na lepsze życie. Protestom sprzyjały rosnące wówczas ceny podstawowych produktów żywnościowych, a rozkręcali je głównie ludzie w wieku do lat 30, stanowiący największą, a jednocześnie najbardziej pozbawioną widoków na przyszłość część społeczeństw państw arabskich.

Rok 2011: protesty zmieniają świadomość i rzeczywistość

Fala niezadowolenia zmiotła część arabskich reżimów, a innymi mocno zachwiała. Gdyby nie interwencja saudyjskich żołnierzy (działających pod auspicjami Rady Współpracy Państw Zatoki – GCC), sunnicka monarchia w Bahrajnie zostałaby obalona. W Jemenie już przed arabską wiosną trwało coś na kształt wojny domowej, a w jej efekcie walki nabrały tylko rozmachu. W Syrii reżim Baszara al-Asada usiłuje zdławić demonstracje siłą, co kosztowało już życie 5-6 tysięcy osób, w zdecydowanej większości cywili.

Protesty miały miejsce także w dotkniętych kryzysem Grecji czy Hiszpanii, przy czym te hiszpańskie odbyły się pod bannerem „ruchu oburzonych”. Jest to o tyle istotne, że w drugiej połowie roku w USA, a potem w kilkudziesięciu innych państwach, odbywały się demonstracje wymierzone w instytucje finansowe/rynki finansowe i uległych im polityków – pod hasłem Okupuj Wall Street. W międzyczasie masowe protesty wstrząsnęły też Izraelem, gdzie młodzi ludzie wystąpili przeciwko podwyżkom cen żywności oraz wysokim cenom mieszkań.

Na koniec roku protesty ogarnęły Rosję, a ich przyczyną było sfałszowanie wyników wyborów parlamentarnych z 4 grudnia, w których putinowska Jedna Rosja „zdobyła” 50 proc. głosów. Dzień później na ulice Moskwy wyszło kilka tysięcy osób, a w kolejnych tygodniach frekwencja wzrosła do ponad 50 tysięcy.

Nic dziwnego, że magazyn TIME uznał anonimowego demonstranta Człowiekiem Roku 2011. Zwykli ludzie, organizujący się przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii mobilnych i serwisów społecznościowych, rozpoczęli proces zmian w wielu krajach na różnych szerokościach geograficznych. Do spontanicznie organizowanych protestów dołączali inni, tworząc efekt kuli śniegowej.

Co przyniesie Nowy Rok?

grafikaW rok 2012 wchodzimy z rozkręcającymi się protestami we wspomnianej wyżej Rosji. Należy spodziewać się dalszych wystąpień w najbliższych miesiącach – na początku marca odbędą się przecież wybory prezydenckie, w których Władimir Putin zajmie miejsce swojego awatara Dmitrija Miedwiediewa. Dla stabilności reżimu Putin powinien wygrać w cuglach już w pierwszej turze, co bez podkręcenia wyników za pomocą fałszerstw jest coraz mniej prawdopodobne. Tym bardziej, że obecny premier zdaje się nie rozumieć istoty sytuacji, z którą przychodzi mu się zmagać. Ucieka się do starych klisz, dezawuując protestujących jako podzieloną bandę pozbawioną przywództwa i jasnych celów.

Tymczasem, ludzie na ulicach Moskwy, Petersburga, ale też Władywostoku i mniejszych miast nie tworzą siły politycznej, a są już zirytowani powszechnie panującą korupcją, przywilejami dla nielicznych, przejadaniem dochodów z bogactw naturalnych oraz brakiem modernizacji i perspektyw na poprawę własnego losu. Przedstawianie protestujących jako zblazowanej elity, która domaga się większego udziału w torcie narodowym nie znajduje podstawy w faktach. Protestuje nie tylko Moskwa czy Petersburg, czyli miasta zamieszkane przez zwesternizowaną i otwartą na świat elitę.

Zmiana reżimu w Syrii kołem zamachowym zmian na Bliskim Wschodzie

Pisząc o Nowym Roku tak wiele miejsca poświęciłem poprzednim dwunastu miesiącom, gdyż trudno przewidywać cokolwiek w oderwaniu od tak istotnych wydarzeń roku 2011. Nowy Rok powinien przynieść bowiem rozwiązanie polityczne w Syrii i skłaniałbym się tutaj ku zakończeniu rządów alawickiego reżimu Asadów. Jeśli tak się rzeczywiście stanie, istotnej zmianie ulegnie geopolityka regionu. Znacznie ograniczone zostaną wpływy Iranu (nowe władze Syrii niekoniecznie będą zainteresowane sojuszem z Teheranem, znacznie większe możliwości dają bliższe relacje z Turcją), Hezbollah straci oparcie w Syrii i może zacząć tracić grunt w Libanie. Osłabnie też siła Hamasu, wspieranego obecnie przez Iran, a zatem mogą powstać bardziej sprzyjające warunki do prowadzenia rozmów o pokoju z Izraelem po palestyńskiej stronie (niestety, po izraelskiej stronie nie widać na razie takiej gotowości).

Kruszeje system Putina

Protesty w Rosji nie sprawią, że Putin nie zasiądzie na Kremlu, jednak dobre czasy dla niego i jego reżimu dobiegają końca. Mała stabilizacja była dobra kilka lat temu, teraz jednak czas na modernizację. Nie dał jej Miedwiediew, który okazał się skrajnie niesamodzielny, nie da jej patron Miedwiediewa – Putin. Modernizacja systemu zagraża bowiem jego istnieniu, a przede wszystkim istocie reżimu, czyli korupcji i patronażowi, a także centralizacji władzy. Pan i władca Kremla może więc próbować trwać, negować rzeczywistość i lekceważyć protestujących bądź uciekać do przodu, proponując pewne ustępstwa. Pojawiła się już koncepcja powrotu do wyborów gubernatorów przez mieszkańców regionów. Ustępstwa oznaczają jednak demontaż systemu władzy, który będzie postępował metodą salami, plasterek po plasterku. Chyba, że Putin zaskoczy mnie, Rosjan i cały świat, zapowiadając i realizując (słowo-klucz) szeroko zakrojony program reform polityczno-gospodarczo-społecznych. Orzechy przeciwko dolarom, że Putin tak się nie zachowa.

Obama pozostanie w Białym Domu

W Stanach Zjednoczonych, gdzie ruch Okupuj Wall Street przykuł uwagę nie tylko mediów, ale także polityków i części społeczeństwa, na drugą kadencję wybrany zostanie Barack Obama. Nie będzie to tak wielki sukces jak cztery lata temu. Teraz Obama wjedzie do Białego Domu nie na fali entuzjazmu i nadziei na wielkie pozytywne zmiany, a w wyniku pragmatycznej kalkulacji. Wyborcy nie dadzą się nabrać na republikański radykalizm i polityczny populizm reprezentowany przez któregokolwiek ze słabych w tym cyklu wyborczym kandydatów.

Najlepszy z nich, Mitt Romney, musi w prawyborach wykonać salto w tył o tyczce i wylądować telemarkiem, przez co rozumiem zaprzeczenie swoim poglądom i przekonaniom, by zyskać przychylność prawicowej bazy swojej partii, a następnie powrócić do centrowej, umiarkowanej retoryki, która mogłaby przynieść mu sukces w starciu z Obamą. W ten sposób sam dostarczy amunicji Obamie, co w połączeniu z przewagą finansową prezydenta pozwoli na dokonanie medialnej egzekucji Romneya. Inni kandydaci, a na czele stawki są skompromitowany wieloma skandalami były szef Izby Reprezentantów Newt Gingrich i libertarianin i izolacjonista Ron Paul, nie zasługują na poważne traktowanie. Najsłabszy Obama zmiażdży ich z rękami w kieszeniach, o ile nie nastąpi poważne tąpnięcie w gospodarce. W przypadku problemów gospodarczych wszelkie kalkulacje polityczne, w tym powyższe, biorą w łeb i los Obamy będzie bardzo niepewny.

Atak na Iran mało prawdopodobny, ale niewykluczony

Znowu dochodzą nas pogłoski o ataku na Iran, który podobno jest coraz bliżej skonstruowania bomby atomowej. Od kilkudziesięciu godzin trwają manewry militarno-polityczne wokół Cieśniny Ormuz, przez którą płynie 1/3 światowego zużycia ropy naftowej. Co rok, przynajmniej, słyszymy o ataku na Iran, a plotki nie materializują się. Tak będzie i tym razem, gdyż główny gracz – Obama, nie będzie ryzykował uderzenia, chociażby przez wzgląd na kampanię wyborczą. Jedyna szansa na wojnę to uderzenie Izraela, które – nawet jeśli Ameryka nie weźmie w nim udziału – wciągnie Waszyngton, a przez to i Unię Europejską w konflikt i zmusi do poniesienia konsekwencji. Swoją drogą śmieszny jest rzekomy strach przed niewielkim krajem z niedorozwiniętą gospodarką i nikłym potencjałem militarnym, położonym hen za górami i morzami, a w przypadku USA daleko za Oceanem. Niestety, w przypadku Iranu trudno przebić się z racjonalną oceną sytuacji. Dominuje propaganda i panikarstwo, w czym radośnie biorą udział media i dziennikarze, także w Polsce.

Sukcesja władzy w Pekinie

Na koniec, choć przewidywać można by dalece więcej, warto zwrócić uwagę na Chiny. Druga potęga gospodarcza świata przechodzić będzie w tym roku przez niezwykle delikatny, choć sprawdzony w praktyce, proces wymiany kierownictwa. Przetasowania na szczytach władzy mogą sprawić, że polityka Chin, w tym zagraniczna, będzie się w tym roku (a może i pierwszej połowie następnego) wydawała niespójna, pełna sprzeczności, a może nawet chaotyczna. Różne elementy systemu władzy mają bowiem różne poglądy na kluczowe sprawy i te różnice będą bardziej widoczne. Zmiana władzy utrudni Chinom zajęcie się wewnętrznymi problemami gospodarczymi, takimi jak bańka na rynku nieruchomości, presja na wzrost wynagrodzeń w przemyśle i zadłużenie regionów. Nie mówiąc już o znalezieniu właściwej, innej niż przemoc i prześladowania, odpowiedzi na protesty społeczne.

To będzie ciekawy rok. Śledźmy go razem na Dyplomacji oraz Dyplomacji na Facebooku.

Piotr Wołejko

 

grafika: http://bmwblog.com/

niedziela, 06 lutego 2011

Arabska Afryka Północna i Bliski Wschód płoną. Bilans pierwszych tygodni 2011 roku to obalenie dyktatora Ben Alego w Tunezji oraz ustępstwa ze strony dwóch kolejnych dyktatorów - Mubaraka w Egipcie i Saleha w Jemenie. W Jordanii zmienił się rząd. Tak samo jak w Libanie, chociaż tutaj powody były inne niż w pozostałych państwach. Niespokojnie jest również w Algierii. Zmiany, zmiany, zmiany...

Nadciąga nowe, nieustannie

Pół roku temu trudno byłoby przewidzieć powyższe wydarzenia. Owszem, zawsze znajdzie się niewielka liczba tych, którzy trafiliby w dziesiątkę. Jest to jednak niewielka grupa. Trudno uchwycić tę niepowtarzalną chwilę, która jest decydująca dla powodzenia zmian w poszczególnych krajach, regionach, a nawet na całym świecie. Niewielu przecież przewidywało, że nagle rozpadnie się Związek Radziecki. Większość Amerykanów było w szoku. Poszli spać z zimną wojną w tle, obudzili się i była ona tylko wspomnieniem.

Wracając do państw arabskich, widzimy teraz, jak złudne było poczucie stabilizacji, o której zapewniali świat lokalni władcy. Gdy oglądaliśmy demonstracje i walki uliczne w Grecji niektórzy na pewno poczuli dreszcz przechodzący po karku. To nie było bowiem jakieś państwo trzeciego świata, położone za siedmioma morzami, za siedmioma górami itd. Nie, to były Ateny - stolica cywilizowanego kraju. Z ówczesnych protestów należało wyciągnąć jeden wniosek - europejska stabilizacja wcale nie jest ostateczna.

Mówiąc szczerze, żadna stabilizacja nie jest ostateczna. I nic nie jest dane raz na zawsze. Na czele z, rzekomo nienaruszalnymi, granicami państwowymi. Granice, podobnie jak układ sił na globalnej szachownicy, są płynne. Wkrótce niepodległość ogłosi zresztą Sudan Południowy, gdzie w referendum prawie wszyscy głosujący poparli separację od Chartumu. W najbliższych dekadach będziemy świadkami jeszcze wielu secesji i narodzin państw, nie tylko na kontynencie afrykańskim. Kto dwie dekady temu przewidywał, że powstaną takie państwa (quasi-państwa) jak Kosowo, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Abchazja czy Osetia Południowa? A Timor-Wschodni?

Historia kołem się toczy

Rację miał Heraklit z Efezu gdy stwierdził, że wszystko płynie. Prostota i głębia tego twierdzenia od setek lat zachwycają kolejne pokolenia. Świat, podobnie jak zamieszkujący go ludzie, podlega nieustannym zmianom. Można powiedzieć, że rodzi się, dojrzewa, wkracza w fazę wieku średniego, starzeje się i umiera. Cykl ten się powtarza. Śmierć następuje w momencie schyłku jednego układu sił, a narodziny w chwili powstawania nowego. Dojrzewanie to okres burzliwy, pełen konfliktów i sporów. Wiekiem średnim można określić czas, w którym układ sił został w miarę ostatecznie potwierdzony. Następuje jego petryfikacja i chwilowe uspokojenie. Kto może, czerpie z tego korzyści. Na starość znowu pojawiają się silniejsze konflikty, gdy młodzi gniewni rozpychają się kosztem starych potęg.

grafika

źródło: ghostnation.blogspot.com

Dla realisty taka sytuacja jest czymś naturalnym i oczywistym. W końcu realistyczna teoria stosunków międzynarodowych opiera się na założeniu, że system międzynarodowy jest anarchiczny. Wszystkie państwa rywalizują o bezpieczeństwo i starają się maksymalizować własną potęgę (gospodarka, wojsko), co zwiększa szanse na przetrwanie. Ci, którzy tak nie postępują, są narażeni na zniknięcie. W taki właśnie sposób zniknęła Polska. Podczas gdy jej sąsiedzi rośli w siłę, modernizowali się i zbroili na potęgę, my na szczyty wynieśliśmy swobody szlacheckie i niesławne liberum veto. Byliśmy modelowym kandydatem do zniknięcia. I zniknęliśmy. Każde państwo może zniknąć. Całkowicie bądź częściowo, gdy udaje się zachować pewne instytucje i struktury, nawet mimo istotnego osłabienia państwowości.

Zmiany leżą w naturze systemu międzynarodowego. Nie zaś stabilizacja, do której - jak się nam wydaje - nieustannie dążymy. Zmienność, płynność to coś naturalnego. Nie ma sensu się przed tym bronić. Trzeba to zaakceptować, oswoić i wykorzystać dla własnych korzyści*.

Piotr Wołejko

 

*W podobnym tonie felieton Anne Applebaum na łamach Washington Post

niedziela, 21 lutego 2010

A co my u diabła zyskujemy na tym pokoju? No zobacz, musielibyśmy oddać kawał ziemi, prawdopodobnie zlikwidować osiedla, stracić pozycje strategiczne. Byłyby cięcia w budżecie bezpieczeństwa i ogólnych budżetach wojskowych. Amerykanie pewnie ograniczyliby pomoc... W końcu nie bylibyśmy w stanie wojny. Diaspora żydowska nie czułaby się już tak zobligowana do wspierania  nas. I jakby tego było jeszcze za mało, tamci wyczekają na odpowiedni moment i zepchną nas do morza. Moim zdaniem, lepiej zostawić wszystko tak jak jest...

Zagadka - czego dotyczy powyższy cytat i skąd może pochodzić?

Weekend nie sprzyja dłuższym formom, stąd pozwolę sobie polecić ciekawe opracowanie dotyczące przyszłości amerykańskiego przywództwa. Autorem jest Stewart Patrick, ekspert think-tanku Council on Foreign Relations.

Piotr Wołejko

niedziela, 20 grudnia 2009

Niepokojące wieści dla izraelskiej prawicy oraz pro-izraelskiego lobby w Stanach Zjednoczonych nadeszły w ostatnich dniach z Europy. Choć Izraelczycy przywykli do lekceważenia europejskiego głosu w sprawie Palestyny, trudno przejść im do porządku dziennego nad wypowiedziami Catherine Ashton i Miguela Moratinosa.

Europa krytykuje, Izrael nie reaguje

grafikaAshton, nowa "minister spraw zagranicznych UE" potępiła izraelską okupację ziem palestyńskich, domagała się zniesienia blokady Strefy Gazy oraz skrytykowała tzw. Mur Bezpieczeństwa. Moratinos, minister spraw zagranicznych Hiszpanii, która od 1 stycznia przejmuje unijną prezydencję, zapowiedział natomiast poparcie dla idei powstania państwa palestyńskiego jeszcze w 2010 roku. Jeśli dodamy do tego nieprzyjemną dla obecnego rządu Izraela postawę przewodzącej unii Szwecji, otrzymamy niepokojący miks oburzających izraelską prawicę poglądów. Oczywiście, należy być umiarkowanie sceptycznym co do możliwości wpłynięcia Europy na Izrael, ale nastawienie krytyczne do poczynań tego państwa wobec Palestyńczyków staje się coraz powszechniejsze (pomijam tu całkowicie nakaz aresztowania ex-premier Cipi Livni, wydany przez brytyjski sąd).

Tymczasem Izrael, jakby nigdy nic, podgrzewa atmosferę dotyczącą drugiego "niekończącego się kryzysu", tj. irańskiego programu atomowego. O czym marzy premier Netaniahu? Najpewniej o wymazaniu z mapy irańskich instalacji nuklearnych i o tym, aby nastąpiło to jak najszybciej.  Izraelską wykładnię prezentuje Caroline Glick na łamach Jerusalem Post, w niezwykle interesującym artykule.

Zły Eisenhower

Już sam tytuł tekstu jest intelektualną prowokacją: Rozważyć ponownie kampanię sueską. Czyli atak Izraela, Wielkiej Brytanii i Francji na Egipt w 1956 roku, będący efektem znacjonalizowania Kanału Sueskiego przez władze Egiptu. Mimo sukcesu militarnego trójka agresorów poniosła polityczną klęskę, gdyż ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Dwight Eisenhower, był bardzo krytycznie nastawiony do całej operacji. Pod naciskiem Ameryki agresorzy wycofali się z podkulonym ogonem, a twarde stanowisko Eisenhowera wobec agresji jest ważną cezurą, do której Glick nawiązuje w swoim artykule.

Postawa legendarnego dowódcy wojsk sprzymierzonych podczas drugiej wojny światowej, gen. Dwighta Eisenhowera, wobec izraelsko-brytyjsko-francuskiego ataku na Egipt jest bowiem ostatnim tak zdecydowanym sprzeciwem wobec działań Izraela. Eisenhower w ogóle nie był wielkim zwolennikiem bliskich stosunków Ameryki z Izraelem, starając się prowadzić na Bliskim Wschodzie zrównoważoną politykę, której nadrzędnym celem było powstrzymanie sowieckiej ekspansji. Prezydent Eisenhower postawił się Izraelowi, jego następcy nie potrafili tego zrobić.

Efektem ustępliwości przywódców USA wobec Izraela jest obecne poczucie bezkarności i pewność, że Ameryka nie zrobi niczego wbrew interesom Izraela (nawet jeśli jakieś posunięcie byłoby korzystne dla Ameryki). Doszło nawet do tego, że to Izrael decyduje, co Ameryka może zrobić w regionie. Krytyczne podejście do tego tematu zaprezentowali m.in. politolodzy Stephen Walt i John Mearsheimer, których książkę "The Israel Lobby and U.S. foreign policy" dość obszernie omawiałem  na swoim blogu w grudniu 2008 r., m.in. tutaj.

Obama to nie "Ike", uderzyć na Iran!

Jednak, optymistycznie dla izraelskiej prawicy i premiera Netaniahu, komentatorka Jerusalem Post wskazuje, że Obama nie jest Eisenhowerem. Legendarny generał, zauważa Glick, był nietykalny w kraju i na świecie. Obama natomiast ma ledwie 50-procentowe poparcie w zaledwie 11 miesięcy od objęcia urzędu. Autorka pięknie powiązała 26-procentowe zrozumienie Amerykanów dla przyznania Obamie pokojowej nagrody Nobla z jego brakiem wiarygodności w polityce zagranicznej, chapeau bas Pani Glick!

Co z tego wynika? Obama jest słaby i można, nie - nawet trzeba! - wykorzystać nadarzającą się okazję, by zlikwidować największe, śmiertelne zagrożenie, jakim dla Izraela jest irański program nuklearny. Dawid Ben-Gurion, premier Izraela podczas kampanii sueskiej, podjąłby ponownie decyzję o agresji na Egipt. Nie wahałby się także uderzyć na Iran, twierdzi publicystyka, mobilizując obecnego szefa rządu, Beniamina Netaniahu, do wysłania izraelskiego lotnictwa na irańskie niebo.

Aby zagęścić atmosferę izraelskie media, w tym przypadku portal DEBKAfile, publikują informacje o zaawansowaniu irańskich rakiet Sidżil-2, które podobno radzą sobie z systemami antyrakietowymi Izraela (Arrow) oraz Stanów Zjednoczonych (Patriot, THAAD czy Aegis). Test takiej właśnie rakiety Irańczycy przeprowadzili kilka dni temu, a największy polski portal Onet.pl straszył czytelników, że Sidżil stanowi zagrożenie dla Europy. Niestety, Onet.pl nie wyjaśniał, dlaczego Iran miałby Europę atakować. W tym samym artykule DEBKAfile przypomina o nieudolności Amerykanów i o kolejnych miesiącach spokoju danych Iranowi przez administrację Obamy, która próbuje porozumieć się z Teheranem.

Krótkoterminowa korzyść, długofalowe straty

Jak zwykle, pisząc o irańskim programie atomowym i możliwym ataku izraelskim (lub amerykańskim) na irańskie instalacje nuklearne powtórzę, że opcja militarna przyniesie niewiele pożytku. Przede wszystkim może cofnąć dość zaawansowane postępy gnicia reżimu od środka i odwlec zmiany, które nieuchronnie się zbliżają. Warto także zastanowić się, jakie byłyby regionalne konsekwencje nalotów na Iran. Tutaj skłaniam się do tezy, iż Teheran nie próbowałby zanadto odpłacić "pięknym za nadobne", gdyż przyniosłoby to mu więcej strat niż korzyści. Mogą zawieść także sojusznicy (Hezbollah, Hamas, Syria), niechętnie patrzący na możliwość frontalnego starcia z izraelską armią i służbami specjalnymi.

Naloty mogą cofnąć irański program atomowy o kilka lat, nie wywołując jednocześnie wstrząsów wtórnych w regionie. Cofną jednak nadchodzące zmiany reżimu irańskiego, a patrząc na obecne władze islamskiej republiki, prace nad atomem byłyby kontynuowane ze zdwojoną siłą. Kupowanie czasu kosztem wzmocnienia władzy twardogłowych w Iranie wydaje się kiepskim pomysłem.

Trudno w ogóle rozważać uderzenie na Iran tuż przed uroczystościami pogrzebowymi zmarłego wielkiego ajatollaha Alego Husajna Montazeriego, szanowanego teologa i jednego z największych krytyków systemu rządów w Iranie oraz ekipy prezydenta Ahmadineżada. Do Kom, gdzie odbędą się uroczystości, ściągają tysiące Irańczyków. Władze obawiają się, że opozycja wykorzysta okazję do zamanifestowania swojej siły. Atak, nieważne przez kogo dokonany, ułatwi władzom represje wobec opozycji, jednocześnie zbliżając obywateli do rządzących w obliczu zewnętrznego zagrożenia.

Lepiej więc, aby Netaniahu nie próbował odgrywać roli Ben-Guriona i wykorzystywać domniemanych ani rzeczywistych słabości Obamy, który bez wątpienia nie jest i nie będzie Eisenhowerem. Krótkoterminowo Izrael na tym zyska, długoterminowo stracą wszyscy w regionie.

Piotr Wołejko

grafika: jpost.com


Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:


| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook