Wpisy z tagiem: Iran

wtorek, 24 stycznia 2012

Gdy w mediach powraca temat zbliżającego się wielkimi krokami ataku na Iran, nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, iż - jak powiedział Talleyrand - byłoby to gorsze niż zbrodnia, byłby to błąd. Decyzja o ataku na Iran, którą uzasadnia się prowadzeniem przez ten kraj prac nad programem nuklearnym (najpewniej jednocześnie cywilnym i wojskowym), opiera się na szeregu błędnych przesłanek. Co więcej, zwolennicy uderzenia w sposób istotny minimalizują negatywne konsekwencje takiego obrotu zdarzeń. Głównym problemem wydaje się niezrozumienie myślenia irańskich elit władzy. Entuzjaści ataku uważają, i taką narrację sprzedają w mediach, że irańskie władze składają się z szaleńców ogarniętych wizją zniszczenia Izraela i siania niepokoju w regionie.

O ile prezentowanie przeciwnika w taki sposób jest bardzo wygodne, a przy tym efektowne, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ajatollahowie potrafią chłodno kalkulować i podejmować bardzo racjonalne decyzje. Pisałem o tym w artykule dla Polski Zbrojnej z połowie ubiegłego roku (Iran - racjonalny oportunista, PZ 23/2011). Przywoływałem w tym tekście dwóch amerykańskich ekspertów od polityki międzynarodowej, Raya Takeyha i Valiego Nasra, którzy twierdzą, iż "Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie".

Meandry irańskiej dyplomacji

grafikaW podobnym tonie wypowiedział się Ali Alfoneh, irański politolog i ekspert konserwatywnego think-tanku American Enterprise Institute w rozmowie z Rzeczpospolitą (wydanie z 24 stycznia br.): "Wbrew temu, co często się o Iranie pisze, Republika Islamska systematycznie podejmowała racjonalne decyzje w obliczu egzystencjalnych zagrożeń". Dalej Alfoneh podaje przykłady takiego zachowania ze strony Teheranu: "[Republika - przyp. P.W.] potrafiła współpracować (...) z wrogiem - Izraelem - aby się obronić przed agresją Iraku w latach 80., a w obliczu porażki w tej wojnie zaakceptowała niekorzystne zawieszenie broni. Nie poszła w ślady III Rzeszy (do której jest często porównywana) i nie walczyła do końca, co pewnie skończyłoby się zbiorowym samobójstwem".

Jednocześnie irański ekspert z AEI zauważa ciekawą prawidłowość, na którą należy zwrócić większą uwagę. Alfoneh mówi, iż: "(...) kiedy sytuacja nie zagraża istnieniu państwa, Iran ma skłonność do popełniania rażących politycznych błędów i często się przelicza w swoich zamiarach". Politolog słusznie dostrzega, iż "Teheran ma szczególną skłonność do interpretowania normalnych, cywilizowanych zachowań jego przeciwników jako oznak słabości. To stało się coraz bardziej widoczne, od kiedy prezydentem USA został Barack Obama, który postawił na łagodniejsze stanowisko względem Iranu". Nic dziwnego, że nie okazało się ono skuteczne. Teheran błędnie je zinterpretował, a przeciwnicy zmiany twardego kursu wobec Iranu na konstruktywne zaangażowanie tylko przyklasnęli postawie ajatollahów i przedstawiają Obamę jako mięczaka i nieudacznika.

Warto przy tym pamiętać, że Irańczycy nie tylko nie potrafią odczytać gestów swoich przeciwników, lecz niekoniecznie zależy im na prawidłowym odbiorze wysyłanych sygnałów. Reżim znalazł się pod kontrolą konserwatystów, rośnie rola militarnej ostoi teokratycznego systemu władzy - Korpusu Strażników Rewolucji. Wśród irańskiej elity władzy dominuje aktualnie pogląd, iż jakiekolwiek otwarcie na świat i ustępstwa wobec presji Zachodu mogą doprowadzić do wybuchu buntu społecznego i obalenia reżimu. Skostniałe struktury nastawione są na trwanie, aparat represji coraz bardziej pracowicie prześladuje nieprawomyślnych obywateli, nawet tak wysoko postawionych w hierarchii władz jak eks-prezydent Mohammed Chatami czy eks-premier Mir-Hosejn Mousawi.

Oportuniści, nie szaleńcy

Jednocześnie, chociaż w Teheranie dominują twardogłowi, "trzeba jasno powiedzieć, że przywódcy Iranu nie są samobójcami" - jak mówi wspomniany wyżej Ali Alfoneh z American Enterprise Institute. Nie wierzy on w to, że jeśli Iran zbuduje bombę jądrową, będzie dążył do wymazania Izraela z mapy świata. Jego zdaniem bardziej realistyczny jest scenariusz, w którym "Iran coraz agresywniej rzuca wyzwania swoim sąsiadom i przeciwnikom", co będzie podsycało napięcie w regionie.

Uważam dokładnie tak samo, o czym zresztą pisałem w sierpniu 2010 r. we wpisie Implikacje irańskiego atomu dla Bliskiego Wschodu. Przytoczę fragment tego wpisu, gorąco zachęcając do lektury całego tekstu: "stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę".

Nawet atomowy Iran można łatwo powstrzymać

Świat nie skończył się, gdy ZSRR wszedł w posiadanie bomby atomowej, ani gdy podzielił się tym odkryciem z Chinami. Kolejne państwa, choć jednak nieliczne, wchodziły w posiadanie broni A i nie doprowadziło to do przemiany globu w atomową pustynię. Atomowe odstraszanie wśród potęg jądrowych jest bardzo skuteczne. W przypadku Iranu również zadziała (Iran musi jeszcze skonstruować odpowiednie rakiety oraz umieścić bombę w tejże rakiecie, co nie jest takie proste).

Dodatkowo, Stany Zjednoczone zapewne obejmą sojusznicze kraje Zatoki Perskiej parasolem atomowym, gwarantując ich bezpieczeństwo. Uwolni je to spod presji Iranu i powstrzyma przed chęcią zbudowania własnego arsenału atomowego. Iran może pójść dwiema drogami: pierwszą, w której spróbuje wywrócić obecny ład regionalny do góry nogami i zwiększyć swoje wpływy; bądź drugą, w której reżim czując się wreszcie bezpiecznie skupi się na rozwoju gospodarczym i, w dalszej przyszłości, pójdzie drogą liberalizacji politycznej. Obecne wierzganie Iranu, w tym straszenie blokadą Cieśniny Ormuz, może wynikać ze strachu reżimu przed utratą władzy. Zabezpieczenie w postaci broni A powinno uspokoić myśli ajatollahów. Na co wtedy skierują swoją  uwagę?

To Ty, Czytelniku, zapłacisz za atak na Iran

Na koniec krótka uwaga dotycząca entuzjazmu dla uderzenia na Iran. Wszyscy już dziś odczuwamy na stacjach paliwowych koszty przymiarek do zaatakowania Iranu. Jeśli on jednak nastąpi, krótkofalowo ceny wystrzelą w górę. Iran może zareagować przesadnie, nie tyle próbując zablokować Ormuz, co zasypując gradem rakiet instalacje naftowe państw Zatoki oraz zatapiając tankowce. Wówczas wyższe ceny będą nam towarzyszyć dłużej. Jest jasne, co to oznacza dla światowej gospodarki, ledwo zipiącej po drugiej fali kryzysu finansowego.

Atak nie powstrzyma Iranu od prac nad bronią jądrową, nad którą pracują od połowy lat 70., czyli rządów obalonego przez rewolucję islamską szacha Pahlaviego. Reżim skonsoliduje władzę, gdyż program nuklearny (szeroko rozumiany, raczej cywilny niż wojskowy) ma poparcie zdecydowanej większości Irańczyków. Opozycja będzie musiała poprzeć władze, a te będą mogły przeprowadzić kolejną falę prześladowań i aresztowań, czyszcząc sobie przedpole polityczne na kilka następnych lat. O wariancie zmiany reżimu drogą zbrojną, czyli operacji na wzór iracki nie warto nawet myśleć. Amerykanie już zrozumieli, że tego się nie da zrobić.

Piotr Wołejko

 

grafika: warnewsupdates.blogspot.com

poniedziałek, 02 stycznia 2012

W ubiegły rok wchodziliśmy z nabierającymi rozmachu protestami w Tunezji. Zaczęło się od tragicznego samospalenia Mohameda Bouaziziego, dwudziestokilkuletniego bezrobotnego, zarabiającego na życie nielegalnym handlem owocami. Policja skonfiskowała jego stragan i wlepiła karę, a funkcjonariuszka policji uderzyła go w twarz. W komendzie miasta Sidi Bu Zajd odmówiono wysłuchania go. Zrozpaczony  Bouazizi zdecydował się targnąć na swoje życie. Zmarł w szpitalu 4 stycznia 2011 roku.

Trudno twierdzić, że śmierć młodego Tunezyjczyka wywołała rewoltę, która zmiotła skostniałe reżimy w, według kolejności, Tunisie, Kairze i Trypolisie, przyczyniła się do zamieszek w Jemenie, Bahrajnie i Syrii. Poruszyła ona jednak serca i umysły połowy świata, a w krajach arabskich zdopingowała ludzi do ulicznych demonstracji. Arabowie protestowali nie przeciwko skandalicznemu potraktowaniu Bouaziziego, a przeciwko skorumpowanym reżimom, prześladowaniom politycznym, biedzie i brakowi perspektyw na lepsze życie. Protestom sprzyjały rosnące wówczas ceny podstawowych produktów żywnościowych, a rozkręcali je głównie ludzie w wieku do lat 30, stanowiący największą, a jednocześnie najbardziej pozbawioną widoków na przyszłość część społeczeństw państw arabskich.

Rok 2011: protesty zmieniają świadomość i rzeczywistość

Fala niezadowolenia zmiotła część arabskich reżimów, a innymi mocno zachwiała. Gdyby nie interwencja saudyjskich żołnierzy (działających pod auspicjami Rady Współpracy Państw Zatoki – GCC), sunnicka monarchia w Bahrajnie zostałaby obalona. W Jemenie już przed arabską wiosną trwało coś na kształt wojny domowej, a w jej efekcie walki nabrały tylko rozmachu. W Syrii reżim Baszara al-Asada usiłuje zdławić demonstracje siłą, co kosztowało już życie 5-6 tysięcy osób, w zdecydowanej większości cywili.

Protesty miały miejsce także w dotkniętych kryzysem Grecji czy Hiszpanii, przy czym te hiszpańskie odbyły się pod bannerem „ruchu oburzonych”. Jest to o tyle istotne, że w drugiej połowie roku w USA, a potem w kilkudziesięciu innych państwach, odbywały się demonstracje wymierzone w instytucje finansowe/rynki finansowe i uległych im polityków – pod hasłem Okupuj Wall Street. W międzyczasie masowe protesty wstrząsnęły też Izraelem, gdzie młodzi ludzie wystąpili przeciwko podwyżkom cen żywności oraz wysokim cenom mieszkań.

Na koniec roku protesty ogarnęły Rosję, a ich przyczyną było sfałszowanie wyników wyborów parlamentarnych z 4 grudnia, w których putinowska Jedna Rosja „zdobyła” 50 proc. głosów. Dzień później na ulice Moskwy wyszło kilka tysięcy osób, a w kolejnych tygodniach frekwencja wzrosła do ponad 50 tysięcy.

Nic dziwnego, że magazyn TIME uznał anonimowego demonstranta Człowiekiem Roku 2011. Zwykli ludzie, organizujący się przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii mobilnych i serwisów społecznościowych, rozpoczęli proces zmian w wielu krajach na różnych szerokościach geograficznych. Do spontanicznie organizowanych protestów dołączali inni, tworząc efekt kuli śniegowej.

Co przyniesie Nowy Rok?

grafikaW rok 2012 wchodzimy z rozkręcającymi się protestami we wspomnianej wyżej Rosji. Należy spodziewać się dalszych wystąpień w najbliższych miesiącach – na początku marca odbędą się przecież wybory prezydenckie, w których Władimir Putin zajmie miejsce swojego awatara Dmitrija Miedwiediewa. Dla stabilności reżimu Putin powinien wygrać w cuglach już w pierwszej turze, co bez podkręcenia wyników za pomocą fałszerstw jest coraz mniej prawdopodobne. Tym bardziej, że obecny premier zdaje się nie rozumieć istoty sytuacji, z którą przychodzi mu się zmagać. Ucieka się do starych klisz, dezawuując protestujących jako podzieloną bandę pozbawioną przywództwa i jasnych celów.

Tymczasem, ludzie na ulicach Moskwy, Petersburga, ale też Władywostoku i mniejszych miast nie tworzą siły politycznej, a są już zirytowani powszechnie panującą korupcją, przywilejami dla nielicznych, przejadaniem dochodów z bogactw naturalnych oraz brakiem modernizacji i perspektyw na poprawę własnego losu. Przedstawianie protestujących jako zblazowanej elity, która domaga się większego udziału w torcie narodowym nie znajduje podstawy w faktach. Protestuje nie tylko Moskwa czy Petersburg, czyli miasta zamieszkane przez zwesternizowaną i otwartą na świat elitę.

Zmiana reżimu w Syrii kołem zamachowym zmian na Bliskim Wschodzie

Pisząc o Nowym Roku tak wiele miejsca poświęciłem poprzednim dwunastu miesiącom, gdyż trudno przewidywać cokolwiek w oderwaniu od tak istotnych wydarzeń roku 2011. Nowy Rok powinien przynieść bowiem rozwiązanie polityczne w Syrii i skłaniałbym się tutaj ku zakończeniu rządów alawickiego reżimu Asadów. Jeśli tak się rzeczywiście stanie, istotnej zmianie ulegnie geopolityka regionu. Znacznie ograniczone zostaną wpływy Iranu (nowe władze Syrii niekoniecznie będą zainteresowane sojuszem z Teheranem, znacznie większe możliwości dają bliższe relacje z Turcją), Hezbollah straci oparcie w Syrii i może zacząć tracić grunt w Libanie. Osłabnie też siła Hamasu, wspieranego obecnie przez Iran, a zatem mogą powstać bardziej sprzyjające warunki do prowadzenia rozmów o pokoju z Izraelem po palestyńskiej stronie (niestety, po izraelskiej stronie nie widać na razie takiej gotowości).

Kruszeje system Putina

Protesty w Rosji nie sprawią, że Putin nie zasiądzie na Kremlu, jednak dobre czasy dla niego i jego reżimu dobiegają końca. Mała stabilizacja była dobra kilka lat temu, teraz jednak czas na modernizację. Nie dał jej Miedwiediew, który okazał się skrajnie niesamodzielny, nie da jej patron Miedwiediewa – Putin. Modernizacja systemu zagraża bowiem jego istnieniu, a przede wszystkim istocie reżimu, czyli korupcji i patronażowi, a także centralizacji władzy. Pan i władca Kremla może więc próbować trwać, negować rzeczywistość i lekceważyć protestujących bądź uciekać do przodu, proponując pewne ustępstwa. Pojawiła się już koncepcja powrotu do wyborów gubernatorów przez mieszkańców regionów. Ustępstwa oznaczają jednak demontaż systemu władzy, który będzie postępował metodą salami, plasterek po plasterku. Chyba, że Putin zaskoczy mnie, Rosjan i cały świat, zapowiadając i realizując (słowo-klucz) szeroko zakrojony program reform polityczno-gospodarczo-społecznych. Orzechy przeciwko dolarom, że Putin tak się nie zachowa.

Obama pozostanie w Białym Domu

W Stanach Zjednoczonych, gdzie ruch Okupuj Wall Street przykuł uwagę nie tylko mediów, ale także polityków i części społeczeństwa, na drugą kadencję wybrany zostanie Barack Obama. Nie będzie to tak wielki sukces jak cztery lata temu. Teraz Obama wjedzie do Białego Domu nie na fali entuzjazmu i nadziei na wielkie pozytywne zmiany, a w wyniku pragmatycznej kalkulacji. Wyborcy nie dadzą się nabrać na republikański radykalizm i polityczny populizm reprezentowany przez któregokolwiek ze słabych w tym cyklu wyborczym kandydatów.

Najlepszy z nich, Mitt Romney, musi w prawyborach wykonać salto w tył o tyczce i wylądować telemarkiem, przez co rozumiem zaprzeczenie swoim poglądom i przekonaniom, by zyskać przychylność prawicowej bazy swojej partii, a następnie powrócić do centrowej, umiarkowanej retoryki, która mogłaby przynieść mu sukces w starciu z Obamą. W ten sposób sam dostarczy amunicji Obamie, co w połączeniu z przewagą finansową prezydenta pozwoli na dokonanie medialnej egzekucji Romneya. Inni kandydaci, a na czele stawki są skompromitowany wieloma skandalami były szef Izby Reprezentantów Newt Gingrich i libertarianin i izolacjonista Ron Paul, nie zasługują na poważne traktowanie. Najsłabszy Obama zmiażdży ich z rękami w kieszeniach, o ile nie nastąpi poważne tąpnięcie w gospodarce. W przypadku problemów gospodarczych wszelkie kalkulacje polityczne, w tym powyższe, biorą w łeb i los Obamy będzie bardzo niepewny.

Atak na Iran mało prawdopodobny, ale niewykluczony

Znowu dochodzą nas pogłoski o ataku na Iran, który podobno jest coraz bliżej skonstruowania bomby atomowej. Od kilkudziesięciu godzin trwają manewry militarno-polityczne wokół Cieśniny Ormuz, przez którą płynie 1/3 światowego zużycia ropy naftowej. Co rok, przynajmniej, słyszymy o ataku na Iran, a plotki nie materializują się. Tak będzie i tym razem, gdyż główny gracz – Obama, nie będzie ryzykował uderzenia, chociażby przez wzgląd na kampanię wyborczą. Jedyna szansa na wojnę to uderzenie Izraela, które – nawet jeśli Ameryka nie weźmie w nim udziału – wciągnie Waszyngton, a przez to i Unię Europejską w konflikt i zmusi do poniesienia konsekwencji. Swoją drogą śmieszny jest rzekomy strach przed niewielkim krajem z niedorozwiniętą gospodarką i nikłym potencjałem militarnym, położonym hen za górami i morzami, a w przypadku USA daleko za Oceanem. Niestety, w przypadku Iranu trudno przebić się z racjonalną oceną sytuacji. Dominuje propaganda i panikarstwo, w czym radośnie biorą udział media i dziennikarze, także w Polsce.

Sukcesja władzy w Pekinie

Na koniec, choć przewidywać można by dalece więcej, warto zwrócić uwagę na Chiny. Druga potęga gospodarcza świata przechodzić będzie w tym roku przez niezwykle delikatny, choć sprawdzony w praktyce, proces wymiany kierownictwa. Przetasowania na szczytach władzy mogą sprawić, że polityka Chin, w tym zagraniczna, będzie się w tym roku (a może i pierwszej połowie następnego) wydawała niespójna, pełna sprzeczności, a może nawet chaotyczna. Różne elementy systemu władzy mają bowiem różne poglądy na kluczowe sprawy i te różnice będą bardziej widoczne. Zmiana władzy utrudni Chinom zajęcie się wewnętrznymi problemami gospodarczymi, takimi jak bańka na rynku nieruchomości, presja na wzrost wynagrodzeń w przemyśle i zadłużenie regionów. Nie mówiąc już o znalezieniu właściwej, innej niż przemoc i prześladowania, odpowiedzi na protesty społeczne.

To będzie ciekawy rok. Śledźmy go razem na Dyplomacji oraz Dyplomacji na Facebooku.

Piotr Wołejko

 

grafika: http://bmwblog.com/

sobota, 31 grudnia 2011

Forma bez treści. Tak wyglądają od blisko dekady wszelkie inicjatywy pokojowe na Bliskim Wschodzie. Czy można mówić o jakimkolwiek progresie, gdy nierozwiązane pozostają podstawowe problemy (granice, kwestie wody, prawo uchodźców do powrotu, status Jerozolimy), a jednocześnie tworzą się nowe, wraz z rozbudową kolejnych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu? Palestyńczycy są na etapie budowania porozumienia narodowego między umiarkowanym Fatahem prezydenta Abbasa, a radykalnym Hamasem, uznawanym przez Stany Zjednoczone, Izrael i Unię Europejską za organizację terrorystyczną. Izraelczycy z kolei mają stabilną koalicję, która nie chce pokoju, bo rządzi dzięki poparciu elektoratu niezainteresowanego porozumieniem.

grafikaProszę wyobrazić sobie taką sytuację – w  europejsko-amerykańskiej restauracji siedzi Izraelczyk i Palestyńczyk. Obaj – zgodnie – przed wspólną kolacją są optymistami co do jej przebiegu. Opowiadają o swojej otwartości do zapłacenia rachunku, a – w najgorszym przypadku – do podzielania się kosztami. Na koniec, gdy już kolacja została skonsumowana – przez minutę trwa kurtuazyjny cyrk pt. „ja zapłacę”, „nie, może jednak ja”, „ależ nalegam”. Tymczasem jednak żaden z rozmówców nie chce w rzeczywistości płacić i nagle okazuje się, że ... nikt tego rachunku zapłacić nie zamierza – rozpoczyna się awantura. Kto pokryje rachunek? Unia Europejska, Stany Zjednoczone. Po powrocie do domów Izraelczyk i Palestyńczyk opowiadają o tym, że oni chcieli zapłacić większość rachunku, ale ta skąpa druga strona.... Jak się nie bierze portfela na kolację to trudno liczyć na to, że uda się za nią zapłacić.

Nie będzie pokoju bez ustępstw

Czasami najprostsze konstrukcje najlepiej oddają rzeczywistość. Tutaj posłużmy się dwoma banałami. Po pierwsze, aby dojść do porozumienia, wszystkie strony muszą tego chcieć, a po drugie, zawarcie pokoju będzie wymagało niezwykłej odwagi od negocjatorów, ponieważ – niezależnie od okoliczności – będzie to decyzja niepopularna w społeczeństwa, którą opozycja będzie nazywać zdradą narodową (skąd my to znamy?).

Z wolą „deklarowaną” jest całkiem nieźle. Premier Benjamin Netanjahu, a nawet minister Avigdor Lieberman zapewniają, że Izrael chciałby rozmawiać, ale .... nie ma z kim. Nie sposób odmówić im racji w tym miejscu, gdyż podział na Fatah rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu i Hamas panujący w Strefie Gazy uniemożliwia rozmowy, ponieważ strona palestyńska nie jest dostatecznie legitymowana.  Palestyńczycy próbują rozwiązać ten problem przeprowadzając rozmowy „koalicyjne”, ale tutaj znowu wkraczają Izraelczycy mówiąc, że nie zaakceptują pojednania i z rządem wspieranym przez terrorystów negocjować nie będą. I tak w kółko.  Najdobitniej oświadczył to premier Netanjahu zauważając, że Abbas ma do wyboru – albo negocjować z Izraelem albo z Hamasem. Hamas mógłby wejść do gry robiąc trzy rzeczy – (1)  oficjalnie akceptując pozycje negocjacyjną jako granice z roku 1967 (to też stanowisko Fatahu), (2) wstrzymując atak na Izrael, (3) dokonując rewizji Karty Hamasu określającej w dość jednoznaczny sposób postulowany los Izraelczyków.  Spełnienie pierwszych dwóch warunków zapowiedział lider Hamasu, Chaled Meszal. Oznacza to, że Hamas próbuje przejść na pozycję umiarkowaną. Czy Hamas dorośnie do kroku numer trzy czy cofnie się w rozwoju? Odpowie nam na to rok 2012.

Niezbyt rokuje również rząd izraelski, zbudowany na prawicowych i skrajnie prawicowych fundamentów (religijna partia Szas, Nasz Dom Izrael), które nie wyobrażają sobie tego, że Jerozolimą trzeba będzie się podzielić (czego naturalnie nie chce żadna ze stron), a – co najmniej większość – izraelskich osadników będzie się musiała wyprowadzić z Zachodniego Brzegu Jordanu. Netanjahu, bohater osadników, nie tylko nie wstrzymał budowy nowych osiedli, ale jeszcze ją przyspieszył. Pokoju nie będzie, ale Likud może być spokojny o swój wynik wyborczy.

Jedna i druga strona są nieskłonne do oficjalnych ustępstw, bo zapłaciłyby za to słono w polityce wewnętrznej. Zwłaszcza premierowi Netanjahu brakuje odwagi Ariela Szarona. To jak na polskiej scenie politycznej podczas ostatniej kampanii – my mieliśmy debaty na temat debat, a na Bliskim Wschodzie mają negocjacje na temat negocjacji. Kto i co musi zrobić, aby rozpoczęły się rozmowy. Pokój jest tylko dla odważnych, a tych brakuje.

Co może zmienić sytuację na Bliskim Wschodzie?

Diagnoza jest więc brutalna – jeżeli nie dojdzie do zmian w postawie jednej i drugiej strony – pokoju nie będzie. Wzajemne zrozumienie, podobnie jak zaufanie, jest obecnie zerowe.

Co jednak mogło by zmienić rozgrywkę?

  1. odważna polityka Baracka Obamy wobec Izraela – albo zaczniecie poważnie rozmawiać, albo będziemy obcinać fundusze – bardzo mało prawdopodobne ze względu na Republikanów wspierających jeszcze mocniej Izrael oraz przyszłoroczne wybory prezydenckie
  2. analogiczna groźba UE, Stanów Zjednoczonych i sponsorów arabskich wobec Palestyńczyków – ten punkt w przypadku dojścia do skutku punktu numer 1;
  3. zmiana koalicji w Izraelu – Kadima wchodzi na miejsce Szasu i Naszego Domu Izrael;
  4. Hamas wyrzekający się terroryzmu i zmieniający swoją Kartę;
  5. uświadomienie sobie przez Izrael, że środowisko międzynarodowe zmienia się na jego niekorzyść – protesty w Syrii, Egipt, zdecydowana Turcja.

Nawet przy spełnieniu wszystkich tych warunków ciężko zagwarantować pokój. Na pewno jednak byłyby katalizatorem zmartwychwstania procesu pokojowego.

Tymczasem najlepsze życzenia dla Piotra z okazji 5-lecia jego bloga Dyplomacja!

Patryk Gorgol

 

Bloger i publicysta piszący o sprawach międzynarodowych, student prawa i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, prezes Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Autor bloga Kącik Dyplomatyczny.

 

grafika: ethicalcomment.wordpress.com

czwartek, 29 września 2011

Marynarka wojenna Islamskiej Republiki Iranu zamierza wysłać okręty wojenne w pobliże atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Państwowa agencja prasowa IRNA donosi, iż potrzebna jest widoczna obecność militarna w pobliżu morskich granic „światowej aroganckiej potęgi”, jak określa się w Iranie Stany Zjednoczone. Brzmi jak absurd? Spójrzmy więc na drugie dno.

Zasłona dymna

Nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewa się, że Iran podjąłby jakąkolwiek akcję zaczepną wobec USA, wykorzystując do tego swoje okręty wojenne wysłane tysiące mil morskich od własnych baz. Obecność dwóch irański okrętów, bo taki powinien być skład tej osobliwej „delegacji”, nie stanowiłaby żadnego zagrożenia dla Ameryki. Byłaby jednak dość irytująca dla światowego supermocarstwa posiadającego najpotężniejszą flotę na globie.

grafika

źródło: chrisgtsblog.blogspot.com/mariopiperni.com

Niezawodny blog Information Dissemination przewiduje, iż za irańską państwową propagandą kryje się motyw przemytu broni bądź wojskowych technologii. Prawdziwym celem wyprawy irańskich okrętów nie będzie wschodnie wybrzeże USA, a Morze Karaibskie, a tam najpewniej jeden z wenezuelskich portów. Wenezuela jest bowiem jednym z głównych partnerów Teheranu tworzących oś sprzeciwu wobec polityki i interesów Stanów Zjednoczonych.

Przemyt doprowadzony do perfekcji

Irańczycy do perfekcji opanowali manewry niezbędne do sprawnej organizacji przemytu uzbrojenia i technologii wojskowych. Wspierają rozmaitych dyktatorów, watażków i terrorystów, a Syria, Erytrea, Sudan, Hamas i Hezbollah stanowią ledwie wierzchołek góry lodowej. Do przemytu wykorzystują m.in. statki handlowe należące do państwowej firmy Islamic Republic of Iran Shipping Lines (Irisl). Na 123 statki należące do Irisl, jak wynika z reportażu New York Times’a, od stycznia 2008 r. do czerwca 2010 roku, nazwę, banderę, menedżera, właściciela lub operatora zmieniano ponad 300 razy. Lipni właściciele, bandery Malty, Hong Kongu czy Niemiec, wszystko po to, aby ominąć sankcje i zakazy, dostarczając lub zdobywając broń bądź technologie.

W przypadku wyprawy na Morze Karaibskie Iran zastosuje alternatywną strategię, używając okrętów wojennych do przetransportowania cennego ładunku. Z jednej strony zbyt duże ryzyko jego utraty, z drugiej – bezcenna możliwość prztyknięcia Amerykanów w nos obecnością irańskich okrętów w jej bezpośrednim sąsiedztwie (mały odwecik za zgodę Turcji na rozmieszczenie na jej terytorium radarów amerykańskiej tarczy antyrakietowej?).

Autor wpisu na blogu Information Dissemination kończy swój tekst ważnymi pytaniami: co i komu planuje dostarczy Iran? co na to ONZ? czy USA zareagują w jakikolwiek sposób poza werbalnym? Ja dodam od siebie kolejne pytanie: czy w Waszyngtonie mogłaby zapaść decyzja polityczna nakazująca US Navy powstrzymanie Irańczyków?

Piotr Wołejko



środa, 15 czerwca 2011

Hezbollah (finansowany i zbrojony przez Teheran) stanowi ważne narzędzie irańskiej polityki zagranicznej. Jest ugrupowaniem skrajnie antyizraelskim i antyamerykańskim. Warto przypomnieć, że porwanie przez bojowników Partii Boga izraelskich żołnierzy stało się latem 2006 roku przyczyną ataku Izraela na Liban. Najpotężniejsza machina wojskowa w regionie miała szybko zgnieść amatorów z Hezbollahu. Izraelczycy jednak boleśnie się zawiedli. Operacja się przedłużała, a Hezbollah ostrzeliwał izraelskie miasta rakietami krótkiego i średniego zasięgu.

Efekty izraelskiej ofensywy okazały się dla Tel Awiwu-Jafy katastrofalne. Hezbollah odniósł propagandowe zwycięstwo. Oparł się izraelskiej potędze i wzmocnił swój prestiż. Słabość państwa libańskiego przyczyniła się do wzrostu znaczenia ugrupowania na arenie politycznej. Stało się siłą, bez której udziału nie mógł istnieć żaden rząd. Aż wreszcie w styczniu 2011 roku Hezbollah zdecydował się na przejęcie fotela premiera. Dla będących jego członkami szyitów nie było problemem wskazanie sunnity (wymóg konstytucji libańskiej), Najiba Mikatiego, na stanowisko szefa rządu.

Brat bliźniak

Oprócz wspierania Hezbollahu, angażującego wojska Izraela na jego północnej granicy, Iran finansuje i uzbraja także palestyński Hamas, spełniający podobną rolę na południowej granicy państwa Izrael. Tym samym Teheran oddala uwagę Tel Awiwu-Jafy od swojego terytorium, zmuszając przeciwnika, by angażował siły i środki u własnych granic. Z perspektywy wojskowej letni konflikt w 2006 roku był tak zwaną proxy war, czyli wojną prowadzoną z wykorzystaniem zastępczych sił.

grafika

grafika: Hezbollah

Libański Hezbollah i palestyński Hamas stały się dla Iranu użyteczne – odwracają uwagę i oddalają zagrożenie ze strony Izraela (Tel Awiw-Jafa wielokrotnie domagał się przeprowadzenia nalotów na irańskie instalacje nuklearne). Wspólnie z Syrią Irańczycy „rządzą” obecnie Libanem, a dzięki poparciu dla Hamasu budują dobry PR na arabskiej ulicy.

Do wąskiego grona bliskich przyjaciół Iranu należy także Syria. Razem kraje te od ponad dwóch dekad figurują na amerykańskiej liście państw sponsorujących terroryzm. Także Hamas i Hezbollah uważane są na Zachodzie za organizacje terrorystyczne.

Front z Syrią

Między Damaszkiem a Teheranem są istotne różnice. Syria to kraj arabski i sunnicki (choć rządzi mniejszość szyicka, alawici), a także świecki. Iran jest niearabski (Persowie stanowią ponad połowę mieszkańców), szyicki (dla sunnitów szyici to niewierni) i teokratyczny. Wszystko powinno więc dzielić te państwa. Tymczasem zarówno Iran, jak i Syria, postrzegane przez Stany Zjednoczone (i szerzej – przez Zachód) jako źródła niestabilności w regionie, a dodatkowo niepotrafiące dogadać się z Izraelem, nie miały innego wyjścia niż bliska współpraca. Razem łatwiej znieść izolację, a także mieć coś do powiedzenia na Bliskim Wschodzie.

Co ciekawe, Iran potrafił również porozumieć się na szczeblu gospodarczym z arabskimi i sunnickimi państwami leżącymi nad Zatoką Perską, głównie Katarem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, dzięki czemu udaje mu się częściowo ominąć sankcje ekonomiczne nałożone przez kraje zachodnie. Jednocześnie, relacje na szczeblu politycznym z krajami regionu zatoki są dla Iranu trudne, i w tej kwestii nic się w najbliższej przyszłości nie zmieni.

Iran ma też w miarę dobre stosunki z Rosją, Azerbejdżanem i Armenią. W sprawach gospodarczych, głównie surowcowych, we współpracę z Iranem mocno angażują się Chiny. Irańskim gazem zainteresowane są Indie. Teheran może też liczyć na bardziej odległych sojuszników: dyktatora Białorusi Aleksandra Łukaszenkę oraz charyzmatycznego prezydenta Wenezueli Hugona Chaveza. To dość szerokie spektrum powiązań zagranicznych jak na kraj uważany przez wielu za pariasa na arenie międzynarodowej.

Jak twierdzą analitycy Council on Foreign Relations Vali Nasr i Ray Takeyh, „Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie”. Ocena ta odbiega od powszechnej opinii o Iranie, jednak po głębszym namyśle trudno nie przyznać racji jej autorom.

Piotr Wołejko

 

Artykuł ukazał się pierwotnie w tygodniku "Polska Zbrojna" (23/2011)

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook