Wpisy z tagiem: wojsko

wtorek, 15 maja 2012

Rok temu, 2 maja 2011 roku, amerykańscy komandosi z elitarnego oddziału Navy Seals Team Six, przeprowadzili akcję na terytorium Pakistanu, w wyniku której zginął lider Al-Kaidy Osama bin Laden (OBL). Akcja komandosów wstrząsnęła Al-Kaidą. W rok po zabiciu OBL warto postawić pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi? Odpowiedzi postaram się udzielić wspólnie z Michałem Holą, ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu.

grafikaJak twierdzi Michał, rok po śmierci OBL Al-Kaida wydaje się niezdolna do przeprowadzenia samodzielnego, centralnie planowanego uderzenia na wielką skalę, podobnego do 11 września 2001 roku. Następcy OBL, Aymanowi al-Zawahiriemu, brakuje charyzmy i rozmachu, którym cechował się Osama (na zdjęciu fragment okładki magazynu Time autorstwa Tima O'Briena). Baza pod przywództwem Zawahiriego zdaje się tracić na znaczeniu w tym sensie, że nie nadaje już tonu ogólnoświatowemu dżihadowi wymierzonemu w Zachód. Nadal jest jednak punktem odniesienia dla wielu dżihadystów na całym świecie.

Według szacunków amerykańskiej armii i wywiadu w Afganistanie, w którym od dekady przebywają zachodnie wojska, znajduje się 100-200 bojowników Al-Kaidy. Ośrodki treningowe terrorystów zostały w znacznej mierze zniszczone, a oni sami przenieśli się raczej na górzyste afgańsko-pakistańskie pogranicze. To nie Al-Kaida prowadzi z Amerykanami wojnę partyzancką w Afganistanie. Jej rola jest niewielka. Michał Hola jest przeciwnego zdania, co powinienem w tym miejscu zaznaczyć.

Nowe teatry walk

Jednocześnie następuje rozprzestrzenianie się ideologii Al-Kaidy w regionie Afryki Północnej i Sahelu, Rogu Afryki, a nawet w Nigerii. Polem walki z terrorystami spod znaku wojowniczego islamu jest dziś głównie Jemen, gdzie prowadzona jest intensywna kampania ataków z powietrza (samoloty bezzałogowe) połączona z działaniami szkolonych przez Amerykanów oddziałów jemeńskich sił bezpieczeństwa. To w Jemenie działał posiadający amerykańskie obywatelstwo Anwar al-Awlaki, który został pierwszym obywatelem USA zabitym bez wyroku sądu na rozkaz Waszyngtonu (co wzbudziło wiele kontrowersji, podobnie jak rosnące wykorzystanie dronów w walce z terroryzmem rodzi coraz większe wątpliwości etyczne).

Problemy z terrorystami inspirowanymi Al-Kaidą ma także Somalia, gdzie lokalne ugrupowanie islamistyczne al-Shabab postanowiło przeprowadzić fuzję z Bazą i działać z nią ramie w ramię podczas walki z „niewiernymi”. Od listopada trwa skoordynowana ofensywa wymierzona w al-Shabab, w której biorą udział Kenia, Etiopia, lokalne siły stabilizacyjne pod flagą Unii Afrykańskiej (głównie Ugandyjczycy), miejscowe milicje klanowe oraz siły rządu tymczasowego. Pół roku po starcie kampanii trudno powiedzieć, że al-Shabab zostało stłamszone. Organizacja nadal kontroluje sporą część terytorium Somalii.

Warto zwrócić szczególną uwagę na Jemen i Somalię w kontekście Al-Kaidy, gdyż miejscowe uwarunkowania (słabe bądź nieistniejące państwo, skłócone klany/grupy etniczne, ubóstwo i brak perspektyw ludności, brak większego zainteresowania i wsparcia wspólnoty międzynarodowej) bardzo przypominają Afganistan. Kraje te są wręcz kopią bezpiecznej przystani, jaką dla terrorystów stał się Afganistan. W Afryce zyskali oni to, czego brakowało trochę w Afganistanie – przestrzeń. Bardzo łatwo jest „zgubić się” na rozległych pustkowiach i płaskowyżach albo w górzystym terenie. Obszary te są trudno dostępne i zapewniają terrorystom swobodę i bezpieczeństwo.

Z tego powodu należy uważnie przyglądać się działaniom AQIM (Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu), szczególnie aktywnej w Algierii oraz sytuacji w Mali, którego struktury państwowe przestają powoli istnieć (zamach stanu, próba kontr zamachu, secesja Tuaregów), a elementy radykalne rosną w siłę mimo stosunkowo niewielkiej liczebności (nadrabiają to świetną organizacją, lojalnością i zdolnościami bojowymi). Nie można pomijać też zagrożenia, jakie stanowi nigeryjska grupa Boko Haram, tak samo jak różnorakie organizacje w Azji Środkowej (Uzbekistan, Xinjang).

Cały czas bardzo poważne zagrożenie stanowią liczne ugrupowania w Pakistanie, spośród których największe możliwości posiada Lashkar-e-Taiba (LeT) i jej przykrywka, „charytatywna organizacja” Jamaat-ud-Da’wah. Zdaniem Michała Holi LeT posiada zdolność oraz możliwość do przeprowadzania spektakularnych zamachów poza tradycyjnym obszarem jej działania. Czy będzie to coś na kształt zamachów w Bombaju w 2008 roku? Beczką prochu jest Kaszmir, gdzie działa być  może więcej organizacji terrorystycznych niż na afgańsko-pakistańskim pograniczu.

Nowe zagrożenia ze strony terrorystów

Spada znaczenie Al-Kaidy jako organizacji zdolnej do samodzielnego dokonania wielkich zamachów, natomiast nie maleje rola jej ideologii. Liczba ugrupowań terrorystycznych już teraz jest duża, a nieustannie powstają nowe. Michał Hola twierdzi, że postępuje decentralizacja działań Al-Kaidy i ich regionalizacja. Nadal atrakcyjne jest podpinanie własnej organizacji pod Al-Kaidę (AQIM, AQAP – Al-Kaida Półwyspu Arabskiego, fuzja al-Shabab w Somalii z Al-Kaidą), jednak coraz częściej terroryści walczą o wąsko rozumiane cele o znaczeniu regionalnym, np. Al-Shabab chce odtworzyć islamski emirat Somalii, który trwał przez krótki czas rządów Unii Trybunałów Islamskich w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia. Najpierw chodzi w tym przypadku o władzę, później o szariat.

Obok decentralizacji i regionalizacji mamy do czynienia ze wzrostem znaczenia działań typu „individual jihad. Michał Hola powołuje się tutaj na wydawany przez AQAP internetowy magazyn INSPIRE, w którym zamieszcza się m.in. instrukcje wybierania celów i przygotowania ataków, posługiwania się bronią, produkcji i stosowania materiałów wybuchowych z łatwo dostępnych materiałów, czy produkcji zdalnie sterowanych, improwizowanych ładunków wybuchowych (śmiertelnych IEDs, znanych dobrze z Afganistanu i Iraku).

Terroryści liczą tu przede wszystkim na żyjących na Zachodzie muzułmanów, najczęściej młodych potomków imigrantów z Pakistanu czy MENA (Bliski Wschód i Afryka Północna) lub Nigeryjczyków, którzy radykalizują się i coraz częściej podejmują decyzję o podążeniu szlakiem dżihadu. Jeśli taka forma terroryzmu zyska na popularności, kraje Zachodu staną przed poważnym problemem. Można bowiem zwiększyć kontrolę nad meczetami czy miejscami, w których zbierają się radykalne elementy islamistyczne, jednak  nie sposób kontrolować wielomilionowych populacji wyznawców islamu (tym bardziej, że organizują się oni nierzadko w sieci, korzystając z portali, forów dyskusyjnych czy mediów społecznościowych). A co z konwertytami, którzy bywają jeszcze bardziej radykalni, a nierzadko nie ujawniają swoich poglądów, a czasem nawet faktu zmiany wyznania?

Jak skutecznie minimalizować zagrożenie?

Zabicie OBL było poważnym ciosem, który niewątpliwie osłabił Al-Kaidę i pozbawił globalny terroryzm jej najbardziej rozpoznawalnej twarzy i charyzmatycznego lidera. Równie ważna jak zabicie OBL jest jednak nieustająca i bardzo skuteczna kampania eliminacji przywództwa Al-Kaidy na każdym szczeblu. Ataki dronów oraz operacje sił specjalnych fizycznie wyeliminowały setki ważnych dla Bazy postaci.

Wyzwaniem na dziś jest niedopuszczenie do transformacji Jemenu, Somalii i innych zagrożonych państw/obszarów w bezpieczne przystanie dla terrorystów. Zachód musi wywierać na nich ciągłą presję, wymuszać przemieszczanie się i eliminować liderów. Drony i siły specjalne to jedna część odpowiedzi na pytanie, jak należy tego dokonać. Kluczowa jest współpraca z lokalnymi władzami/strukturami, wspieranie milicji klanowych czy elitarnych oddziałów bezpieczeństwa. Dodatkowo potrzebny jest jeszcze większy wysiłek w kierunku wczesnego wykrycia przypadków indywidualnego dżihadu, chociażby przez penetrację radykalnych środowisk i organizacji, w szczególności charytatywnych, które stanowią dla terrorystów doskonałą przykrywkę.

Odpowiadając na postawione we wstępie pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi, czy nie, należy stwierdzić, że chwilowo udało nam się ograniczyć zagrożenie terrorystyczne. Jednak stan ten nie potrwa wiecznie. Terroryści ewoluują i są kreatywni. Walka z nimi trwa na większej ilości frontów. Tylko aktywne zaangażowanie pozwoli Zachodowi (choć terroryzmem zagrożone są również Rosja, Indie czy Chiny) wygrywać w tej trudnej batalii.

Piotr Wołejko

*Wpis powstał przy współpracy z Michałem Holą, ekspertem ds. bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu, któremu bardzo dziękuję za pomoc i poświęcony czas, i zachęcam do śledzenia go na Twitterze.



piątek, 20 kwietnia 2012

Indie przeprowadziły udany test rakiety balistycznej Agni V o zasięgu 5000 km. Pekin znajduje się więc w zasięgu indyjskich sił nuklearnych. Dotychczas Indie posiadały rakiety o zasięgu do 3500 km. Po zakończonej sukcesem próbie New Dehli dołącza do ekskluzywnego grona posiadaczy interkontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) – Stanów Zjednoczonych, Francji, Rosji i Chin. Paradoksalnie, wcale mnie to nie cieszy. Wręcz przeciwnie, martwi mnie hipokryzja, która udaje geopolityczną kalkulację.

Obłaskawianie Indii

Warto zwrócić uwagę na fakt, iż indyjski test nie spotkał się z istotną reakcją ze strony Zachodu. Zupełnie inaczej niż niedawny, nieudany, analogiczny test północnokoreański. Zachód uważa bowiem Indie za cennego sojusznika w globalnej układance i pokłada w New Dehli wielkie nadzieje. Przede wszystkim jako przeciwwagę dla Chin. W związku z tym Indiom można wybaczyć wiele, zbroić je bez przeszkód (wobec embarga na zachodnią broń dla Chin) i akceptować poważne grzechy przeszłości (amerykański układ dotyczący cywilnego programu nuklearnego), czyli skonstruowanie broni jądrowej poza reżimem traktatu NPT.

Wspomniany układ pomiędzy Indiami a USA pozwala Indiom określać, które instalacje nuklearne są cywilne, a które wojskowe, a więc decydować, gdzie mają dostęp inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA). Jest to nic innego jak usankcjonowanie Indii jako pełnoprawnej potęgi jądrowej. Podnosi to prestiż Indii i winduje ten kraj do globalnej pierwszej ligi. A także do klubu „dobrych” potęg jądrowych, w przeciwieństwie do Pakistanu, który ma na pieńku z Indiami (chociażby Kaszmir), i który nie doczekał się uznania swego atomowego statusu. Pakistan zwraca zresztą uwagę, iż układ Indie-USA w istotny sposób zmienił regionalny układ sił na niekorzyść Islamabadu.

Pakistan nie wydaje się jednak Zachodowi tak atrakcyjny jak Indie. Nie jest demokracją (od niepodległości dłużej trwały rządy wojskowych niż cywilów), jest mniejszy (terytorium, ludność, gospodarka), do tego wspiera talibów i radykalnych islamistów, nie tylko w Afganistanie. Można więc Pakistan lekceważyć, przeprowadzać na jego terytorium ataki przy wykorzystaniu samolotów bezzałogowych, a gdy nie będzie już potrzebny, porzucić (co stało się już raz, po wycofaniu ZSRR z Afganistanu).

W kontrze do Chin

Idealistyczny obraz Indii, jaki mamy na Zachodzie, jest czymś bardzo nierozważnym. A priori przyjęliśmy, iż ten kraj to nasz sojusznik; że łączy nas nie tylko podobne postrzegania świata, lecz również wspólne wartości. Jednocześnie uznaliśmy, że naprzeciw dobrych Indii stoją złe Chiny. Wiadomo, dyktatura, komuniści, uciekające miejsca pracy w przemyśle, kradzież własności intelektualnej, a ostatnimi czasy coraz śmielsze posunięcia na arenie międzynarodowej. W tej logice Indie są wielkim, sympatycznym misiem, do którego warto się przytulić i którego miło pogłaskać, natomiast Chiny są ogromnym złym smokiem, którego ognisty oddech może przypalić nam porcięta. W tej logice nie mieści się też, że Iran może rozwijać program nuklearny, a już na pewno nie to, że może posiadać broń jądrową (czego nie jestem entuzjastą, lecz nie przeraża mnie to; da się żyć z nuklearnym Iranem).

Tymczasem Indie, chociaż sprawiają dobre wrażenie, wcale nie są takie prozachodnie. Indie realizują własne interesy, a nie cudze (zachodnie) i idzie im to (głównie z nami, Zachodem) całkiem sprawnie. Wystarczy zalotne spojrzenie, a do New Dehli pędzą Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy czy Niemcy i z radością sprzedają to, co mają najlepszego. Nowoczesne technologie szerokim strumieniem płyną do Indii także z Izraela, z którym New Dehli utrzymuje bliskie relacje, w szczególności wojskowe. Pozyskanie Indii (czy też odzyskanie) dla Zachodu wydawało się wielkim gambitem Georga W. Busha (wspomniany wyżej układ nuklearny to jego osiągnięcie), a jego celem było odwrócenie rozwijającej się na niekorzyść zachodnich potęg geopolityki wschodzącej Azji.

grafika

Rakieta Agni V (źródło: Wikimedia Commons)

Częściowo udało się Indie pozyskać. Wynika to jednak bardziej z ich obawy przed Chinami, które rozwijają się bardzo dynamicznie i wyprzedzają Indie o kilka długości i myślą strategicznie okrążając Indie naszyjnikiem z pereł. New Dehli potrzebuje partnerów i sojuszników, głównie w zakresie modernizacji gospodarki. Nie zamierza jednak grać w polityce międzynarodowej tak, jak zagra Zachód. Tutaj przeważa własny interes. Od negocjacji dot. wolnego handlu (runda Doha), przez negocjacje klimatyczne, po azjatycki układ sił, Indie grają pod siebie. A w dyplomacji starają się przede wszystkim zbytnio nie wychylać, tj. wypowiadać się i działać ostrożnie. W szczególności dotyczy to Chin, z którymi uwikłane są w wiele sporów – terytorialny, o wspieranie przez Pekin Pakistanu oraz o zasoby wody pitnej (chińskie plany regulacji rzek).

Złudzenie, iż Indie znajdują się w zachodnim bloku i byłyby skłonne zwrócić się przeciwko Chinom przyniosło New Dehli wymierne korzyści. Akceptacja statusu potęgi atomowej, dostęp do nowoczesnych technologii i uzbrojenia oraz pełna zgoda na rozwijanie programu rakietowego. Nie cieszy mnie to, gdyż globalne bezpieczeństwo się przez to nie poprawia. Kolejny kraj zyskuje dostęp do broni, która może potencjalnie wyrządzić poważne szkody. Zapewne i bez zachodniej akceptacji Indie osiągnęłyby postęp w zakresie ICBM, natomiast proliferacja tej technologii postępuje (wewnętrzna proliferacja) częściowo przy poklasku Zachodu.

Myśleć w dłuższej perspektywie

Gdy wspiera się taki rozwój zdarzeń jak najbardziej zasadne staje się pytanie: dlaczego innych traktujemy inaczej? Dlaczego chcemy atakować Iran? Wyolbrzymione zagrożenie ze strony Iranu to niebywała rzecz na Zachodzie. W czym i komu ten kraj zagraża? W naszej logice, jak widać, komuś zagraża. Jednak w logice Chin już niekoniecznie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A jaki będzie punkt siedzenia Indii za dekadę lub dwie? Czy nadal będą odgrywały rolę „sympatycznego misia”?

Sojusze się zmieniają, a Indie jeszcze nie tak dawno (raptem 30 lat) były dalekie od sympatii do Zachodu. Zastanawiam się, czy powinniśmy zupełnie bezkrytycznie podchodzić do rozwoju indyjskiego potencjału rakietowego. Aktualnie zdaje się nam, że ten potencjał wzmacnia nasz, zachodni system wojskowy i osłabia tym samym pozycję Chin. W dłuższej perspektywie wcale nie musi tak być (chociażby integracja w łonie BRICS, przestawienie wektorów na współpracę Południe-Południe itp.).

Piotr Wołejko

niedziela, 15 kwietnia 2012

Pakistański parlament bez głosu sprzeciwu przyjął nowe wytyczne dla rządu w zakresie polityki zagranicznej, w szczególności stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, NATO oraz ISAF [czytaj w PDF]. Co wynika z tego dokumentu dla relacji pakistańsko-amerykańskich i dla pakistańskiej dyplomacji?

Najpierw wyciąg z wytycznych:

  1. Pakistan jest bardzo zirytowany naruszaniem swej suwerenności przez siły amerykańskie, w szczególności samoloty bezzałogowe dokonujące licznych ataków na terytorium kraju.
  2. W związku z powyższym wszelkie ataki dronów powinny zostać wstrzymane. Podobnie jak infiltracja pakistańskiego terytorium, pod jakimkolwiek pretekstem, w szczególności w tzw. pościgu (za rebeliantami z Afganistanu). Co więcej, przestrzeń powietrzna Pakistanu nie może być wykorzystywana do transportu uzbrojenia do Afganistanu.
  3. Pakistan domaga się równoprawnego do Indii traktowania w sprawie programu nuklearnego i broni jądrowej. Wyjątek uczyniony przez USA, a następnie wspólnotę międzynarodową dla Indii zmienił układ sił na niekorzyść Pakistanu.
  4. Amerykanie/NATO/ISAF powinni przeprosić za atak z końca listopada 2011 r., w którym zginęło 24 pakistańskich żołnierzy. Winni powinni zostać osądzeni.
  5. Zakazuje się podejmowania przez władze państwowe jakichkolwiek decyzji dotyczących bezpieczeństwa narodowego w formie ustnej. Dotychczasowe decyzje i umowy podjęte w tej formie tracą swą moc. Tworzy się specjalną procedurę zawierania umów z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Zakładają wgląd parlamentu w treść umów oraz jej przedstawienie w obu izbach parlamentu.
  6. Zakazuje się prowadzenia jawnych oraz tajnych operacji [przez strony trzecie – przyp. P.W.] na terytorium Pakistanu.
  7. Zakazuje się działalności kontraktorów (operatorów) prywatnych firm wojskowych lub wywiadowczych.
  8. Zakazuje się tworzenia zagranicznych baz wojskowych na terytorium Pakistanu.
  9. Konflikt w Afganistanie może być rozwiązany tylko drogą pojednania narodowego w procesie, na czele którego staną sami Afgańczycy.
  10. Celem pakistańskiej dyplomacji powinno być utrzymanie przyjaznego i bezpiecznego sąsiedztwa.
  11. Pakistan powinien aktywnie działać w kierunku realizacji projektów budowy gazociągów z Iranu i Turkmenistanu.
  12. Pakistan powinien aktywnie dążyć do uzyskania stałego członkostwa w Szanghajskiej Organizacji Współpracy.

Pakistańscy legislatorzy wspominają też o pogłębianiu strategicznych więzi z Chinami, pokojowej koegzystencji z Indiami, bliższej współpracy z Rosją i Unią Europejską. Jak zwykle, koncert życzeń w kierunku wszystkich głównych graczy, nie zapominając o świecie islamu, Radzie Współpracy Zatoki oraz krajach ASEAN. Pakistan zgadza się również na przywrócenie lądowej drogi zaopatrzeniowej dla sił ISAF/NATO, jednak planuje podnieść opłaty.

Pakistańska narracja

grafikaIslamabad dobrze wpasował się ze swoimi żądaniami pod adresem USA. Amerykanie wraz z NATO podtrzymują, iż do końca 2014 r. zamierzają wycofać zdecydowaną większość/całość sił z Afganistanu. Bez Pakistanu i jego wpływów po zachodniej stronie granicy nie uda się osiągnąć nawet szkieletowego porozumienia. Pakistan zabezpiecza swoje tyły, strategiczną głębię, chociażby poprzez utrzymywanie ugrupowania Hekmatjara czy wstrzymywanie się z operacjami wojskowymi w Północnym Wazyrystanie, bezpiecznej przystani talibów. Pakistan nie może pozwolić na wzrost wpływów Indii w Afganistanie, nie chce też pozwolić Ameryce na ułożenie spraw w Kabulu po swojemu. Pozytywny przekaz jest jasny – Afganistan ma być skrojony pod pakistańskie potrzeby i interesy. Nie jest to nic nowego, ale Zachód jakoś nie może tego zrozumieć.

Kwestia suwerenności od dawna denerwowała Pakistan i teraz sprawa wydaje się być postawiona na ostrzu noża. Wszystko skomplikował też rajd na Abbottabad z maju zeszłego roku, w wyniku którego Navy Seals zabili Osamę bin Ladena. Zaprzestanie ataków dronów mocno ograniczy możliwości eliminowania liderów talibskich bojówek. Z drugiej strony, ich eliminacja niewiele daje, gdyż zawsze ktoś zajmuje miejsce dotychczasowego lidera. A rebelia toczy się talej.

Pakistan pozycjonuje się w omawianym dokumencie na kraj pokrzywdzony przez długoletnią wyniszczającą wojnę z terrorem. Liczy na koncesje handlowe i pomoc. Amerykanie od lat wspierają Islamabad, w szczególności pakistańską armię. Przy skali potrzeb to na pewno niewiele, lecz obecnie panuje słaby klimat na wspieranie Pakistanu.

Ważny fragment wytycznych to deklaracja, iż pakistańskie terytorium nie powinno być wykorzystywane do jakichkolwiek ataków na inne kraje. Warto przypomnieć w tym miejscu o zamachach w Bombaju z listopada 2008 r., które zostały przeprowadzone przez pakistańskich terrorystów. Czy ta deklaracja dotyczy także takich przypadków? Czy Pakistan zajmie się wspieranymi przez lata terrorystami na poważnie? Do tej pory bywali przydatni w asymetrycznym konflikcie z Indiami.

Rząd Pakistanu powinien prowadzić politykę zagraniczną zgodnie z opisanymi wyżej wytycznymi. Wygląda na to, że będzie ona bardziej asertywna. Główne wektory nie mogły się zmienić – kierunek Chiny to podstawa. Dalej trudne, ale nadal opłacalne (głównie finansowo) relacje z Ameryką. Odbudowa zaufania i stabilizacja relacji z Indiami. Próba wyjścia na UE i Rosję oraz GCC i ASEAN. Wątpliwe, by Islamabad było stać na tak szerokie, a do tego skuteczne działania.

Odwrót z Afganistanu

Dla USA/ISAF/NATO pakistańskie wytyczne to kolejny sygnał, iż należy zwijać manatki z Afganistanu. Islamabad gra i będzie grał pod siebie, a ponoszone przez Zachód koszty mało go obchodzą. Co więcej, prawdziwy cel wojny w Afganistanie, czyli terroryści spod znaku Al-Kaidy, znajduje się aktualnie w Jemenie, Algierii czy Mali (Azawad, AQIM) bądź Somalii (al-Shabab) i wypadałoby skupić uwagę i zasoby na tych właśnie miejscach.

Piotr Wołejko



grafika: geotauaisay.com

wtorek, 21 lutego 2012

Obraz wojny w Afganistanie przekazywany opinii publicznej przez władze i media ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Mimo wysiłku ostatnich dwóch lat, gdy liczba żołnierzy w Afganistanie zwiększyła się o kilkadziesiąt tysięcy, podpułkownik Daniel Davis z U.S. Army twierdzi, że zaobserwował „brak sukcesów na praktycznie każdym poziomie”. Liczba ofiar (zabici i ranni) rośnie z roku na rok, podobnie jak ilość ataków rebeliantów, a afgańska armia i policja to wirtualne byty, niezdolne do zapewnienia bezpieczeństwa po wycofaniu się z kraju sił zachodniej koalicji.

Podpułkownik Davis, w służbie od 1985 roku, czterokrotny uczestnik misji bojowych (operacja Pustynna Burza, Afganistan 2005-2006, Irak 2008-2009 i ponownie Afganistan 2010-2011), przygotował dwa raporty (jeden z nich tajny, przeznaczony dla członków Kongresu, senatorów, władz państwowych; drugi, w formacie PDF, znajdziecie tutaj) zawierające obserwacje i wnioski dotyczące sytuacji w Afganistanie, a także artykuł w Armed Forces Journal, w którym skrótowo wyłożył swoje zdanie. Zainteresowanym szczegółami polecam zapoznanie się z podlinkowanymi wyżej materiałami. Poniżej zwięzłe streszczenie raportu.

Afganistan – prawda z pola walki

Nic nie działa lepiej niż liczby i cytaty. Przyjrzymy się więc liczbie amerykańskich żołnierzy w Afganistanie w kolejnych latach: 21,100 (2005), 23,300 (2006), 26,400 (2007), 35,600 (2008), 69,000 (2009), 102,000 (2010 i 2011). Dane dotyczą momentu szczytowego, przed końcem 2011 roku rozpoczęła się redukcja amerykańskiego kontyngentu, który ma powrócić do rozmiaru sprzed 2010 roku w roku obecnym. Procentowo wzrost liczebności sił amerykańskich przedstawia się następująco: 15% (2005), 10% (2006), 12% (2007), 26% (2008), 49% (2009), 32% (2010) i 0% (2011). A jak wygląda statystyka zabitych i rannych? Nieprzerwany wzrost, przy czym jest on znacznie większy w latach 2009-2010: 26% (2005), 26% (2006), 43% (2007), 9% (2008), 62% (2009) i 57% (2010).

grafika

źródło: short-sharp-shock.blogspot.com via MSNBC

Ilość zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy dramatycznie rośnie w analizowanym przedziale czasu. W roku 2004 zginęło 52 żołnierzy, a 218 zostało rannych, co przekłada się na 270 ofiar walk w Afganistanie. Rok 2005 to odpowiednio: 99 zabitych i 268 rannych (367 ogółem), natomiast rok 2006 przyniósł w sumie 498 ofiar (98 zabitych i 400 rannych). Liczba ta niemal ulega podwojeniu w 2007 roku – 117 zabitych, 749 rannych (866 ofiar) i zbliża się do tysiąca w roku 2008: 155 zabitych i 795 rannych, co daje łącznie 950 ofiar.

Kolejne lata to już statystyki prawdziwie szokujące: rok 2009 przyniósł 2459 ofiar, z czego 317 stanowili zabici, a 2142 ranni; rok 2010 przyniósł już 5739 ofiar, z czego 499 stanowili zabici, a 5240 ranni; rok 2011 przyniósł nieco mniej ofiar niż poprzedni – 5542, z czego 418 stanowili zabici, a 5124 ranni.

Z czego wynikają tak alarmujące dane? Wystarczy porównać rok 2009 z 2011, by zobaczyć dramatyczny wzrost liczby ogólnych aktów przemocy – z nieco ponad 15 tys. do 27,700 oraz liczby improwizowanych ładunków wybuchowych (IEDs; znalezionych oraz tych, które eksplodowały) z niespełna 5,200 do 11 tys. W tym samym czasie liczba zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy wzrosła o 164%.

Afgańskie siły bezpieczeństwa – śmiech na sali

Już w 2004 roku wysocy rangą oficerowie amerykańskiej armii sprzedawali opinii publicznej historie o rozbudowującej się i mężnie walczącej narodowej armii afgańskiej (ANA). Davis w swoim raporcie przytacza wypowiedzi m.in. gen. Waltera Sharpa z posiedzenia Komisji Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów USA: „Rozwój ANA to bez wątpienia jedno z najlepszych ostatnich doniesień z Afganistanu (…) Gdziekolwiek ANA się nie pojawi, jej profesjonalizm wzbudza entuzjazm Afgańczyków”. W podobnym tonie, na posiedzeniu analogicznej komisji senackiej w roku 2005 wypowiadał się gen. John Abizaid: „Amerykańscy dowódcy raportują, iż afgańska armia świetnie sprawdza się w boju przeciwko rebeliantom na południowej granicy kraju”. Nie inaczej wypowiadał się, na posiedzeniu komisji w Izbie w 2007 roku, gen. Karl Eikenberry: „Afgańska armia oraz afgańska policja (…) cały czas rosną w siłę i osiągnęły imponujący poziom integracji wertykalnej i horyzontalnej pod okiem koalicyjnych mentorów (…) Odgrywają one istotną rolę w zapewnianiu stabilizacji własnego narodu”.

Tymczasem, jak dowodzi Davis, Afgańczycy do dziś przeprowadzają operacje praktycznie wyłącznie przy aktywnym współudziale sił koalicyjnych, nie podejmując w zasadzie samodzielnych działań. Wojsko jest słabo wyszkolone i niezdyscyplinowane (dezercje są codziennością), do tego podzielone etnicznie (sytuacja policji jest analogiczna). Co więcej, żołnierze i policjanci są zastraszeni przez talibów, obawiając się zemsty na swoich rodzinach, a nawet własnej śmierci poza koszarami/posterunkiem policji. Sytuacji nie ułatwia skorumpowana administracja pod wodzą prezydenta Karzaja. Davis tego nie mówi, ale jest jasne, że po opuszczeniu Afganistanu przez wojska koalicji, policja i armia rozpierzchną się na cztery wiatry, a władzę w Kabulu przejmą popierani przez Pakistan talibowie.

Konkluzja – na co to wszystko?

Raport Davisa potwierdza to, co powszechnie wiadomo o sytuacji w Afganistanie. Jest jednak o tyle cenniejsze, że mówi to doświadczony żołnierz, który zna armię i pole walki od podszewki. Oczywiście dowództwo sił zbrojnych USA niezwłocznie zaprzeczyło rewelacjom Davisa, jednak w swoim raporcie podpułkownik ukazuje również mechanizm manipulacji opinii publicznej przez polityków i najwyższych dowódców (jak mniemam, stłamszonych przez polityków, od których zależą ich kariery i generalskie gwiazdki). W sprawie wojny irackiej oraz afgańskiej Biały Dom i Pentagon prowadzą (w przypadku Iraku prowadziły) zakrojoną na szeroką skalę wojnę propagandową, której celem jest przekonanie społeczeństwa, iż wszystko zmierza w dobrą stronę, ku szczęśliwemu końcowi. Media, o których Davis również wspomina w raporcie, pozwoliły się stłamsić i w przypadku wojen stały się tubami propagandowymi administracji.

Tymczasem, nie bardzo wiadomo po co zginęły tysiące żołnierzy koalicji (głównie Amerykanie), a kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Taktyczne sukcesiki są prezentowane jak wielkie i ważne wiktorie, a w rzeczywistości w Afganistanie koalicja ponosi strategiczną klęskę biorąc udział w wojnie domowej, stojąc po przegranej stronie. Karzaj nie cieszy się zaufaniem Pakistanu i najpewniej będzie musiał wkrótce odejść. Czy naprawdę Zachód musi być uwikłany w Afganistanie jeszcze przez dwa lata, skoro od dłuższego czasu jest jasne, że odwlekamy tylko nieuniknione? że w Kabulu rządzić i tak będą talibowie lub podobne im ugrupowanie, wspierane finansowo i logistycznie przez Pakistan? Udało się bardzo poważnie osłabić al-Kaidę, zabić i aresztować wielu jej członków i przywódców, z Osamą bin Ladenem na czele, natomiast nie udało się (i nie uda się) powstrzymać Pakistanu przed zainstalowaniem w Kabulu takich władz, jakich Islamabad/Rawalpindi (siedziba rządu/kwatera główna armii) sobie życzą. Problem radykalizmu islamskiego, zwalczany rzekomo w Afganistanie, można rozwiązać nie w tym kraju, a nawet nie w Pakistanie.

Prawdziwym celem walki z radykalizmem powinna być Arabia Saudyjska – obrzydliwie bogaty siewca najbardziej fundamentalnej interpretacji sunnizmu, tj. wahabizmu (Rijad to główny sponsor i ideolog pakistańskich madras, z których wywodzą się talibowie).

Piotr Wołejko

wtorek, 31 stycznia 2012

Czasy kryzysu finansowego, wielkiego deficytu publicznego i zadłużenia państw są niełatwe dla sił zbrojnych. W okresie pokoju wybór pomiędzy masłem a bronią wydaje się jasny. Budżety obronne państw zachodnich maleją, a wraz z nimi zmniejsza się liczebność wojsk oraz ilość sprzętu. Oszczędzają Brytyjczycy, którzy zrezygnowali (chwilowo) z posiadania lotniskowca i współdzielą okręt z Francuzami. Londyn i Paryż już w listopadzie 2010 r. zawarły bezprecedensowe porozumienie obronne, które analizowałem dla Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. W ślad za Londynem i Paryżem podążają Niemcy, obcinając stan osobowy armii o kilkadziesiąt tysięcy etatów, a także pozbywając się przestarzałego sprzętu.

Cięcia w wydatkach na obronę narodową dotarły także za ocean, do Stanów Zjednoczonych. Na początku stycznia br. administracja Baracka Obamy przedstawiła dokument strategiczny [pełna treść tutaj] „Sustaining U.S. Global Leadership: Priorities for 21st Century Defense”. Jak tłumaczy sekretarz obrony Leon Panetta, Pentagon będzie rekomendował Kongresowi m.in. zmniejszenie liczebności armii o blisko 100 tys. żołnierzy (cięcia dotkną zarówno siły lądowe, jak i Korpus Marines; należy przy tym poczynić zastrzeżenie, iż nawet po cięciach liczba żołnierzy będzie większa niż przed atakami z 11 września 2001 r.), wycofanie ze służby wielu samolotów i okrętów, spowolnienie zakupów samolotu bojowego nowej generacji F-35 (projekt opóźniony, przekroczone koszty), co ma przynieść blisko 260 mld dolarów oszczędności w ciągu najbliższych 5 lat.

Oszczędności i wydatki

grafikaBudżet Pentagonu ma w 2013 roku wynieść 525 mld dolarów, o 6 mld mniej niż obecnie. Zmniejszają się również koszty zagranicznych wojen ze 115 mld do 88 mld dolarów. Jednocześnie Panetta twierdzi, że w 2017 roku oczekuje budżetu obronnego na poziomie 567 mld dolarów. Sumy te, nawet po cięciach, wydają się astronomiczne. I słusznie. Ameryka rocznie wydaje na obronę więcej niż wynosi polskie PKB. Ba, wydatki obronne USA są większe niż 15 kolejnych państw razem wziętych, spośród których 11 to amerykańscy sojusznicy. Druga potęga gospodarcza i, jak się uważa w Waszyngtonie, przyszły rywal Stanów Zjednoczonych w walce o globalny prymat – Chiny – przeznacza na wojsko przynajmniej 5-krotnie mniejsze środki.

Decyzje podejmowane przez administrację Baracka Obamy dotkną bezpośrednio Europę, z której wycofane zostaną dwie amerykańskie brygady. W tym samym czasie USA zwiększą swoją obecność na Pacyfiku, utrzymując dotychczasowe bazy i tworząc nowe, jak chociażby w australijskim Darwin, o czym pisałem w listopadzie 2011 r.  Okręty US Navy nadal będą stacjonować w Bahrajnie (co wyjaśnia, dlaczego Ameryka nie protestowała, gdy Saudyjczycy przy wsparciu szejkanatów z Zatoki pacyfikowała lokalne demonstracje będące odpryskiem arabskiej wiosny) czy Singapurze. Wiele wskazuje na to, że szykuje się powrót amerykańskich wojsk na Filipiny.

Istotnym elementem oszczędności będzie dalsza prywatyzacja zadań sił zbrojnych. Na stronie 13. omawianej strategii stwierdzono wprost, że Pentagon musi kontynuować redukowanie kosztów prowadzonej działalności. Wśród elementów niezbędnych dla kontroli kosztów znajdziemy m.in. praktyki biznesowe i inne działania wspierające oraz ograniczenie wzrostu kosztów osobowych i związanych ze środkami trwałymi [bazy, biura i siedziby]. Można więc bez ryzyka postawić tezę, że administracja Obamy podąża wytyczoną przez Donalda Rumsfelda i Dicka Cheneya drogą prywatyzacji armii, o której szerzej w artykule przygotowanym dla tygodnika „Polska Zbrojna”.

Technologie priorytetem USA

Ograniczenie liczby żołnierzy i reorientacja na Pacyfik to tylko niektóre spośród planowanych zmian. Pentagon nie zamierza oszczędzać na siłach specjalnych oraz samolotach bezzałogowych, na które przeznaczone zostaną dodatkowe środki. US Navy utrzyma też 11 lotniskowców (chociaż opóźni się wejście do służby okrętów ochrony oraz łodzi podwodnych). Już wcześniej administracja Obamy obiecała dziesiątki miliardów dolarów na utrzymanie w gotowości nuklearnego potencjału odstraszającego. Na brak środków nie powinno narzekać także, powołane do życia w 2009 roku, Cyber Command, czyli dowództwo ds. cyberwojny. Amerykanie postanowili skupić więcej uwagi zarówno na cyberprzestrzeni, jak i na przestrzeni kosmicznej. Będą również rozwijać środki zwalczające możliwości area denial/anti-access rozbudowywane i opracowywane przez państwa takie jak Chiny czy Iran, a których celem jest powstrzymanie amerykańskich sił zbrojnych, głównie lotniskowców, od operowania w pobliżu ich granic.

W strategii widoczne jest postawienie na rozwój technologii i utrzymanie prymatu w tej dziedzinie. Mniej istotni są zwykli żołnierze, których liczbę można zmniejszyć. Chociaż z takim poglądem polemizują niektórzy eksperci, jak np. Frederick Kagan z American Enterprise Institute, trend ten (najpierw technologia) będzie zyskiwał na popularności. Zdaniem Kagana, w okresie kryzysu należy postawić na ludzi. Technologie najlepiej i najszybciej rozwijają się w czasach konfliktu. Bez odpowiedniej liczby dobrze wyszkolonych ludzi żadne technologie sobie nie poradzą.

Tak samo rozumuje faworyt do republikańskiej nominacji prezydenckiej Mitt Romney, który w wojskowym miasteczku Pensacola w stanie Floryda zapowiedział, że – w razie zwycięstwa w listopadowych wyborach prezydenckich – nie tylko powstrzyma zapowiedziane odchudzenie armii i Marines o blisko 100 tys. żołnierzy, lecz o taką liczbę zwiększy stan osobowy sił zbrojnych. Jak zwykle w takich przypadkach, Romney nie powiedział skąd weźmie na to pieniądze. Tymczasem w jakiś sposób trzeba zredukować sięgający 15 bilionów dolarów dług federalny, a budżet Pentagonu – obok systemów socjalno-zdrowotnych jak Medicaid i Medicare – jest najbardziej oczywistym źródłem oszczędności. Nawet po cięciach amerykański potencjał wojskowy będzie największy na świecie. I to przez wiele lat.

Piotr Wołejko

 

grafika: thecareerbiz.blogspot.com

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook