Wpisy z tagiem: reforma służby zdrowia
sobota, 27 marca 2010
Barack Obama i jego Partia Demokratyczna przeprowadzili w ubiegłym tygodniu przez Kongres reformę systemu opieki zdrowotnej. Prace nad reformą trwały wiele miesięcy, a styczniowe zwycięstwo umiarkowanego Republikanina Scotta Browna w wyborach uzupełniających w liberalnym Massachusetts sprawiło, że Demokraci poczuli powiew niezadowolenia społeczeństwa wywołanego m.in. wspomnianymi zmianami dot. ochrony zdrowia. Dla Obamy pomyślne przeprowadzenie reformy jest dużym sukcesem. Czy uda się przekuć sukces w domu na zwycięstwa poza granicami kraju? To pytanie postawiłem trzem zaprzyjaźnionym blogerom w ramach Agory Dyplomacji, nowego projektu na łamach Dyplomacji. Od dziś będę systematycznie zapraszał zewnętrznych komentatorów, aby odpowiedzieli na jedno pytanie. Przekrój opinii może być bardzo szeroki, co zresztą doskonale widać już w trzech poniższych komentarzach. Dzisiaj gośćmi Dyplomacji są: Jan Barańczak, autor bloga Bookistan i współpracownik portalu Polityka Globalna; Maciej Józefowicz, redaktor serwisu Newsweek.pl oraz współtwórca bloga USA 2008 poświęconego wyborom prezydenckim w USA; Michał Kolanko, autor bloga Spin Room oraz współtwórca wspomnianego bloga USA 2008. Pytanie: Demokraci przepchnęli przez Kongres reformę systemu opieki zdrowotnej. Pojawiły się głosy, że Obamie udało się nie tylko osiągnąć sukces, ale także pokazać swą siłę. Ponownie jest graczem, z którym należy się liczyć. W związku z tym, czy uda się Obamie wykorzystać wzmocnioną pozycję wewnątrz kraju na załatwienie po myśli Ameryki konkretnych inicjatyw i problemów zewnętrznych? 1. Jeśli wykładnią priorytetów administracji Obamy na najbliższy rok ma być styczniowe przemówienie prezydenta na temat stanu państwa (ang. State of the Union) odpowiedź może być tylko jedna: Obama nie rzuci się z pasją w wir polityki zagranicznej bardziej niż robił to dotychczas. Najważniejszym wyzwaniem pozostają sprawy wewnętrzne: gospodarka, finanse, rynek pracy. Jeśli uda mu się cokolwiek załatwić na arenie międzynarodowej, to bardziej z rozpędu. Nie czarujmy się (make no mistake, jak to w wolnym tłumaczeniu brzmi ulubione sformułowanie Obamy), za granicą nikt nie padnie porażony skutecznością prezydenta na własnym podwórku. Nikogo to nie dotyczy, światową politykę robi się trochę inaczej niż tę w domu. Po sukcesie przyjęcia w Kongresie reformy systemu opieki zdrowotnej Obama będzie mieć trochę lepszy humor, jeden kłopot mniej na głowie i energię do spożytkowania. Ale sytuacja w zakresie polityki zagranicznej się nie zmieni. Hillary, Biden i Gates będą ciężko pracować, opozycyjni Republikanie zaciekle krytykować, sprawy świata będą płynąć swoim rytmem. Układ z Rosją o redukcji arsenału nuklearnego właśnie dopracowano, zapasy z Izraelem w toku, z Iranem też. Po jesiennej decyzji o wysłaniu dodatkowych sił do Afganistanu Obama wykupił sobie cały rok na sprawdzenie „jak to działa”. Teraz jest czas na coś innego. Chyba żaden polityk w amerykańskiej administracji nie ma wątpliwości, że w najbliższych wyborach najważniejszą miarą, wedle której będą oceniani jest kondycja ekonomiczna kraju. Gospodarka, głupcze!, brzmi odkurzone hasło z czasów Clintona. Sprawy zagraniczne muszą poczekać. Zadowolić się codzienną rutyną i błyskotliwymi przemówieniami utalentowanego oratora. Jan Barańczak
2. Jeśli chodzi o ułatwienie Obamie rozwiązywania problemów międzynarodowych, jestem sceptyczny w tej materii. Kluczowe tutaj jest bowiem pytanie, czy prezydent USA w ogóle wzmocnił swoją pozycję w polityce krajowej po przepchnięciu reformy. Moim zdaniem, nie. Zmiany zainicjowane przez nowe prawo mają bowiem bardzo szeroki horyzont czasowy. Jej najbardziej radykalne postulaty, takie jak przymusowe ubezpieczenie zdrowotne, wejdą w życie dopiero od 2014 r., gdy w Białym Domu może już zasiadać inny prezydent. Jeśli więc reforma przyniesie jakąkolwiek poprawę w życiu Amerykanów, będzie to widoczne dopiero w dalekiej przyszłości. Na razie natomiast przeciwników samej reformy zdrowia jest o kilkanaście procent więcej niż zwolenników, a sam Obama w ciągu pierwszego roku rządów roztrwonił gigantyczny entuzjazm, jakim został obdarzony przez naród. Na fali znowu się znalazła Partia Republikańska, której politycy zapowiadają obalenie nowego prawa w Sądzie Najwyższym, zanegowanie jego obowiązywania przez ustawodawstwo stanowe czy pogrzebanie go w Kongresie. Zaciekła dyskusja między zwolennikami a przeciwnikami prezydenckiego projektu przeciekła przez wszelkie granice cywilizowanego sporu i zamieniła się w groźby śmierci i nagonki na rodziny kongresmenów, którzy poparli ustawę. Wśród zwolenników republikanów aż 67 proc. uznaje Obamę za socjalistę, ponad połowa – za muzułmanina, a jedna czwarta nie wyklucza, że może być Antychrystem. Wątpię, czy po jesiennych wyborach reforma zostanie całkowicie cofnięta, jak to utrzymują Republikanie. W nowym Kongresie Demokraci raczej utrzymają minimalną przewagę, co powinno utemperować zapędy prawicowej opozycji. Batalia o powszechne ubezpieczenie zdrowotne zostawiła jednak głęboko poranione społeczeństwo, podzielone na dwa nienawidzące się obozy. Na tej glebie trudno zbudować cokolwiek konstruktywnego. Maciej Józefowicz
3. Obama bez wątpienia odniósł największy sukces polityczny w czasie swojej kadencji. Jest to też jedno z największych politycznych zwycięstw jaki osiągnęła Partia Demokratyczna od lat 60. Jednak nie ma gwarancji, że ten tryumf przełoży się automatycznie na konkretne rezultaty w polityce zewnętrznej, chociaż na pewno nie pogorszy sytuacji – w wymiarze czysto psychologicznym, dużo trudniej negocjuje się ze zwycięzcą tak ogromnego politycznego starcia, niż z osobą która taką walkę przegrała. A porażka reformy była do samego końca cały czas możliwa. Wrogowie i sojusznicy Obamy mogli więc liczyć, że stanie się on drugim Carterem. Teraz takie porównanie jest już niemożliwe, a spełnienie najważniejszej obietnicy wyborczej ułatwi Obamie walkę o re-elekcję. Oznacza to, że np. Izrael ma w perspektywie kolejne sześć a nie dwa lata kontaktów z tą administracją. To może zaważyć na taktyce i strategii tego kraju, jak również Iranu i wielu innych państw. Ale ten „zdrowotny” sukces polityczny ma przede wszystkim wymiar wewnętrzny. Republikanie mają teraz dwie drogi do wyboru: albo kontynuacja totalnej opozycji np. w sprawie Guantanamo albo próba nawiązania współpracy z administracją, zarówno w kwestiach zagranicznych jak i wewnętrznych. Pierwszym realnym testem nowej pozycji Obamy będzie na pewno proces ratyfikacyjny nowego porozumienia START. Republikanie, mając 41 senatorów mogą ten proces zablokować – do ratyfikacji potrzebne jest bowiem 67 głosów. Pierwsze sygnały o kierunku w którym pójdzie proces ratyfikacyjny będą widoczne już w ciągu najbliższych tygodni. Prawdziwym testem dla Obamy będą dopiero listopadowe wybory do Kongresu. Ich wynik uwarunkuje poczynania administracji do czasu kolejnych wyborów prezydenckich. Michał Kolanko Zachęcam Czytelników do podjęcia próby odpowiedzi na pytanie, z którym zmagali się goście pierwszej Agory Dyplomacji. Wyraźcie własne zdanie, spierajcie się z komentatorami i między sobą. Zawsze jestem otwarty na Wasze propozycje pytań do Agory oraz sugestie gości, których mógłbym zaprosić do udziału w dyskusji. To samo dotyczy tematów, które podejmuję na blogu - nie mogę obiecać, że każdy temat zostanie opisany, ale nie pozostawię Waszych propozycji bez odpowiedzi. Zapraszam także do dołączenia do społeczności Dyplomacji na Facebooku. Znajdziecie tam wybór wartych przeczytania artykułów, analiz i raportów oraz pytania do dyskusji. Aktualne dotyczy bilansu dwóch lat prezydenta Miedwiediewa. Piotr Wołejko
grafika: Tomasz Wojdała
środa, 20 stycznia 2010
We wtorek 19 stycznia w Massachusetts odbyły się uzupełniające wybory do amerykańskiego Senatu. O miejsce po zmarłym w ubiegłym roku Edwardzie "Tedzie" Kennedym ubiegali się Demokratka Martha Coakley oraz Republikanin Scott Brown. Położony na północnym wschodzie stan Massachusetts uznawany jest za tradycyjnie niebieski, tj. demokratyczny, liberalny. Wszystko przemawiało na korzyść Demokratów, a jednak wygrał Republikanin. Republikanin zastąpi liberalnego lwa
Przedłużający się serial pt. reforma służby zdrowia staje się coraz bardziej problematyczny dla większości w Waszyngtonie (Demokraci kontrolują obie izby Kongresu oraz Biały Dom). Im dłużej trwają spory w łonie Demokratów, tym bardziej narażeni są na ataki, nie tylko ze strony Republikanów. Ci ostatni starali się przekuć wybory w Massachusetts w referendum nt. reformy służby zdrowia. Dla Demokratów szokiem jest, że miejsce zajmowane przez ponad cztery dekady przez liberalnego lwa Senatu Teda Kennedy'ego zajmie teraz Republikanin. Podziały i rozliczenia Demokraci przegrali na całej linii. Już zaczynają się wewnętrzne rozliczenia. Jeszcze wczoraj padały wezwania pod adresem szefa prezydenckiej administracji Rahma Emanuela, aby ustąpił ze stanowiska. Biały Dom sterowany przez Rahma prowadzi zakulisowe rozmowy z demokratyczną reprezentacją w Kongresie dotyczącą reformy służby zdrowia. Kandydat Obama zapewniał w trakcie kampanii, że prace nad nią będą jawne i transmitowane przez kanał C-SPAN. Tymczasem, powrócił Washington-as-usual, czyli zakulisowe, tajne rozmowy głównych politycznych macherów z obu izb Kongresu i Białego Domu. Sukces Browna, do niedawna nikomu nieznanego senatora stanowego z Massachusetts wprowadza nową narrację na cały 2010 rok. Wtorkowe wybory pokazały, że zagrożone przez Republikanów są nawet te miejsca w Kongresie, które do tej pory uznawane były za całkowicie bezpieczne. Tym bardziej zagrożone są miejsca, o które już dziś toczy się wyrównana walka. Mówiąc krótko, Demokraci mogą się mocno zdziwić w listopadzie, gdyż Republikanie po zwycięstwie Browna nabrali nie tylko wiatru w żagle, ale zdobyli masę cennych doświadczeń. Na dziś senator Brown oznacza możliwe problemy z reformą służby zdrowia oraz innymi ambitnymi planami Obamy bądź kierownictwa Partii Demokratycznej. To jednak pikuś przy problemie Demokratów z dotarciem do wyborców niezależnych. Ci sami ludzie, którzy wybrali przeszło rok temu Obamę teraz mają go dość (nie wszyscy, ale pewna część, która będzie rosnąć). Niby nic dziwnego w historii USA, że w połowie kadencji prezydent traci większość w Kongresie, ale dla Obamy może to oznaczać poważne problemy. Jego ambitna agenda przepadnie. Co dalej? Na koniec czynnik najmniej istotny długoterminowo, ale najważniejszy obecnie: psychologiczny efekt zwycięstwa Browna jest dużo większy od rzeczywistego wymiaru jego sukcesu. Demokraci, już wcześniej podzieleni w kwestii chociażby ochrony zdrowia, mogą się jeszcze bardziej podzielić. Porażka przy reformie służby zdrowia może zniechęcić ich tradycyjną lewicową bazę, a przeforsowanie jej może zniechęcić wyborców niezależnych. Nowy Rok nie rozpoczął się zbyt różowo dla Baracka Obamy. Na nieco ponad tydzień przed orędziem o stanie unii (State of the Union Address) Demokrata ma nad czym myśleć. Posiadając przez ponad rok bezpieczną większość w obu izbach Kongresu niewiele zdziałał, a teraz będzie mu jeszcze trudniej. Czy zwróci się w kierunku zagranicy, gdzie o sukcesy może być łatwiej, czy będzie twardo walczył na domowym podwórku o swoje priorytety przedstawione opinii publicznej w trakcie kampanii wyborczej? Piotr Wołejko
grafika: hannity.blogs.foxnews.com
Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:
|
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||