Wpisy z tagiem: Bezpieczeństwo
czwartek, 02 lutego 2012
Do końca 2013 roku zmieni się rola amerykańskich wojsk w Afganistanie, zapowiedział sekretarz obrony Leon Panetta przed spotkaniem ministrów państw NATO w Lizbonie. Siły USA zaprzestaną prowadzenia działań bojowych, skupiając się na szkoleniu oraz wsparciu Afgańczyków. Utrzymany zostanie termin wycofania wszystkich wojsk zachodnich wraz z końcem 2014 roku. Szef Pentagonu wywołał burzę w Stanach Zjednoczonych, głównie w Partii Republikańskiej, przedstawiając nowe założenia strategii afgańskiej tuż po ujawnieniu kolejnych informacji potwierdzających, iż talibowie mają silne wsparcie Islamabadu, w szczególności pakistańskiego wywiadu wojskowego ISI. Atak na Panettę i Obamę, który rozpętali republikanie – z Mittem Romneyem i Johnem McCainem na czele – opiera się na argumencie, iż publiczne ogłaszanie informacji o zmianie roli wojsk zachodnich oraz podawanie terminarza wycofania sił dramatycznie osłabia pozycję USA i kontyngentu ISAF, w tym utrudnia negocjacje z talibami. Przeciwnik weźmie Amerykanów i Zachód na przetrzymanie, ma czas. Pozory mylą
Pakistan traktuje Afganistan jako zaplecze w ewentualnym konflikcie z Indiami. Gdyby zaistniała potrzeba wycofania się i reorganizacji sił, terytorium Afganistanu zapewnia bufor bezpieczeństwa. Warunkiem skorzystania ze strategicznej głębi są przyjazne Islamabadowi władze w Kabulu. Talibowie wyśmienicie spełniali ten warunek i utrzymywali przyjazne relacje ze swoimi patronami z Pakistanu. Po 11 września Pakistańczycy musieli opowiedzieć się po stronie USA (słynne słowa Busha: kto nie z nami, ten przeciwko nam), jednak nigdy nie zerwali więzów z talibami. Owszem, pakistańska armia walczy z różnej maści radykałami, być może nawet odłamami talibów, utrzymując przy tym ścisłe powiązania z przywódcami i watażkami zbyt cennymi, by sprzedać ich nawet za miliardy dolarów. Pakistan i talibowie doskonale rozumieją, iż Amerykanie kiedyś odejdą, a oni zostaną. Dla Pakistanu Hamid Karzaj nie jest wiarygodnym partnerem. Islamabad oraz Rawalpindi (gdzie mieści się kwatera główna pakistańskiej armii) podejrzewają Karzaja o sympatie proindyjskie. Obawa przed okrążeniem przez Indie przeważa nad jakimikolwiek innymi kalkulacjami geopolitycznymi. I tutaj płynnie przechodzimy do drugiej fałszywej przesłanki argumentu republikanów i pozostałych zwolenników kontynuowania misji afgańskiej. Karzaj i Amerykanie prowadzą negocjacje z talibami. Zdaniem wielu ekspertów, tylko takie „polityczne” rozwiązanie może doprowadzić do zakończenia trwającej ponad dekadę okupacji Afganistanu. Problem w tym, że z tych negocjacji nie wyniknie trwałe porozumienie. Spojrzenie w przeszłość pozwala poznać przyszłość Skąd tak kategoryczne przekonanie? Zawsze można się mylić, warto poczynić takie zastrzeżenie. Natomiast historia uczy, iż porozumienie z miejscowymi rebeliantami, zwalczającymi marionetkowy rząd narzucony przez okupanta, a w szczególności układy w Afganistanie, nie sprawdzają się. W tym miejscu można przypomnieć chociażby o brytyjskiej armii Indusu, o losie której przypomniała w jednym z ostatnich numerów Polityka. Jak słusznie zauważa autor tekstu Tomasz Targański, w Afganistanie „dane słowo nie znaczyło wiele, a występek zdawał się orężem równie skutecznym co muszkiet”. Brytyjski oddział został wybity do nogi, wraz z cywilami, których eskortował, mimo przyrzeczenia przez lidera rebeliantów Akbara Khana o zapewnieniu bezpiecznego przejścia. Podczas gdy jego ludzie nieustannie atakowali Brytyjczyków, Khan tłumaczył ich dowódcy, iż nie kontroluje on wszystkich powstańczych oddziałów. Brzmi znajomo? Od czasu brytyjskiego panowania w Indiach i walk o kontrolę nad Afganistanem niewiele się zmieniło. Nie można też nie pamiętać o Wietnamie, z którego Amerykanie wycofywali się po zawarciu porozumienia z komunistami z Północy. W zasadzie gdy patrzy się na dzisiejszy Afganistan, można dostrzec wykorzystanie wietnamskiego scenariusza. Długa, kosztowna i wycieńczająca walka, która w żaden sposób nie zbliża Amerykanów do zakończenia konfliktu po ich myśli. W międzyczasie próba lokalizacji wojny (wówczas wietnamizacji, dziś afganizacji – chodzi o to, by miejscowi przejęli ciężar walk na swoje barki, polegając na wsparciu doradczym, technicznym i finansowym ze strony USA) i szukania porozumienia z przeciwnikiem. W przypadku Wietnamu zawarto oficjalne porozumienie na międzynarodowej konferencji w Paryżu, a jego autorzy otrzymali pokojowego Nobla. Wiemy, co wydarzyło się później. Północ zaatakowała Południe i dość łatwo je pokonała, jednocząc Wietnam pod komunistycznymi rządami. Wyjść z Afganistanu najpóźniej z końcem 2012 roku Trudno nie odnieść wrażenia, że do podobnego scenariusza zmierza sytuacja w Afganistanie. W ostatecznym rozrachunku po władzę sięgną talibowie lub ich akolici, którym patronować będzie Pakistan. Być może Al-Kaida lub inne organizacje terrorystyczne nie znajdą ponownie przystani w Afganistanie, lecz nowe władze nie powinny znacząco różnić się od tych, które obalili Amerykanie po 11 września 2001 roku. Dlatego jak najbardziej zasadne jest domaganie się szybkiego zakończenia misji afgańskiej i wycofania zachodnich wojsk. Niewiele jest w Afganistanie do ugrania. Czas przestać narażać życie żołnierzy i wydawać mnóstwo pieniędzy na walkę, której nie można wygrać. O przyszłości Afganistanu zdecyduje Pakistan. Piotr Wołejko
grafika: unitednews.com.pk
wtorek, 31 stycznia 2012
Czasy kryzysu finansowego, wielkiego deficytu publicznego i zadłużenia państw są niełatwe dla sił zbrojnych. W okresie pokoju wybór pomiędzy masłem a bronią wydaje się jasny. Budżety obronne państw zachodnich maleją, a wraz z nimi zmniejsza się liczebność wojsk oraz ilość sprzętu. Oszczędzają Brytyjczycy, którzy zrezygnowali (chwilowo) z posiadania lotniskowca i współdzielą okręt z Francuzami. Londyn i Paryż już w listopadzie 2010 r. zawarły bezprecedensowe porozumienie obronne, które analizowałem dla Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. W ślad za Londynem i Paryżem podążają Niemcy, obcinając stan osobowy armii o kilkadziesiąt tysięcy etatów, a także pozbywając się przestarzałego sprzętu. Cięcia w wydatkach na obronę narodową dotarły także za ocean, do Stanów Zjednoczonych. Na początku stycznia br. administracja Baracka Obamy przedstawiła dokument strategiczny [pełna treść tutaj] „Sustaining U.S. Global Leadership: Priorities for 21st Century Defense”. Jak tłumaczy sekretarz obrony Leon Panetta, Pentagon będzie rekomendował Kongresowi m.in. zmniejszenie liczebności armii o blisko 100 tys. żołnierzy (cięcia dotkną zarówno siły lądowe, jak i Korpus Marines; należy przy tym poczynić zastrzeżenie, iż nawet po cięciach liczba żołnierzy będzie większa niż przed atakami z 11 września 2001 r.), wycofanie ze służby wielu samolotów i okrętów, spowolnienie zakupów samolotu bojowego nowej generacji F-35 (projekt opóźniony, przekroczone koszty), co ma przynieść blisko 260 mld dolarów oszczędności w ciągu najbliższych 5 lat. Oszczędności i wydatki
Decyzje podejmowane przez administrację Baracka Obamy dotkną bezpośrednio Europę, z której wycofane zostaną dwie amerykańskie brygady. W tym samym czasie USA zwiększą swoją obecność na Pacyfiku, utrzymując dotychczasowe bazy i tworząc nowe, jak chociażby w australijskim Darwin, o czym pisałem w listopadzie 2011 r. Okręty US Navy nadal będą stacjonować w Bahrajnie (co wyjaśnia, dlaczego Ameryka nie protestowała, gdy Saudyjczycy przy wsparciu szejkanatów z Zatoki pacyfikowała lokalne demonstracje będące odpryskiem arabskiej wiosny) czy Singapurze. Wiele wskazuje na to, że szykuje się powrót amerykańskich wojsk na Filipiny. Istotnym elementem oszczędności będzie dalsza prywatyzacja zadań sił zbrojnych. Na stronie 13. omawianej strategii stwierdzono wprost, że Pentagon musi kontynuować redukowanie kosztów prowadzonej działalności. Wśród elementów niezbędnych dla kontroli kosztów znajdziemy m.in. praktyki biznesowe i inne działania wspierające oraz ograniczenie wzrostu kosztów osobowych i związanych ze środkami trwałymi [bazy, biura i siedziby]. Można więc bez ryzyka postawić tezę, że administracja Obamy podąża wytyczoną przez Donalda Rumsfelda i Dicka Cheneya drogą prywatyzacji armii, o której szerzej w artykule przygotowanym dla tygodnika „Polska Zbrojna”. Technologie priorytetem USA Ograniczenie liczby żołnierzy i reorientacja na Pacyfik to tylko niektóre spośród planowanych zmian. Pentagon nie zamierza oszczędzać na siłach specjalnych oraz samolotach bezzałogowych, na które przeznaczone zostaną dodatkowe środki. US Navy utrzyma też 11 lotniskowców (chociaż opóźni się wejście do służby okrętów ochrony oraz łodzi podwodnych). Już wcześniej administracja Obamy obiecała dziesiątki miliardów dolarów na utrzymanie w gotowości nuklearnego potencjału odstraszającego. Na brak środków nie powinno narzekać także, powołane do życia w 2009 roku, Cyber Command, czyli dowództwo ds. cyberwojny. Amerykanie postanowili skupić więcej uwagi zarówno na cyberprzestrzeni, jak i na przestrzeni kosmicznej. Będą również rozwijać środki zwalczające możliwości area denial/anti-access rozbudowywane i opracowywane przez państwa takie jak Chiny czy Iran, a których celem jest powstrzymanie amerykańskich sił zbrojnych, głównie lotniskowców, od operowania w pobliżu ich granic. W strategii widoczne jest postawienie na rozwój technologii i utrzymanie prymatu w tej dziedzinie. Mniej istotni są zwykli żołnierze, których liczbę można zmniejszyć. Chociaż z takim poglądem polemizują niektórzy eksperci, jak np. Frederick Kagan z American Enterprise Institute, trend ten (najpierw technologia) będzie zyskiwał na popularności. Zdaniem Kagana, w okresie kryzysu należy postawić na ludzi. Technologie najlepiej i najszybciej rozwijają się w czasach konfliktu. Bez odpowiedniej liczby dobrze wyszkolonych ludzi żadne technologie sobie nie poradzą. Tak samo rozumuje faworyt do republikańskiej nominacji prezydenckiej Mitt Romney, który w wojskowym miasteczku Pensacola w stanie Floryda zapowiedział, że – w razie zwycięstwa w listopadowych wyborach prezydenckich – nie tylko powstrzyma zapowiedziane odchudzenie armii i Marines o blisko 100 tys. żołnierzy, lecz o taką liczbę zwiększy stan osobowy sił zbrojnych. Jak zwykle w takich przypadkach, Romney nie powiedział skąd weźmie na to pieniądze. Tymczasem w jakiś sposób trzeba zredukować sięgający 15 bilionów dolarów dług federalny, a budżet Pentagonu – obok systemów socjalno-zdrowotnych jak Medicaid i Medicare – jest najbardziej oczywistym źródłem oszczędności. Nawet po cięciach amerykański potencjał wojskowy będzie największy na świecie. I to przez wiele lat. Piotr Wołejko
grafika: thecareerbiz.blogspot.com
wtorek, 24 stycznia 2012
Gdy w mediach powraca temat zbliżającego się wielkimi krokami ataku na Iran, nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, iż - jak powiedział Talleyrand - byłoby to gorsze niż zbrodnia, byłby to błąd. Decyzja o ataku na Iran, którą uzasadnia się prowadzeniem przez ten kraj prac nad programem nuklearnym (najpewniej jednocześnie cywilnym i wojskowym), opiera się na szeregu błędnych przesłanek. Co więcej, zwolennicy uderzenia w sposób istotny minimalizują negatywne konsekwencje takiego obrotu zdarzeń. Głównym problemem wydaje się niezrozumienie myślenia irańskich elit władzy. Entuzjaści ataku uważają, i taką narrację sprzedają w mediach, że irańskie władze składają się z szaleńców ogarniętych wizją zniszczenia Izraela i siania niepokoju w regionie. O ile prezentowanie przeciwnika w taki sposób jest bardzo wygodne, a przy tym efektowne, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ajatollahowie potrafią chłodno kalkulować i podejmować bardzo racjonalne decyzje. Pisałem o tym w artykule dla Polski Zbrojnej z połowie ubiegłego roku (Iran - racjonalny oportunista, PZ 23/2011). Przywoływałem w tym tekście dwóch amerykańskich ekspertów od polityki międzynarodowej, Raya Takeyha i Valiego Nasra, którzy twierdzą, iż "Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie". Meandry irańskiej dyplomacji
Jednocześnie irański ekspert z AEI zauważa ciekawą prawidłowość, na którą należy zwrócić większą uwagę. Alfoneh mówi, iż: "(...) kiedy sytuacja nie zagraża istnieniu państwa, Iran ma skłonność do popełniania rażących politycznych błędów i często się przelicza w swoich zamiarach". Politolog słusznie dostrzega, iż "Teheran ma szczególną skłonność do interpretowania normalnych, cywilizowanych zachowań jego przeciwników jako oznak słabości. To stało się coraz bardziej widoczne, od kiedy prezydentem USA został Barack Obama, który postawił na łagodniejsze stanowisko względem Iranu". Nic dziwnego, że nie okazało się ono skuteczne. Teheran błędnie je zinterpretował, a przeciwnicy zmiany twardego kursu wobec Iranu na konstruktywne zaangażowanie tylko przyklasnęli postawie ajatollahów i przedstawiają Obamę jako mięczaka i nieudacznika. Warto przy tym pamiętać, że Irańczycy nie tylko nie potrafią odczytać gestów swoich przeciwników, lecz niekoniecznie zależy im na prawidłowym odbiorze wysyłanych sygnałów. Reżim znalazł się pod kontrolą konserwatystów, rośnie rola militarnej ostoi teokratycznego systemu władzy - Korpusu Strażników Rewolucji. Wśród irańskiej elity władzy dominuje aktualnie pogląd, iż jakiekolwiek otwarcie na świat i ustępstwa wobec presji Zachodu mogą doprowadzić do wybuchu buntu społecznego i obalenia reżimu. Skostniałe struktury nastawione są na trwanie, aparat represji coraz bardziej pracowicie prześladuje nieprawomyślnych obywateli, nawet tak wysoko postawionych w hierarchii władz jak eks-prezydent Mohammed Chatami czy eks-premier Mir-Hosejn Mousawi. Oportuniści, nie szaleńcy Jednocześnie, chociaż w Teheranie dominują twardogłowi, "trzeba jasno powiedzieć, że przywódcy Iranu nie są samobójcami" - jak mówi wspomniany wyżej Ali Alfoneh z American Enterprise Institute. Nie wierzy on w to, że jeśli Iran zbuduje bombę jądrową, będzie dążył do wymazania Izraela z mapy świata. Jego zdaniem bardziej realistyczny jest scenariusz, w którym "Iran coraz agresywniej rzuca wyzwania swoim sąsiadom i przeciwnikom", co będzie podsycało napięcie w regionie. Uważam dokładnie tak samo, o czym zresztą pisałem w sierpniu 2010 r. we wpisie Implikacje irańskiego atomu dla Bliskiego Wschodu. Przytoczę fragment tego wpisu, gorąco zachęcając do lektury całego tekstu: "stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę". Nawet atomowy Iran można łatwo powstrzymać Świat nie skończył się, gdy ZSRR wszedł w posiadanie bomby atomowej, ani gdy podzielił się tym odkryciem z Chinami. Kolejne państwa, choć jednak nieliczne, wchodziły w posiadanie broni A i nie doprowadziło to do przemiany globu w atomową pustynię. Atomowe odstraszanie wśród potęg jądrowych jest bardzo skuteczne. W przypadku Iranu również zadziała (Iran musi jeszcze skonstruować odpowiednie rakiety oraz umieścić bombę w tejże rakiecie, co nie jest takie proste). Dodatkowo, Stany Zjednoczone zapewne obejmą sojusznicze kraje Zatoki Perskiej parasolem atomowym, gwarantując ich bezpieczeństwo. Uwolni je to spod presji Iranu i powstrzyma przed chęcią zbudowania własnego arsenału atomowego. Iran może pójść dwiema drogami: pierwszą, w której spróbuje wywrócić obecny ład regionalny do góry nogami i zwiększyć swoje wpływy; bądź drugą, w której reżim czując się wreszcie bezpiecznie skupi się na rozwoju gospodarczym i, w dalszej przyszłości, pójdzie drogą liberalizacji politycznej. Obecne wierzganie Iranu, w tym straszenie blokadą Cieśniny Ormuz, może wynikać ze strachu reżimu przed utratą władzy. Zabezpieczenie w postaci broni A powinno uspokoić myśli ajatollahów. Na co wtedy skierują swoją uwagę? To Ty, Czytelniku, zapłacisz za atak na Iran Na koniec krótka uwaga dotycząca entuzjazmu dla uderzenia na Iran. Wszyscy już dziś odczuwamy na stacjach paliwowych koszty przymiarek do zaatakowania Iranu. Jeśli on jednak nastąpi, krótkofalowo ceny wystrzelą w górę. Iran może zareagować przesadnie, nie tyle próbując zablokować Ormuz, co zasypując gradem rakiet instalacje naftowe państw Zatoki oraz zatapiając tankowce. Wówczas wyższe ceny będą nam towarzyszyć dłużej. Jest jasne, co to oznacza dla światowej gospodarki, ledwo zipiącej po drugiej fali kryzysu finansowego. Atak nie powstrzyma Iranu od prac nad bronią jądrową, nad którą pracują od połowy lat 70., czyli rządów obalonego przez rewolucję islamską szacha Pahlaviego. Reżim skonsoliduje władzę, gdyż program nuklearny (szeroko rozumiany, raczej cywilny niż wojskowy) ma poparcie zdecydowanej większości Irańczyków. Opozycja będzie musiała poprzeć władze, a te będą mogły przeprowadzić kolejną falę prześladowań i aresztowań, czyszcząc sobie przedpole polityczne na kilka następnych lat. O wariancie zmiany reżimu drogą zbrojną, czyli operacji na wzór iracki nie warto nawet myśleć. Amerykanie już zrozumieli, że tego się nie da zrobić. Piotr Wołejko
grafika: warnewsupdates.blogspot.com
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Ma Ying-jeou został ponownie wybrany na prezydenta Tajwanu, wygrywając wybory, które odbyły się dn. 14 stycznia br. Reelekcja kandydata Kuomintangu (KMT) była oczekiwana zarówno w Pekinie, jak i Waszyngtonie. Prezydent Ma zapewnia bowiem stabilizację w Cieśninie Tajwańskiej, dążąc do powolnego zbliżenia, głównie gospodarczego z Chinami (na co czekają towarzysze z KPCh), nie podnosząc haseł niepodległościowych (co przysporzyłoby Amerykanom bólu głowy).
Cenna "mała stabilizacja" Tajwańska układanka ułożyła się po myśli głównych mocarstw, tj. Stanów Zjednoczonych i Chin. Zwycięstwo kandydatki DPP mogłoby wprowadzić niepotrzebne napięcie w trójkącie Pekin-Tajpei-Waszyngton. Amerykanie, chociaż sprzedają Tajwanowi broń (w ostatnich trzech latach uzgodniono sprzedaż sprzętu o wartości kilkunastu miliardów dolarów) i są ustawowo (Taiwan Relations Act z 1979 r.) zobowiązani do obrony wyspy (przed Chinami), nie potrzebują teraz nowych problemów z rosnącym gigantem z Pekinu. Wystarczą spory o wartość juana, dumping cenowy, rywalizacja o surowce energetyczne oraz spór o kontrolę nad Morzem Południowochińskim. Gdy dodać do tego konieczny udział Chin w powściąganiu Iranu czy Korei Północnej jasno widać, że nie ma już miejsca dla Tajwanu. Stąd reelekcja Ma jest idealnym rozwiązaniem. Dla Chin sukces Ma to oznaka, że spokojna polityka przyciągania Tajwanu działa i jest doceniana na wyspie. Gdyby sukces odniosła kandydata DPP, Pekin mógłby zmienić front, stawiając na twardszą retorykę i ograniczyć koncesje gospodarcze. Warto pamiętać, że 1500-2000 chińskich rakiet jest wycelowanych w Tajwan, a Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych uchwaliło prawo, które nakazuje zaatakować wyspę w razie ogłoszenia przez nią niepodległości. Utrzymać status quo Powstają pytania, jak sytuacja będzie wyglądać za 4 lata, gdy dobiegnie końca druga i ostatnia kadencja prezydenta Ma. Po pierwsze, jak bardzo Tajwan zbliży się gospodarczo do Chin w tym okresie? Po drugie, czy po 8 latach rządów KMT nie nastąpi znużenie wyborców tym ugrupowaniem i oddanie władzy niechętnej Chinom DPP? Po trzecie, czy Stany Zjednoczone będą stały za Tajwanem, broniąc jego niezależności, głównie poprzez sprzedawanie broni? Cztery lata w polityce międzynarodowej to wieczność w dzisiejszych czasach. Krajobraz geopolityczny może ulec istotnym przekształceniom. Może też utrzymać się status quo. Ten drugi scenariusz będzie chciał realizować prezydent Ma, ku uciesze zarówno Chin, jak i Stanów Zjednoczonych. Piotr Wołejko
grafika: risingpowers.wordpress.com
czwartek, 12 stycznia 2012
Wykorzystanie najemników to dziś wielki biznes i ważna część gospodarki. Prywatne firmy wojskowe (PMC), ochroniarskie (PSC) oraz świadczące usługi dla armii (głównie amerykańskiej i brytyjskiej) stały się dobrze płatną przystanią dla byłych członków formacji specjalnych, jak SEALs, Delta Force czy SAS. Ten rynek wart jest ponad 100 miliardów dolarów. Apologeci prywatyzacji wojska twierdzą, że sprzyja ona skupieniu się na tym, co dla żołnierzy najważniejsze, czyli na walce. Dla krytyków działalność prywatnych firm wojskowych to nabijanie kieszeni prywatnym przedsiębiorstwom oraz wskrzeszanie najemników jako istotnych aktorów konfliktów zbrojnych. WOJSKOWY OUTSOURCING
Za outsourcingiem w armii gorąco opowiadali się przedstawiciele Partii Republikańskiej w USA, między innymi były szef Pentagonu Donald Rumsfeld oraz były wiceprezydent Dick Cheney. Prywatyzacja postępowała najszybciej za czasów prezydentury Ronalda Reagana i George’a W. Busha. Dziś prywatne firmy zatrudniają ponad 1,5 miliona pracowników na całym świecie, a przyznawane im rządowe kontrakty są warte setki milionów dolarów. Przykładowo: DynCorp, jedna z największych prywatnych firm wojskowych, w 2010 roku zawarła umowy warte blisko 2,5 miliarda dolarów. Dużo więcej zarabia koncern Halliburton, którego działalność obejmuje logistykę i zaopatrzenie, przez katering, po obsługę szybów wiertniczych. Warto wspomnieć, że wiceprezydent Cheney, zanim trafił w 2001 roku do Białego Domu, przez pięć lat był prezesem Halliburtona. PROBLEMY I WĄTPLIWOŚCI Działalność prywatnych firm wojskowych budzi wiele problemów etycznych. Najemnicy nie są żołnierzami w świetle prawa międzynarodowego. W Iraku czy Afganistanie, gdzie w szczytowych momentach działało po kilkadziesiąt tysięcy najemników, zyskali oni wątpliwą sławę wśród lokalnej ludności. Pamiętnym wydarzeniem są wypadki z irackiej Faludży z 31 marca 2004 roku. Rebelianci zaatakowali konwój ochraniany przez czterech najemników firmy Blackwater (dziś Xe Services; grafika przedstawia logo firmy pod dawną nazwą - źródło: alternativenews.org) i zabili całą czwórkę. Ich zwłoki, przywiązane do samochodów, wlekli przez miasto, a następnie powiesili na moście. W odwecie armia amerykańska przeprowadziła ofensywę w Falludży. Nie udało się jednak odbić miasta z rąk rebeliantów.
Śmierć ludzi z prywatnych firm rzadko przebija się jednak do ogólnokrajowych mediów (Faludża była wyjątkiem). Nie odnotowuje się jej w oficjalnych statystykach. Jest to wygodna forma maskowania strat własnych. Jako że nie są żołnierzami, operatorzy i ich firmy mogą być wykorzystywani w krajach, w których obecność regularnych oddziałów sił zbrojnych nie byłaby mile widziana. Najemnicy z takich firm jak Blackwater czy DynCorp mogli bez przeszkód szkolić gruzińską armię czy ścigać bojowników Al-Kaidy w Pakistanie. W tym kraju Blackwater działała podobno ramię w ramię z CIA. Nie można tego wykluczyć, tym bardziej że spośród ponad 800 tysięcy osób mających dostęp do tajnych informacji wywiadowczych w USA blisko 260 tysięcy to pracownicy prywatnych firm. Prywatyzacja wywiadu jest konsekwencją prywatyzacji wojska. NIEUCHRONNA PRZYSZŁOŚĆ? Dobrze wyszkoleni, doświadczeni i zaprawieni w boju żołnierze, najczęściej z formacji specjalnych, stają się łakomym kąskiem dla prywatnych firm wojskowych. Po przejściu do sektora prywatnego (jednak powiązanego z wojskiem) nadal zajmują się tym, do czego zostali wyszkoleni. Zazwyczaj pracują dla swojego rządu. Popyt na najemników jest duży, co pokazała ostatnio operacja w Libii. Po stronie pułkownika Kaddafiego walczył cały zaciąg najemników z wielu stron świata, w tym także z Białorusi czy Ukrainy. Z usług prywatnych firm korzysta nie tylko Pentagon, lecz także Departament Stanu czy CIA. Nieśmiało wspominają one również o możliwości wykorzystania ich personelu podczas misji pokojowych, organizowanych na przykład pod egidą ONZ. Mówił o tym były właściciel Blackwater Erik Prince oraz jej były wiceprezes Cofer Black, który zapewniał: „jesteśmy szybcy i tani”. Sugerował przy tym, że jego firma mogłaby wystawić batalion w sile trzech–pięciu tysięcy żołnierzy. Obecnie nie ma warunków do realizacji planów Blacka, jednak nie można wykluczyć takiego rozwiązania w przyszłości. Coraz trudniej bowiem zmobilizować w krótkim czasie siły pokojowe, które najczęściej muszą powstrzymywać czystki etniczne bądź wojnę domową. Za precedens można uznać wykorzystanie operatorów Blackwater i Triple Canopy do pilnowania zalanego w wyniku huraganu Katrina Nowego Orleanu. Okazało się wówczas, że sektor prywatny potrafi się zmobilizować szybciej i skuteczniej od instytucji państwowych. Skoro użyto prywatnych firm w kraju, dlaczego nie robić tego za granicą? Obserwując przekazywanie przez armię coraz większej liczby zadań prywatnym firmom wojskowym, ochroniarskim i usługowym, trudno nie odnieść wrażenia, że tego procesu nie da się już zatrzymać. Wykorzystanie najemników to żadna nowość w historii wojskowości. Dziś jest to także wielki biznes i ważna część gospodarki. Warto może pomyśleć o uregulowaniu sytuacji prawnej najemników zatrudnionych przez prywatne firmy wojskowe, aby zapobiec nadużyciom i poddać ich działalność państwowej kontroli. Piotr Wołejko
Artykuł ukazał się pierwotnie w tygodniku "Polska Zbrojna" (51-52/2011) |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||