Wpisy z tagiem: meksyk
wtorek, 17 stycznia 2012
Stany Zjednoczone, Francja, Rosja, Meksyk. W tych krajach odbędą się w tym roku wybory prezydenckie. Na Tajwanie już się odbyły, natomiast w kontynentalnych Chinach rozpocznie się proces wymiany kierownictwa, który dobiegnie końca na początku 2013 roku. Tak ważne wydarzenia jak wybór przywódców w czterech z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz dynamicznie rozwijającym się Meksyku (tuż za pierwszą dziesiątką największych gospodarek świata) muszą znaleźć swoje miejsce na Dyplomacji. Prawybory w USA, a później także kampanię wyborczą, relacjonuje Michał Kolanko z bloga spinroom.pl, a wcześniej członek ekipy USA2008.blox.pl. Wkrótce kolejny odcinek z jego cyklu Wyścig o Biały Dom 2012. Ja zajmę się dzisiaj Meksykiem, gdzie 1 lipca br., wraz z wyborami prezydenckimi odbędą się także wybory do Izby Deputowanych i Senatu. Kampania i wybory w 2006 roku Dobiega końca 6-letnia kadencja prezydencka Felipe Calderona z Partii Akcji Narodowej (PAN), który przejął stery władzy z rąk Vicente Foxa (również PAN) w drugiej połowie 2006 roku. Calderon wygrał bardzo równy wyścig o prezydenturę z Andresem Manuelem Lopezem Obradorem z Partii Rewolucji Demokratycznej (PRD), zdobywając zaledwie o 0,5% więcej głosów. Obrador przez wiele miesięcy kontestował rezultat elekcji mówiąc, że został on sfałszowany. Pokonany kandydat przez miesiące zazwyczaj prowadził w sondażach, a dopiero na tygodnie przed wyborami poparcie dla Calderona się ustabilizowało i zaczął wyprzedzać Obradora w niektórych badaniach. Tak szczegółowo wspominam o sondażach przedwyborczych, gdyż wyrównana walka do końca może się powtórzyć. Oficjalna kampania wyborcza może ruszyć dopiero na przełomie lutego i marca, a do tego czasu prowadzący w badaniach opinii publicznej kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI) może stracić swoją ogromną przewagę. Na dziś Enrique Pena Nieto, 45-letni prawnik reprezentujący barwy PRI (wywodzący się z PRI prezydenci rządzili w latach 1928-2000) może liczyć na czterdzieści-kilka do 50% głosów. Drugie miejsce w sondażach zajmuje kandydat z partii Calderona (PAN), przy czym na czele wyścigu o nominację jest Josefina Vazquez Mota, w latach 2006-2009 sekretarz edukacji w rządzie Calderona. Trzeci jest wielki przegrany poprzednich wyborów, Andres Manuel Lopez Obrador (PRD). Troje rywali w walce o prezydenturę Nie powinniśmy się przyzwyczajać do kolejności kandydatów ani wysokości poparcia w sondażach, gdyż historia uczy, że wszystko może ulec zmianie. Na dziś wydaje się, że Enrique Pena Nieto z PRI jest murowanym zwycięzcą. Sześć lat temu to samo dotyczyło Lopeza Obradora (PRD). Najważniejsze pytanie dotyczy tego, czy wyborcy nie są już znudzeni 12 latami rządów PAN (mam na myśli prezydenta, gdyż w parlamencie z większością bywało różnie, aktualnie w Izbie Deputowanych najwięcej deputowanych ma PRI, w Senacie PAN). Jeśli odpowiedź jest przecząca, pojawia się kwestia gotowości wyboru pierwszej kobiety-prezydenta.
Od lewej: Andres Manuel Lopez Obrador (PRD), Enrique Pena Nieto (PRI) oraz Josefina Vazquez Mota (PAN); źródło: laprimeraplana.com.mx Przedbiegi do kampanii pokazują, że największym wrogiem faworyta z PRI może być on sam. Dał się już poznać jako ignorant w kwestii książek, myląc tytuł książki największego z żyjących meksykańskich pisarzy, Carlosa Fuentesa. W odpowiedzi Fuentes, murowany kandydat do literackiego Nobla, odpowiedział, że „ten dżentelmen ma prawo mnie nie czytać, natomiast nie prawa wygrać wyborów prezydenckich w oparciu o ignorancję”. Pena Neto nie potrafił też podać ceny tak podstawowego produktu jak tortilla, pokazując zupełne oderwanie od problemów większości obywateli Meksyku. Później tłumaczył, że „nie jest panią domu”. Seksistowska wypowiedź pogorszyła tylko sprawę. Kandydatka Partii Akcji Narodowej prezydenta Calderona może odpowiedzieć za średnio udaną wojnę z kartelami narkotykowymi, którą od początku urzędowania prowadzi Calderon. W jej wyniku zginęło już ponad 40 tys. ludzi, w dużej mierze niezaangażowanych w walkę po żadnej ze stron. Josefina Vazquez Mota jest bizneswoman z dużym, 9-letnim doświadczeniem w rządzie. Kompetencji jej więc nie brakuje. Jako kobieta może zebrać głosy innych kobiet, niezależnie od ich poglądów politycznych. Ciekawym kandydatem jest również Lopez Obrador, który objeżdża kraj wzdłuż i wszerz ugruntowując swoje poparcie i licząc na zdobycie nowych wyborców. Sześć lat temu zebrał ponad 13,5 miliona głosów, niespełna pół miliona mniej od zwycięskiego Calderona. Interesującym ruchem ze strony reprezentanta PRD jest przedstawienie kandydatów do ewentualnego rządu. Będzie on też przedstawiał PAN i PRI jako dwie strony tej samej monety zapewniając, że tylko jego wybór na stanowisko prezydenta zapewni rzeczywistą zmianę. Scenariusz na najbliższe sześć miesięcy Jakie będą główne tematy kampanii? Na pewno jednym z nich będzie wspomniana wojna z narkobiznesem – kosztowna, długotrwała, krwawa i nie zakończona, jak na razie, sukcesem. Lopez Obrador będzie wzywał do jej zakończenia i zaprowadzenia pokoju wewnętrznego. Innym tematem poruszanym w kampanii będzie państwowy gigant naftowy PEMEX. Kandydaci PAN i PRI otwarcie rozważają dopuszczenie prywatnego kapitału do firmy, a nawet jej częściową prywatyzację na wzór brazylijskiego Petrobrasu. Wymaga to zmian w prawie, które zabrania dziś zagranicznym firmom udziału w wydobyciu ropy naftowej. Tymczasem PEMEX, który w 2008 roku zapewniał blisko 40% dochodów budżetu państwa (oddając prawie 80% z każdego zarobionego peso fiskusowi) boryka się z problemem spadającego wydobycia, niedoinwestowania i braku technologii [więcej we wpisie z 15 kwietnia 2008 r.]. Podczas kampanii ważna powinna być także kwestia rosnących nierówności społecznych. Wzrost cen żywności (w tym tak ważnej dla Meksykan kukurydzy) w połączeniu z załamaniem gospodarczym w USA sprawił, że wielu meksykańskim rodzinom żyje się dzisiaj gorzej niż trzy lata temu. Trudno natomiast spodziewać się tego, by polityka zagraniczna odegrała istotną rolę w zbliżających się wyborach. W zasadzie jedyny przewidywalny aspekt tego zagadnienia to spór o meksykańskich (głównie nielegalnych) imigrantów w USA. Może on przybrać ostrzejszy wymiar z powodu kampanii prezydenckiej w USA, gdzie kwestie imigracji oraz głosów latynoskiej mniejszości będą bardzo ważne. Kandydaci w wyborach prezydenckich w Meksyku poczują konieczność obrony praw i dobrego imienia swoich rodaków. Piotr Wołejko
niedziela, 05 grudnia 2010
Ponad 28 tysięcy ofiar od stycznia 2007 roku, w tym ponad 2 tysiące żołnierzy, policjantów, sędziów i innych przedstawicieli instytucji państwa. Trwająca czwarty rok wojna meksykańskiego prezydenta Felipe Calderona z gangami narkotykowymi zbiera wyjątkowo krwawe żniwo. Sytuacja jest tak trudna, że głowa państwa rozważa częściową legalizację narkotyków. Taka decyzja z pewnością nie ucieszyłaby północnego sąsiada Meksyku – Stanów Zjednoczonych. Bilans walk Dziesiątki tysięcy zabitych i stale zmniejszające się bezpieczeństwo. Nie tak wyobrażał sobie rok 2010 prezydent Calderon, gdy wkrótce po objęciu urzędu w grudniu 2006 roku wypowiedział wojnę potężnemu „przemysłowi narkotykowemu”. Początkowo wykorzystanie wojska do zwalczania gangów miało być opcją tymczasową, w domyśle krótkotrwałą. Ciężar walki miała przejąć na siebie wzmocniona policja federalna, którą częściowo oczyszczono ze skorumpowanych funkcjonariuszy. Odpowiedzią karteli narkotykowych na działania rządu było bezwzględne okrucieństwo, kampania zastraszania federalnych i lokalnych policjantów, urzędników, sędziów czy dziennikarzy, a także egzekucje wyżej wymienionych. Przestępcy przeprowadzili nawet udany zamach na życie szefa meksykańskiej policji Edgara Gomeza. Początkowo można było uznać to posunięcie za krzyk rozpaczy, jednak kolejne miesiące pokazały, że był to pokaz siły ze strony gangów. Przemoc rozlewa się po wielu regionach kraju, jednak niektóre z nich są szczególnie niebezpieczne. Uwagę przykuwają dwa miasta, położone bardzo blisko amerykańskiej granicy – Tijuana i Ciudad Juarez. Spora część ofiar wojny z gangami narkotykowymi pochodzi właśnie z tych miejsc. Gangsterzy urządzają sobie strzelaniny na głównych ulicach w środku dnia, często używają karabinów maszynowych czy granatów. Bywają także bardzo pomysłowi – swego czasu „włamywali się” na policyjne fale radiowe i wymieniali z nazwiska policjantów, którzy mieli zostać zabici. Przestępcy swoje groźby oczywiście realizowali. Nie upiekło się nawet księżom. Jeśli duchowni występowali przeciwko narkogangsterom, grożono im, a czasem zabijano. Natomiast do szmuglu narkotyków wykorzystywano także niewielkie łodzie podwodne. Jak widać, kreatywności i pieniędzy kartelom nie brakuje. Niepokój wewnętrzny Meksyku promieniuje na inne kraje regionu. W szczególności narażone są Salwador, Gwatemala i Honduras. Przez te kraje wiedzie jeden ze szlaków przerzutu narkotyków. Słabe państwa i ich słabe instytucje, głównie policja, nie mogą poradzić sobie z bajecznie bogatymi i bezlitosnymi kartelami narkotykowymi. Rośnie w nich liczba morderstw, w tym typowych dla przestępczości narkotykowej. Gdy wreszcie udało się opanować sytuację w Kolumbii, destabilizujące Amerykę Środkową prądy płyną z Meksyku. Stany Zjednoczone na dywaniku
Amerykańska odpowiedź na zagrożenie ze strony narkogangsterów, w postaci tzw. Planu Merida, to ledwo półtora miliarda dolarów rozłożone na trzy lata. Kropla w morzu potrzeb i suma śmiesznie mała w porównaniu do funduszy jakimi obracają kartele. Mimo zdecydowanej walki z plagą narkomanii, Amerykanie są największymi konsumentami narkotyków. Prezydent Calderon, zanim zaczął rozważać częściową ich legalizację na własnym podwórku, rozmawiał z Barackiem Obamą o możliwości częściowej legalizacji w Stanach Zjednoczonych. Argumentem przemawiającym za zezwoleniem na handel niektórymi środkami odurzającymi jest uderzenie w kieszeń karteli. Gdy część narkotyków stanie się legalna, ich ceny drastycznie spadną, a wraz z nimi zyski gangów. Calderon sugerował także amerykańskiemu prezydentowi bardziej rygorystyczne uregulowania dotyczące handlu bronią, przynajmniej w graniczących z Meksykiem stanach. Niestety, prawo do posiadania broni jest fundamentalne dla Amerykanów i trudno liczyć na jakiekolwiek obostrzenia. Zalewany bronią i pieniędzmi z handlu narkotykami Meksyk stoi w tej chwili na rozdrożu. Były minister finansów Austin Carstens twierdzi, że narastająca przemoc redukuje produkt krajowy brutto o 1 procent rocznie. Cierpią inwestycje, traci sektor turystyczny. Jednocześnie rozwija się alternatywne państwo, w którym pieniądze rozdzielają szefowie karteli. W zamian za lojalność i akceptację swoich poczynań zapewniają miejsca pracy i dbają o lokalną infrastrukturę, zastępując powołane do tego oficjalne instytucje. Meksykańskie porządki Za całe zło nie należy jednak winić wyłącznie Stanów Zjednoczonych. To przecież skorumpowani przedstawiciele meksykańskiego państwa umożliwili kartelom zdobycie tak wielkich wpływów, zyskanie tak istotnej pozycji. Przez wiele lat państwo, od szczebla federalnego, przez stany aż po najniższy poziom lokalny, przymykało oczy na działania narkobiznesu. Cichą umowę, w myśl której gangsterzy zabijają się między sobą, zostawiając państwo w spokoju, wypowiedział dopiero Felipe Calderon. Oprócz wysłania wojska na ulice przeprowadził on poważne czystki w kluczowych instytucjach odpowiedzialnych za walkę z przestępczością. Zarzuty postawiono postaciom z pierwszych stron gazet, w tym wielu wysoko postawionym policjantom. Kolejnym pomysłem na zwiększenie skuteczności działań policji jest jej unifikacja. Na dziś działa grubo ponad tysiąc formacji policyjnych: federalna, stanowe oraz lokalne. Trudno się w tej zagmatwanej strukturze połapać władzom, wykorzystują ją natomiast kartele – chociażby przekupując niedofinansowanych i słabo wyszkolonych policjantów na najniższym szczeblu drabinki. Stworzenie jednej służby policyjnej w każdym stanie, z pewnym nadzorem rządu federalnego nie będzie jednak proste. Nie tylko musi się na to zgodzić Kongres, ale także poszczególne stany. Tymczasem politycy w Meksyku są wyjątkowo niejednomyślni, a pozycja prezydenta Calderona jest dużo słabsza niż na początku kadencji. Mimo pewnych sukcesów w walce z kartelami, jak na przykład aresztowaniu kilku wysoko postawionych gangsterów, daleko jeszcze do pełnego zwycięstwa. Po tak długiej kampanii, z wykorzystaniem wojska włącznie, zasadne wydaje się pytanie o to, czy pełne zwycięstwo jest w ogóle osiągalne. Calderon zastanawia się, czy ustępując na pewnych odcinkach frontu (vide legalizacja niektórych narkotyków) nie zyskałby na innych. Na dziś to tylko rozważania, a wojna trwa w najlepsze. Tylko jak długo Meksyk i jego mieszkańcy wytrzymają bezwzględną walkę, której ofiarą może być dosłownie każdy? Piotr Wołejko
grafika: wopular.com
Artykuł (zatytułowany "Alternatywne państwo") ukazał się w nr 47/2010 tygodnika
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Druga część podsumowania 2009 roku z Dyplomacją przeniesie Was, Drodzy Czytelnicy, do Ameryki Łacińskiej, regionu pełnego słońca, pięknych kobiet i karteli narkotykowych. Właśnie tym ostatnim poświęciliśmy w lutym br. sporo uwagi.Podsumowując miesiąc po miesiącu, oprócz własnego bloga, będę korzystał z artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna. Przenosimy się więc z Europy i Bliskiego Wschodu, gdzie gościliśmy w styczniu, do Meksyku. Zajmiemy się także kryzysem finansowym, z którym walczono głównie pompując w gospodarki pożyczone pieniądze. Na koniec także refleksja nad bezpieczeństwem, także tym w sieci oraz pytanie, czy nie zagraża nam dyktatura sędziów? Zapraszam do przeniesienia się w czasie: 1. Wojny narkotykowe w Meksyku Wszystko zaczęło się od zwycięstwa centro-prawicowego Felipe Calderona w wyborach prezydenckich w 2006 roku. Nowy prezydent postanowił rozprawić się z kartelami narkotykowymi, które utworzyły swoiste państwo w państwie. Przekupiona policja i inne służby bardziej chroniły mafię niż ją zwalczały, przemyt narkotyków do USA kwit, a zyski były liczone w miliardach dolarów. Calderon poszedł na wojnę z baronami narkotykowymi, a do walki wysłał nie tylko nowo-sformowane oddziały policji, ale także wojsko. Tymczasowa operacja armii okazała się długotrwałą wojną, trwającą do dziś. Wojną brutalną, bez żadnych zasad. "Już w 2006 r. Calderon wysłał 36 tys. żołnierzy mających wspomóc policję federalną." - pisał w Polityce Globalnej Maciej Pawłowski (Meksykańskie narkowojny). Wtórował mu Michał Staniul (Meksyk krwawi, lecz nie pada na kolana): "Pierwsze miesiące kampanii zaczęły przynosić sukcesy. Jednak zdecydowana postawa rządu wywoła brutalną odpowiedź ze strony świata przestępczego. Konflikt cały czas wzbiera na sile, walki ogarnęły większą część z 32 meksykańskich stanów. Od grudnia 2006 roku śmierć poniosło ponad 9 tysięcy osób, z czego już ponad tysiąc w 2009 roku. Blisko tysiąc z dotychczasowych ofiar to policjanci". "Bandyci zajmujący się szmuglowaniem narkotyków przez granicę meksykańsko-amerykańską znaleźli nowy sposób na walkę z policją. "Włamują się" na policyjne fale radiowe i, przy podkładzie muzycznym, ogłaszają nazwiska policjantów, którzy wkrótce zginą. Wskazani stróże porządku nie mają większych szans na przeżycie, zazwyczaj po kilku godzinach są już martwi. "Nikt nie może im pomóc", powiedział jeden z oficerów. Tak dantejskie sceny mają miejsce w Tijuanie, meksykańskim mieście położonym zaledwie 20 kilometrów od San Diego." - pisałem 10 lutego we wpisie Przerywamy audycję - zginiesz następny! Sukcesu w walce z kartelami nie udało się osiągnąć do dziś. "Dwuletnia "ofensywa" rządu przynosi jak na razie efekty odwrotne od zamierzonych. Wydaje się, że przestępcy nigdy nie byli tak silni i zdeterminowani. Policja jest zbyt słabo opłacana i wyszkolona, a także skorumpowana, żeby poradzić sobie z kartelami.Wojsko, jak pisałem wyżej, nie jest odpowiedzią." - to kolejny cytat z przywołanego w powyższym akapicie artykułu. Jak słusznie zauważa Michał Staniul, piłka jest po stronie Stanów Zjednoczonych. Maciej Pawłowski pisze, że "władze federalne Stanów Zjednoczonych donoszą o zwiększonej działalności meksykańskich karteli narkotykowych na własnym terytorium. Dlatego oczywistym jest, że jeżeli USA nie będzie reagował na problemy swojego sąsiada, to prędzej czy później południowoamerykańskie narkomafie będą regularnie działać i funkcjonować na terytorium Stanów. Jak do tej pory, sąsiad Meksyku ogranicza się głównie do symbolicznej pomocy w postaci pochlebnych raportów dla działalności ekipy Calderona. Meksykanie nieustannie apelują o większe wsparcie logistyczne i finansowe (szczególnie to drugie)." Trudno nie zgodzić się z konkluzją Michała Staniula: "Jeśli administracja Obamy nie podejdzie rozsądniej do problemu walki z narkotykami, meksykańska ofiara pójdzie na marne. Kartele, mimo że osłabione, będą dobrze funkcjonować i przyciągać nowych członków (...) Czym dłużej będzie to trwać, tym gorzej – liczba ofiar będzie się zwiększać, przywództwo w gangach obejmą zdemoralizowani sicarios, a rząd Calderona straci poparcie. Jeżeli Amerykanie nie przestaną konsumować tak wielkich ilości narkotyków, ,,guerras contra el narcotráfico” nigdy nie przestaną niszczyć Ameryki Łacińskiej." 2. Kryzys finansowy - lekarstwo gorsze od choroby? Wysoką cenę za ekscesy instytucji finansowych płaci Wielka Brytania. W obszernym tekście zatytułowanym D jak Depresja Maciej Lewandowski przywołuje obiegowe opinie: "cały naród zmuszony został do płacenia wysokiej ceny (przez najbliższe kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat) za błędy popełniane przez finansową elitę, w imię irracjonalnego powiększania jej zysków". Lewandowski powołuje się na brytyjski The Telegraph, wedle którego "już w kwietniu 2005 roku grupy dobrze poinformowanych managerów sektora bankowego wiedziały o zbliżającym się krachu". Pomysłem na ratowanie instytucji finansowych było pompowanie w nie publicznych pieniędzy, udzielanie gwarancji czy przejmowanie tzw. "toksycznych aktywów" przez skarb państwa. Amerykanie i Brytyjczycy rzucili się do ratowania własnych banków i innych instytucji z sektora finansowego, przygotowując ogromne pakiety ratunkowe (USA) lub wykupując udziały, często większościowe, w chwiejących się w posadach instytucjach, czyli po prostu przeprowadzając ich nacjonalizację. "Znacjonalizowano w ten sposób, w dużych częściach, między innymi dwa ogromne banki brytyjskie, Royal Bank of Scotland i Lloyds" - pisze publicysta Polityki Globalnej. Walka z kryzysem w gospodarce polegała natomiast na przygotowywaniu ogromnych planów "pobudzających", tzw.stimulusów. Powszechną manię wydawania pieniędzy,których się nie posiada skomentowałem w tekście z 6 lutego (Fatalne rozwiązania) następująco: "Sięgając po znaną wypowiedź byłego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, entuzjaści pompowania pieniędzy publicznych w gospodarkę "nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho". W zdecydowanej większości przypadków rządy wydają bowiem pieniądze, których nie mają. Przoduje w tym Ameryka, która po przygotowaniu pakietu stymulującego dla banków i instytucji finansowych (wartego 700 mld dolarów, w rzeczywistości być może i trzy razy tyle) jest na finiszu prac nad kolejnym pakietem, tym razem wartym ok. 800-900 miliardów. Tym samym w kilka miesięcy Waszyngton zapożyczy się na astronomiczną sumę przynajmniej 1,5 biliona dolarów." Trudno bowiem uznać za cudowne lekarstwo, które było przyczyną choroby: "Zadziwiające jest, że pomysłem na walkę z kryzysem, którego praprzyczyną jest zbyt duże zadłużenie, jest jeszcze większe zadłużanie się", komentowałem 25 lutego (Nadszedł czas zapłaty). 3. Bezpieczeństwo - w realu i w sieci Zgodnie ze swoją wyborczą obietnicą, Barack Obama podjął decyzję o dotyczącą wycofywania sił amerykańskich z Iraku.Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta komentował w Polityce Globalnej Michał Gąsior (Wizje suwerennego Iraku): "Obecnie nad Eufratem stacjonuje ok. 150 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Za półtora roku ma być ich już o 100 tysięcy mniej." O nowej strategii afgańskiej pisał natomiast Marcin Sawicki: "Generał Petraeus, główny architekt współczesnej militarnej polityki zagranicznej USA twierdzi, że to najdłuższa kampania w wojnie z terrorem (the longest campaign of the long war). Wojskowi jednak twierdzą, że jest ona do wygrania i aby to się udało, należy zwiększyć kontyngent wojskowy w Afganistanie oraz wdrożyć cały zestaw działań o charakterze niewojskowym." Bezpieczeństwo to jednak nie tylko dziedzina, w której główną rolę odgrywają żołnierze. Niedługo równie ważni, a może nawet ważniejsi będą informatycy. Wielce interesujący artykuł dotyczący bezpieczeństwa w sieci (Cyberwojny - próba zarysu zjawiska) napisał Maciej Pawłowski. "Być może najbardziej zagrożona powinna czuć się sfera ekonomiczna państw." - pisał Pawłowski, gdyż oprócz destabilizacji systemów informatycznych instytucji publicznych czy prywatnych, atakujący mogą uderzyć w infrastrukturę państwa, np. elektrownie. Na koniec obiecana odpowiedź na pytanie, czy grozi nam dyktatura sędziów - odsyłam do opisu spotkania z sędzią amerykańskiego Sądu Najwyższego Antoninem Scalią, który krytycznie odniósł się do dominującej w Europie koncepcji interpretacji przepisów. Zdaniem Scalii, "zamiast zmieniać interpretację przepisów, należy po prostu zmienić przepisy". Jako bonus zaś tekst Anny Dryjańskiej o pierwszej kobiecie w rządzie Królestwa Arabii Saudyjskiej.
Piotr Wołejko |
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Linki krajowe
8. Periodyki
Tagi
Dyplomacja on Facebook
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||