Wpisy z tagiem: rosja

czwartek, 17 maja 2012

Grupa G8 nie jest najważniejszą instytucją na świecie. De facto jest to coroczna formuła spotkań przywódców najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw świata, wywodząca się z połowy lat 70. W skład grupy wchodzą Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Japonia oraz Kanada. Oprócz wysokiego poziomu rozwoju państwa te łączy ustrój demokratyczny i przywiązanie do praw człowieka oraz wolności obywatelskich.

Rosja, dokooptowana do G7 w 1994 roku, a formalnie przyjęta do niej trzy lata później (zmiana nazwy na G8) od początku pasowała do niej jak pięść do nosa. Z biegiem lat coraz bardziej. Teraz pojawił się świetny pretekst, by - jak się okazuje - bolesną dla Moskwy obecność w G8 zakończyć. Nowy-stary prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin uznał, że ma ważniejsze rzeczy do roboty, niż pokonywać ocean i spotykać się w Camp David z przywódcami Zachodu. Oficjalne uzasadnienie takiej decyzji Putina to konieczność dokończenia formowania rządu. Zabawne w takim razie, że premier tego rządu, Dmitrij Miedwiediew (do niedawna prezydent), został przez Putina oddelegowany do udziału w szczycie G8, który odbędzie się w dniach 18-19 maja.

Dla Rosji G8 traci na znaczeniu

Jakkolwiek wymówka dotycząca tworzenia rządu może być częściowo prawdziwa, ponieważ Putin musi stworzyć gabinet zdolny odpowiedzieć na coraz większe niezadowolenie społeczne i falę demonstracji, te kilka dni nie robi istotnej różnicy. Problemy wewnętrzne będą zmorą Putina przez cały czas trwania kadencji (6 lat, o ile dotrwa do końca), a rząd i jego członkowie mogą pełnić rolę zderzaków.

Jest jednak mało prawdopodobne, że Putin kierował się taką drobnostką jak formowanie gabinetu. Bardziej przemawia do mnie (i nie tylko) argument, iż prezydent Rosji wymierza policzek prezydentowi Obamie i Zachodowi. Nie od dziś wiadomo, że Putin jest negatywnie nastawiony do wspólnoty państw demokratycznych, żywi przed nią obawę (kolorowe rewolucje, obalanie przyjaznych Rosji reżimów) i zrobi wszystko, aby powstrzymać działania Zachodu. Jak przewidywałem w grudniu ub.r., reset pomiędzy Ameryką a Rosją dobiegł końca. Teraz znajdujemy ostateczne potwierdzenie tych przewidywań. W Rosji już od ponad pół roku dominują zdecydowane antyzachodnie nastroje. Sam Putin, zamiast do Camp David, planuje udać się do Mińska - chyba jasne, jakie wnioski można wyciągnąć z takiego kierunku pierwszej wizyty.

grafika

Zdjęcie ze szczytu G8 w Kanadzie w 2010 r. (źródło: Wikimedia Commons)

Putina nie interesuje G8, umiarkowanie interesuje go G20 (szczyt w Meksyku w czerwcu, planuje wziąć w nim udział), bardzo interesuje go natomiast Szanghajska Organizacja Współpracy, OUBZ oraz integracja środkowoazjatyckich republik postsowieckich (oraz Ukrainy) pod przewodnictwem Kremla. Przed wyborami Putin zapowiadał stworzenie alternatywnej wobec Unii Europejskiej organizacji na obszarze WNP - eurazjatyckiej unii gospodarczej. Tak, jak Obama koncentruje uwagę Waszyngtonu na Pacyfiku, tak Putin skupia uwagę Moskwy na Azji Środkowej. Słusznie rozumuje, że to kluczowy dla Rosji obszar świata. Rosja powinna umocnić tam swoje wpływy, ograniczyć chińską ekspansję i wyrugować Stany Zjednoczone.

Swoiste desinteressement Putina dla G8 i Zachodu ma więc uzasadnienie geopolityczne. Rosja woli rozmawiać z przyjaznymi Niemcami i Francją (być może Putin spotka się z ich przywódcami pomiędzy wizytą u Łukaszenki a wylotem do Pekinu) niż Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami. Obecność Ameryki jest Rosji zbędna, co od dawna jest oficjalnym stanowiskiem Moskwy w sprawie bezpieczeństwa Europy.

Usunięcie Rosji to niewielka strata

Skoro Putin nie widzi w udziale w G8 istotnych korzyści, nie ma powodu, by Rosję zmuszać do udziału w jej spotkaniach. Przywódcy najbardziej rozwiniętych demokracji spotykali się bez udziału przedstawiciela Rosji przez blisko dwie dekady, mogą spotykać się bez niego także teraz. Natomiast nie ma żadnego powodu, by przyjmować policzek od Putina (Obama specjalnie przeniósł szczyt G8 z Chicago do Camp David, ponieważ w tym pierwszym odbywa się szczyt NATO) i zapewniać, że obecność Miedwiediewa jest wysoce pożądana. Nasza chata z kraja? Dziękujecie nam? Przyjmujemy to bez żalu.

Rosja w żadnej mierze nie przystaje do G8, ani pod względem gospodarczym, ani pod względem ustrojowym. Ba, zachodnia siódemka i Rosja to niebo a ziemia pod względem demokracji i praw człowieka. Państw dawnego G7 nie łączy z Rosją wspólnota wartości, a wspólnota interesów jest, głównie przez działania Putina, coraz bardziej ograniczona. O ile Miedwiedwiew zgodził się jeszcze na zachodnią interwencję w Libii, o tyle Putin kategorycznie wzbrania się przed jakąkolwiek formą silniejszego nacisku na Syrię. Wiadomo, że z Putinem  nie będzie ustępstw, a negocjacje będą bardzo trudne (jakby do tej pory były łatwe...).

Pożegnanie Rosji z G8 powinno odbyć się bez dyplomatycznych fajerwerków. Po prostu na kolejny szczyt nie należy wystosowywać zaproszenia dla przywódcy Federacji Rosyjskiej. Kraje Zachodu zyskają okazję do szczerej rozmowy w godnym zaufania gronie, a prezydent Putin nie będzie zmuszony szukać kolejnej wymówki. Należy pamiętać, że G8 to tylko klub dyskusyjny, a z racji wyzwań ekonomicznych ważne decyzje zapadają na szczytach G20. Tam udział Rosji jest wskazany, a przez nią samą ceniony. Są więc warunki do dialogu i współpracy. W przypadku G8 jest oczywiste, że formuła kooperacji z Rosją się wyczerpała.

Piotr Wołejko


PS. Pomysł, aby wyrzucić Rosję z G8 nie jest nowy. Dyskusja na ten temat odbyła się ostatnio cztery lata temu, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Zachęcam do przeczytania artykułu Richarda Haassa, szefa Rady Stosunków Międzynarodowych z Waszyngtonu (wpływowego think-tanku), który bronił wówczas obecności Federacji Rosyjskiej w G8.

wtorek, 27 marca 2012

Rządy jednej partii bądź grupy ludzi nieuchronnie prowadzą do korupcji. Władza nie musi się przecież obawiać jakiejkolwiek opozycji, a zdanie społeczeństwa można najczęściej ignorować. Kto się za bardzo odsłoni z krytyką zostanie w odpowiedni sposób potraktowany przez służby bezpieczeństwa. Ot, wlepi się na przykład wyrok za zagrażanie bezpieczeństwu publicznemu czy wzywanie do buntu. Paragraf zawsze się znajdzie, jak mawiał wujaszek Stalin. Niemniej, co bardziej światli członkowie układu rządzącego zdają sobie sprawę, że korupcja stanowi też istotne zagrożenie dla nich samych, dla całego systemu.

Na takiego światłego człowieka ze szczytu elit rządzących próbuje się kreować ustępujący wkrótce premier Chin Wen Jiabao. Agencja Reutera cytuje, za rządowym portalem, słowa Wena wypowiedziane do odpowiednika polskiej Rady Ministrów: „Jeśli ta sprawa [korupcja – przyp. P.W.] nie zostanie rozwiązana, natura władzy politycznej może ulec zmianie”. Złość obywateli na skorumpowanych urzędników (zarazem partyjnych aparatczyków) może przełożyć się na demonstracje. Już dziś Chiny zalewa fala protestów i wybuchów społecznych, jak chociażby głośny ubiegłoroczny przypadek miejscowości Wukan. Władze chińskie przyznają, że co rok odbywa się 80-90 tys. demonstracji. A może jest ich o połowę lub dwukrotnie więcej? Czy można zaufać statystykom władz? Nawet jeśli tak, to skala protestów jest ogromna, biorąc pod uwagę ogrom Chin – zarówno wielkość terytorium, jak i liczbę obywateli.

grafikaRozpasana korupcja to nie tylko przypadłość Chin. Ba, jest liczne grono państw, gdzie sytuacja jest jeszcze gorsza. W opracowywanym przez Transparency International rankingu percepcji korupcji Chiny zajmują (w 2011 r.) 75. pozycję, lądując za plecami Brazylii (73.). Tylko sześć miejsc wyżej od Chin plasują się Włochy, czwarta gospodarka Europy i założycielski członek Unii Europejskiej. Tymczasowy bezpartyjny premier Mario Monti ma co robić. Nie tylko musi radzić sobie ze skutkami kryzysu finansowego, lecz również wyeliminować jego przyczyny. Korupcja zajmuje wśród nich jedno z głównych miejsc. Wystarczy podać ostrożne szacunki mówiące o ok. 500 mld euro unikających opodatkowania. Bez korupcji skala procederu nie mogłaby być tak ogromna.

Wróćmy jednak do grupy BRICS, której inny członek, Rosja, także boryka się z problemami wynikającymi z korupcji. Tutaj również mamy jednego światłego człowieka na wysokim stanowisku, który potrafił zidentyfikować skalę problemu i zagrożenia dla rozwoju państwa. Mowa oczywiście o ustępującym prezydencie Dmitriju Miedwiediewie. Napisał on artykuł zatytułowany „Naprzód, Rosjo!” [wrzesień 2009 r., wersja angielska na stronie Kremla], w którym zwraca uwagę  na powagę sytuacji. Już we wstępie pyta, czy „prymitywna gospodarka oparta na surowcach naturalnych i endemicznej korupcji powinna towarzyszyć nam w przyszłości?”.

Miedwiediew zauważa, że korupcja to zjawisko głęboko zakorzenione w rosyjskiej historii, wynikające po części także z koncepcji silnego, paternalistycznego państwa. Lekarstwem na wyrządzane przez korupcję zło ma być rozwój technologii informatycznych, które sprzyjają poszerzaniu zakresu swobód obywatelskich, m.in. wolności słowa i zgromadzeń. Po części Miedwiediew przewidział to, co wydarzyło się po wyborach do Dumy w grudniu 2011 r., czyli bardzo duże, jak na Rosję, demonstracje – zorganizowane w dużej mierze przy wykorzystaniu portali społecznościowych.

Warto dodać, że we wspomnianym rankingu Transparency International Rosja zajmuje 143. miejsce i znajduje się w towarzystwie Mauretanii, Togo, Ugandy oraz… Ukrainy (152. pozycja).

Dobrze. Zapytacie teraz, co z tych rozważań wynika. Czy Rosja, Chiny i inne państwa, w których korupcja stanowi poważny problem, a często główny czynnik hamujący rozwój i modernizację, wydadzą jej bezwzględną walkę? Wiarę w taki obrót spraw mają chyba wyłącznie naiwni idealiści. Władze zaczną coś zmieniać w chwili, gdy zostaną do tego zmuszone. Zawsze można wtedy wyjąć jednego, dziesięciu czy stu (zależnie od potrzeb) skorumpowanych urzędników/polityków/biznesmenów i pokazowo skazać. Czy to oznacza, że de facto nic nie można zrobić? Nie do końca. Jednak zmiany nadejdą powoli, wraz ze wzrostem społecznej świadomości (percepcji właśnie) korupcji i jej skutków.

Reżimy nie upadają z powodu korupcji, lecz przyczynia się ona do przekroczenia punktu społecznego niezadowolenia. Jest kroplą, która wierci skałę bądź jednym z kamyczków wywołujących lawinę. Dlatego Wen i Miedwiediew słusznie prawią. Czynią to jednak nie z troski o dobro państwa czy obywateli, a z własnego interesu. Poskramiając korupcję przedłużają okres rządów swoich towarzyszy.

Piotr Wołejko

 

grafika: thecorruptionblog.blogspot.com

sobota, 10 marca 2012

Posiadanie broni jądrowej poprawia bezpieczeństwo państwa. Posiadanie triady atomowej, czyli możliwości przenoszenia głowic atomowych za pośrednictwem rakiet balistycznych, bombowców strategicznych oraz okrętów podwodnych zwiększa to bezpieczeństwo jeszcze bardziej, gdyż trudno pozbawić takie państwo możliwości dokonania odwetu (zniszczenie wszystkich możliwości przenoszenia głowic jest mało prawdopodobne). Triada atomowa jest więc wyznacznikiem militarnej i politycznej potęgi. Legitymują się nią Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny. W XXI w. coraz większe znaczenie będzie odgrywała jednak inna triada, informatyczna. Czy zmieni to  układ sił na arenie międzynarodowej?

Triada 2.0

Na triadę informatyczną, czyli działania w sieciach informatycznych (Computer Network Operations – CNO) składają się: atak w sieciach informatycznych (Computer Network Attack – CNA), obrona sieci informatycznych (Computer Network Defence – CND) oraz penetracja sieci informatycznych (Computer Network Exploitation – CNE). Należy pokrótce opisać poszczególne elementy triady CNO:

  • atak w sieciach informatycznych (CNA) może wykorzystać niedoskonałości oprogramowania, nośników danych i sprzętu komputerowego, poprzez zastosowanie złośliwych kodów takich jak wirusy bądź przez manipulację danymi, modyfikację charakterystyki pracy urządzeń lub ściąganie informacji w nich zawartych. Czynnikiem sprzyjającym CNA jest rosnące zastosowanie nielegalnego oprogramowania w systemach militarnych bądź wprowadzanie takiego oprogramowania z zewnątrz;
  • penetracja sieci informatycznych (CNE) to możliwość dotarcia do informacji o komputerach i sieciach informatycznych oraz uzyskanie dostępu do informacji w nich przechowywanych, a także możliwość korzystania z tych informacji, komputerów lub sieci. Może to oznaczać przejęcie kontroli nad komputerami/siecią i wykorzystanie ich do przeprowadzenia ataku na inny cel (CNE przechodzące w CNA);
  • obrona sieci informatycznych (CND) to działania podejmowane w celu ochrony przed zakłóceniami, dezinformacją, degradacją lub zniszczeniem informacji zawartych w komputerach lub sieciach informatycznych lub samych komputerów i sieci. Działania te są konieczne w celu utrzymania własnych zdolności decyzyjnych i systemów komunikacji. Obok pasywnej należy wskazać też na aktywną postawę obronną, która oznacza monitorowanie i stosowanie technik ochrony przed penetracją, w celu wykrycia, scharakteryzowania i odpowiedzi na atak.

Cybernetyczny wyścig zbrojeń

grafikaTriada informatyczna może pozwolić na obezwładnienie przeciwnika bez oddania ani jednego strzału, przy zachowaniu poczucia pełnej bezkarności. Niezwykle pociągająca perspektywa. Stąd nie może dziwić, że grupa państw, z USA czy Chinami na czele, dynamicznie rozwija swoje możliwości cybernetyczne. Oczy świata są skupione na rywalizacji wspomnianej dwójki, a ta zaczyna nabierać rumieńców.

Przygotowany przez koncern zbrojeniowy Northrop Grumman dla specjalnej komisji Kongresu USA ds. przeglądu amerykańsko-chińskich relacji gospodarczych i bezpieczeństwa raport nt. chińskich możliwości działania w sieciach informatycznych (CNO) oraz cyberszpiegostwa (dokument z dnia 7 marca – PDF) wskazuje na rosnący potencjał Chin w cyberprzestrzeni. Nie ogranicza się on tylko do szpiegostwa, chociaż przypadki włamań do systemów informatycznych amerykańskich korporacji, a nawet agend rządu USA są najbardziej „medialne”. O tym się mówi, natomiast pozostała działalność nie jest tak atrakcyjna. Tymczasem, jak dowodzą eksperci Northrop Grumman, Chiny dobrze wiedzą, w co uderzyć, aby zadać Ameryce poważny cios. Ameryka oczywiście nie pozostaje w tyle. Intensywnie na polu CNO działają też Rosja, Izrael czy Iran (który w grudniu ub.r. sprowadził na ziemię amerykański samolot bezzałogowy, przejmując nad nim kontrolę).

Każda przestrzeń jest dobra do rywalizacji

Stworzenie, doskonalenie i utrzymanie triady informatycznej nie jest tanie, natomiast jest o wiele tańsze od utrzymywania klasycznej triady atomowej. Jest to jeden z asymetrycznych środków walki pozwalający państwom mniejszym lub biedniejszym na równiejszą rywalizację z mocarstwami. Świadomie piszę tylko o państwach, gdyż opracowanie triady informatycznej przez byt niepaństwowy, jak organizacja terrorystyczna, grupa przestępcza, korporacje etc. jest bardzo mało prawdopodobne. Ze strony takich aktorów państwom grożą oczywiście ataki (CNA) oraz penetracja sieci (CNE), lecz będą to akty o innej skali. Trudno spodziewać się też stworzenia bardzo zaawansowanych instrumentów obronnych (CND).

W poszukiwaniu bezpieczeństwa i przewagi nad innymi, państwa coraz śmielej wkraczają na kolejne pola rywalizacji. Walka trwa w świecie realnym, na ziemi (na lądzie, morzach i oceanach oraz w przestrzeni powietrznej oraz w świecie wirtualnym. Nie miejmy złudzeń, że nie rozpocznie się na dobre także w kosmosie.

Piotr Wołejko

 

PS. Definiując elementy triady CNO wsparłem się artykułem ppłk dypl. Stanisława Czeszejko pt. Działania w środowisku elektronicznym (cz. IV) opublikowanym w Przeglądzie Sił Powietrznych z lutego 2012 r.

Grafika: dailytech.com

poniedziałek, 02 stycznia 2012

W ubiegły rok wchodziliśmy z nabierającymi rozmachu protestami w Tunezji. Zaczęło się od tragicznego samospalenia Mohameda Bouaziziego, dwudziestokilkuletniego bezrobotnego, zarabiającego na życie nielegalnym handlem owocami. Policja skonfiskowała jego stragan i wlepiła karę, a funkcjonariuszka policji uderzyła go w twarz. W komendzie miasta Sidi Bu Zajd odmówiono wysłuchania go. Zrozpaczony  Bouazizi zdecydował się targnąć na swoje życie. Zmarł w szpitalu 4 stycznia 2011 roku.

Trudno twierdzić, że śmierć młodego Tunezyjczyka wywołała rewoltę, która zmiotła skostniałe reżimy w, według kolejności, Tunisie, Kairze i Trypolisie, przyczyniła się do zamieszek w Jemenie, Bahrajnie i Syrii. Poruszyła ona jednak serca i umysły połowy świata, a w krajach arabskich zdopingowała ludzi do ulicznych demonstracji. Arabowie protestowali nie przeciwko skandalicznemu potraktowaniu Bouaziziego, a przeciwko skorumpowanym reżimom, prześladowaniom politycznym, biedzie i brakowi perspektyw na lepsze życie. Protestom sprzyjały rosnące wówczas ceny podstawowych produktów żywnościowych, a rozkręcali je głównie ludzie w wieku do lat 30, stanowiący największą, a jednocześnie najbardziej pozbawioną widoków na przyszłość część społeczeństw państw arabskich.

Rok 2011: protesty zmieniają świadomość i rzeczywistość

Fala niezadowolenia zmiotła część arabskich reżimów, a innymi mocno zachwiała. Gdyby nie interwencja saudyjskich żołnierzy (działających pod auspicjami Rady Współpracy Państw Zatoki – GCC), sunnicka monarchia w Bahrajnie zostałaby obalona. W Jemenie już przed arabską wiosną trwało coś na kształt wojny domowej, a w jej efekcie walki nabrały tylko rozmachu. W Syrii reżim Baszara al-Asada usiłuje zdławić demonstracje siłą, co kosztowało już życie 5-6 tysięcy osób, w zdecydowanej większości cywili.

Protesty miały miejsce także w dotkniętych kryzysem Grecji czy Hiszpanii, przy czym te hiszpańskie odbyły się pod bannerem „ruchu oburzonych”. Jest to o tyle istotne, że w drugiej połowie roku w USA, a potem w kilkudziesięciu innych państwach, odbywały się demonstracje wymierzone w instytucje finansowe/rynki finansowe i uległych im polityków – pod hasłem Okupuj Wall Street. W międzyczasie masowe protesty wstrząsnęły też Izraelem, gdzie młodzi ludzie wystąpili przeciwko podwyżkom cen żywności oraz wysokim cenom mieszkań.

Na koniec roku protesty ogarnęły Rosję, a ich przyczyną było sfałszowanie wyników wyborów parlamentarnych z 4 grudnia, w których putinowska Jedna Rosja „zdobyła” 50 proc. głosów. Dzień później na ulice Moskwy wyszło kilka tysięcy osób, a w kolejnych tygodniach frekwencja wzrosła do ponad 50 tysięcy.

Nic dziwnego, że magazyn TIME uznał anonimowego demonstranta Człowiekiem Roku 2011. Zwykli ludzie, organizujący się przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii mobilnych i serwisów społecznościowych, rozpoczęli proces zmian w wielu krajach na różnych szerokościach geograficznych. Do spontanicznie organizowanych protestów dołączali inni, tworząc efekt kuli śniegowej.

Co przyniesie Nowy Rok?

grafikaW rok 2012 wchodzimy z rozkręcającymi się protestami we wspomnianej wyżej Rosji. Należy spodziewać się dalszych wystąpień w najbliższych miesiącach – na początku marca odbędą się przecież wybory prezydenckie, w których Władimir Putin zajmie miejsce swojego awatara Dmitrija Miedwiediewa. Dla stabilności reżimu Putin powinien wygrać w cuglach już w pierwszej turze, co bez podkręcenia wyników za pomocą fałszerstw jest coraz mniej prawdopodobne. Tym bardziej, że obecny premier zdaje się nie rozumieć istoty sytuacji, z którą przychodzi mu się zmagać. Ucieka się do starych klisz, dezawuując protestujących jako podzieloną bandę pozbawioną przywództwa i jasnych celów.

Tymczasem, ludzie na ulicach Moskwy, Petersburga, ale też Władywostoku i mniejszych miast nie tworzą siły politycznej, a są już zirytowani powszechnie panującą korupcją, przywilejami dla nielicznych, przejadaniem dochodów z bogactw naturalnych oraz brakiem modernizacji i perspektyw na poprawę własnego losu. Przedstawianie protestujących jako zblazowanej elity, która domaga się większego udziału w torcie narodowym nie znajduje podstawy w faktach. Protestuje nie tylko Moskwa czy Petersburg, czyli miasta zamieszkane przez zwesternizowaną i otwartą na świat elitę.

Zmiana reżimu w Syrii kołem zamachowym zmian na Bliskim Wschodzie

Pisząc o Nowym Roku tak wiele miejsca poświęciłem poprzednim dwunastu miesiącom, gdyż trudno przewidywać cokolwiek w oderwaniu od tak istotnych wydarzeń roku 2011. Nowy Rok powinien przynieść bowiem rozwiązanie polityczne w Syrii i skłaniałbym się tutaj ku zakończeniu rządów alawickiego reżimu Asadów. Jeśli tak się rzeczywiście stanie, istotnej zmianie ulegnie geopolityka regionu. Znacznie ograniczone zostaną wpływy Iranu (nowe władze Syrii niekoniecznie będą zainteresowane sojuszem z Teheranem, znacznie większe możliwości dają bliższe relacje z Turcją), Hezbollah straci oparcie w Syrii i może zacząć tracić grunt w Libanie. Osłabnie też siła Hamasu, wspieranego obecnie przez Iran, a zatem mogą powstać bardziej sprzyjające warunki do prowadzenia rozmów o pokoju z Izraelem po palestyńskiej stronie (niestety, po izraelskiej stronie nie widać na razie takiej gotowości).

Kruszeje system Putina

Protesty w Rosji nie sprawią, że Putin nie zasiądzie na Kremlu, jednak dobre czasy dla niego i jego reżimu dobiegają końca. Mała stabilizacja była dobra kilka lat temu, teraz jednak czas na modernizację. Nie dał jej Miedwiediew, który okazał się skrajnie niesamodzielny, nie da jej patron Miedwiediewa – Putin. Modernizacja systemu zagraża bowiem jego istnieniu, a przede wszystkim istocie reżimu, czyli korupcji i patronażowi, a także centralizacji władzy. Pan i władca Kremla może więc próbować trwać, negować rzeczywistość i lekceważyć protestujących bądź uciekać do przodu, proponując pewne ustępstwa. Pojawiła się już koncepcja powrotu do wyborów gubernatorów przez mieszkańców regionów. Ustępstwa oznaczają jednak demontaż systemu władzy, który będzie postępował metodą salami, plasterek po plasterku. Chyba, że Putin zaskoczy mnie, Rosjan i cały świat, zapowiadając i realizując (słowo-klucz) szeroko zakrojony program reform polityczno-gospodarczo-społecznych. Orzechy przeciwko dolarom, że Putin tak się nie zachowa.

Obama pozostanie w Białym Domu

W Stanach Zjednoczonych, gdzie ruch Okupuj Wall Street przykuł uwagę nie tylko mediów, ale także polityków i części społeczeństwa, na drugą kadencję wybrany zostanie Barack Obama. Nie będzie to tak wielki sukces jak cztery lata temu. Teraz Obama wjedzie do Białego Domu nie na fali entuzjazmu i nadziei na wielkie pozytywne zmiany, a w wyniku pragmatycznej kalkulacji. Wyborcy nie dadzą się nabrać na republikański radykalizm i polityczny populizm reprezentowany przez któregokolwiek ze słabych w tym cyklu wyborczym kandydatów.

Najlepszy z nich, Mitt Romney, musi w prawyborach wykonać salto w tył o tyczce i wylądować telemarkiem, przez co rozumiem zaprzeczenie swoim poglądom i przekonaniom, by zyskać przychylność prawicowej bazy swojej partii, a następnie powrócić do centrowej, umiarkowanej retoryki, która mogłaby przynieść mu sukces w starciu z Obamą. W ten sposób sam dostarczy amunicji Obamie, co w połączeniu z przewagą finansową prezydenta pozwoli na dokonanie medialnej egzekucji Romneya. Inni kandydaci, a na czele stawki są skompromitowany wieloma skandalami były szef Izby Reprezentantów Newt Gingrich i libertarianin i izolacjonista Ron Paul, nie zasługują na poważne traktowanie. Najsłabszy Obama zmiażdży ich z rękami w kieszeniach, o ile nie nastąpi poważne tąpnięcie w gospodarce. W przypadku problemów gospodarczych wszelkie kalkulacje polityczne, w tym powyższe, biorą w łeb i los Obamy będzie bardzo niepewny.

Atak na Iran mało prawdopodobny, ale niewykluczony

Znowu dochodzą nas pogłoski o ataku na Iran, który podobno jest coraz bliżej skonstruowania bomby atomowej. Od kilkudziesięciu godzin trwają manewry militarno-polityczne wokół Cieśniny Ormuz, przez którą płynie 1/3 światowego zużycia ropy naftowej. Co rok, przynajmniej, słyszymy o ataku na Iran, a plotki nie materializują się. Tak będzie i tym razem, gdyż główny gracz – Obama, nie będzie ryzykował uderzenia, chociażby przez wzgląd na kampanię wyborczą. Jedyna szansa na wojnę to uderzenie Izraela, które – nawet jeśli Ameryka nie weźmie w nim udziału – wciągnie Waszyngton, a przez to i Unię Europejską w konflikt i zmusi do poniesienia konsekwencji. Swoją drogą śmieszny jest rzekomy strach przed niewielkim krajem z niedorozwiniętą gospodarką i nikłym potencjałem militarnym, położonym hen za górami i morzami, a w przypadku USA daleko za Oceanem. Niestety, w przypadku Iranu trudno przebić się z racjonalną oceną sytuacji. Dominuje propaganda i panikarstwo, w czym radośnie biorą udział media i dziennikarze, także w Polsce.

Sukcesja władzy w Pekinie

Na koniec, choć przewidywać można by dalece więcej, warto zwrócić uwagę na Chiny. Druga potęga gospodarcza świata przechodzić będzie w tym roku przez niezwykle delikatny, choć sprawdzony w praktyce, proces wymiany kierownictwa. Przetasowania na szczytach władzy mogą sprawić, że polityka Chin, w tym zagraniczna, będzie się w tym roku (a może i pierwszej połowie następnego) wydawała niespójna, pełna sprzeczności, a może nawet chaotyczna. Różne elementy systemu władzy mają bowiem różne poglądy na kluczowe sprawy i te różnice będą bardziej widoczne. Zmiana władzy utrudni Chinom zajęcie się wewnętrznymi problemami gospodarczymi, takimi jak bańka na rynku nieruchomości, presja na wzrost wynagrodzeń w przemyśle i zadłużenie regionów. Nie mówiąc już o znalezieniu właściwej, innej niż przemoc i prześladowania, odpowiedzi na protesty społeczne.

To będzie ciekawy rok. Śledźmy go razem na Dyplomacji oraz Dyplomacji na Facebooku.

Piotr Wołejko

 

grafika: http://bmwblog.com/

piątek, 23 grudnia 2011

Przy okazji wydarzeń związanych z „Arabską Wiosną Ludów” wielokrotnie podkreślano znaczenie social media dla jej przebiegu. To właśnie one pozwalały masom ludzi zorganizować protesty za pomocą facebookowych eventów, czy twitterowych hash tagów. Specjaliści branży cyfrowej zachwycali się, że oto epoka Web 3.0, nowa era aplikacji społecznościowych na naszych smartfonach ostatecznie zapędziła blogi i opozycyjne serwisy internetowe do grobu. Wkrótce okazało się jednak, że społecznościowa masa potrzebuje liderów.

grafikaWspomniane wydarzenia wpłynęły na zachowanie autorytarnych władz wielu krajów, które postanowiły Internetu się pozbyć. Okres cyfrowych zamachów stanu był zresztą dość epizodyczny od Twitterowej Rewolucji w Mołdowie (2009) do obalenia Mubaraka minęły zaledwie dwa lata. Masowe hakerskie ataki na serwisy rosyjskie podczas wyborów do Dumy, szerzenie dezinformacji poprzez agentów wykorzystujących social media, czy – tak jak obecnie w Kazachstanie – pospolite wyłączenie sieci, pokazały nam ważną rzecz. Reżimy dostosowały się do nowej sytuacji i jak zauważyła część uczestników protestów białoruskich: „rewolucja online musi stać się także rewolucją offline”.

Zryw w „realu” potrzebuje swoich liderów i akurat w tym przypadku social media okazują się bezskuteczne. Doskonale widać to na przykładzie rosyjskim, gdzie pierwszym ruchem Kremla było zatrzymanie arcyblogera Aleksieja Navalnego. Bez obdarzonych autorytetem i poczytnych blogerów – Web 3.0. okazuje się nieskutecznym narzędziem, które szybko wypala entuzjazm tłumu. Po wyborach do Dumy na Placu Błotnym protestowało według obliczeń protestujących 40 tys. ludzi, dziś są to 2 tys. ludzi. Do czego zmierzam?

Wielu e-specjalistów wieściło zmierzch blogów kosztem Facebooka, Google+, czy Twittera. Tymczasem okazuje się, że w realiach manipulacji otwartym źródłem informacji, lub też jego paraliżu (ataki hakerskie) i odcięcia (Kazachstan), to właśnie blogerzy obdarzeni autorytetem i zaufaniem mogą przeistoczyć się w liderów społecznych.

Wydaje mi się, że wbrew lansowanym trendom w blogach nadal drzemie niewykorzystany potencjał, który od 5 lat odkrywa Piotr Wołejko. Pisząc ten tekst chciałem wyrazić mu wdzięczność za naszą owocną współpracę i mój debiut… To właśnie w Polityce Globalnej, której współtwórcą jest autor Dyplomacji opublikowałem swój pierwszy tekst.

Piotr A. Maciążek



Ekspert ds. państw WNP, redaktor naczelny portalu Polityka Wschodnia, analityk Instytutu Jagiellońskiego oraz Fundacji Aleksandra Kwaśniewskiego Amicus Europae

 

grafika: jaelcustomdesigns.com

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook