Wpisy z tagiem: cyberwojna

środa, 27 stycznia 2010

Dwa przekonania znajdują w XXI wieku poparcie zdecydowanej większości ekspertów: w sferze politycznej będzie to wiek Azji, a w sferze wojskowej nastąpi znaczący wzrost roli maszyn bezzałogowych. O pierwszym pisałem wielokrotnie, dziś pora na kilka słów dotyczących nowoczesnego pola walki.

W grach komputerowych już od dłuższego czasu rola rozmaitych robotów sterowanych lub nadzorowanych przez ludzi (znajdujących się często setki bądź tysiące kilometrów od frontu bitewnego) jest istotna. Nie jestem wielkim specjalistą od tego typu gier, więc tytułami muszą wesprzeć mnie Czytelnicy w komentarzach. Nie tytuły są bowiem najważniejsze. Kluczowe jest przekonanie, że maszyny wyręczą ludzi w wojnach, co oczywiście pozwoli oszczędzić życie żołnierzy.

Rosnąca rola samolotów bezzałogowych

grafikaTwórcy gier wyprzedzili realia, a na dziś największą karierę wśród maszyn bezzałogowych robią tzw. drony, czyli niewielkie samoloty sterowane na odległość przez wykwalifikowany personel (często byłych pilotów tradycyjnych samolotów bojowych). Drony są jednym z głównych elementów polowania amerykańskiego wywiadu i armii Stanów Zjednoczonych na przywódców Al-Kaidy oraz talibów. Liczba operacji z wykorzystaniem dronów wzrosła znacząco w ostatnich miesiącach. Oprócz możliwości ataku bezzałogowce zapewniają stały podgląd terenu, ułatwiając rozpoznanie i umożliwiając przeprowadzanie operacji przez siły lądowe.

Wszyscy pamiętamy, gdy po śmierci jednego z polskich żołnierzy w Afganistanie podniósł się rumor, iż armia naszego kraju nie posiada na swoim wyposażeniu dronów. Niektórzy posuwali się w komentarzach tak daleko, że twierdzili, iż gdyby bezzałogowce polskich sił zbrojnych znajdowały się podczas feralnej misji w powietrzu, nasz żołnierz uniknąłby śmierci. Omawiane maszyny ponownie zagościły na czołówkach mediów całkiem niedawno, gdy okazało się, że wystarczy niedrogi program komputerowy, aby każdy zainteresowany mógł przechwycić transmisję danych z znajdującego się w powietrzu drona. Dzięki temu walczący z wojskami amerykańskimi bojownicy wielokrotnie uniknęli przykrej niespodzianki w postaci ataku komandosów na ich kryjówkę.

Dron nie całkiem doskonały

Problem z bezpieczeństwem przesyłu danych to wierzchołek góry lodowej. O kolejnych niedoskonałościach i kłopotach związanych z dronami napisał Micah Zenko z Center for Preventive Action w think-tanku Council on Foreign Relations. Zenko twierdzi, że znajdujące się aktualnie na wyposażeniu amerykańskiej armii samoloty bezzałogowe wymagają wielu ulepszeń, gdyż nie przystają do wyzwań dnia jutrzejszego. Przede wszystkim, dzisiejsze drony są zbyt wolne, latają zbyt nisko, mogą być łatwo strącone przez przeciwnika dysponującego czymś więcej niż kałasznikowy i granatniki, czyli główną broń irackich i afgańskich rebeliantów. Istnieje także ryzyko utraty kontroli nad dronami, gdy przeciwnik rozwinął możliwości prowadzenia tzw. cyberwojny.

Drugą kwestią, na którą zwraca uwagę Zenko jest zakres wykorzystania dronów w walce. Nawet maszyny nowej generacji nie spowodują jednak, że uda się wyeliminować lub w znacznym stopniu ograniczyć udział konwencjonalnych sił zbrojnych, głównie tzw. troops on the ground, czyli żołnierzy w danym terenie. Drony są całkiem skuteczne w eliminowaniu liderów organizacji terrorystycznych czy rebeliantów, zapewniają też istotne informacje wywiadowcze, ale ich rola jest jednak ograniczona. Jak twierdzi Zenko, drony powinny być elementem szerszej strategii wobec przeciwnika, ale nie jej substytutem.

Prymat człowieka

Konstatacja eksperta z CFR pozwala postawić ważne pytanie o możliwość realizacji przez siły zbrojne taktyki offshore balancing, polegającej na kontrolowaniu sytuacji z pewnej odległości i wykorzystaniu lotnictwa oraz sił specjalnych gdy jest to niezbędne. Kilka miesięcy temu wiceprezydent Joe Biden ujawnił się jako zwolennik takiej właśnie strategii w Afganistanie, w przeciwieństwie do sugestii wojskowych oraz ostatecznej decyzji prezydenta Obamy o dosłaniu na pole walki dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy.

Wątpliwości dotyczące dronów nie powodują, że offshore balancing traci rację bytu. Raczej poddaje w wątpliwość efektywność wykorzystania nowoczesnych środków walki, do jakich bez wątpienia zaliczają się samoloty bezzałogowe. Nawet w tak ograniczonej militarnie strategii rola dronów będzie... ograniczona. Druga refleksja, luźno związana z omawianą analizą dotyczy zastąpienia ludzi maszynami na polu walki. Gry komputerowe znacznie wyprzedziły realia początku XXI wieku. Jeszcze długi czas człowiek na linii ognia będzie odgrywał kluczową rolę.

Piotr Wołejko

 

grafika: Jim Howard/flickr

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:


środa, 13 stycznia 2010

Gigant z Mountain View w stanie Kalifornia zirytował się chińskimi cyberatakami na własną (choć nie tylko) infrastrukturę. Efektem gniewu największej wyszukiwarki na świecie może być nawet wycofanie się z Chin. Od razu pojawiło się mnóstwo sprzecznych twierdzeń dotyczących rozsądności gróźb pod adresem komunistycznego reżimu w Pekinie.

grafikaNa stronie MarketWatch.com czytamy, że Google ma niewielkie szanse na uzyskanie koncesji od chińskiego rządu. Z kolei TheBigMoney.com twierdzi, że zdecydowane stanowisko Google to najlepszy moment w historii firmy. Analitycy rynkowi wskazują, że zagrożenie całkowitym wyjściem z Chin byłaby bardzo odważna. O ile obecnie przychody z Chin stanowią marginalny ułamek całości, chiński rynek internetowy będzie rozwijał się bardzo dynamicznie. Wycofanie się z tego wyścigu już w przedbiegach bez wątpienia byłoby decyzją biznesową o strategicznym dla firmy znaczeniu.

Nowa rzeczywistość?

Jeśli groźba Google się zmaterializuje, a firma rzeczywiście zamknie swój chiński kram, staniemy na progu nowej rzeczywistości w relacjach biznesowych pomiędzy Chinami a szeroko rozumianym światem Zachodu. Problemy, znane odkąd Chiny otworzyły się na zagraniczne inwestycje w latach 80. ubiegłego wieku, są dwa: prawa człowieka oraz ochrona własności intelektualnej.

Obrońcy praw człowieka nie mogą się nachwalić postawy Google. Od 2006 roku, od kiedy wyszukiwarka pojawiła się w Chinach pod adresem google.cn, firma szła na wiele ustępstw, aby tylko zadowolić chiński rząd i prowadzić w Państwie Środka interesy. Oznaczało to m.in. poddanie cenzurze wyników wyszukiwania. Inni szli dalej, np. Yahoo, rywal Google, przekazywał władzom chińskim dane umożliwiające aresztowanie chińskich obrońców praw człowieka.

Bezwzględna walka o technologie

Wielkie korporacje, dla których Chiny stały się ziemią obiecaną, dostosowywało się do życzeń Pekinu. Przymykano oczy nie tylko na prawa człowieka, ale także na kradzież własności intelektualnej. W pogoni za nowoczesnymi technologiami Chińczycy mniej lub bardziej otwarcie kradli technologie i rozwiązania pochodzące z Zachodu. Szpiegostwo ekonomiczne oraz militarne osiągnęło bodaj apogeum w ostatnich latach, wraz z rozwojem chińskich cybermożliwości. Włamania do Pentagonu czy koncernu Lockheed, a także firm i instytucji cywilnych, takich jak Google, stały się codziennością.

Pozwoliłem sobie nieco patetycznie stwierdzić wcześniej, że stajemy u progu nowej epoki w relacjach biznesowych (bo raczej jeszcze nie politycznych) z Chinami. Są dwa wielkie "ale": 1) Google utrzyma twarde stanowisko i nie zawaha się wycofać z Chin; 2) Inne firmy podążą za internetowym gigantem, niekoniecznie w opuszczaniu Chin, ale bardziej zdecydowanym stawianiu własnego interesu ponad życzeniami i oczekiwaniami chińskich władz - dotyczącymi chociażby własności intelektualnej.

Kto wygra próbę sił?

Nie trzeba dodawać, że - z perspektywy Zachodu - przydałby się "ozdrowieńczy szok" w postaci "buntu" zagranicznych korporacji i przedsiębiorstw, które w zamian za tanią siłę roboczą przymykają oczy na rozmaite osobliwości prowadzenia interesów w Chinach, z brakiem poszanowania dla własności intelektualnej na czele. Chore relacje należy uzdrowić. Czy uda się to zrobić?  I czy wymagałoby to podważenia dominującego przekonania o sile i wyjątkowości gospodarczej Chin? Czy można robić interesy nie korzystając z chińskich robotników/pracowników lub rezygnując z chińskiego rynku wewnętrznego? Mówiąc inaczej, czy możliwe jest prowadzenie konkurencyjnej działalności gospodarczej na wielką skalę bez udziału pierwiastka chińskiego?

Być może starcie Google z Chinami pozwoli nam zbliżyć się do uzyskania odpowiedzi na któreś z powyższych pytań lub innych, które przychodzą nam do głowy w związku z omawianą sprawą.

Piotr Wołejko

 

grafika: trendsupdates.com

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Druga część podsumowania 2009 roku z Dyplomacją przeniesie Was, Drodzy Czytelnicy, do Ameryki Łacińskiej, regionu pełnego słońca, pięknych kobiet i karteli narkotykowych. Właśnie tym ostatnim poświęciliśmy w lutym br. sporo uwagi.Podsumowując miesiąc po miesiącu, oprócz własnego bloga, będę korzystał z artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

Przenosimy się więc z Europy i Bliskiego Wschodu, gdzie gościliśmy w styczniu, do Meksyku. Zajmiemy się także kryzysem finansowym, z którym walczono głównie pompując w gospodarki pożyczone pieniądze. Na koniec także refleksja nad bezpieczeństwem, także tym w sieci oraz pytanie, czy nie zagraża nam dyktatura sędziów? Zapraszam do przeniesienia się w czasie:

1. Wojny narkotykowe w Meksyku

Wszystko zaczęło się od zwycięstwa centro-prawicowego Felipe Calderona w wyborach prezydenckich w 2006 roku. Nowy prezydent postanowił rozprawić się z kartelami narkotykowymi, które utworzyły swoiste państwo w państwie. Przekupiona policja i inne służby bardziej chroniły mafię niż ją zwalczały, przemyt narkotyków do USA kwit, a zyski były liczone w miliardach dolarów. Calderon poszedł na wojnę z baronami narkotykowymi, a do walki wysłał nie tylko nowo-sformowane oddziały policji, ale także wojsko. Tymczasowa operacja armii okazała się długotrwałą wojną, trwającą do dziś. Wojną brutalną, bez żadnych zasad.

"Już w 2006 r. Calderon wysłał 36 tys. żołnierzy mających wspomóc policję federalną." - pisał w Polityce Globalnej Maciej Pawłowski (Meksykańskie narkowojny). Wtórował mu Michał Staniul (Meksyk krwawi, lecz nie pada na kolana): "Pierwsze miesiące kampanii zaczęły przynosić sukcesy. Jednak zdecydowana postawa rządu wywoła brutalną odpowiedź ze strony świata przestępczego. Konflikt cały czas wzbiera na sile, walki ogarnęły większą część z 32 meksykańskich stanów. Od grudnia 2006 roku śmierć poniosło ponad 9 tysięcy osób, z czego już ponad tysiąc w 2009 roku. Blisko tysiąc z dotychczasowych ofiar to policjanci".

"Bandyci zajmujący się szmuglowaniem narkotyków przez granicę meksykańsko-amerykańską znaleźli nowy sposób na walkę z policją. "Włamują się" na policyjne fale radiowe i, przy podkładzie muzycznym, ogłaszają nazwiska policjantów, którzy wkrótce zginą. Wskazani stróże porządku nie mają większych szans na przeżycie, zazwyczaj po kilku godzinach są już martwi.  "Nikt nie może im pomóc", powiedział jeden z oficerów. Tak dantejskie sceny mają miejsce w Tijuanie, meksykańskim mieście położonym zaledwie 20 kilometrów od San Diego." - pisałem 10 lutego we wpisie Przerywamy audycję - zginiesz następny!

Sukcesu w walce z kartelami nie udało się osiągnąć do dziś. "Dwuletnia "ofensywa" rządu przynosi jak na razie efekty odwrotne od zamierzonych. Wydaje się, że przestępcy nigdy nie byli tak silni i zdeterminowani. Policja jest zbyt słabo opłacana i wyszkolona, a także skorumpowana, żeby poradzić sobie z kartelami.Wojsko, jak pisałem wyżej, nie jest odpowiedzią." - to kolejny cytat z przywołanego w powyższym akapicie artykułu.

Jak słusznie zauważa Michał Staniul, piłka jest po stronie Stanów Zjednoczonych. Maciej Pawłowski pisze, że "władze federalne Stanów Zjednoczonych donoszą o zwiększonej działalności meksykańskich karteli narkotykowych na własnym terytorium. Dlatego oczywistym jest, że jeżeli USA nie będzie reagował na problemy swojego sąsiada, to prędzej czy później południowoamerykańskie narkomafie będą regularnie działać i funkcjonować na terytorium Stanów. Jak do tej pory, sąsiad Meksyku ogranicza się głównie do symbolicznej pomocy w postaci pochlebnych raportów dla działalności ekipy Calderona. Meksykanie nieustannie apelują o większe wsparcie logistyczne i finansowe (szczególnie to drugie)."

Trudno nie zgodzić się z konkluzją Michała Staniula: "Jeśli administracja Obamy nie podejdzie rozsądniej do problemu walki z narkotykami, meksykańska ofiara pójdzie na marne. Kartele, mimo że osłabione, będą dobrze funkcjonować i przyciągać nowych członków (...) Czym dłużej będzie to trwać, tym gorzej – liczba ofiar będzie się zwiększać, przywództwo w gangach obejmą zdemoralizowani sicarios, a rząd Calderona straci poparcie. Jeżeli Amerykanie nie przestaną konsumować tak wielkich ilości narkotyków, ,,guerras contra el narcotráfico” nigdy nie przestaną niszczyć Ameryki Łacińskiej."

2. Kryzys finansowy - lekarstwo gorsze od choroby?

Wysoką cenę za ekscesy instytucji finansowych płaci Wielka Brytania. W obszernym tekście zatytułowanym D jak Depresja Maciej Lewandowski przywołuje obiegowe opinie: "cały naród zmuszony został do płacenia wysokiej ceny (przez najbliższe kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat) za błędy popełniane przez finansową elitę, w imię irracjonalnego powiększania jej zysków". Lewandowski powołuje się na brytyjski The Telegraph, wedle którego "już w kwietniu 2005 roku grupy dobrze poinformowanych managerów sektora bankowego wiedziały o zbliżającym się krachu".

Pomysłem na ratowanie instytucji finansowych było pompowanie w nie publicznych pieniędzy, udzielanie gwarancji czy przejmowanie tzw. "toksycznych aktywów" przez skarb państwa. Amerykanie i Brytyjczycy rzucili się do ratowania własnych banków i innych instytucji z sektora finansowego, przygotowując ogromne pakiety ratunkowe (USA) lub wykupując udziały, często większościowe, w chwiejących się w posadach instytucjach, czyli po prostu przeprowadzając ich nacjonalizację. "Znacjonalizowano w ten sposób, w dużych częściach, między innymi dwa ogromne banki brytyjskie, Royal Bank of Scotland i Lloyds" - pisze publicysta Polityki Globalnej.

Walka z kryzysem w gospodarce polegała natomiast na przygotowywaniu ogromnych planów "pobudzających", tzw.stimulusów. Powszechną manię wydawania pieniędzy,których się nie posiada skomentowałem w tekście z 6 lutego (Fatalne rozwiązania) następująco: "Sięgając po znaną wypowiedź byłego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, entuzjaści pompowania pieniędzy publicznych w gospodarkę "nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho". W zdecydowanej większości przypadków rządy wydają bowiem pieniądze, których nie mają. Przoduje w tym Ameryka, która po przygotowaniu pakietu stymulującego dla banków i instytucji finansowych (wartego 700 mld dolarów, w rzeczywistości być może i trzy razy tyle) jest na finiszu prac nad kolejnym pakietem, tym razem wartym ok. 800-900 miliardów. Tym samym w kilka miesięcy Waszyngton zapożyczy się na astronomiczną sumę przynajmniej 1,5 biliona dolarów."

Trudno bowiem uznać za cudowne lekarstwo, które było przyczyną choroby: "Zadziwiające jest, że pomysłem na walkę z kryzysem, którego praprzyczyną jest zbyt duże zadłużenie, jest jeszcze większe zadłużanie się", komentowałem 25 lutego (Nadszedł czas zapłaty).

3. Bezpieczeństwo - w realu i w sieci

Zgodnie ze swoją wyborczą obietnicą, Barack Obama podjął decyzję o dotyczącą wycofywania sił amerykańskich z Iraku.Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta komentował w Polityce Globalnej Michał Gąsior (Wizje suwerennego Iraku): "Obecnie nad Eufratem stacjonuje ok. 150 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Za półtora roku ma być ich już o 100 tysięcy mniej."

O nowej strategii afgańskiej pisał natomiast Marcin Sawicki: "Generał Petraeus, główny architekt współczesnej militarnej polityki zagranicznej USA twierdzi, że to najdłuższa kampania w wojnie z terrorem (the longest campaign of the long war). Wojskowi jednak twierdzą, że jest ona do wygrania i aby to się udało, należy zwiększyć kontyngent wojskowy w Afganistanie oraz wdrożyć cały zestaw działań o charakterze niewojskowym."

Bezpieczeństwo to jednak nie tylko dziedzina, w której  główną rolę odgrywają żołnierze. Niedługo równie ważni, a może nawet ważniejsi będą informatycy. Wielce interesujący artykuł dotyczący bezpieczeństwa w sieci (Cyberwojny - próba zarysu zjawiska) napisał Maciej Pawłowski. "Być może najbardziej zagrożona powinna czuć się sfera ekonomiczna państw." - pisał Pawłowski, gdyż oprócz destabilizacji systemów informatycznych instytucji publicznych czy prywatnych, atakujący mogą uderzyć w infrastrukturę państwa, np. elektrownie.

Na koniec obiecana odpowiedź na pytanie, czy grozi nam dyktatura sędziów - odsyłam do opisu spotkania z sędzią amerykańskiego Sądu Najwyższego Antoninem Scalią, który krytycznie odniósł się do dominującej w Europie koncepcji interpretacji przepisów. Zdaniem Scalii, "zamiast zmieniać interpretację przepisów, należy po prostu zmienić przepisy".

Jako bonus zaś tekst Anny Dryjańskiej o pierwszej kobiecie w rządzie Królestwa Arabii Saudyjskiej.


Piotr Wołejko

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook